niedziela, 6 kwietnia 2014

Fajga z synkiem w kościele

Janina Sobczak-Rustecka urodziła się w 1913 roku w Ostrowcu jako Fajga Weintraub, zdrobniale mówiła o sobie Fela. Z rodzicami mieszkała przy ul Czystej w domu Szpigla (gdzie dokładnie on stał, wie ktoś?). Byli bardzo biedni, więc mała Fajga zarabiała na rodzinę ucząc inne dzieci ze szkoły powszechnej. Potem wyszła za mąż za Mosze Żabnera i zamieszkała przy ul. Młyńskiej.

Fajga-Fela w mieszkaniu przy ul. Młyńskiej. © USC Shoah Foundation
Fela pracowała w związku zawodowym transportowców i nie prowadziła koszernej kuchni. Mosze, choć był synem szojcheta, czyli rytualnego rzezaka odpowiadającego za ubój rytualny, sam był lewicujący. Zginął w czasie wojny.

Fela-Fajga-Janina wojnę przeżyła. W 1996 roku opowiedziała o wojnie, a także tym, co było przed i po. Nagranie znajduje się w archiwum Instytutu Fundacji Spielberga.
Nie wiedziałam rodziców, ani swoich, ani nikogo z rodziny ani rodziców męża. Ja wyszłam z domu, mając 220 zł, bo tyle uzyskałam. To był dzień przed... wieczór przed zabraniem męża do getta. 220 złotych. I poszłam z Kostuchą do jego siostry Okólskiej. W tymże samym mieście [Ostrowcu], tylko w drugim końcu miasta. I tam byłam przed długi czas, jakieś dwa-trzy tygodnie. Nie wiem, raczej dwa tygodnie. 
I któregoś dnia przyleciała synowa Kostuchy zawiadomić mnie, że gestapo jedzie do Okólskich, żeby aresztować młodszą córkę Okólskich za to, że w kawiarni pobrała parę groszy więcej za kawę od Niemca. Zanim oni samochodami dojechali do tego miejsca, to ja zdołałam z dzieckiem uciec z domu. Nieubrana, tak jak [stałam], złapałam [dziecko] za rękę i wyszłam.  
To jest jesień. I nie mam już kontaktu z nikim. 
Zabrali córkę [Okólskich], wyszedł potem ten syn i powiedział: - Tutaj pani wrócić już nie może. 
Sama wiedziałam, że już nie mogę, bo mnie i sąsiedzi widzieli... Przyniósł mi płaszcz, przyniósł mi tam co miałam i... Jeszcze widno było, więc boję się po mieści - jestem w Ostrowcu - poruszać.  
Syn mówi: mama, chodźmy do kościoła. 
Lubił chodzić do kościoła. Miałam sprzątaczkę, która prowadzała go do kościoła. O czym ja nie wiedziałam. Ale: - Chodźmy do kościoła. - Zbawienie - poszłam do kościoła.  
I przesiedzieliśmy tam ze dwie... aż się ściemniło, i wyszłam. 
Jechała furmanka. Kobieta prowadziła furmankę. Zatrzymałam i zapytałam, dokąd jedzie. 
Podała mi nazwę miejscowości, której nigdy w życiu nie znałam.  
- Ach, świetnie! - powiedziałam. - Bo ja też tam chciałam pojechać. Może mnie pani zabierze?
- Chętnie.  
Zabrała mnie z dzieckiem. Jedziemy. Mówię: - Może mogłabym u pani przenocować? - Bardzo chętnie - odpowiedziała - ale niestety dzisiaj nie mogę, bo mój mąż jest żandarmem i dzisiaj wykańcza Żydów w Ostrowcu.  
Podziękowałam. 
- Ale ja panią zawiozę do mojej siostry.  
I zawiozła do swojej siostry. Ja już tam weszłam jako jej znajoma. Poczęstowano nas kolacją, zrobiono miejsce do spania. Powiedziałam, że jestem z Warszawy i że będę robiła zakupy tutaj. Rano córka ich poszła ze mną do jakiejś gospodyni, tam kupiłam serek, kawałek masła. Podziękowałam za to śniadanie czy kolację, zapłaciłam, nie chcieli pieniędzy, parę groszy. I wyszłam do tego miasteczka, nie wiedząc nawet, w jakim jestem miasteczku, do herbaciarni jakiejś, żeby dziecku kupić szklankę herbaty. I wtedy, kiedy piliśmy herbatę, odezwała się kobieta - prostytutka ostrowiecka - którą widziałam i ona mnie znała: 
- Co tu pani robi? Dlaczego bez opaski? Przecież Żydów wysłali, zabrali do getta, co tu pani robi?  
Przerażona, szybko złapałam dziecko za rękę, parę groszy zostawiłam na stole za herbatę i wyszłam.
Są Okólscy, którzy pomagają. Są sąsiedzi, przed którymi należy się ukrywać, pewnie mogą donieść Niemcom o Żydówce. Jest mały żydowski chłopiec, którego polska służąca nauczyła chodzić do katolickiego kościoła. Jest też życzliwa kobieta z wozem drabiniastym i jej mąż, żandarm, czyli granatowy policjant, który pomaga Niemcom zabijać Żydów. Ludzie na wsi, którzy bezinteresownie przenocują, dadzą posiłek i nie zechcą pieniędzy. Kobieta, która równie bezinteresownie zadenuncjuje uciekającą.

Bardzo dużo Polaków. Jedni życzliwi, inni wrodzy wobec sąsiadki. Ta historia może poprzeć zarówno przekonanie o tym, jak Polacy Żydom uciekać pomagali (o czym mówiliśmy przez lata), jak i o tym, jak Polacy Niemcom Żydów zabijać pomagali (o czym mówimy od kilku lat). Podkopuje jednak pewność co do tego, że Żydzi byli oddzielni, niezwiązani z Polakami, żyli gdzieśtam sobie, Niemcy przyszli i ich zabili, co my, Polacy, mieliśmy tu do gadania... Nie. Polacy i Żydzi, chrześcijanie i Żydzi żyli obok siebie. Znali się i mogli wpływać na swoje losy.

Swoją drogą, wyrażenie "Polacy i Żydzi" jest niedokładne i niedobre. Wielu Żydów czuło się Polakami, byli tacy, którzy lepiej znali powieści Żeromskiego niż hebrajski. Z kolei "chrześcijanie i Żydzi" zakłada podział według religii, co też źle opisuje holocaust. Dla hitlerowców nie liczyła się religia, tylko pochodzenie. Niewierzący członek socjalistycznego Bundu stawał się mieszkańcem getta, a potem ginął na równi z chasydem. Zresztą dla wielu Żydów – i chrześcijan – w tym czasie coraz mniej ważne były religijne rytuały.

Fela Weintraub po wojnie została w Polsce. Ale widać wystraszyła się, że na swojej drodze spotka jeszcze niejedną bezinteresownie nieżyczliwą prostytutkę, bo pozostała przy polsko brzmiącym nazwisku Sobczak, nie wróciła do przedwojennego nazwiska.

W 1944 ukrywała się – razem z AK-owcami – w bazylice na warszawskiej Szmulowiźnie. Jeszcze gdy spadały bomby, zaczęła pracować (najpierw za sam wikt) w związku zawodowym w Warszawie. Tam poznała Jana Rusteckiego, z którym spędziła resztę życia. Pracowała przy odbudowie Warszawy, a później m.in. w centrali związków zawodowych.

Ostrowiaczka Janina-Fajga przy odbudowie Warszawy. Na zdjęciu na samej górze, stoi bokiem. © USC Shoah Foundation
Po wojnie skończyła studia, obroniła doktorat, a potem uzyskała tytuł docenta; była ekonomistką, zajmowała się m.in. kosztami społeczno-gospodarczymi wypadków przy pracy i świadczeniami socjalnymi. Zmarła w kwietniu 1998 roku, miała 85 lat.

Cytat i obrazy pochodzą z wywiadu znajdującego się w  w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Sobczak-Rustecka, Janina. Wywiad 7812. Visual History Archive. USC Shoah Foundation.1996. Dostęp: 20 XII 2013 r.

niedziela, 30 marca 2014

Żydowska Aleja. Spacery i kasztany nad Kamienną

Berel Blum urodził się w 1925 roku i mieszkał w Ostrowcu przy Rynku. Właściwie to był wtedy jeszcze Berkiem Blumensztokiem.  Berel Blum to nazwisko nowe, powojenne, skrócone pewnie po to, żeby Amerykanom łatwiej było wymówić. Jego ojciec, stary Blumensztok, dostarczał towary do dworu. Był też powroźnikiem - produkował sznurki i liny. Berel-Berek miał kilkoro rodzeństwa i tak wspominał swoje dzieciństwo jako starszy człowiek, w 1996 czy 1997 roku, gdy udzielił wywiadu do Archiwum Instytutu Spielberga.
W szabas jedliśmy czulent. Po szabasowej kolacji matka i ojciec zostawali w domu i odpoczywali. A my, dzieci, szliśmy spacerować albo się bawić.
Jak byliśmy starsi, spacerowaliśmy. Główną spacerową ulicą była Aleja 3 Maja. W szabasowy wieczór spacerowało tam mnóstwo chłopców i dziewcząt. Przy tej głównej ulicy mieliśmy piękny park. W parku siadaliśmy i odpoczywaliśmy... W końcu późnym wieczorem wracaliśmy do domu.
A zatem Aleja zaludniała się spacerowiczami nie tylko w niedzielę po mszy, ale też w piątek, po szabasowej kolacji, a obyczajowy rytm żydowskich rodzin przekładał się na życie całego miasta, i to w sposób bardzo widoczny. Zresztą to nic dziwnego – przy Alei połowę mieszkańców stanowili Żydzi.

Na zdjęciu: spacer po Alei, już być może w sobotę, najwyraźniej połączony z pstrykaniem fotek. Spacerujący po Alei w szabas mały Berek-Berel mógł być w wieku starszego chłopca na drugim planie. Źródło: Ostrowiec: a monument on the ruins of an annihilated Jewish community. Wyd. Society of Ostrovtser Jews. Tel Aviv 1971. S. 26

Jest jeszcze jeden polsko-żydowski aspekt Alei: kasztany nad Kamienną zasadził Żyd. Tak, mówię o tych samych kasztanach, które od 2012 r. są pomnikiem przyrody. 23 kwietnia 1917 roku  pierwsza powojenna (no, prawie powojenna) Rada Miejska uchwaliła zasadzenie drzew na całej długości Alei 3 Maja. Wykonanie uchwały – informację czerpię z książki Żydzi ostrowieccy – „powierzono 3-osobowej grupie z Ludwikiem Wacholderem”.

Dziś raczej mówi się o tym, że kasztany sadzili harcerze. Brzmi swojsko, nie wnika się w ich narodowość, choć wśród nich mogła być młodzież zarówno żydowska, jak i polska. O tym, który sadzeniem zarządzał, pamiętamy zdecydowanie słabiej – pewnie dlatego, że „Wacholder” brzmi mniej swojsko niż „harcerze”.

Tak, właściwie o Ludwiku Wacholderze niewiele wiadomo ponad to, że w 1917 miał 36 lat, z zawodu był dentystą, a w radzie należał do sekcji szkolnej i sanitarnej. Był ważnym bezpartyjnym działaczem przez kilka dobrych lat. Jego nazwisko pojawia się w Komitecie Bezpieczeństwa Publicznego, powołanego ze strachu przed zamieszkami (a może pogromem?) przy okazji rozpadu Austro-Węgier, a potem w instytucjach charytatywnych, rozdzielających pieniądze przysyłane ze Stanów przez ostrowieckich emigrantów. Pewnie zrobił dla ostrowczan – no dobrze, dla ostrowiaków – nie mniej niż Rosłoński, Głogowski, Wardyński czy Radwan. A jednak swojej ulicy się nie doczekał.

Dlaczego w Ostrowcu nie pamiętamy o Żydach współtworzących to miasto, choć przecież byli ostrowiakami? Dlaczego nie tylko uważaliśmy, ale nadal uważamy Wacholdera i innych żydowskich ostrowczan za obcych? Dlaczego zakładamy, że pamiętanie o nich to nie nasza sprawa?

Wiem, że tok myślenia jest tu taki: po co mamy pamiętać Wacholdera? Niech Żydzi sobie go pamiętają. Tylko tych niewielu Żydów, którzy przeżyli i mogliby go pamiętać, są w Kanadzie, może w Stanach, może w Szwecji...  A póki co to my tracimy, bo znamy zmanipulowaną wersję przeszłości miasta, z której Żydzi zostali wycięci, wygumkowani, wyfotoszopowani, wyrzuceni, zlikwidowani. Tracimy też na tym etycznie. Bo czy nie jest tak, że kiedy gumkujemy żydowskie nazwiska w historii Ostrowca, kiedy ignorujemy całą zgładzoną społeczność, to symbolicznie powtarzamy likwidację, której dokonali Niemcy?

* * *

* Blum, Berel Wywiad 466. Visual History Archive. USC Shoah Foundation. http://sfi.usc.edu. Dostęp: 7 XII 2014 r. Tłumaczenie moje.

Dziekuję Maćkowi Biedce i Wojtkowi Mazanowi za wskazanie tropu żydowskich kasztanów w Alei. Dziękuję też Justynie Ładzie za pomoc w identyfikacji wieku kasztanów.

niedziela, 23 marca 2014

„We were Ostrovtzers”. Niespecjalnie religijny ostrowczanin

Harry Baigelman jest jednym z niewielu żydowskich ostrowczan, którzy przeżyli wojnę. Do powrotu do dzieciństwa skłoniła go fundacja Stephena Spielberga. Spielberg stworzył fundację po nakręceniu „Listy Schindlera”. Jej głównym zadaniem było zbieranie wspomnień Żydów, którzy przeżyli Holocaust.

Jest koniec lat 90., a Baigelman, który od lat mieszka w Stanach, wspomina czasy, kiedy jeszcze nazywał się Aron i mieszkał w Ostrowcu:
Wychowałem się w Ostrowcu Kieleckim. Szmul i Perła to rodzice, miałem 2 siostry starsze i młodszego brata. 
Mój ojciec był szewcem. Dokładnie to robił tylko wierzchy butów. Pracowały u niego dwie-trzy osoby. Pracowali w jednym pokoju, matka w tej samej izbie gotowała. Finansowo... żyliśmy dobrze. Matka prowadziła dom. Już dziadkowie byli urodzeni w Ostrowcu, byliśmy ostrowczanami. 
Nie byliśmy ortodoksyjni. Byliśmy tradycyjni. Ojciec czasami chodził do synagogi. Nie codziennie, nie co tydzień, tylko czasem. Ja też czasem chodziłem. Tak, nie byliśmy szczególnie religijni.
Byliśmy ostrowczanami, „We were Ostrovtzers”, mówi Harry Baigelman, kiedyś Aron, syn kamasznika Szmula. Mówi to w języku, którego nauczył się po wyjeździe z Polski, a ja zwracam uwagę na ten czas przeszły. Szkoda, że ten człowiek nie żyje w Ostrowcu. Ale lubię słowo „Ostrovtzers” - to musi być miks polskiego, jidisz i angielskiego. To słowo opowiada o ciekawym wycinku ostrowieckiej tożsamości.

To jest sprawa, która bardzo mnie interesuje i będę tu o niej pisała od czasu do czasu. Bo jest dla mnie niepojęte, że tak mało wiadomo o żydowskiej historii Ostrowca.

My, dzisiejsi ostrowczanie, lubimy historię miasta. Prawda, że lubimy? To polubmy też historię Ostrowca tworzonego przez Ostrovtzers, którzy żyli tutaj 70 lat temu, a 130 lat temu stanowili ponad 80% ostrowczan. (W 1865 roku Żydzi stanowili 80,9 % mieszkańców Ostrowca, a w 1890 było ich 85,2%. Por. książka Waldemara Broćka, Adama Penkalli i Reginy Renz „Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów”. Ostrowiec Świętokrzyski 1996, s. 38.)

Swoją drogą. Nie wiem jak Wy, ale ja nie miałam jeszcze niedawno pojęcia, że „finansowo żyliśmy dobrze” w ostrowieckiej żydowskiej rodzinie oznaczało to, że warsztat pracy dla trzech osób jest zarazem kuchnią dla sześcioosobowej rodziny. Wyobrażałam sobie, że Szmul Bojgelman – wymieniony w książce „Żydzi ostrowieccy” jako jeden z najważniejszych ostrowieckich kamaszników – żył jednak nieco bardziej dostatnio.

„Będę pisać” oznacza, że powstanie dwadzieścia albo trzydzieści tekstów. Tak myślę. Będę starała się pokazać Żydów (sobie? Wam?) wbrew stereotypom, a miejscem wydarzeń będzie Ostrowiec.

Po co mi to? Po pierwsze, chcę opowiedzieć o żydowskich ostrowczanach. O tym, jak Żydzi współkształtowali Ostrowiec i o tym, jak wiele nam po nich zostało w przestrzeni miejskiej. Po drugie, chcę o nich pamiętać. Bo jest groteską to, że na rynku jest pomnik „29 mieszkańców miasta zamordowanych przez hitlerowców 30 września 1942 roku”, a nie ma upamiętnienia 10 000 wywiezionych podczas „likwidacji getta”. Po trzecie, chcę zastąpić rzetelną wiedzą z książek albo wspomnieniami ludzi, którzy żyli kiedyś w Ostrowcu to, co wiem o ostrowieckich Żydach z miejskich legend, przesądów i stereotypów.

*

Cytat pochodzi z nagrania znajdującego się w Visual History Archive, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu.
Baigelman, Harry. Wywiad 7121. Visual History Archive. USC Shoah Foundation.  Dostęp: 6 XII 2013 r. Tłumaczenie moje.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Jak komunikować, żeby nikt nie usłyszał

Urząd Miasta Ostrowca Św. chętnie mówi o nieudanych konsultacjach społecznych. O niskiej frekwencji. A wystarczyłoby, gdyby przestał zakładać, że mieszkańcy oleją każde konsultacje i zaczął porządnie o informować, kiedy konsultacje jeszcze trwają.

„Dziś mija czas konsultacji społecznych projektu Planu zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla Ostrowca Świętokrzyskiego na lata 2014-2024. Jak twierdzi Anna Niedbała, szefowa Biura Prezydenta Miasta, do końca minionego tygodnia nie wpłynął ani jeden wniosek do dokumentu” - tak zaczyna się tekst Co czeka MPK? Coraz mniej pasażerów, redukcja kursów, opublikowany 20 stycznia w „Gazecie Ostrowieckiej”. Na końcu artykułu też są wyrazy zdziwienia, że do tak ważnego dokumentu nikt nie zgłosił uwag. Tym razem dziwi się dziennikarz.

Ja też się dziwię. Ich zdziwieniu się dziwię. Mniej dziennikarzowi, bo ten wcześniej napisał artykuł o kilku sprawach związanych z komunikacją miejską, między innymi o planie transportowym. Bardziej dziwię się zdziwieniu magistratu. Żeby poinformować mieszkańców o konsultacjach, Urząd Miasta użył swojej strony internetowej. Jeśli chodzi o inne kanały dotarcia, to był też BIP, tablica w urzędzie i komunikat w „Gazecie Ostrowieckiej” – tylko jeden, w wydaniu między świętami a Nowym Rokiem, choć uwagi można było składać jeszcze przez kolejne trzy tygodnie.

Komunikat w tym jednym jedynym wydaniu gazety trafił na stronę, gdzie podaje się informacje o przetargach i innych rzeczach nieistotnych z punktu widzenia zwykłej Kowalskiej. Ja akurat zawsze czytam tę rubrykę, ale ten artykuł przeoczyłam. Był na dole strony, miał tytuł „Ogłoszenie”, czcionkę ósemkę, w sam raz do czytania pod mikroskopem, a pierwsze zdania zajmowała informacja o adresie urzędu i o ustawie, na podstawie której podaje się informację.

W każdym numerze „Gazety Ostrowieckiej” Urząd Miasta ma swoje dwie strony. Nazywają się „Miejski Informator Samorządowy”. W ostatnich numerach ciągle przypominał przedsiębiorcom handlującym alkoholem, że do 31 stycznia muszą złożyć raport o ilości sprzedanego alkoholu i, jeśli chcą nadal prowadzić wódkę, to muszą opłacić zezwolenie na kolejny rok. Tytuły? „Komunikat dot. przedsiębiorców prowadzących sprzedaż napojów alkoholowych”. Czcionka też niewielka, ale cały artykuł podświetlony na żółto, wyróżniał się na tle białej strony. Wniosek: jeśli Urząd Miasta chce dotrzeć z informacją do ludzi, to potrafi.

Konsultowanie różnych strategii rozwoju jest rzeczywiście obowiązkiem. Ustawa każe. Jeśli ktoś konsultacje chce odbębnić, robi to tak jak ostrowiecki urząd. Uważam jednak, że wtedy uczciwiej byłoby nie narzekać na brak uwag. Nie wytykać mieszkańcom, że się nie angażują.

Ul. Okólna, ludzie czekają na autobus

Jak mogłyby wyglądać konsultacje?

Jeśli ktoś jednak traktuje konsultacje jako szanse na poznanie zdania ludzi, ma mnóstwo sposobów – bezkosztowych albo tanich – żeby ich zachęcić do mówienia. Przede wszystkim trzeba skutecznie poinformować. A zatem przygotować komunikatywną informację prasową i wysłać do wszystkich lokalnych gazet. Umieścić informację na Facebooku. Zrobić mailing do społeczników, lokalnych stowarzyszeń, rad osiedli. Powiesić plakaty na słupach przy przystankach, ulotki rozłożyć w sklepach z biletami, w autobusach, bibliotekach, szkołach i przychodniach szkołach.

Można też pomóc ludziom – to już wyższy level – w zrozumieniu trudnego dokumentu. Można zrobić spotkanie, na którym o strategii się opowie – oczywiście wcześniej trzeba o spotkaniu dobrze ludzi poinformować, a nawet spotkanie wypromować. Promując trzeba pokazać ludziom, jakie będą mieli korzyści, jeśli wezmą udział.

Można zrobić ankietę w internecie. Boskim przykładem są konsultacje prawa autorskiego, prowadzone w Polsce na stronie http://konsultacje.prawokultury.pl. Po wejściu na stronę dostajesz podstawowe informacje i trzy drogi do wyboru. „Masz kilka minut”, „Masz pół godziny”, „Masz kilka godzin”. Pytania są dostosowane do tego, ile czasu masz na zapoznanie się z dokumentem.

No właśnie, tu dochodzimy do drugiej wady ostrowieckich konsultacji transportu miejskiego. Odbywały się tylko dla tych, którzy mieli kilka albo i kilkanaście godzin, a do tego ekspercką wiedzę i wykształcenie. Do konsultacji mieszkańcy dostali ponad 100 stron dokumentu. Wrzuciłam jego streszczenie – które powinno być najprostszą częścią – do aplikacji Logios Research, która „ocenia mglistość tekstu, a następnie mówi, jakie trzeba mieć wykształcenie, by lektura nie sprawiała problemów”. Okazało się, że przeczytanie go ze zrozumieniem wymaga co najmniej 18 lat edukacji. 18 lat edukacji to poziom studiów doktorskich.

Czasem trudno napisać poważny dokument  prostym językiem. Ale – jeśli ten dokument dotyczy wszystkich mieszkańców, nie tylko tych z aspiracjami do doktoratu – to dobrze wyposażyć go w tłumaczenie na prosty język. To mogą być dwie strony tekstu przed wprowadzeniem, może być też spotkanie, rzetelne artykuły w lokalnej prasie albo ankieta.

Warto też powiedzieć ludziom, co zrobi się z uwagami. W jakiej sytuacji się je uwzględni? Inaczej nie będzie im się chciało ich składać. Tymczasem ostrowiecki Urząd Miasta do niczego się nie zobowiązał. Nie powiedział nawet, że do każdej uwagi się odniesie. (Sama składałam kiedyś uwagi do jednego miejskiego pomysłu;  wpadły jak kamień w wodę - i mieli do tego prawo, bo w artykule z prośbą o konsultacje nawet nie przebąknęli, po co im nasze zdanie). Zawarcie takiej umowy z ludźmi jest w konsultacjach najważniejsze. Po co mieszkaniec miałby mówić komuś, jakie jest jego zdanie na jakiś temat, jeśli ten ktoś go nie słucha i nie wiadomo, czyś zrobi z przekazaną informacją? Poświęcasz kilka godzin na czytanie papierów, bo chcesz mieć wpływ na miasto. Po co to robić, skoro realny wpływ na miasto – jak zwykle – ma tylko urząd?


Gdyby ktoś miał ochotę sprawdzić:
"Miejski Informator Samorządowy" z informacją o konsultacjach,
"Miejski Informator Samorządowy" z informacją dla przedsiębiorców sprzedających alkohol,
Logios Research - do sprawdzania mglistości tekstu.

środa, 22 stycznia 2014

Bezgłowi przyjaciele Jowity Paszko

Oglądając zdjęcia Jowity Paszko z zaskoczeniem odnotowałam, że Jowita notorycznie obcina głowy ludziom, których fotografuje. Albo pozbawia ich głów na inne sposoby.



Właściwie zauważyłam to dopiero w Pracowni Otwartej Kontrola Jakości, gdzie właśnie (jeszcze do najbliższej niedzieli) wisi wystawa Jowity "Wszystko gra". Ponieważ Kontrola Jakości jest na końcu świata, czyli w Ostrowcu, to bardziej przydatny będzie link do flickra fotografki: http://www.flickr.com/photos/ijowita/. Ale na flickrze jakoś tego niedostatku głów nie zauważyłam. Potrzebny był white cube galerii w Ostrowcu, żeby spojrzeć z namysłem.


Zdjęcia Jowity wpisują się w nurt fotografii intymnej. Przypominają  zdjęcia Nan Goldin albo choćby polskiego Kuby Dąbrowskiego (za kilka dni jego wystawa będzie do obejrzenia w Zachęcie, warto!).

Fotografia intymna ma to do siebie, że często bywa stylizowana na amatorskie zdjęcia. Jowita robi zdjęcia analogowym automatycznym aparatem – takim samym, jakich jeszcze niedawno używało się do fotografowania na chrzcinach, urodzinach i na innych imprezach, ku zgorszeniu profesjonalistów, nazywających takie aparaty głupkami albo małpkami (miało to chyba znaczyć, że nawet małpa umiałaby obsłużyć). Tymczasem przy takiej amatorskiej pamiątkowej fotografii forma nie ma znaczenia; ważny jest moment warty utrwalenia i to on decyduje o tym, że zdjęcia z głupka – nawet źle skomponowane, nieostre albo niedoświetlone – będą później oglądane. Ważne są bliskie osoby, które są na zdjęciach – dzięki fotografii zatrzymane w momencie, którego już nie ma – a nie świetna kompozycja. Oczywiście Jowita używa amatorstwa jako języka, świadomie. Ta konwencja pojawia się po to, żeby zasygnalizować bliskość fotografującego i fotografowanego.



Tylko że obcinanie ludziom głów do kanonu fotografii intymnej nie należy. I nie może należeć, bo do rozpoznawalnego przedstawienia osoby potrzebne jest przedstawienie jej twarzy. Złe kadrowanie pasuje do konwencji, ale przecież nie coś takiego...


Mam dwa albo trzy pomysły, jak to wyjaśnić. Albo tak, że brak głów daje humorystyczny efekt, a ten pozwala przekłuć bańkę sentymentalizmu fotografii intymnej. Albo bardziej filozoficznie: zdjęcia Jowity, nie respektując nienaruszalnych granic ciał, te ciała uprzedmiotawiają. Pokazują ich materialność. Bezgłowy człowiek jest na nich tylko jednym z wielu obiektów, które składają się na umeblowanie świata.

Pierwsza teoria współgra z drugą. Przecież, zdaniem Bergsona, śmiech jest sposobem na przezwyciężenie – a może poradzenie sobie – z materialnością, bezwładnością, sztywnością ciała.


A zresztą.... ważne, że bezgłowi ludzie to znak rozpoznawczy Jowity Paszko. Dalej wymyślajcie sami. W końcu sztukę ogląda się po to, żeby mieć zabawę przy interpretowaniu, prawda?

Więcej o Jowicie w tekście kuratorskim na stronie organizatora wystawy, Stowarzyszenia Kulturotwórczego Nie z tej Bajki. No i flickr: http://www.flickr.com/photos/ijowita/.

niedziela, 29 grudnia 2013

Miejsca (nie)użyteczności publicznej

Zeszłej zimy tygodnik "Przegląd" opublikował artykuł "Dworce kolejowe tylko dla bogatych". Autor pokazywał, jak - poprzez drobne zmiany w architekturze podczas renowacji - dworce PKP stały się miejscami przyjaznymi tylko dla zamożnych. Zniknęły ciepłe poczekalnie, zastąpiły je kawiarnie. "Kolej to egalitarna forma transportu publicznego, służąca dotąd nawet najbiedniejszym obywatelom. Czy nowe dworce im sprzyjają? Niekoniecznie" - pisze Ludwik Tomiałojć, emerytowany profesor. Wspomina też o prywatyzacji poczekalni - mogą z niej korzystać tylko ci, którzy mają bilet. Inni stoją na zimnie. 

Podobnie jest na największym warszawskim dworcu autobusowym, Dworcu Zachodnim, z którego dość często korzystam. Ogólnodostępna hala dworca jest zimna, latają gołębie, a ochrona dworca pokrzykuje na bezdomnych. Przyjemnie jest tylko w tych wygrodzonych miejscach, do których dostęp jest warunkowany kupieniem jakiegoś towaru: biletu autobusowego, kawy, posiłku.

Z Dworca Zachodniego odjeżdżają autobusy kilkudziesięciu przewoźników z całej Polski, ale ciepła poczekalnia jest przeznaczona tylko dla pasażerów autobusów warszawskiego PKS Polonus. Przed wejściem do niej zarządca dworca informuje, że „serdecznie zaprasza z ważnym biletem na kursy Polonus” (zdjęcie).

W ten sposób degradacji ulega całość Zachodniego – nieodawiana, coraz bardziej nieprzyjemna – i te wygrodzone miejsca, które, choć ciepłe, są coraz mniej dostępne, bo z finansową barierą wstępu.


Zdjęcie 1. Warszawa Zachodnia - Dworzec PKS. Europejscy użytkownicy miejsc (nie)użyteczności
Również wyszukiwarka połączeń na stronie internetowej obejmuje tylko autobusy warszawskiego przedsiębiorstwa. Trzeba przejść na inną, nową stronę internetową, chyba też prowadzoną przez Polonusa, żeby znaleźć listę wszystkich połączeń. Tak, to bardzo skomplikowane.

Wydaje mi się, że te procesy ograniczania dostępu do miejsc użyteczności publicznej są z tego samego porządku, co zaostrzanie praw autorskich czy grodzone osiedla. I że biorą się z chęci działania dla zysku. Niestety efekt jest taki, że to, co wspólne – przestrzeń publiczna czy, szerzej, zbiorowa komunikacja – przestaje dobrze funkcjonować. Poczekalnia tylko dla pasażerów Polonus nie zawsze jest czynna (jak na zdjęciu), a jak jest otwarta, to świeci pustkami. Coraz trudniejsze w obsłudze stają się też połączenia autobusowe – bez wspólnych rozkładów jazdy, bez wspólnych dworców, bez wspólnych poczekalni, nie zawsze ze wspólnymi kasami, każde z innym systemem rezerwacji miejsc czy przedsprzedaży biletów.

Nawet w internecie, gdzie podobno jest wszystko, brakuje portalu, który zbierałaby wszystkie połączenia na takiej, dajmy na to, trasie Ostrowiec-Warszawa. Już teraz chyba tylko heavy-userzy, tacy jak ja, są w stanie w tym się połapać. Czekam, aż pojawią się biura podróży, które za pieniądze będą ogarniać podróże krajowe. Ludzie, których będzie stać, zapłacą biuru podróży za dostarczenie informacji niezbędnych do załapania się na bus czy autobus. Potem na dworcu, jeśli autobus będzie się spóźniał, poczekają w cieple kawiarni. A pozostali będą się męczyć.


Zdj. 2. Plac Defilad. Prowizoryczny dworzec busów, 2010 rok. To na pewno nie jest przyjazny rozkład jazdy w ciepłej poczekalni.... Pada śnieg i mój bus się spóźnia, inni też czekają.

Jest zima, więc pasażerowie prywatnych busów do Ostrowca stoją na wietrze pod Pałacem Kultury, pasażerowie Polskiego Busa stoją na deszczu na pętli Metro Wilanowska, a pasażerowie Luna Trans po ciemku szukają swojego busa na parkingu przed Dworcem Zachodnim. W budynkach dworców kolejowych emerytowani profesorzy marzną na kość i w efekcie postanawiają o tym napisać artykuł do "Przeglądu". 

Bądźmy jednak optymistami. Czyż nie jest to piękne, że podróże, tak jak to dawniej bywało, są znów tak ekscytujące, pełne doznań i przygód?

niedziela, 10 listopada 2013

Ludwik Hering, anty-antysemita

Ludwika Heringa podobno na nowo odkryło wydawnictwo Czarna Owca, publikując w 2011 r. jego trzy wojenne opowiadania w tomie „Ślady”. Ja  odkryłam go w 2013 roku, kiedy zorientowałam się, że te opowiadania opowiadają o okolicy, w której mieszkam: Stawki, Okopowa, mury Powązek i Cmentarza Żydowskiego.

W najdłuższym z tych trzech wojennych opowiadań, "Meta", Hering przedstawia postać Brzozowskiego - schorowanego, ponurego starca, stróża nocnego w fabryce - samotnego wśród antysemickiej większości.

O stosunku warszawiaków-Polaków do warszawiaków-Żydów w czasie wojny opowiada z przekąsem:
Ludzie pozbawieni wyobraźni wspierali żydowskie dzieci. "Zawsze to dziecko" - mówiono; zapominano, że z małego żydziaka wyrośnie dorosły parch.
(...)
Inni ze względów "ideowych" gorszyli się i wzdychali: "Boga się nie boją - wstydu nie mają - Żydom pomagać? A żeby to tak nas spotkało - czyby który z nich nam pomógł - chciałbym wiedzieć!"

U Heringa antysemitami są wszyscy: młodzi endecy, którzy zabijają syna Brzozowskiego i jego żydowskiego kolegę; żona Brzozowskiego, która do sąsiadki w żałobie mówi: "że pana syna zabili, to rozumiem. Ale mojego?". Sąsiedzi z dołu, robotnicy, którzy podziwiają pana inżyniera, szefa za pogardę wobec Żydów. Wreszcie inżynier, który każe zabijać Żydów, a ze znajomymi z "wyższej sfery" po wypicu herbatki idzie oglądać płonące getto.
Gdy wracali, biała, krótkowzroczna blondynka z drżącym przy każdym kroku biustem - wpatrzona w pantofelki, potykając się o kamienie - zwierzała się prowadzącemu ją panu:
- Chwilami zapominam, że to są Żydzi, i to jest jednak straszne.
- Właśnie to: za-po-mi-na-my. My, Polacy, jesteśmy sentymentalni. To nasza wielka narodowa wada.
Skupił się i smutno a stanowczo skończył:
- Musimy pa-mię-tać, a wtedy to ocenimy. - Skłonił głowę w kierunku getta. - Docenimy to jako rozwiązanie kwestii, której sami, przez sentymentalizm właśnie, nie potrafiliśmy w porę i... obawiam się... nie potrafilibyśmy nigdy rozwiązać.
Powszechna opinia o miastach w czasie wojny jest taka, że Żydzi znajdowali tam wsparcie, byli ukrywani. Hering tej opinii odbiera jednoznaczność. Ale oczywiście to tylko depresyjna literatura. Zresztą Hering to nie jest polskie nazwisko. Każdy prawdziwy Polak wie, co to oznacza.