Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zachęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zachęta. Pokaż wszystkie posty

środa, 3 lutego 2010

Niewidzialne w Zachęcie na wystawie "Polonia..."

Nie miałam ostatnio szczęścia do wystaw.

„Wszystkie stworzenia duże i małe” przerosły moją zdolność myślenia abstrakcyjnego i ostatecznie skupiłam się na jednym wideo z koteczkiem chłepczącym mleko (był naprawdę słodki).

(Peter Fischli, David Wiess: Buesi/ Kitten. Stąd.)

"Szeroki krąg", czyli trójwymiarowe fotografie Wojtka Wieteski w Fotoplastikonie Warszawskim jakoś mnie nie porwały (choć sama stuletnia machina do oglądania stereoskopowych obrazów wymiata).

(Fot. Michał Sadowski. Stąd.)

„Hades?” (zdjęcia Tomasza Tomaszewskiego na chodniku przed Domem Polonii i w jego hallu) uznałam za przyprawianie Ślązakom gęby dobrych dzikusów.

(Fot. Tomasz Tomaszewski. Stąd. Więcej można obejrzeć na stronie Tomszewskiego.)

Ale w niedzielę poszłam na "Polonię i inne opowieści" Allana Sekuli do Zachęty i to był szczęśliwy wybór.

Sekula to amerykański fotograf, ale też historyk, krytyk i teoretyk fotografii. Oprócz zdjęć, drukowanych lub wyświetlanych, na wystawie jest też jeden film i trochę odautorskich tekstów. Słowem, rzecz jest do ogarnięcia, skrojona na miarę człowieka. Fajnie.

Chociaż wystawa znajduje się w galerii sztuki, nie jest wystawą "fotografii artystycznej". Część zdjęć Sekuli to reporterskie fotografie - fotografie ubóstwa i dotkniętych nim, używając terminu Baumana, ludzi-odpadów: gdańskich stoczniowców, greckich marynarzy, chicagowskich strajkujących robotników.

Fotografia społeczna? Tak, ale Allan Sekula zdaje sobie sprawę z pułapki takiej fotografii – niby jest zaangażowana, ale jeśli przekłada się na coś w rzeczywistości społecznej, to głównie na dobre samopoczucie odbiorców. O tym jest druga z „Czterech lekcji fotografii dla drobnomieszczaństwa” ("Four Lessons on Photography for the Petit-Burgeoisie").

(Cóż. W lepszej jakości tę tablicę można zobaczyć w Zachęcie na żywo jeszcze przez cztery tygodnie. :P)

Sekula robi zdjęcia tego, co wymazane z widzialności, ukryte - gdy tak się spojrzy na jego zdjęcia, jest ciekawiej niż wówczas, gdy zobaczy się w nich tylko alterglobalistyczne obrazy. I tak, na przykład oprócz niewidzialnych ludzi-odpadów Sekula fotografował Ośrodek Kształcenia Kadr Wywiadu w Kiejkutach.
"To miejsce to czarna dziura informacji wizualnej - mówi Sekula w wywiadzie udzielonym Kindze Kenig dla "Gazety Wyborczej". - Nigdzie nie mogłem znaleźć zdjęć tajnych więzień CIA, więc robienie tych zdjęć było wyzwaniem. Nawet jeśli zdjęcie nic nie pokazuje i jest raczej sielankowe. Dobre miejsce na ryby. Ale myśl, że gdzieś tam jest pokój, który wygląda tak samo jak pokój w Bangkoku, tak by torturowany nie miał pojęcia, gdzie się znajduje...".
(Allan Sekula, z cyklu Polonia. Stąd.)

W jednej z prac Sekula próbuje nauczyć nas widzenia tego, jak fotografia znaczy (a nie co przedstawia): praca „Rozważania o tryptyku” ("Meditations on A Triptych") to nie tylko trzy fotografie - rodzinne, pamiątkowe, takie, jakie przywykliśmy oglądać jednym rzutem oka - w jednej ramie, ale też tekst, stół i krzesło, żeby siąść naprzeciwko tych trzech pozornie nieciekawych zdjęć i przeczytać dwadzieścia kilka stron o nich, patrząc na nie uważnie. To moja ulubiona rzecz na tej wystawie.

A skąd Polonia w tytule wystawy? Sekula ma polskie korzenie, cykl "Polonia" zrobił na potrzeby wystawy w Zachęcie. W tym cyklu demaskuje stereotypy, wskazuje na mit Polski, rekonstruuje Polskę wyobrażoną - Polonię - i stereotyp Polaka. Słowem, jeszcze raz na zdjęciach pokazuje to, co ukryte.

Zdjęcia Sekuli zupełnie, ale to zupełnie nie są artystyczne, za to mocno intelektualistyczne. Polecam wszystkim - co oczywiste - fotografującym i - co mniej oczywiste - miłośnikom kulturoznawczych rozkmin, bywalcom bibliotek i studentom wstępnych kursów antropologii obrazu.

poniedziałek, 30 listopada 2009

Libera w Zachęcie

Tak oto pogadałam sobie ostatnio z J.:

Ja: Popatrz, tutaj jest Zbigniew Libera!
J.: Kto to? Ojciec tego Libery?

Faktycznie - jak się przyjrzy temu, co hajpuję - to wygląda to tak, jakby Michał Libera był ważniejszy od Zbigniewa Libery.

Oczywiście tak nie jest (niezależnie od tego, co sądzi na ten temat J.). A Zbigniew Libera jest ojcem, ale polskiej sztuki krytycznej lat dziewięćdziesiątych.

Znany jest z prac krytykujących konsumpcjonizm i ujawniających opresyjność wychowania.

Zbigniew Libera "Ciotka Kena", 1994, źródło: raster.art.pl

W historii polskiej sztuki zapisał się głównie jako ten, który swoimi pracami wprowadził do debaty publicznej dziś oczywisty temat pamięci o Zagładzie.

Zbigniew Libera "Christus ist Mein Leben" 1990, źródło: raster.art.pl


Zbigniew Libera "Lego. Obóz koncentracyjny" 1996, źródło: csw.art.pl

Przyznaję: mam słabość do outsiderów, do rozmaitych waitsów i celine'ów. Więc i w biografii Libery ujmuje mnie to, jak to się stało, że został artystą:
"Byłem kłopotliwym nastolatkiem - opowiadał pięć lat temu w "Dużym Formacie". Psychologowie poradzili mamie, że powinienem studiować jakiś kierunek artystyczny. No i chciałem uniknąć wojska. Studiowałem krótko, bo zaraz mnie zamknęli. W więzieniu odbyły się moje prawdziwe studia. Można powiedzieć, że jestem samoukiem."
Zapytany o to, jak trafił do więzienia, odpowiedział:
"Uważam, że tak czy inaczej z moim charakterem bym tam trafił."
Cóż - psychologowie i mama pewnie mieli wielką satysfakcję, gdy ich kłopotliwy nastolatek tak dobrze wykorzystał przekorę i buntowniczość, że ukształtował nimi polską sztukę krytyczną, dla której "obrażanie uczuć większości, przekreślanie aktualnych świętości i nicowanie dominujących symboli było równie ważne, a może i ważniejsze od walki o liberalne i obywatelskie cnoty, otwartość i empatię, tolerancję dla odmienności, o których pisali obrońcy sztuki krytycznej" (Adam Mazur, Przewodnik po wystawie "Schizma. Polska sztuka lat dziewięćdziesiątych").

Zbigniew Libera na wernisażu wystawy Antyciała, CSW, 1995.
Fot. Mariusz Michalski & Barbara Wójcik.
Źródło: csw.art.pl,
do obejrzenia także na wystawie "Schizma. Polska sztuka lat dziewięćdziesiątych".


A to wszystko piszę dlatego, że wystawę retrospektywną Zbigniewa Libery można oglądać od jutra do 6 lutego 2010 w Zachęcie.

Idźcie koniecznie.

środa, 1 lipca 2009

Abjekt muzyczny

W Zachęcie już od dłuższego czasu wisi wystawa "Inwazja dźwięku. Muzyka i sztuki wizualne". Zanim ją obejrzałam sądziłam, że będzie się odnosić do inwazyjnego potencjału dźwięku (wzrok można odwrócić, uszu nie). Tymczasem chodzi chyba tylko o ironiczne odniesienie do przekonania, że integracja sztuk jest ich zanieczyszczeniem. Słabo.

A inwazyjność to fajny temat. Inwazja to wkroczenie czego my nie chcemy do siebie dopuścić, a to się wdziera i narusza. Smród, hałas, nieprzyjemny widok. Jako reakcja pojawia się strach i jego bardziej skomplikowana pochodna, wstręt. Sprawa wstrętu jest dobrze rozpoznana przez humanistykę, obecna w obowiązkowych kursach uniwersyteckich (abjekt, pozakategorialność, monstrualność, zmaza, brzydota i tak dalej).

Temat to nie tylko imho fajny, ale też obiektywnie mocno eksplorowany w sztuce, która pokazuje nam różne straszne i obrzydliwe rzeczy od tak dawna, żeśmy do tego chyba wszyscy przywykli.

Potworny permanentny hałas, użycie dźwięków o niebezpiecznych częstotliwościach, poszatkowane wrzaski i inne muzyczne abjekty - to ważna część festiwalu muzyki współczesnej i sound artu Musika Genera (odbywała się w ten weekend w Teatrze Dramatycznym, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i w Powiększeniu). Musiko-generowe hałasy bywały poprzedzone uspokajającym wstępem: "proszę państwa, momentami będzie bardzo głośno, ale artysta zapewnia, że nikomu nic się nie stanie", ale generalnie sztuka tam prezentowana nie należała do takiej, która szanowałaby poczucie bezpieczeństwa odbiorcy.

Mój faworyt to Robin Fox i jego laserowo-dźwiękowy spektakl, który nikomu ze znajomych się nie podobał. Nic dziwnego, bo nie było w tym nic do podobania: siedzieliśmy w zadymionej sali Teatru Dramatycznego, otoczeni laptopowym hałasem oraz wiązkami zielonkawego (brrr!) laseru, tworzącego przestrzenne figury i błyskającego po oczach. Wyobraźcie sobie, że jesteście wewnątrz tego, co na tym filmiku:



Ten laser był zsynchronizowany z muzyką, czyli wizualizował fizyczne parametry dźwięku. Gdyby tylko o to chodziło, lasery obchodziłyby mnie równie mało co wygląd partytury - również innego wizualnego zapisu. Ale ten okropny laser świecący po oczach - wiecie, że niedawno kilkanaście osób po masowej imprezie w Rosji trafiło do szpitala z odklejonymi laserem siatkówkami? ja wiedziałam i bałam się - ten okropny laser w języku wizualności mówił o inwazyjności dźwięków. Wizualizacja tej właściwości dźwięku - to już rzecz godna zainteresowania. Choć rozumiem, że zainteresowanie może zostać poważnie nadwątlone przez myśl o tym, że ktoś do ciebie strzela.

Takie rzeczy jak te z Musiki Genery są alternatywą, umieszczoną w niszy, bardzo daleko od mainstreamu podziemnego nurtu muzyki. W sztuce więcej wolno, więc to już chyba raczej sztuka niż muzyka. Problem w tym, że sztuka dźwięku jest równie daleko od mainstreamu sztuki jak od muzyki alternatywnej.

O tym, że ludzie chwytają Marka Rothkę a nie łapią Stockhausena, rozmawiał Piotr Kowalczyk z Anną Zaradny, kuratorką Musiki Genery (zajrzyjcie do Notesu na 6 Tygodni Nr 52, tam całość). Sztuka dźwiękowa czy muzyka artystyczna - powiedziała Anna Zaradny - to jedyna dziedzina sztuki współczesnej, która jest tak zepchnięta na margines życia artystycznego. Do tego, by dźwięk dokonał postulowanej w Zachęcie inwazji na sztuki wizualne, jeszcze długa droga...

środa, 3 grudnia 2008

Zachęta zniechęca: koncert Grupy Kot

Idę wczoraj do Zachęty, żeby kupić archiwalny "Czas Kultury" z płytą Grupy Kot - a tu na drzwiach księgarni ogłoszenie (zwykły wydruk):

2 grudnia o 19:00
w sali kinowej
odbędzie się promocja
filmów Łyżki Czyli Chilli
(4DVD).
Dziś cena promocyjna 87 zł.

Dwie godziny później wchodzę do rzeczonej kinowej sali, a tu znowu ogłoszenie:

Przyjdź i pomaluj ścianę w Zachęcie!!!
6 grudnia (sobota) od godziny 21:00
...
koncerty:
21:15 KOT (sale wystawowe)
...

Zeźliłam się trzykrotnie.

Raz, bo płyta Grupy Kot była głupawo dołączona do numeru tematycznego o zwierzętach.

Dwa, bo o spotkaniu z Trzosem, Waciakiem i Mendykiem (na którym na żywo za pomocą petard i wiertarki przygotowywali ciasto :) ) dowiedziałam się przypadkiem w ostatniej chwili, choć przecież kilka godzin wcześniej byłam na stronie festiwalu Weź to wyłącz.

Trzy, bo info o koncercie Kota było tak zmyślnie zakitrane, że o mały włos bym je przegapiła.

To tak specjalnie? żeby na imprezę przyszło kilkanaście osób, czy co? Wiem, że nie, ale takie myśli się pojawiają. Szczególnie teraz, gdy na stronie www Zachęty nie mogę znaleźć zapowiedzi sobotniego wydarzenia, bo nawigacja taka przekombinowana.

Zacytuję więc sama siebie, choć cytowanie siebie samej to już totalny kanał:

przymierzałam się do kupienia "Czasu Kultury" z płytą Grupy Kot. Bo oni na mnie zrobili też ogromne wrażenie - z tą autorytarną dyrygento-gestykulacją Wojciecha Bąkowskiego o aparycji faszysty. Z tymi biednymi magnetofonami, czarno-brązowymi ciuchami i z chamskim tekstem:
"no
to nie jest śmieszne
śmieszne są pedały
i heinemedin
że ktoś tak chodzi głupio".

No.

Tę gestykulację ktoś nazywa "audioperformance". Pewnie po to, żeby uzasadnić obecność Kota w salach Zachęty - dodam, bom złośliwiec i bom się na Zachętę zeźliła.

A aparycja faszysty wygląda mniej więcej tak:


No.

Ponieważ ten post jest sponsorowany przez utrudnione docieranie do informacji, to nie wkleję linka do Grupy Kot na majspejsie. Znajdź sam. A jak nie pójdziesz na ten koncert, to pamiętaj, że

mamy kolekcję złych napisów kupą
o tobie

o twojej matce i siostrze.