Czechów zawsze miałam za naród wysoko waloryzujący uspołecznianie się, dzielenie się z innymi swoim życiem i problemami. Życie jest ciężkie, ale jesteśmy razem, coś w tym stylu. Pomyślcie tylko: skupinowe bilety ze sporą zniżką dla osób kupujących wspólnie, "Musimy sobie pomagać" Hřebejka - co za tytuł!, "Spiskowcy rozkoszy" Svankmajera czy "Guzikowcy" Zelenki, gdzie bohaterów łączy posiadanie jakiegoś dziwactwa, "Sekrety" z Ivą Bittovą w roli głównej, gdzie przeżywająca kryzys Iva poznaje pianistę takoż przeżywającego kryzys. Tak, życie jest ciężkie, ale jesteśmy razem.
A jak obejrzałam fotografie Vladimíra Birgusa, któren Czechem jest bez wątpienia, to zaczęłam podejrzewać, że ten czeski styl to wielka mistyfikacja. Że jest świadomie lub nieświadomie fabrykowaną i eksportowaną hiperczeskością filmów Hřebejka, Svěráka i innych. Zresztą nie wiem, może faktycznie Czesi mają tendencję do wzajemnie sobie pomagania. Byłoby to ewenementem na skalę światową. W każdym razie u Birgusa ludzie są samotni nawet gdy robią razem różne rzeczy, wszystko jest podszyte niepokojem i trochę odrealnione. I mnie to pasuje.
[kliknij zdjęcia, żeby powiększyć]
Mnie się udało obejrzeć jego foty w BUW w albumie Cosi nevyslovitelného/ Something unspeakable, wydanym przez Prague House of Photography. Niewątpliwie mniej zachodu wymaga kliknięcie w stránkę Birgusa, do czego zachęcam.
Nie ulega wątpliwości, że Vladimír Birgus jest mniej eksportowany do Polski niż twórcy robiący rzeczy od razu kojarzące się z czeskością. A szkoda.
Nie ulega wątpliwości, że Vladimír Birgus jest mniej eksportowany do Polski niż twórcy robiący rzeczy od razu kojarzące się z czeskością. A szkoda.