Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Notes na 6 Tygodni". Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą "Notes na 6 Tygodni". Pokaż wszystkie posty

środa, 7 lipca 2010

"Najmniej Nowoczesne Muzea"

Wyszedł właśnie nowy "Notes na 6 Tygodni", a w nim zabawny przewodnik po małych muzeach (czy raczej relacja z eskapady po nich), czyli artykuł Agnieszki Rodowicz "Najmniej Nowoczesne Muzea Warszawy". Fajny pomysł na wakacyjne popołudnie w mieście - pójść do jakiegoś małego muzeum w starym stylu, takiego, co to jest odwiedzane tylko przez wycieczki klasowe. Przypomnieć sobie, dlaczego słowo "muzeum" trochę źle się nam kojarzy. Ale też odszukać w zakurzonych kolekcjach fascynujące, dziwaczne obiekty, albo ekspozycje, które przypominają gazetkę szkolną raczej niż to, do czego przywykliśmy w nowoczesnych muzeach z nowoczesną sztuką.

Teraz garść zastrzeżeń. Pomysł Agnieszki Rodowicz jest pomysłem dobrym dla zblazowanych intelektualistów. Troszkę jest w nim - szczególnie w dowcipnym stylu relacji - protekcjonalności w stosunku do naiwnie zrobionych kolekcji . Dużo w nim też nostalgii za dzieciństwem, w którym wyjście do takiego muzeum było atrakcją - bo nie było lekcji, bo w nudnym muzeum zawsze jednak trafiło się na jakąś budzącą lekki dreszczyk strachu figurę woskową w kącie sali.

Mimo tych zastrzeżeń projekt bardzo mi się podoba. Zobaczenie muzeum innego niż te spełniające współczesne standardy poszerza horyzonty, to znaczy na przykład pozwala sobie przypomnieć, że współczesne muzeum ma swoje korzenie w kolekcji surrealistycznych przedmiotów. Podoba mi się też dlatego, że - mimo wszystko - nie tylko zblazowani bywalcy galerii i nowoczesnych muzeów mogą cieszyć się z wizyty w "naiwnym" muzeum miar i wag. Czy to nie pociąg do dziwacznych przedmiotów sprawił, że to do Muzeum Techniki w PKiN podczas tegorocznej Nowy Muzeów była najdłuższa kolejka?

***

Notes jest wydawnictwem bezpłatnym. Żeby go mieć, trzeba go upolować. Tutaj lista warszawskich miejsc, w których można go znaleźć.

środa, 26 sierpnia 2009

W tym tygodniu nie piszemy...

...o grupie NIWEA, założonej przez Wojciecha Bąkowskiego i Dawida Szczęsnego. Póki co znana jest z wywiadu z Bąkowskim w "Notesie na 6 Tygodni" No 54 i z dwóch utworów na myspace.com/niwea. Wprawdzie NIWEA mi się podoba, jakże mogłaby się nie podobać, w końcu to projekt Wuesbe.

Bo w wywiadzie pytający i pytany widzą dużą różnicę między KOTEM a NIWEĄ:
KOT to "działanie na pograniczu audio-performance i muzyki. NIWEA to zespół muzyczny (...). Tu idzie o brzmienie".
A ja nie widzę takiej znowu wielkiej różnicy. Może dlatego, że również muzykę Grupy KOT brałam zawsze na poważnie.


Zresztą 2 numery to mało. Poczekamy, zobaczymy.

***

"W tym tygodniu nie piszemy" otwiera każdy numer "Przekroju". Lubię ten tekst, co jeszcze nie znaczy, że lubię "Przekrój".

niedziela, 19 lipca 2009

Trudna sprawa

Folke Koebberling i Martin Kaltwasser to niemieccy artyści którzy, zaproszeni przez Centrum Sztuki Współczesnej, przez trzy miesiące pracowali w Warszawie. I tak, w parku przy Zamku Ujazdowskim Kaltwasser skonstruował platformy z desek znalezionych na śmietniku, a Koebberling zbudowała szklarnie ze starych okien. Obiekty te składają się na projekt The Eldorado Summer resort (for passive and active laziness), a obszerny wywiad z Kaltwasserem przeprowadzony przez Kubę Szredera można przeczytać w Notesie na 6 Tygodni nr 54.



(Zdjęcia - stąd i stąd).

Tematy obecne w tym projekcie - minimalizowanie ilości odpadów, recyklowanie już istniejących, rewitalizacja i kultywowanie przestrzeni publicznej, która ma odzyskać status miejsca przeznaczonego do spędzania czasu wolnego, alternatywnego wobec miejsc konsumpcji - to tematy typowe dla Koebberling i Kaltwassera.

Obiektem życzliwego zainteresowania artystów są również nieformalne struktury społeczne - takie, które umożliwiają wymianę rzeczy i usług bez pośrednictwa pieniędzy. To wszystko plus utopia komuny pojawia się w projekcie z Wysing Art Centre obok Cambridge. Tam, wraz z grupą niewykwalifikowanych (system ekspercki to wszak forma nierówności społecznej) wolontariuszy Koebberling i Kaltwasser wybudowali dwupiętrowy budynek tak, jak buduje się szałas - bez kupowania surowców, bez inżynierskich ekspertyz. W ten sposób, mówiąc językiem Marksa, przezwyciężona została alienacja pracy:

Uczestniczenie w podejmowaniu decyzji otwiera zupełnie nową przestrzeń identyfikacji. Jeśli przyłożyć to do budowania wielkich budynków, czy w ogóle całych miast, taki model zakłada zupełnie inny model obywatelstwa, przynależności do miasta i demokratycznej świadomości. (Notes, s. 62)

Przecież nie sposób wierzyć, że można wybudować z materiałów znalezionych na śmietniku całe miasta! Czuć tutaj utopijne przekonanie, że przykre elementy rzeczywistości - takie jak śmieci, pieniądze i nierówność społeczna - są do wyeliminowania. A przecież nie są. Mityczna communitas bez grzechu pierworodnego, śmietnisk i pieniędzy...? Utopie są pociągające, ale groźne. Z tego zagrożenia - czego nie ogarniam - Kaltwasser nic sobie nie robi, skoro w nazwie warszawskiego projektu umieszcza słowo "Eldorado", nazwę legendarnej krainy szczęścia, a we wprowadzeniu do książki "Futuryzm miast przemysłowych. 100 lat Wolfsburga i Nowej Huty" pisze o projekcie stworzenia nowej utopistyki oraz o potrzebie radykalnych i rewolucyjnych gestów.

Jest jeszcze coś. Kaltwasser i Koebberling z entuzjazmem podchodzą do struktur samoorganizacji mieszkańców metropolii Trzeciego Świata (patrz wywiad s. 59-62 albo projekt "Learning from..."). Mieszkańcy slumsów występują tutaj w roli dobrych dzikusów, dzięki którym Zachód może przypomnieć sobie zapomniane pierwotne sposoby organizacji bardziej zakorzenione w Dobru.

"One man's trash is another man's treasure" ("śmieć dla jednego jest skarbem dla drugiego") - tak podobno brzmi ulubione hasło Kaltwassera i Koebberling - przedstawia samoorganizację i ekstensywny recykling jako sielankę ze skarbem w tle. Jestem przekonana, że osoba utrzymująca się ze zbierania puszek ma o wiele mniej romantyczną wizję praktyk recyklingowych.

Pewnie stąd mój sceptycyzm wobec utopii recyklingowej: wszak prawie-prawie pamiętam, jak - podczas biedy u schyłku Polski Ludowej - wirtuozeria w robieniu czegoś z niczego (czy można tłumaczyć to jako DIY - Do It Yourself?) była egzystencjalną koniecznością.

środa, 1 lipca 2009

Abjekt muzyczny

W Zachęcie już od dłuższego czasu wisi wystawa "Inwazja dźwięku. Muzyka i sztuki wizualne". Zanim ją obejrzałam sądziłam, że będzie się odnosić do inwazyjnego potencjału dźwięku (wzrok można odwrócić, uszu nie). Tymczasem chodzi chyba tylko o ironiczne odniesienie do przekonania, że integracja sztuk jest ich zanieczyszczeniem. Słabo.

A inwazyjność to fajny temat. Inwazja to wkroczenie czego my nie chcemy do siebie dopuścić, a to się wdziera i narusza. Smród, hałas, nieprzyjemny widok. Jako reakcja pojawia się strach i jego bardziej skomplikowana pochodna, wstręt. Sprawa wstrętu jest dobrze rozpoznana przez humanistykę, obecna w obowiązkowych kursach uniwersyteckich (abjekt, pozakategorialność, monstrualność, zmaza, brzydota i tak dalej).

Temat to nie tylko imho fajny, ale też obiektywnie mocno eksplorowany w sztuce, która pokazuje nam różne straszne i obrzydliwe rzeczy od tak dawna, żeśmy do tego chyba wszyscy przywykli.

Potworny permanentny hałas, użycie dźwięków o niebezpiecznych częstotliwościach, poszatkowane wrzaski i inne muzyczne abjekty - to ważna część festiwalu muzyki współczesnej i sound artu Musika Genera (odbywała się w ten weekend w Teatrze Dramatycznym, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i w Powiększeniu). Musiko-generowe hałasy bywały poprzedzone uspokajającym wstępem: "proszę państwa, momentami będzie bardzo głośno, ale artysta zapewnia, że nikomu nic się nie stanie", ale generalnie sztuka tam prezentowana nie należała do takiej, która szanowałaby poczucie bezpieczeństwa odbiorcy.

Mój faworyt to Robin Fox i jego laserowo-dźwiękowy spektakl, który nikomu ze znajomych się nie podobał. Nic dziwnego, bo nie było w tym nic do podobania: siedzieliśmy w zadymionej sali Teatru Dramatycznego, otoczeni laptopowym hałasem oraz wiązkami zielonkawego (brrr!) laseru, tworzącego przestrzenne figury i błyskającego po oczach. Wyobraźcie sobie, że jesteście wewnątrz tego, co na tym filmiku:



Ten laser był zsynchronizowany z muzyką, czyli wizualizował fizyczne parametry dźwięku. Gdyby tylko o to chodziło, lasery obchodziłyby mnie równie mało co wygląd partytury - również innego wizualnego zapisu. Ale ten okropny laser świecący po oczach - wiecie, że niedawno kilkanaście osób po masowej imprezie w Rosji trafiło do szpitala z odklejonymi laserem siatkówkami? ja wiedziałam i bałam się - ten okropny laser w języku wizualności mówił o inwazyjności dźwięków. Wizualizacja tej właściwości dźwięku - to już rzecz godna zainteresowania. Choć rozumiem, że zainteresowanie może zostać poważnie nadwątlone przez myśl o tym, że ktoś do ciebie strzela.

Takie rzeczy jak te z Musiki Genery są alternatywą, umieszczoną w niszy, bardzo daleko od mainstreamu podziemnego nurtu muzyki. W sztuce więcej wolno, więc to już chyba raczej sztuka niż muzyka. Problem w tym, że sztuka dźwięku jest równie daleko od mainstreamu sztuki jak od muzyki alternatywnej.

O tym, że ludzie chwytają Marka Rothkę a nie łapią Stockhausena, rozmawiał Piotr Kowalczyk z Anną Zaradny, kuratorką Musiki Genery (zajrzyjcie do Notesu na 6 Tygodni Nr 52, tam całość). Sztuka dźwiękowa czy muzyka artystyczna - powiedziała Anna Zaradny - to jedyna dziedzina sztuki współczesnej, która jest tak zepchnięta na margines życia artystycznego. Do tego, by dźwięk dokonał postulowanej w Zachęcie inwazji na sztuki wizualne, jeszcze długa droga...

wtorek, 24 lutego 2009

Kuba Dąbrowski, fotograf

W poniedziałek 9 marca o 19:00 – wystawa „Prezenty” Kuby Dąbrowskiego i Karola Radziszewskiego w TR. Z tej okazji sięgnęłam po stary „Notes na 6 Tygodni”, w którym czytałam kiedyś ten wywiad.

Ich poprzedni projekt "Koledzy" (o nim ten wywiad) dokumentował - czy raczej nostalgizował - licealną przeszłość. Okres, w którym – mówiąc słowami z wiersza Wojciecha Bąkowskiego – młodzi chłopcy jeszcze nie partycypują w cyckach. Znaczy, w zasadzie ja nie wiem, czy Dąbrowski i Radziszewski partycypowali, czy nie, chodzi mi tylko o tę nostalgię bijącą ze zdjęć Kuby Dąbrowskiego z lat 90.:




Potem wsiąkłam w fotograficznego bloga Kuby Dąbrowskiego Accidents will happen, z którego zresztą pochodzą powyższe zdjęcia. No i wpadłam w zachwyt. Dąbrowski pokazuje transformacyjne błoto na fotkach osiedli (jeszcze nie tych grodzonych); w portretach chwyta samotność mieszkańców Warszawy, może nie tylko Warszawy. Fotografuje zmęczonego Tuska, który usnął w samolocie. I, co chyba najbardziej mnie ruszyło, genialnie pokazuje prywatną codzienność: śmietnik wokół komputera, nieposprzątane mieszkanie, foliowe jednorazówki. Ludzi wspólnie się nudzących albo próbujących się dobrze bawić. A w tym błotnistym realu Dąbrowski znajduje prześwity piękna, brief glimpses of beauty. No właśnie. Accidents will happen Dąbrowskiego przypomina mi film Jonasa Mekasa As I Was Moving Ahead Ocasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty, pięciogodzinne afirmacyjne home video nowojorskiego reżysera awangardysty.




Ale bez obaw z tą afirmacją, Dąbrowski ma dystans:
dosyc emo byl ten styczen. takie zycie.
moze luty bedzie bardziej hip hop.

A do tego wszystkiego Dąbrowski potrafi zrobić zdjęcie, które ma wagę diagnozy socjologicznej wypełniającej ze cztery mądre artykuły:




Sprawdźcie Accidents will happen. I przyjdźcie do TR za dwa tygodnie.

środa, 4 lutego 2009

"A tutaj wszystko jest prawdziwe", czyli real foto 2

Kiedyś
, kiedy jeszcze liczyłam na to, że na "Blogu w budowie" będę się chwalić fatałaszkami, pisałam o "Real foto" Mikołaja Długosza, czyli albumie z fotografiami rzeczy sprzedawanych na Allegro. W wywiadzie dla "Notesu na 6 tygodni" tak Długosz rozmawiał z Bogną Świątkowską:

BŚ: Materializm, który widać na tych zdjęciach, jest taki raczej biedny.
MD: Taki real mamy. Poza tym jeśli on jest bogaty, to mnie nie interesuje. Nie interesuje mnie dobry gust, nie interesują mnie mieszkania urządzone za nie wiadomo jakie pieniądze. To jest w ogóle nieciekawe, to jest niefajne, to jest sterowane. A tutaj wszystko jest prawdziwe i to jest też propozycja na nową fotografię w ogóle. Bo współczesna fotografia to jest skończona rzecz już absolutnie, choćby nie wiem ilu fajnych ludzi się nią zajmowało, to wymyślają tylko bardzo malutkie kroczki do przodu. Już nie będzie żadnego Cartier Bressona, nie będzie żadnego Newtona w tym, co się teraz dzieje. Ten etap jest zamknięty i trzeba coś nowego wymyślić, jeśli chce się robić poważną rzecz, a nie taką zdobniczą, do magazynów, do reklam, usługową.

Może coś w tym jest. Bo podobny pomysł na poszerzenie granic konwencjonalnej fotografii reklamowej ma Dov Charney, założyciel, absolutny dyrektor i fotograf marki American Apparel. Zobaczcie, że podobne. Oto jedno z polskich zdjęć z albumu "Real foto":


a oto zdjęcie reklamowe American Apparel:


W obu zdjęciach jest coś w rodzaju estetyki real foto. Pokazanie przypadkowego (lub, u Charneya, niby-przypadkowego) drugiego planu jest sygnałem, że zdjęcie będzie oddawać prawdę. Że modelka nie będzie wyretuszowana, więc na zdjęciu będzie można znaleźć coś ciekawego. Na przykład krostkę na stopie, zaczerwienione pięty czy rumieńce:




Długosz przeciwstawił real foto fotografii reklamowej, usługowej. Tymczasem Dov Charney przechwycił estetykę real foto na użytek reklamy marki American Apparel.

Targetem American Apparel są - jak pisze Polly Vernon w "Guardianie" - nowojorscy hipsterzy. They are young, good-looking graduates who work in a non-specific creative field. (...) They're bloggers and clubbers and denizens of art parties, a kind of new-new bohemian. Czy dobrze przeczuwam, że oprócz tego lubią ciuchy retro i piszą rozprawy naukowe o kryzysie reprezentacji albo o pornografii? (Tak, w visual studies pornografia to normalny przedmiot badań.) I że w takim razie kostium kąpielowy w prążki z suwakiem, sfotografowany w stylu real foto, jest produktem zaadresowanym bardzo precyzyjnie?

Hm. Przynajmniej do mnie ten ciuch jakoś trafia.

Najsłynniejszym ze zdjęć American Apparel jest to z Sashą Grey w skarpetach. Żeby zachować otoczkę pornograficzności wokół nagiej porno star, nie zamieszczę obrazka, tylko ukradkiem podam link (o, tu!).

No. Uważam tę kompozycję za kawał dobrej roboty. Forma tryptyku sprawia, że przestaje ono być aktem fotograficznym, wydumanym statycznym studium piękna kobiecego ciała, a zbliża się do filmowej rejestracji ruchu. Kadrowanie też ciekawe - jakieś to takie przytulne, że postać nie mieści się w kadrze. Choć Sasha Grey to porno star, temu zdjęciu – uważam – daleko do pornograficzności. Nie ma zbliżeń genitaliów, no i nie ma śladu real foto. A porno miewa koneksje z real foto. Wykorzystuje je żeby pokazać, że „tutaj wszystko jest prawdziwe”.

* * *

Ciekawostka: American Apparel, prócz zatrudniania aktorek z filmów dla dorosłych i stosowania estetyki real foto, bierze żywy udział w akcji na rzecz legalizacji imigrantów, chwali się tym, że ma fabryki w Los Angeles, a nie w Chinach, oraz walczy o równouprawnienie legginsów jako samodzielnego ciucha na dół ciała.