Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Nasz Dziennik". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Nasz Dziennik". Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 lutego 2011

"Nasz Dziennik" o "Krytyce Politycznej" pisze: "mainstream uważający się za awangardę"

Rozważaniom, kto jest bardziej offowy - "Nasz Dziennik" czy "Krytyka Polityczna" - Agnieszka Żurek poświęciła swój artykuł "Kawa i propaganda" w "Naszym Dzienniku". Tekst dotyczy lokalu Krytyki Politycznej i podobnych miejsc, spodziewałam się więc czegoś, co będzie szło po linii wyznaczonej przez Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem jest to jeszcze jeden tekst o hipsterach, tyle że pisany z punktu widzenia radykalnie odmiennego od innych, bo skrajnie prawicowego.

Główna teza artykułu jest taka, że fasadowa lewicowość, proponowana przez modne warszawskie kawiarnie (chodzi głównie o Nowy Wspaniały Świat), choć pokazuje siebie jako antysystemową, awangardową, sprzeciwiającą się katolickiemu głównemu nurtowi, w istocie sama jest mainstreamowa, a postawy, które z niej wypływają, są właściwie sprawą mody, a nie jakichś przekonań wypływających z myśli krytycznej. Deklarowanie się po stronie Krytyki Politycznej nie jest krytyczne, tylko zachowawcze.

Autorka nie krytykuje samego czytania „Krytyki Politycznej” ani osób najbardziej lewicowo zaangażowanych. Wydaje się, że radykałów zostawia w spokoju z szacunku, z solidarności. Krytykuje uważanie imprezowania lub siedzenia na kawie w NWŚ za działalność wywrotową czy żarty z Rydzyka lub Kaczyńskiego jako element cool towarzyskiej konwersacji. Powierzchownym, lifestyle’owym przejawom lewicowej kontestacji zarzuca bezrefleksyjność.
„Proponowana myśl nie jest twórcza ani odkrywcza, ale opiera się jedynie na negacji tradycyjnych wartości i "wyzwoleniu obyczajowym"”
To ciężki zarzut, gdy się stawia go pod adresem ludzi lubiących słowo „krytyczność”. Nie sposób jednak odmówić mu zasadności: nie każdy pijący kawę w lokalu Krytyki Politycznej interesuje się krytycznie czymś więcej niż swoją latte, chyba każdy ma jednak tendencję do wyobrażania sobie, że imprezowanie albo nabijanie się z katolicyzmu jest wywrotowe, antysystemowe, awangardowe.

Autorka zarzuca KP także mainstreamowość. To dość zabawne: każda ze stron – lewicowa i prawicowa – uważa za mainstream system wartości i mody strony przeciwnej, a swoją działalność uważa za wywrotową, wymagającą odwagi, pójścia pod prąd. Czytelnicy „Krytyki” za mainstream uważają katolicyzm, a jego wykpiwanie – za fajny sposób bycia oryginalnym. Katolicy-narodowcy z „Naszego Dziennika” za mainstream uważają brak wartości katolickich, a siebie ze elitarną grupę mężnych bojowników o te wartości.

Moim zdaniem obie strony mają założenie na temat życia społecznego błędne, ale podobne. Wyobrażają sobie, że społeczeństwo jest zorganizowane przez jeden system: zniewalający, quasi-totalitarny, homogenizujący. Choć słowo system zastępują słowem mainstream, nie zdają sobie sprawy z tego, jakie przesunięcie sensów ta przemiana semantyczna za sobą pociąga. Słowo „mainstream” sugeruje, że nisz jest wiele – poza mainstreamem znajdują się więc i hipsterzy z NWŚ, którzy swoim stylem życia manifestują swoją wywrotowość i awangardowość (a którym autorka zarzuca, że są mainstreamem), i radykałowie z „Naszego Dziennika”. To słowo sugeruje też, że „główny nurt” to coś płynnego (a nie – jak w przypadku określenia „system” – stałego, uporządkowanego i przewidywalnego); dopuszcza ono myśl, że określane przezeń społeczeństwo rozdziela się na wiele bocznych nurtów, bo składające się nań jednostki dążą do ciągłego odróżnienia się od sąsiadów. Według takiego modelu społeczeństwo cechuje raczej różnorodność „wyżu nisz” niż homogenizacja i masowość.

Ponieważ mam sentyment do nisz i do oryginałów, to czytam czasem „Nasz Dziennik” w poszukiwaniu fantastycznych ciągów myślowych. I tym razem logika tekstu jest ciekawa. Autorka ma rację w jednym: to ona, młoda prawicowa dziennikarka, jest bardziej oryginalna od tych młodych lewicowych dziennikarek, których – parafrazując Masłowską – siedzi po dwanaście w każdej modnej kawiarni.

Tylko czy wyróżnienie się jest aż tak ważną wartością? Ja jednak chyba wolę, żeby mi radykałowie więksi ode mnie zarzucali, że mam mieszczańskie albo mainstreamowe zwyczaje i że zaprzedałam się systemowi, niż wyobrażać sobie z resentymentem, że robiąc coś niemodnego walczę z systemem.

wtorek, 10 marca 2009

Na opak

Jakiś czas temu w "Naszym Dzienniku" opublikowano artykuł ks. dra Aleksandra Posackiego o Włatcach móch: "Z czego się śmiejesz? "Włatcy móch" - pomiędzy propagandą nihilizmu a gorszeniem maluczkich". Jego autor analizuje serial i film za pomocą narzędzi teologicznych z małą domieszką wietrzenia spisku tak charakterystycznego dla "Naszego Dziennika":
Tytuł kreskówki (...) odwołuje się niewątpliwie do jednego z podstawowych imion szatana w Biblii, czyli Belzebuba. Na ten istotny fakt rzadko zwraca się uwagę w komentarzach na temat omawianej kreskówki, co należy traktować jako wyraz ignorancji lub świadomego przemilczania sprawy.
I dalej:
Z teologicznego punktu widzenia wulgaryzmy łatwo przechodzą w bluźnierstwa wobec Boga czy przekleństwa wobec ludzi (czarna magia, złorzeczenie, a nie tylko wulgaryzm - przekleństwo). Są nośnikiem nie tyle "złej energii", co złej woli i mogą mieć charakter poważnego grzechu, wpędzającego ludzi w duchowe problemy. Bluźnierstwo (blasfemia) nie oznacza tylko obrazy "uczuć religijnych", ale Boga samego. Jest grzechem bezwarunkowym. Bóg nie pozwoli z siebie szydzić. Kto zniszczy świątynię Boga, tego zniszczy Bóg. Nie można więc nigdy się bawić w bluźnierstwo. Jak przypomina w tym kontekście Katechizm Kościoła Katolickiego...
I tak dalej, i tak dalej.

Osobiście wkurza mnie takie podejście do świata. Bo jest wyprane z chęci zrozumienia, którą zastępuje ocenianie. Bo jest rozpaczliwe i donikąd nie prowadzi. Nie tylko o jeden artykuł chodzi, ale o cały sposób myślenia, zresztą typowy dla "Naszego Dziennika": pisywano tam o Harrym Potterze jako o tomach okultystycznych oraz destrukcyjnych czy o jodze jako lisioekspansywnym promowaniu wrażych ideologii. Jednocześnie jest dla mnie coś fascynującego w radykalnej niezgodzie na kształt świata taki, jaki on jest. Bo czy nie jest radykalnym i rozpaczliwym gestem użycie kompletnie nieadekwatnych narzędzi metodologicznych, czyli teologii, do pisania o popkulturze?

Kiedy czytam ten artykuł o Włatcach móch, u którego podłoża wyczuwam niezgodę na rzeczywistość, to przypomina mi się Alfred Jarry, ojciec słynnego Króla Ubu, i jego świetne tekściki Patafizyczny clinamen, w których odwraca na nice konwencjonalne spojrzenie na świat. Oto fragment pochodzący z tego cyklu - Łowy na omnibus:
Aczkolwiek w rewirze paryskim nie wyginęły bynajmniej rozliczne gatunki wielkich drapieżców i grubego zwierza, bezsprzecznie żaden z nich nie szykuje łowcy tylu emocji i niespodzianek, co omnibus.
(...)
Wobec wielkiej łatwości odkrycia tropów zwierza, pomnożonej przez osobliwy obyczaj dokładnego powtarzania w trakcie periodycznych migracji tej samej drogi, ludzie nauczyli się zastawiać skutecznie pułapki na jego szlakach. Przybywszy w zdradliwe miejsce, zbity tłum myśliwych z zadziwiającym instynktem czynić zwykł półobrót wokół osi pod prąd biegu tropów, by z wielką starannością zarazem zwikłać ślad zwierza, jak i spowodować jego przecięcie się z wcześniejszymi śladami.

Trafiają się też próby innych metod zasadzek, jak stawianie w regularnych odstępach wzdłuż szlaku szałasów, zbliżonych do tych, jakie slużą do polowań na bagnach. Gromady śmiałych zuchów czatują i śledzą bieg zwierza: ich to właśnie najczęściej wietrzy on i umyka, nie bez oznak wściekłości w postaci sfałdowania skóry na zadzie - barwy niebieskiej, jak u niektórych małp, nocą zaś fosforyzującej; grymasy te wyrażają dość wiernie, dzięki białym zmarszczkom, zarys słowa "komplet".
I przypomina mi się wtedy jeszcze jedna rzecz. Roger Shattuck, autor biograficznego artykułu Alfred Jarry, 1873-1907. Samobójstwo przez halucynacje ("Literatura na Świecie" nr 8-9/1997, przełożył Tadeusz Pióro) pokazuje analogię między życiem Jarry'ego a jego pisarstwem. I w jednym, i w drugim pełno jest inwersji, konsekwentnego buntu wobec świata, autentycznego poczucia absurdu, systematycznej destrukcji. Pisarstwu to sprzyjało, Jarry'emu jako człowiekowi - niespecjalnie. Zmarł w wieku 33 lat, przed śmiercią stwierdziwszy: Ojciec Ubu, jak mnie nazywają, umiera nie dlatego, że za dużo pił, lecz dlatego, że nie zawsze miał co jeść. Ta, jasne.

* * *

Swoją drogą, polecam wspomniany nr 8-9/1997, "Literatury na Świecie". Bardzo go lubię. Z tej sympatii nawet wylałam na niego cały kubek herbaty. Dużo tam tekstów Jarry'ego, Listy do Collegium 'Patafizyki Borisa Viana, list Stefana Themersona do Raymonda Queneau, Zatonięcie Titanica Gavina Bryarsa, Myśli zawiązane na supełek Rolanda Topora, a nawet tekst Wacława Sadkowskiego o Johnie Cage'u.

piątek, 9 stycznia 2009

Szklane domy w Rydzykowie

Czeka mnie okres wytężonej pracy. Mam nadzieję, że znajdę na nią siłę. Podejrzewam, że nadzieja to nie bezpodstawna. Jednak nie chciałoby mi się pracować nad poważnymi rzeczami, gdybym od czasu do czasu nie zrobiła sobie dnia dziecka, znaczy się: istoty, która dziwi się światu. "Nasz Dziennik" zawsze mnie śmieszył, tumanił, przestraszał, i tym razem też nie zawiódł moich oczekiwań. Jest nawet ciekawiej niż kiedykolwiek. Dawniej trafiałam na bezsensowne resentymenty i bredzenia o masonach, dziś znalazłam zachwycającą utopię.

Ale zastrzegam: nie myślę o tej gazecie, jak i o całym Rydzykowie, jak o dziwie. Raczej staram się rozumieć. Doskonale wiem to, o czym powiedziała ostatnio Dorota Masłowska w wywiadzie dla "Dużego Formatu". Dziwem jest raczej to, że te treści przenikają do zbiorowej świadomości establishmentu kulturalnego dopiero teraz.
Dowcipy z Radia Maryja doprowadzają mnie do szału, same w sobie też, ale raczej widzę w nich synonim myślowego gotowca - gotowych poglądów do uważania. Bo z tych ludzi strasznie łatwo się śmiać. Są fanatyczni, są oderwani od rzeczywistości i właśnie ta łatwość powiedzenia "oni są głupi" mnie rozsierdza - pseudowywrotowość i bezpieczeństwo takiego stwierdzenia, takie mruganie do siebie oczkiem: nas, ludzi mądrych i realnych. (...) To ja już wolę fanatyków. Przynajmniej mają odwagę być fanatyczni. Parę razy słuchałam Radia Maryja, idee tam głoszone i ich szkodliwość społeczna wydały mi się grozą. Ale jeśli słucha tego dwa czy ileś milionów osób, to coś znaczy. To są ludzie bez żadnego potencjału konsumpcyjnego, nie ma im czego sprzedać, nie ma gdzie ich zaprosić, nie ma po co do nich kierować żadnej fali telewizyjnej i radiowej, bo i tak nic nie kupią. Nie wiem, kto jest w naszym kraju bardziej izolowany - staruszka z emeryturą 700 zł czy fryzjer gej z Warszawy?
Do rzeczy. (To znaczy, Masłowska mówi do rzeczy, i jednocześnie ja przechodzę ad rem, czyli do rzeczy). Czy historia Rydzykowych odwiertów w Toruniu jest powszechnie znana? Mam nadzieję, że tak, bo każda ze stron sporu opowiada na ten temat inną historię. Nie podejmę się zrelacjonowania tego na nowo i bezstronnie.

"Sukces toruńskiej geotermii sukcesem Polski" - tak brzmi tytuł dodatku specjalnego o geotermii w Naszym Dzienniku z 22-23 XI 2008. Utożsamianie powodzenia jednego przedsięwzięcia z narodowym dobrobytem - to przesada. Sukces toruńskiej geotermii sukcesem Polski... ? A niby dlaczego? Mnie od razu skojarzyło się to z hasłami z lat pięćdziesiątych, kiedy stal była przedstawiana jako panaceum na wszystko. Stal była w przybranym nazwisku Stalin, stal była drogą do pokoju, stal była podstawową jednostką miary rozwoju państwa. Każdy miał walczyć o stal. Zresztą utożsamianie hutnictwa z interesem narodowym przyniosło wówczas wymierne korzyści w postaci darmowych rąk do pracy: przy budowie kombinatu w Nowej Hucie pracowali za darmo młodzi ludzie, dźwięcznie zwani junakami. Ale to już zupełnie inna historia.

W specjalnym dodatku do "Naszego Dziennika" mowa jest o tym, że w Polsce jest dużo energii cieplnej pod ziemią i że wykorzystywać ją nie tylko warto, ale wręcz trzeba, bośmy się do tego zobowiązali w traktacie akcesyjnym. No i okej, dopóki mowa jest o pozyskiwaniu energii odnawialnej, to brzmi racjonalnie. Ale przestaje tak brzmieć, gdy relacja geograficzno-energetyczna przekształca się w opowieść o świetlanej przyszłości naszego kraju jako europejskiej superpotęgi:
W swoim wystąpieniu pokażę, na czym polega niezwykłość tego Bożego daru i jaki przełom może dzięki niemu nastąpić; że Polska jest jednym z najbogatszych krajów w świecie; że to nie Unia Europejska może utrzymać Polskę, ale Polska może utrzymać Unię Europejską, jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Tak zaczyna swój artykuł prof. dr hab. inż. Ryszard H. Kozłowski. Kończy zaś futurologicznym rozmarzeniem:
Europa Zachodnia wydaje na import nośników energetycznych 350 mld euro rocznie. My możemy z tej kwoty skorzystać, uruchamiając produkcję (...). Możemy wreszcie uruchomić elektrownię geotermiczną o dużej mocy.
Szklane domy. Pamiętają Państwo szklane domy starego Baryki z Przedwiośnia? Wiem, wiem, pytanie o lekturę szkolną jest niestosowne. Przypomnę więc: szkło produkowało się z piasku z nadbałtyckich wydm za pomocą rodzimej technologii. Podobnie jest tu, w logice mieszkańców Rydzykowa: miliardy wezmą się z niczego, z ziemi, dzięki technologii autorstwa Polaków. Na te miliardy, jak w bajkach o ukrytych skarbach, czyhają jednak złe duchy, obcy wspierani przez złych Polaków. Istnieje zagrożenie, że pomysł zostanie niewykorzystany, a podziemne ukropy rozkradzione, jako że w Polsce w ogóle nie wykorzystuje się zasobów intelektualnych, bo rząd robi swoje. A jeśli ci źli Polacy zablokują działania dobrych Polaków (odebrane dotacje dla Rydzyka), a poprą obcych, którzy - jako się rzekło - tylko czekają na nasze skrzynki ze skarbami, to szklanych domów nie będzie.
Właściwości fizykochemiczne naszych wód są tak bezcenne, że (...) Japonia zwróciła się z propozycją kupna wszystkich wód geotermalnych w Polsce w zamian za budowę zakładów. Co to za interes?
Co należy zatem zrobić, żeby szklane domy jednak powstały? Mimo wszystko prowadzić odwierty. A za co? No właśnie...

Jest coś nie tak, gdy po cofnięciu dotacji na toruńskie wiercenia przez ministra środowiska (wniosek: minister jest złym człowiekiem, gdyż zaprzepaszcza tytułową szansę dla Polski) prace kontynuuje się z datków na fundację "Lux Veritatis" z Rydzykowa, gdyż i w jej celach statutowych są badania naukowe (ale chodzi o Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej), i aspekt badawczy mają odwierty (choć przecież dominujący jest aspekt ekonomiczny). Czy słusznie węszę tu swąd samozwańczych rządów dyktatorskich? I czy słusznie wyczuwam nieetyczne robienie junaka z emerytki z siedmiuset złotymi na miesiąc, gdy Rydzyk mówi o swoich przyjaciołach z Niemiec:
Niedawno mówili mi, że nie zrobili ocieplenia domu i strychu, bo chcieli wesprzeć Radio Maryja i dzieła ewangelizacyjne. Gdy widzę tyle miłości i wiary w ludzi, napawa to nadzieją.
A mnie przerażeniem napawa świadomość, że Rydzykowo rośnie. Teraz składa się z:
  • Radia Maryja,
  • "Naszego Dziennika",
  • Telewizji Trwam,
  • wydawnictwa i fundacji "Nasza Przyszłość",
  • Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu,
  • przyszłej elektrociepłowni geotermalnej.
Kiedy ostatnio zwiedzałam ten światek, było tego wszystkiego zdecydowanie mniej.

* * *

Nieudolnie to wszystko relacjonuję. Ale może chcą Państwo zabawić się samodzielnie w małego etnografa? Jeśli tak, to - pamiętając tytuł wywiadu z Masłowską "Mohery to my" - zerknijcie na dwa-trzy testy, z których i ja korzystałam przy drążeniu wierceń:

  • Nudny, ale wyważony, merytorycznie poprawny tekst "Doceńmy narodowe bogactwa" autorstwa Jana Szyszki. Tutaj znajduje się historia toruńskich odwiertów zideologizowana tylko odrobinkę, przy krytycznej lekturze - jak się zdaje - całkiem wiarygodna.
  • Wywiad z Rydzykiem "Przestańcie rujnować, zacznijcie budować" z numeru z 15-16 listopada 2008, czyli kuriozum z argumentami typu "odebrali dotacje, bo szatan w nich wstąpił".
  • Tekst Ryszarda H. Kozłowskiego "Geotermia to nasza specjalność". To ten tekst, z którego cytowałam przez cały czas. Autor jest nie tylko profem drem habem, ale też - jak czytam w biogramie pod tekstem - społecznym dyrektorem naukowym Polskiego Laboratorium Radykalnych Technologii. Radykalnych Technologii...?:)
I jak? Śmieszy? Tumani? Przestrasza?