Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 7 listopada 2014

Polin. Muzeum Historii Żydów Polskich. Wątki ostrowieckie

Byłam. Zwiedziłam wystawę stałą. Skorzystałam z zaproszenia dla lokalnych organizacji pozarządowych, które działają na rzecz pamięci o Żydach.

Przede wszystkim: wystawa jest imponująca. I m p o n u j ą c a. Sądziłam, że ludzkość przestała próbować ogarnąć całą wiedzę umysłem, encyklopedią, biblioteką; że od XIX w. godzimy się na fragmentaryczność. Jednak Muzeum Historii Żydów Polskich w dziedzinie, którą się zajmuje, ma właśnie takie aspiracje. I rzeczywiście mam wrażenie, że na wystawie jest wszystko, co być powinno.

Dyrektor Dariusz Stola na spotkaniu z organizacjami pozarządowymi wspomniał, że muzeum przygotowało już kilkanaście tras po wystawie. I że na wystawie jest dziesięć tysięcy stron tekstu, umieszczonego na multimedialnych urządzeniach, ścianach, obiektach... No właśnie – muzeum jest tak ogromne, że można je zwiedzać jak miasto: oglądasz różne miejsca i budynki, ale i tak masz poczucie, że następnym razem znajdziesz coś, co cię zaskoczy. Możesz też przygotować sobie trasę tematyczną. Kobiety w kulturze żydowskiej, narodziny i śmierć sztetli, żydowski handel. Z tej ogromnej wystawy, której nie da się dobrze poznać nawet w tydzień, możesz sobie ułożyć nową, własną opowieść.

Muzeum jest skoncentrowane na wiedzy, nie na zabytku. To, co je tworzy, to nie są zabytkowe przedmioty, ustawione chronologicznie w opisanych gablotkach. Jego treścią jest przede wszystkim opowieść, snuta z medialnym rozmachem. Od średniowiecznych fresków po komputerowe gadżety: ściany-ekrany, ekrany dotykowe, gry, projektory. Multimedialność na mnie aż takiego wrażenia nie robi, ale wiem, że to świetne narzędzie edukacyjne dla tych, dla których książka jest medium zbyt nudnym.



Opowieść o Żydach polskich jest snuta za pomocą multimediów, ekranów, dźwięków. Ale też za pomocą instalacji scenograficznych, wykonanych historycznymi technikami ciesielskimi czy malarskimi.
 Mówiąc o medialnym rozmachu, mam na myśli też to, że autorzy skorzystali z setek, jeśli nie z tysięcy możliwości ekspozycyjnych, i dobrali je z dużą wrażliwością. Zdjęcia odpowiedzialnych za Holokaust są odwrócone do ściany – widzimy je tylko w lustrze na ścianie. Bo nie są warci oglądania. Zdjęcia ofiar Holocaustu są zaś eksponowane bez powiększeń, często w rozmiarze zdjęć legitymacyjnych, wglądówek. Bo Holocaust to nie jest temat do efektów wizualnych. Jeśli ludzie na zdjęciu zostałi poniżeni, to niech to malutkie zdjęcie wisi niziutko – tak, żeby odwiedzający musiał się schylić i przyglądać, żeby nie było mu tak wygodnie.

Powiedziałam, że zabytków tu mało. Rzeczywiście, to jest muzeum opowieści i scenografii. Ale autentyk też jest tu obecny, i to jak! Budynek stoi w sercu dawnej żydowskiej Warszawy i jest rekonstrukcją tego serca. Jedna z instalacji przedstawia przedwojenną ulicę Zamenhofa w skali jeden do jednego. Ta zrekonstruowana ulica biegnie dokładnie tędy, którędy biegła przed wojną... Budynek stoi też w miejscu późniejszego getta. Dokładnie tu, w tym miejscu, ginęli żydowscy powstańcy. Przy wejściu do muzuem umieszczona jest mezuza, wykonana z cegły ruin żydowskich Nalewek.

Ostrowieckie wątki

Nie byłabym sobą, gdybym na wystawie nie rozglądała się za Ostrowcem. I rzeczywiście nasze miasto pojawia się dwa czy trzy razy.

Znajdziemy Ostrowiec na imponującej mapie w galerii Paradisus Iudaeorum. Wynika z niej, że w 1765 r. Ostrowiec był jedną z 1200 gmin żydowskich w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ale Żydzi mieszkali w Ostrowcu już 150 lat wcześniej, sprawdziłam w "Żydach ostrowieckich. Zarysie dziejów". W XVII w. istniała już synagoga i cmentarz żydowski. 


Skoro o synagodze mowa... Zrekonstruowana drewniana synagoga jest jednym z najbardziej imponujących miejsc wystawy stałej. Podobno większość synagog na wschodzie dzisiejszej Polski, na Ukrainie i Litwie była robiona z drewna. I żadna z nich nie przetrwała wojny. Twórcy wystawy  dotarli jednak do technik architektury drewnianej, a następnie zrekonstruowali jedną z dobrze udokumentowanych bożnic – z Gwoźdźca. Dlaczego to jest ważne? Bo ostrowiecka synagoga była drewniana i nie przetrwała wojny... Czy możliwe, żeby jej wnętrze było choć trochę podobne do imponującej synagogi z Gwoźdźca?
https://www.google.com/culturalinstitute/asset-viewer/muzeum-historii-%C5%BCyd%C3%B3w-polskich-polin/wAE6GrG-6nU06A
Zrekonstruowana drewniana bożnica z Gwoźdźca - do obejrzenia przez Google Street View. Ostrowiecka synagoga należała do tego samego typu budowli

Ostrowiec pojawia się także w galerii Zagłada na mapie dystryktu radomskiego Generalnej Guberni. Znajdziemy go też w przygnębiającym spisie gett na ziemiach polskich.


I ostatni wątek z naszych stron. Dyrektor programowa wystawy głównej, prof. Barbara Kirshenblatt-Gimblett, ma opatowskie korzenie. Jej ojciec, Meyer Kirshenblatt, był z Opatowa. Tu urodził się i wychował. Wyemigrował jako 18-latek, w 1934 r. - wtedy mnóstwo osób wyjechało do obu Ameryk, także z Ostrowca. Trafił do Toronto.
 

W 2007 r. ukazała się ich wspólna książka They Called Me Mayer July: Painted Memories of a Jewish Childhood before the Holocaust. Prof. Kirshenblatt-Gimblett nazywa ją efektem czterdziestoletniej rozmowy ojca i córki. Przez lata Meyer Kirschenblatt wspominał życie opatowskich Żydów; w końcu, po wielu namowach, w 1990 zaczął je malować. Książka składa się zatem z obrazów ojca i anegdotycznych wspomnień, spisanych przez córkę. Poznajecie rynek w Opatowie?

Meyer Kirshenblatt, Market day (Dzień targowy).

Podpis mówi: 

Środa była w Opatowie dniem targowym. Wszyscy czekali na ten dzień z wytęsknieniem. Większość spraw na cały tydzień była załatwiana w środę. Chłopi z bliska i daleka wypełniali miasteczko, aż trzeszczało w szwach. Miasto było przepełnione koniami i furmankami. Niektórzy chłopi przyjeżdżali bardzo wcześnie, żeby moc sobie wybrać dobre miejsce do handlu. Przywozili swoje produkty, żywność i zwierzęta.
Były trzy miejsca targowe: rynek, mały rynek naprzeciwko naszego domu; targ bydlęcy na targowisku, na obrzeżach miasta, blisko cmentarza żydowskiego. Na rynku sprzedawano drób, płody, surowce i rękodzieło. 
Źródło i więcej obrazów Meyera Kirshenblatta:
http://www.nyu.edu/classes/bkg/MK/MK_images/pages/marketday.html.

 
I to córka Żyda z Opatowa, która spisywała jego wspomnienia o dniu targowym, tworzyła tę imponującą wystawę w Muzeum Historii Żydów Polskich, która ogarnia całość tysiącletniego życia Żydów w Polsce... Ot, ciekawostka, ale jaka miła.

A wystawę odwiedźcie koniecznie. Najpierw zaś zajrzyjcie przez Google Street View, żeby wiedzieć, co Was czeka.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Macewy, lastriko i Jan Kochanowski

Cmentarz Żydowski w Warszawie to jeden z niewielu czynnych cmentarzy żydowskich w Polsce. Poszłam na spacer i byłam zaskoczona, że są tam nie tylko omszałe macewy, ale też na przykład obeliski z marmuru:

groby z ciekawymi rzeźbami:

 

groby z lastriko z lat 70. XX wieku i z marmuru z lat 90.:


groby zdradzające zanurzenie zmarłych i ich rodzin w polskiej kulturze (nie wiem, czy dobrze widać, ale to jest cytat z "Trenu VIII" Jana Kochanowskiego):


W niektórych częściach cmentarza pachnie ściółka, panuje wilgoć i jest jak w lesie (włącznie z komarami). Chodzi się wąskimi ścieżkami. Nie bardzo się da wejść między groby, bo pnie wypełniają dosłownie każdy prześwit między nagrobkami. A te były stawiane i tak już bardzo gęsto. Swoją drogą, ciekawe dlaczego.


Warto zajść na Cmentarz Żydowski, żeby zobaczyć, że wcale nie składa się z rzędów macew i kilku oheli z napisami po hebrajsku. I żeby zobaczyć, z czego w takim razie się składa. W ten sposób można się tu spotkać z naszym polskim obcym, którego inność - jak się okazuje - nie jest taka, jak zwykliśmy ją sobie wyobrażać.


niedziela, 23 grudnia 2012

Siła krytyki?

Kończy się grudzień, a na Dworcu Centralnym w Warszawie nie wisi żadna reklama. W zeszłym roku przed świętami na jego fasadzie zawisła wielkoformatowa płachta (sweterki H&M za 79 albo inne 119 zł) i spotkała się z krytyką. Optymistycznie zakładam, że te dwa fakty mają ze sobą jakiś związek.

Kiedy w grudniu 2011 na Centralnym zawisły sweterki, decyzję krytykowała „Gazeta Stołeczna”, na Chłodnej 25 odbyła się debata z przedstawicielem PKP i miejskimi społecznikami. Oburzenie wzięło się wtedy chyba stąd, że dworzec był świeżo odnowiony – może od miesiąca albo dwu, już nie pamiętam – i chyba po raz pierwszy od lat wyglądał naprawdę ładnie. Może ludzie nie zdążyli się nacieszyć jego widokiem i dlatego wyjątkowo wyraźnie dotarło do nich, że przez wielkoformatowe reklamy coś tracą?

Zresztą wtedy, przed Euro 2012, reklamy w Warszawie pojawiały się w wielu miejscach, które do tej pory były wolne od komercji. Przez pół roku na moście średnicowym wisiały reklamy Carlsberga i Coca Coli. Musiał oglądać je każdy, kto gapił się za okno przejeżdżając przez Wisłę – a ludzie robią to dość często. Nad Warszawę zaczął wznosić się balon z napisem Orange. Wiosną 2012 r. na Placu Defilad, w strefie kibica, zaczął powstawać McDonald's. Na Centralnym – odnowionym właśnie na Euro – w grudniu zawisły sweterki H&M, a w czerwcu płachta witająca turystów. Wreszcie przy palmie stanęła ogromna dmuchana piłka. 
Każde z tych wydarzeń wywoływało krytykę: „Gazeta Stołeczna” publikowała artykuły, po sieci krążyły krytyczne grafiki, niektóre podpisane przez znanych artystów. Także sprawa Centralnego była oprotestowana – „Stołeczna”, grafiki, memy, dyskusje. Byłam wtedy na debacie na Chłodnej 25. To było smutne. Wszyscy, włącznie z przedstawicielem PKP, zgodzili się, że z tymi reklamami w przestrzeni publicznej to skandal i trzeba z nimi coś zrobić. Odebrałam to jako sytuację jak z powiedzenia: „trzeba działać! Powiedzieli Indianie rozkładając się wygodnie”. Że krytyka – krytyczne artykuły, debaty – nie ma na nic wpływu.

Reakcją na reklamy na Centralnym była debata
A jednak płachty na Centralnym już nie ma. Nie sprawdziły się też czarne wieszczby, że reklamowi deweloperzy, skoro raz przekroczyli granicę, będą starali się ten obszar objąć w stałe posiadanie. Że płachty na moście już zostaną, podobnie Centralny też nadal będzie obwieszony reklamami, że tymczasowy McDonald zostanie na Placu Defilad, tak jak zostało os. Przyjaźń na Jelonkach (to tymczasowe domki, które miały służyć tylko budowniczym pałacu Kultury, a stoją do dzisiaj). Właściwie ze wszystkich wspomnianych reklam pozostał tylko balon Orange.

Czyli jednak krytyka ma wpływ? Może nawet coś więcej. Boltanski i Chiapello w "Nowym duchu kapitalizmu", który właśnie czytam, piszą, że krytyka kapitalizmu jest jego integralnym elementem. Nie istnieje rynek w stanie czystym; zawsze jest on włączony w społeczeństwo, a ono jakoś na niego oddziałuje. Głosy społeczeństwa są – w pewnym stopniu muszą być –  uwzględniane przez kapitalizm. Oczywiście to kapitalizm dyktuje warunki, ale społeczeństwo może je negocjować. Np. piętnować płachty na reprezentacyjnych budynkach albo czynić bezprawnym zatrudnianie na śmieciowych umowach.

Podobnie pisze Karl Polanyi w „Wielkiej transformacji”. Opisuje, jak państwo w XVIII czy XIX wieku próbowało opóźnić szybkie przemiany gospodarcze, które uderzały w ludzi. Oczywiście nie zatrzymało rozwoju kapitalizmu, ale nieco go złagodziło przez spowolnienie. Polanyi twierdzi, że właśnie o coś takiego chodzi.

Boltanski, Chiapello i Polanyi pokazują, że cos takiego jak czysta logika rynkowa nie istnieje. Dla Boltanskiego społeczne reakcje są integralnym elementem gospodarki: kapitalizmowi zawsze towarzyszy krytyka i on zawsze ją uwzględnia. Inaczej Polanyi. Ten jest w stanie wyobrazić sobie czysty rynek, czyli sytuację, w której społeczeństwo nie ma żadnych narzędzi oddziaływania na rynek i jest mu całkowicie poddane. Jednak, jego zdaniem, byłaby to katastrofa, bo rynek jest ślepą, destrukcyjną siłą. która fizycznie wyniszczyłaby społeczeństwa. W obu optykach jedno jest wspólne: przekonanie, że rynek jest zależny od społeczeństwa bardziej, niż zwykle sądzimy.

Potrzebujemy estetyki, bezpieczeństwa czy ochrony przed spamem?

Reklama na Centralnym zniknęła – to optymistyczne. Zarządcy dworca przyjęli krytykę i wzięli ją pod uwagę. Ale martwi mnie jedno: argumentacja estetyczna, która tutaj okazała się skuteczna, ma krótkie nogi. Hm… Mówicie, że reklama na reprezentacyjnym dworcu jest brzydka? No cóż, niektóre kobiety noszą – o zgrozo – brzydkie buty z powodu biedy, dlaczego inni nie mieliby wieszać brzydkich reklam z powodu pieniędzy? Mówiąc bez ironii: argument estetyczny jest słaby, bo estetyka nie jest towarem pierwszej potrzeby. Choć chaos reklamowy przy wylotówkach miast jest paskudny, trudno powiedzieć komuś, kto przymiera głodem, żeby nie zgadzał się na postawienie billboardu na swojej działce, bo to brzydkie. Amoralne – amoralne jak kapitalizm – byłoby traktowanie estetyki jako wartości nadrzędnej względem życia ludzi. Dlatego PKP rok temu bronił się argumentem, że pieniądze z reklamy w Warszawie są bardzo potrzebne wszystkim polskim dworcom.

Lepszym argumentem jest na pewno mówienie, że reklamy są niebezpieczne. Płachty umieszczane przy drogach odciągają uwagę kierowców. Nie zauważy taki jeden z drugim znaku drogowego i nieszczęście gotowe. Taką argumentację przyjmuje warszawskie stowarzyszenie Miasto Moje a w Nim, które walczy z reklamą wielkoformatową. Można też spojrzeć szerzej: nadmiar reklam to brak higieny informacyjnej. Reklamy przekrzykują się ze znakami drogowymi, billboardy z reklamami, reklamy wielkoformatowe z billboardami, reklamy dymane i inne trójwymiarowe z wielkoformatowym, a my przestajemy to wszystko widzieć.

No właśnie: ja uważam, że nadmiar reklam jest zły, bo zaśmieca ludziom głowy. Nie, że zaśmieca miasto i jest brzydkie, tylko że zaśmieca głowy i są głupie. Jeśli chodzi o mnie, to nienawidzę reklam za to, że przykuwają moją uwagę na milisekundy, wystarczające tylko na pomyślenie myślątka w rodzaju "ładny sweterek”, „o, ale ten sweterek cienki", "taki krój, nie, źle bym wyglądała" albo myślątka metabanerowe typu "phi, beznadziejna kampania". Póki co, mam nadzieję, że spotka mnie ślepota banerowa, jak na plakacie Tymka Borowskiego na wystawie "Miasto na sprzedaż" w Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Bo dopóki nie oślepnę na billboardy, to będę przebodźcowana i wiecznie rozproszona tymi reklamami… Tylko czy argument o zaśmieconej głowie jest ważny dla kogoś poza mną? Czy on nie jest jeszcze bardziej elitarystyczny niż argument o zaśmieconej przestrzeni publicznej? Po prostu: czy dla każdego wartością jest to, że nic nie przeszkadza mu w myśleniu? 

niedziela, 23 września 2012

Budki dla dozorców


Pałac Kultury i Nauki. Widok od ul. Emilii Plater



Zachęta, parking od strony ul. Kredytowej

Dworzec Centralny. Widok od Al. Jerozolimskich

Pałac Kultury i Nauki. Widok od ul. Marszałkowskiej

Ul. Nowy Świat 6. Dawniej Dom Partii, dzisiaj giełda. Widok od strony Al. Jerozolimskich

Ul. Nowy Świat 6. Dawniej Dom Partii, dzisiaj giełda. Widok od strony Nowego Światu

Plac Trzech Krzyży

Plac Trzech Krzyży. Ministerstwo Gospodarki

Ul. Wspólna. Zjazd do podziemnego garażu między ministerstwami

Ul. Żurawia. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi

Okolice Poznańskiej i Nowogrodzkiej


Kiedyś oficyny budowano jako część pałacu. Dlaczego dzisiaj cieciówki nie zasługują na bycie architekturą? Dlaczego nikt nawet nie próbuje tych budek dostosować wizualnie do gmachów, przed którymi stoją? Czy naprawdę nikt nie widzi, że to powinno być zrobione? Dlaczego te budki, przeznaczone dla osób, które obserwują i kontrolują (ale też witają nas w budynku) same wyglądają tak, jakby nikt nie miał na nie nigdy nie spojrzeć? Czy to jest temat społeczny, o różnicy klasowej ludzi z biur i z cieciówek? Czy też chodzi o zwykłe niedbalstwo projektantów i zarządców budynków?

poniedziałek, 20 lutego 2012

Mitologiczna moc Warszawy, czyli rozwarszawianie się

Na debacie o tożsamości Warszawy Paweł Dunin-Wąsowicz powiedział: "do Warszawy przyjeżdżają najlepsi albo tacy, którzy za najlepszych się uważają". W związku z tym przypomniało mi się cudowne słowo rozwarszawiać się (funkcjonuje chyba raczej poza Warszawą, ciekawe czemu). Świetnie opisuje to, jak mieszkańcy Warszawy są widziani z zewnątrz, bo rozwarszawiać się znaczy "rozpychać się, zajmować za dużo miejsca, być zbyt pewnym siebie".

Na zdrowy rozum Warszawa nie powinna tak się wyróżniać. W Polsce istnieją "regionalne centra wzrostu", mówiąc po ludzku, te mniejsze miasta nie są takie małe, jak to się zdarza w innych europejskich krajach.

A jednak to w Warszawie trzeba się znaleźć, żeby stać się widocznym – to znaczy, taki jest mit Warszawy. Ten mit świetnie widać w you-tube'owych filmikach Sióstr Knyś: dziewczyny mieszkają na prowincji, Klaudia tańczy, Jolka śpiewa, oczywiście we wsi, w której żyją, nikt ich nie zauważa. One chyba wcale tym się nie przejmują, za to dołują się myślą, że "w Warszawie to w ogóle nas wszyscy wyśmieją" (tu). Któregoś dnia dziewczyny jadą do Warszawy i szukają siedziby „Dzień Dobry TVN”, bo Jolka chce poznać kogoś i zrobić karierę (tu). Oczywiście wszystko przerysowane, jak to w fikcji, ale jest też ziarenko prawdy.

Do Warszawy jedzie się zaprotestować przeciwko na ulicach; do telewizji pokazać, że „mam talent”; szukać pracy i przy okazji niesprecyzowanego szczęścia. Zaryzykowałabym tezę, że Warszawa – właśnie przez to, że według tych wyobrażeń jest to miejsce mocne, jakościowo lepsze (hm, pasowałby mi tu jakiś cytacik z Eliadego) – jest postrzegana jako centrum w sensie antropologicznym, pępek świata, nasz mały polski axis mundi. A może nie, może jako anus mundi, rozsadnik rozwarszawiaczy? Co o tym myślicie? Pytam szczególnie tych, którzy patrzą (albo patrzyli kiedyś, pozdrowienia dla imigrantów) z zewnątrz albo znają cytaciki z Eliadego.

Ale, jak mawia Paulo C., sens jest w tym, żeby iść, a nie dojść. Kiedy już się tutaj jest, okazuje się, że jest to miejsce jak każde inne, żaden tam pępek. Mamtalentów jest tutaj na pęczki i zajmują się oni, tak jak w całym kraju, głównie sprzedawaniem marchwi z groszkiem w sklepach z garmażem, art directorki palą w piecach porąbanymi futrynami ze zdemontowanych okien (to znowu anegdota Dunina-Wąsowicza z tej samej debaty), a szczęścia jest z tego całego warszawskiego ruchu tyle, co kot napłakał. Nic specjalnego.

I tylko "Dzień Dobry TVN" mówi stąd radośnie na całą Polsce, że „Reni Jusis urodziła cureczkę”.



Żeby oddać sprawiedliwość wszystkim uczestnikom debaty: szczególnie super rzeczy mówiły Kaja Malanowska i Bogna Świątkowska, które spierały się trochę z Markiem Kochanem, też imponującym retorycznie. Byli też Joanna Frużyńska i Bohdan Sławiński. Wszystko poprowadził Xawery Stańczyk z "Res Publiki Nowej".

wtorek, 3 maja 2011

Statua Superpatrioty

Pewien Polonus ze Stanów, rzeźbiarz Andrzej Pityński, podarował Stalowej Woli monument „Patriota”.

Stalowa Wola przyjęła pomnik, chociaż nie za bardzo ma go gdzie postawić. „Patriota” ma bowiem proporcje amerykańskie: jest to postać mierząca 12 metrów. Właściwie nie jest to pomnik, tylko statua. Na pierwszy rzut oka wygląda jak jeden z transformersów, uchwycony w trakcie przemiany: ma jedno husarskie skrzydło, ekspresyjnie wygięte, wykonane ze zmatowionego, ciemnego metalu, imitującego poszarpaną tkankę. Z drugiego skrzydła został kilkut, postać ma dziurę w klatce piersiowej. Ma też miecz, klatę jak Connan Barbarzyńca, sylwetkę Supermana. Maskulinistyczna maszyna do zabijania. Superpatriota.


Teraz jest odlewany w Gliwicach. W Stalowej Woli stanie jesienią.

Twórca tego paskudztwa, Andrzej Pityński, przypomina mi Jana Matejkę. Punkty styczne są aż trzy.

Po pierwsze, historiozoficzność. Za twórczością Andrzeja Pityńskiego stoi pewna konkretna filozofia historii: martyrologia. Pityński wyrzeźbił już pomniki bohaterów narodowych: Popiełuszki, Jana Pawła II (dwie sztuki), katyński, Błękitnej Armii, a także monumenty o tematyce bardziej abstrakcyjnej, wskazujące na postawy godne pochwały: „Partyzanci”, „Sarmata”, „Mściciel”. No i „Patriota”. Na makabrycznym poszarpanym skrzydle „Patrioty” będą wyrzeźbione daty, symbolizujące szczególnie wzniosłe momenty w historii „golgoty Polski” (takiego sformułowania użyto w informacji prasowej).

Podobnie robił Matejko: malował obrazy, przedstawiające jego zdaniem ważne momenty w historii. Na czym budował swoją historiozofię, można przeczytać w świetnej książce Jarosława Krawczyka „Jan Matejko. Mistrz Legendy św. Stanisława”. Matejko, zresztą nie on jeden z XIX-wiecznej Polsce, szukał odpowiedzi na pytanie: dlaczego Polska straciła niepodległość? Czy to jej wina? Kiedy został popełniony błąd? Co Polska musi zrobić, żeby niepodległość odzyskać? Pityński, wypisując na skrzydle ważne dla Polski daty, jest więc późnym synem polskiego romantyzmu, co akurat nie dziwi, kultywowanie rzeczy nieaktualnych jest cechą grup polonijnych, podobnie jak przechowywanie słownictwa w Polsce już archaicznego i dawno nieużywanego.

Drugim elementem, łączącym Pityńskiego z Matejką, jest styl. Obaj łączą realizm, a wręcz naturalizm, z symbolizmem. Obaj ocierają się o kicz w swoim dążeniu do naturalizmu, który ma chyba uczynić trywialną symbolikę bardziej przekonującą. W efekcie naturalizm robi wrażenie nagiętego do tezy. Jest przesiąknięty patosem jak propagandowa powieść realistyczna.

Trzecia rzecz wspólna to robienie ze swojej sztuki międzynarodowych darów: darów kłopotliwych, bo przyjęcie ich oznacza przyjęcie filozofii dziejów, stojącej za dziełem. Nieprzyjęcie zaś jest trudne, bo – jak uczył Marcel Mauss w „Szkicu o darze” – odrzucenie daru zawsze jest zerwaniem kontaktu. Kiedy uznany artysta jednego kraju daje innemu krajowi swoje historiozoficzne dzieło, mamy więc do czynienia z narzucaniem przemocą swojej wizji historii i swojej wersji porządku świata.

Matejko dał bodajże Francji swoje ogromne obrazy, które nawet wówczas oceniano (poza Polską) jako nieco tracące kontakt z rzeczywistością. Znów odsyłam do „Legendy…”, opowiadającej historie o tym, jak Matejko obdarowywał rządy europejskie swoją wizją losu Polski wymalowaną na płótnie. Natomiast Pityński obdarowuje Polskę już od 13 lat. Pierwszym prezentem był pomnik Czynu Zbrojnego Polonii Amerykańskiej (Błękitnej Armii), stojący na warszawskim Żoliborzu, na Placu Grunwaldzkim, między pasami al. Wojska Polskiego. To nieludzki kicz. Żołnierze mają na nim niebieskie mundury, choć pomnik jest z brązu. A to dlatego, że mundury odlano ze specjalnego stopu metali, zabarwiającego się na niebiesko, żeby oddać niebieski kolor mundurów. Heh.

Wróćmy do „Patrioty”. Sfinansowało go Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce. Nieprzyjęcie byłoby afrontem, więc Rzeszów przyjął. Ale teraz ma problem: pomnik jest wielki, ciężki i nie ma go gdzie postawić. Jedyne miejsce, które wchodzi w grę – pomiędzy pasami ul. Komisji Edukacji Narodowej, w centrum – odpada, bo przyciągający uwagę pomnik powodowałby wypadki.

(źródło: rzeszow.gazeta.pl)

Tak właściwie to dziwię się, że znaleźli w ogóle jakiekolwiek miejsce dla tego pomnika. Jeden z artykułów wspomina, że prezydent Rzeszowa ma dość pomników, tworzących miejsca pamięci (tu). Więc wydaje się, że lokalizacja między pasami drogi jest jego celowym pomysłem: postawienie pomnika w Auge’owskim nie-miejscu uniemożliwi wytworzenie się miejsca pamięci wokół amerykańskiego kuriozum. „Patriota” stanie się obiektem, przeznaczonym do szybkiego odbioru. Może to dobry pomysł: w Stanach stawia się różne wielgachne statuetki i intrygujące drogowskazy w takich właśnie miejscach, przy autostradach.

wtorek, 24 lutego 2009

Kuba Dąbrowski, fotograf

W poniedziałek 9 marca o 19:00 – wystawa „Prezenty” Kuby Dąbrowskiego i Karola Radziszewskiego w TR. Z tej okazji sięgnęłam po stary „Notes na 6 Tygodni”, w którym czytałam kiedyś ten wywiad.

Ich poprzedni projekt "Koledzy" (o nim ten wywiad) dokumentował - czy raczej nostalgizował - licealną przeszłość. Okres, w którym – mówiąc słowami z wiersza Wojciecha Bąkowskiego – młodzi chłopcy jeszcze nie partycypują w cyckach. Znaczy, w zasadzie ja nie wiem, czy Dąbrowski i Radziszewski partycypowali, czy nie, chodzi mi tylko o tę nostalgię bijącą ze zdjęć Kuby Dąbrowskiego z lat 90.:




Potem wsiąkłam w fotograficznego bloga Kuby Dąbrowskiego Accidents will happen, z którego zresztą pochodzą powyższe zdjęcia. No i wpadłam w zachwyt. Dąbrowski pokazuje transformacyjne błoto na fotkach osiedli (jeszcze nie tych grodzonych); w portretach chwyta samotność mieszkańców Warszawy, może nie tylko Warszawy. Fotografuje zmęczonego Tuska, który usnął w samolocie. I, co chyba najbardziej mnie ruszyło, genialnie pokazuje prywatną codzienność: śmietnik wokół komputera, nieposprzątane mieszkanie, foliowe jednorazówki. Ludzi wspólnie się nudzących albo próbujących się dobrze bawić. A w tym błotnistym realu Dąbrowski znajduje prześwity piękna, brief glimpses of beauty. No właśnie. Accidents will happen Dąbrowskiego przypomina mi film Jonasa Mekasa As I Was Moving Ahead Ocasionally I Saw Brief Glimpses of Beauty, pięciogodzinne afirmacyjne home video nowojorskiego reżysera awangardysty.




Ale bez obaw z tą afirmacją, Dąbrowski ma dystans:
dosyc emo byl ten styczen. takie zycie.
moze luty bedzie bardziej hip hop.

A do tego wszystkiego Dąbrowski potrafi zrobić zdjęcie, które ma wagę diagnozy socjologicznej wypełniającej ze cztery mądre artykuły:




Sprawdźcie Accidents will happen. I przyjdźcie do TR za dwa tygodnie.

piątek, 20 lutego 2009

"Bodies" w Blue City

Garść spostrzeżeń z serii Monia dziwi się światu.

Jutro w galerii handlowej Blue City zostanie otwarta wystawa "Bodies". Wystawa spreparowanych zwłok, które wyglądają o, tak:



Foto Bartosza Bobkowskiego. Więcej do czytania o, tu.

Dziwi mnie to, że kurator wystawy dr Roy Glover, profesor anatomii i biologii komórkowej, powołuje się na wartość naukowo-edukacyjną takiej ekspozycji:
To wystawa, która zmienia życie - mówi dr Glover. - Gdy ludzie zobaczą, jak piękni są wewnątrz, być może przestaną żyć tak, jak żyją: źle się odżywiać, nie uprawiać sportów, pić bez umiaru alkohol, palić papierosy.
Że niby misja edukacyjna? Bzdura. Preparaty mają misję edukacyjną, ale na Akademiach Medycznych, a nie w galeriach handlowych. W galeriach handlowych mają mrozić krew w żyłach.

Argument profesora kuratora bierze się stąd, że ciała eks-ludzi, które będzie można na tej wystawie obejrzeć, zostały przez ich właścicieli za życia darowane dla nauki. Jak to się odbywa, można zobaczyć w świetnym filmie Marcina Koszałki "Istnienie". Koszałka to reżyser, który bardzo często zajmuje się tematem śmierci i zwłok, robił to też w "Śmierci z ludzką twarzą", czyli dokumencie o pracownikach czeskiego krematorium i polskiego zakładu pogrzebowego. A "Istnienie" jest o tym, jak stary krakowski aktor Jerzy Nowak zapisuje swoje ciało Akademii Medycznej.

W rzeczonym "Istnieniu" możemy zobaczyć, jak studentów Akademii Medycznej przygotowuje się do spotkania ze zwłokami o przedłużonej trwałości, czyli z preparatem naukowym. (Takim preparatem naukowym wkrótce zostanie główny bohater filmu, Jerzy Nowak.) Zanim zakonserwowane ciało trafi na salę, stary profesor robi studentom moralizujący wykład o konieczności szacunku dla preparatu naukowego. O potrzebie wdzięczności dla osób, które oddają własne ciała dla nauki.

Mówię o "Istnieniu", bo tam widać, z jakimi obostrzeniami żywi podchodzą do martwego ciała, gdy, wbrew zwyczajowi panującemu w naszej kulturze i dzięki technologii mumifikacji silikonem, zostanie ono pozostawione w ich świecie, w świecie żywych.

Btw, czytałam o kulturze, w której ciało zmarłego bliskiego mumifikowało się i przechowywało w domu, tak jak to robił bohater "Psychozy" - u nich z wystawą "Bodies" nie byłoby problemu.

Tymczasem w Blue City nikt nie złagodzi szoku i nikt nie będzie mówił o szacunku. Wprost przeciwnie, lokalizacja ów szok wzmocni. Dziwię się, że sprzadawca wystawy udaje, że umiejscowienie wystawy jest przypadkowe.
To jedyne miejsce w Warszawie, gdzie znaleźliśmy 4 tys. m kw. powierzchni do wynajęcia na kilka miesięcy, z infrastrukturą w postaci np. miejsc parkingowych. Sama wystawa jest na innym poziomie niż sklepy - podkreśla Eva Csergo z firmy Multimedia Promotions, która zorganizowała wystawę.
Dziwię się, bo przecież aż narzuca się interpretacja taka, że lokalizacja ma wzmocnić szok i jest celowym posunięciem. Centrum handlowe to przestrzeń lukrowanej konsumpcji. Nawet kloszarda tam nie uświadczysz. Wystawienie martwych ciał w takim miejscu jest szokującym memento mori.

Zaczęłam od nazwania bullshitem wartości edukacyjnej tej wystawy. Pytania o wartość artystyczną chyba nie wypada tu stawiać, bo wystawa "Bodies" z punktu widzenia prawa autorskiego jest plagiatem wystawy "Światy ciała" von Hagensa.

Na zakończenie to, co w całej sprawie najbardziej mnie śmieszy i zadziwia (czytał o tym sąsiad w tramwaju w "Metrze", widziałam, zapuściłam żurawia): niestosowność tej wystawy bada... Sanepid. Tak, jakby strach przed zwłokami był kwestią higieniczną, a nie kulturową. Tak, jakby zakaz bezczeszczenia zwłok był zakazem higieniczym (zapobiec zarazie), a nie etycznym. Sanepid! Dobre sobie!

czwartek, 12 lutego 2009

Obrazek z wystawy

Byłam przedwczoraj na wystawie w warszawskim Domu Spotkań z Historią. Przyniosłam stamtąd obrazek-zabawkę.

Pamiętacie książeczki "Gdzie jest Zuzia"? Chodziło o to, że na pełnym szczegółów obrazku należało rzeczoną Zuzię znaleźć. Zadanie w naszym przypadku brzmi: na obrazku jest delegacja pisarzy na Kongresie Zjednoczeniowym w 1948, wśród nich - jeden trup-figurant. Znajdź trupa-figuranta.



Nagrodą za rozwiązanie zagadki jest informacja, że trupem-figurantem jest Julian Tuwim.

Właśnie zbliża się finisaż wystawy "60 lat temu w Warszawie", z której pochodzi to pomysłowe zestawienie zdjęć. 15 lutego, niedziela, to ostatni dzień. Te finisaże to dobry pomysł. Dodatkowe wydarzenia motywują leniuchów - te dodatkowe wydarzenia to projekcje: "Świadectwa urodzenia", "Ostatniego etapu" (z 1947, pierwszy polski film o obozie koncentracyjnym), "Skarbu" i Polskiej Kroniki Filmowej.

6o lat temu w Warszawie, czyli już nie wojna, ale jeszcze nie stalinizm. Ciekawy okres. Zdjęcia też ciekawe. Na przykład to poniższe dowodzące, że nie każdy budowniczy nowej Polski nosił czapkę leninówkę i miał kwadratową szczękę:


Więcej zdjęć na fotohistoria.pl.

No.

wtorek, 3 lutego 2009

retro PRL

Zeszły tydzień spędziłam w Zakopanem. Któregoś dnia polazłam na Krupówki szukać przyzwoitych pocztówek. I - ku swojemu zdziwieniu - w zwykłym kiosku znalazłam najprawdziwsze peerelowskie widokówki! Takie same jak te zebrane przez Mikołaja Długosza w albumie "Pogoda ładna", takie same jak te z bloga http://zurlopu.blox.pl czy http://nudnepocztowki.blog.pl/. Pomieszane z wydanymi współcześnie kartkami, były w tej samej cenie, tak jakby ich wintydżowy sznyt można było przeoczyć. Początkowo myślałam, że to reedycja starych pocztówek, ale pomyliłam się: ten sam papier, te same kolory. Najprawdziwsza Krajowa Agencja Wydawnicza, nie żadna tam podróba. Widać ktoś wygrzebał je z jakiejś piwnicy i postanowił upłynnić po złotówce sztuka. Oto próbka:


Naprzeciwko kiosku - dom handlowy Giewont. Dom handlowy, czyli galeria handlowa z czasów PRL. Na trzecim piętrze - sklep z tak zwanymi artykułami gospodarstwa domowego, też z epoki. Czuło się, że jeśli nawet nie ma tam metalowych koszyczków na szklanki, to tylko dlatego, że właśnie wczoraj wszystkie wykupili.

Po powrocie do Warszawy skoczyłam do Merkurego po coś do żarcia. Merkury to "sam spożywczo-przemysłowy" przy Placu Wilsona. Czyli też popeerelowski dom handlowy. Od Giewontu różni go to, że został całkiem niedawno odnowiony. A ja mam nieodparte wrażenie, że palce w tym maczał nie tylko dobry copywriter tudzież specjalista od rewitalizacji marki, ale też renowator zabytków. Na ścianach namalowano społemowe loga, odnowiono neon na szczycie budynku, we wnętrzu zostały smaczki tego typu:


Zaskakuje mnie to, jak 20 lat po tym, jak PRL stał się historią, zderza się peerelowy styl trwający po części z biedy, po części z sentymentu, z peerelem sprzedawanym jako retro na stołecznym Żoliborzu. Albo w Nowej Hucie jako communism tours in trabant.

A ja, ech, mam słabość do stylu vintage. Nie dość, że robię coś tak retroaktywnego jak wysyłanie analogowych pocztówek, to jeszcze wybieram pocztówki z epoki późnego Gierka.

Ale do stylu Jacka Dehnela jeszcze mi daleko.

środa, 3 grudnia 2008

Zachęta zniechęca: koncert Grupy Kot

Idę wczoraj do Zachęty, żeby kupić archiwalny "Czas Kultury" z płytą Grupy Kot - a tu na drzwiach księgarni ogłoszenie (zwykły wydruk):

2 grudnia o 19:00
w sali kinowej
odbędzie się promocja
filmów Łyżki Czyli Chilli
(4DVD).
Dziś cena promocyjna 87 zł.

Dwie godziny później wchodzę do rzeczonej kinowej sali, a tu znowu ogłoszenie:

Przyjdź i pomaluj ścianę w Zachęcie!!!
6 grudnia (sobota) od godziny 21:00
...
koncerty:
21:15 KOT (sale wystawowe)
...

Zeźliłam się trzykrotnie.

Raz, bo płyta Grupy Kot była głupawo dołączona do numeru tematycznego o zwierzętach.

Dwa, bo o spotkaniu z Trzosem, Waciakiem i Mendykiem (na którym na żywo za pomocą petard i wiertarki przygotowywali ciasto :) ) dowiedziałam się przypadkiem w ostatniej chwili, choć przecież kilka godzin wcześniej byłam na stronie festiwalu Weź to wyłącz.

Trzy, bo info o koncercie Kota było tak zmyślnie zakitrane, że o mały włos bym je przegapiła.

To tak specjalnie? żeby na imprezę przyszło kilkanaście osób, czy co? Wiem, że nie, ale takie myśli się pojawiają. Szczególnie teraz, gdy na stronie www Zachęty nie mogę znaleźć zapowiedzi sobotniego wydarzenia, bo nawigacja taka przekombinowana.

Zacytuję więc sama siebie, choć cytowanie siebie samej to już totalny kanał:

przymierzałam się do kupienia "Czasu Kultury" z płytą Grupy Kot. Bo oni na mnie zrobili też ogromne wrażenie - z tą autorytarną dyrygento-gestykulacją Wojciecha Bąkowskiego o aparycji faszysty. Z tymi biednymi magnetofonami, czarno-brązowymi ciuchami i z chamskim tekstem:
"no
to nie jest śmieszne
śmieszne są pedały
i heinemedin
że ktoś tak chodzi głupio".

No.

Tę gestykulację ktoś nazywa "audioperformance". Pewnie po to, żeby uzasadnić obecność Kota w salach Zachęty - dodam, bom złośliwiec i bom się na Zachętę zeźliła.

A aparycja faszysty wygląda mniej więcej tak:


No.

Ponieważ ten post jest sponsorowany przez utrudnione docieranie do informacji, to nie wkleję linka do Grupy Kot na majspejsie. Znajdź sam. A jak nie pójdziesz na ten koncert, to pamiętaj, że

mamy kolekcję złych napisów kupą
o tobie

o twojej matce i siostrze.