niedziela, 11 maja 2014

Rok 1968. Banicja Żydów

W 1968 roku miała w Polsce miejsce kampania antysemicka. Zakończyła się ona wyjazdem czy raczej wyrzuceniem Żydów z Polski. Żydzi dostali wówczas dokument podróży w jedną stronę, z adnotacją, że posiadacz tego dokumentu nie jest obywatelem Polski. To z tych czasów pochodzą zdjęcia, opublikowane wczoraj na blogu żydowskiostrowiec.blogspot.com.

Wszystko zaczęło się w 1967 roku, kiedy Izrael wygrał w wojnie 6-dniowej z krajami arabskimi. Kłopot w tym, że kraje te były sojusznikami ZSRR. Zaczęto więc wyrzucać z pracy tych, którzy cieszyli się z tego zwycięstwa. Jak wskazuje jeden z badaczy Feliks Tych, te polskie czystki antysemickie tym się różniły czystek w stalinowskiej Rosji, że Żydów nie skazywano na śmierć, tylko na banicję. Z kraju wyjechało wówczas 13 tys. Żydów i - jak pisze Tych - w ten sposób udało się przywrócić przedwojenny stan, w którym Żydom nie było wolno piastować stanowisk w administracji państwowej, w korpusie oficerów zawodowych i w szkolnictwie państwowym, zwłaszcza na szczeblu akademickim.

Nagonkę zaczęła przemowa Gomółki w sali kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. To było przemówienie na kongresie związków zawodowych w czerwcu 1967 i Janina Sobczak-Rustecka – wywodząca się z Ostrowca specjalistka od kwestii pracowniczych, o której pisałam w tekście „Fajga z synkem w kościele” – na żywo słuchała tej przemowy.
Ja widziałam Gomułkę w Sali Kongresowej, kiedy przemawiał, tysiąc kilkaset ludzi było. Z jaką pianą na ustach mówił na temat zwycięstwa w Izraelu, jak się Żydzi polscy cieszą. Z pianą na ustach! Miał referować pierwszy program reformy płac dla emerytur i rent. To na sprawę żydowską poświęcił 3 godziny, a na sprawę reformy emerytur i rent niecałe pół godziny.

Na górze: Janina Sobczak-Rustecka, © USC Shoah Foundation. Na dole: Ostrowiec 1968, fot. D. Kostkowski, http://zydowskiostrowiec.blogspot.com.

Sobczak-Rustecka, inaczej niż wielu Żydów, utrzymała swoją pracę – głównie dzięki mężowi, który w partii był ważną osobą. Jednak nagonka uderzyła w jej syna.
Mój syn był... studiował w Chinach. Handel zagraniczny w Chinach. Zrobił maturę w Polsce, mając niepełne 18 lat. Świetnie się uczyły moje dzieci. Mamusia też. Studiował w Chinach, znał chiński, znał japoński, znał rosyjski... zna. Polski, duński, i jeszcze tam jakieś. Pracował w handlu zagranicznym, jako kierownik zastępcy centrali... jakiej? chyba metalowej. I zaczęły się szykany - ponieważ ciągle wyjeżdzał za granicę - że ten to szuka, jakieś, gdzieś, coś. Nic nie znaleźli, ale on nie wytrzymał tych szykan i oddał na jakimś zebraniu partyjnym legitymację partyjną, złożył wypowiedzenie z pracy, powiedział: "do takiej partii ja należeć nie chcę, gdzie się dzieli ludzi na rasy", on już był dzielony. I wyszedł z tego zebrania. I połknął pastylki, miał przygotowane widocznie; to była próba samobójcza. Dwie doby go ratowano na Hożej. Dwie doby siedziałam przy nim razem z jego żoną. To, co przeżyła matka przez te dwie doby... Po tej walce wieloletniej o jego życie, siedząc i nie wiedząc, czy to dziecko stracone przez to, że był Żydem. Tylko jedyne jego przewinienie to było jego pochodzenie. Nic więcej nikt nie znalazł przeciwko niemu. Taka jest prawda.
Syn Janiny – ten sam, który jako dziecko lubił chodzić do kościoła, w 1968 dorosły, wykształcony mężczyzna – wystąpił z partii, stracił pracę, ponieważ był Żydem, i próbował popełnić samobóstwo. Potem miał wypadek, żona od niego odeszła, chorym opiekowała się matka.
Z pracy - już pracowałam nie w Instytucie Pracy, tylko w Centralnym Instytucie Ochrony Pracy - bez wiedzy męża, on mówił "on cię wykończy, jak będziesz tak żyła jak żyjesz" - jeździłam, gotowałam, zakupy robiłam, wypadałam z autobusów, łamałam nogi, bo byłam załamana tym wszystkim, tymi przeżyciami. '68 rokiem. Tym, co się stało. Dźwięczały mi w uszach wrzaski, krzyki...
- Niemców? - pyta przeprowadzająca wywiad.
- Nie, Polaków. "Żydzi do Syjonu". Tak, Polaków. Ja przeżyłam ten rok... byłam bliska obłędu. Niektórzy myśleli, że chyba zwariowałam. Ja [ministrowi] Burskiemu powiedziałam, że w czasie okupacji nie nosiłam opaski, a dzisiaj to ją chyba założę. A jak przychodzili do mnie profesor Święcicki, profesor Andrzej Tymowski, to mówiłam: nie wchodźcie, was może spotkać jakaś przykrość. Żyłam odizolowana całkowicie. Żadnych zadań.
To były straszne czasy. Takie same prawie, jak za czasów okupacji, tylko nie groziła mi śmierć.
Syn Janiny w końcu wyemigrował na Zachód, a tam zmienił nazwisko na brzmiące żydowsko. Nie wrócił do panieńskiego matki Weintraub, lecz dodał żydowską końcówkę do wojennego fałszywego nazwiska, przy którym matka – i on – po wojnie już pozostali. Jakby miał serdecznie dość tego, że w Polsce żydowskie pochodzenie jest piętnem, a zarazem jakby nie chciał wracać do przedwojennego nazwiska i do polskiej przeszłości, wiążącej się z tym nazwiskiem ostrowieckiej rodziny żydowskiej. To cholernie smutne i nie chodzi mi tu o syna pani Sobczak, który w życiu dał sobie doskonale radę, tylko o Polskę. Bo 13 tysięcy osób to dużo.
Ja byłam na sali i widziałam tę wściekłość. "Jak się Żydom nie podoba, to mogą jechać, gdzie chcą. Nie ma u nas dwóch ojczyzn. Niech jadą do Izraela, do swojej ojczyzny". To słowa Gomółki! Na własne uszy słyszałam! Także '68 rok dał mi się we znaki nie mniej niż te kilka lat okupacji. Ale wracając do lepszych czasów... To był czas kompromitujący i Polaków - bardzo mocno, bo za słabo reagowali na to, co się działo - a dla Żydów, to nie umiem wytłumaczyć, ilu utalentowanych, wspaniałych ludzi musiało wyjechać. Mój syn jest na Zachodzie. Jest wykwalifikowanym fachowcem, jest na wysokim stanowisku.
Ambasada mu zaproponowała obywatelstwo polskie. Odmówił. Powiedział: - Nie. Wyście mnie wyrzucili i nigdy do Was nie wrócę jako wasz obywatel. Do Polski tak. Do Polski tak, Polskę kocham. Ale obywatelstwa polskiego nie chcę.
*

Informacje o genezie czystek antysemickich czerpałam z artykułu Feliksa Tycha "Marzec 1968. Geneza, przebieg i skutki kampanii antysemickiej lat 1967/68" w: "Następstwa zagłady Żydów. Polska 1944-2010" red. Feliks Tych, Monika Adamczyk-Grabowska. Lublin: UMSC i ŻIH 2011.
Więcej o wystąpieniu Gomółki w 1967 r.: http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/628796,Wladyslaw-Gomulka-nie-chcemy-by-w-naszym-kraju-powstala-piata-kolumna. Polecam też film dokumentalny Marii Zmarz-Koczanowicz ze scenariuszem Teresy Torańskiej „Dworzec Gdański”, o antysemickim '68 roku w Polsce.

Wszystkie cytaty i zdjęcie Janiny Sobczak-Rusteckiej pochodzą z wywiadu, znajdującego się w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Sobczak-Rustecka, Janina. Wywiad 7812. Visual History Archive. USC Shoah Foundation. Internet. Dostęp: 3 IV 2014 r.

sobota, 26 kwietnia 2014

Hinda, Chanina i Polacy

Chanina Malachi urodził się jako Chanina Szerman w 1918 r. Miał sześcioro rodzeństwa, a rodzice – Szmuel i Fajga Szermanowie – mieli sklep z tkaninami. Nie wiodło im się źle. Jako 14-latek Chanina poznał w organizacji młodzieżowej rówieśniczkę Hindę, również córkę właścicieli sklepu bławatnego. Jak można przeczytać w czasopiśmie "Zagłada Żydów. Studia i materiały" nr 3/2007, „ślub odbył się w getcie 14 lutego 1941 roku, a wesele zorganizowali w następny piątek w sali rady gminy. W sobotę wieczorem wszyscy przyjaciele z organizacji młodzieżowej, rodzina i znajomi tańczyli horę i śpiewali syjonistyczne pieśni”.

Hinda i Chanina Malachi, ostrowiacy, autorzy pamiętnika pisanego podczas ukrywania się. © USC Shoah Foundation

Sytuacja w getcie pogarszała się jednak i Hinda, która miała „dobry wygląd” i do tego dobrze mówiła po polsku, dała się namówić mężowi na ucieczkę. Po raz pierwszy z żydowskiej dzielnicy w Ostrowcu wyszła 9 października 1942 roku, w przeddzień „akcji likwidacyjnej”, czyli wywózki ok. 11 tys. ostrowieckich Żydów do Treblinki i zabicia ok. tysiąca ludzi na miejscu.

W ciągu kolejnych dni do wagonów trafiła duża część jej rodziny, ale mąż – 24-letni, młody mężczyzna – ocalał jako zdolny do pracy w hucie.

Hinda wracała wielokrotnie do Ostrowca, do swojego Chaniny, którego w pamiętnikach nazywa Heńkiem. Chanina wyglądał bardziej "semicko", ale i aryjski wygląd Hindy nie sprawiał, że była bezpieczna. Żydów zdradzały bowiem nie tylko rysy, ale też wystraszone oczy, ruchy za szybkie albo spowolnione i setki innych rzeczy. Przed kim zdradzały? No właśnie... z wojennego pamiętnika Hindy wynika, że to nie Niemcy, tylko Polacy rozpoznawali i ujawniali Żydów.
Gdyby nie oni, dużo by się [Żydów] mogło uratować, oni byli przeszkodą na każdym kroku. Jeżeli nie wskazali Niemcom, to zabierali sami wszystko, a Żyd stał bez możności dalszego ratowania się, bo bez pieniędzy nikt go nie chciał przez próg puścić.
Po pierwsze, Niemcy nie potrafili dobrze rozpoznawać Żydów. Polakom szło to o wiele lepiej. Przecież żyli wśród nich przez lata, znali nie tylko konkretne osoby, ale też sposób zachowania, zwyczaje, stroje, wiedzieli też o wiele lepiej, jakie przyjmują strategie przetrwania. Po drugie, wielu Polaków – skala zjawiska jest trudna do oszacowania, ale nie była to kwestia marginalna – w pogarszającym się położeniu Żydów widziało szansę na poprawienie własnego losu. Raz, można było zarobić na pomocy Żydom albo na jej udawaniu. Dwa, można było wykorzystać rzeczy pozostawiane po zabitych albo wywożonych. Po trzecie, byli też tacy, którzy wydanie Żydów uważali za swój obowiązek i robili to bezinteresownie, tak jak prostytutka ze wspomnień Janiny Sobczak-Rusteckiej. To właśnie takie postawy i ich powszechność doprowadziły Hindę do przekonania, że Polacy skazują Żydów na powolną śmierć.

Moralna zapaść
Było to w piątek, wśród gotowania i pieczenia zostałam oderwana nagle i już o 4-ej p.p. dzięki staraniom Frani wyjechałam z panią Bram jako Halina Stawiarska do Ćmielowa, skąd wieczornym pociągiem miałyśmy dalej jechać do Skarżyska, a stamtąd na Czerniecką Górę. Nigdy nie zapomnę mego wyjścia z mieszkania rodziców. Primo, że chciałam się z nimi pożegnać (jedynie Heniek mnie w czoło pocałował), by nie mieć śladu łez na twarzy, ale czułam wychodząc, że każdy płacze i myśli w tej chwili to samo, co ja: czy się jeszcze w życiu zobaczymy? Niestety - z Franią, Kubusiem, Blimcią i Dorką już się więcej nigdy nie zobaczę. Z przyczyn mnie nieznanych p. Bram zdecydowała wyjechać następnego dnia rano, a na noc mnie ulokowała za protekcją jej znajomej dentystki u jednych państwa na ul. Sandomierskiej, przedstawiając mnie jako warszawiankę, uciekinierkę przed łapankami. Drugiego dnia rano przyszła po mnie pani dentystka, ośwadczając, że p. Br[am] wyjechała do Ostrowca na zwiady, bo chce Franię z Kubusiem też tu zabrać, byśmy już razem wyjechali na Czarniecką Górę.
Ten sobotni ranek spędziłam u pewnej szmuklerki, która mnie zakluczyła i poszła na wieś. Leżałam cały dzień w łóżku, nic nie jedząc i myślałam o moim smutnym losie, próbując siebie usprawiedliwić, że wyjechałam się ratować sama, ale miałam wtedy szaloną chęć wrócić. Wieczorem przyszła po mnie p. Br[am], przywożąc mi z Ostrowca od mamy kilka jabłek. Jak się później okazało, mama jej dała również majtki wełniane, komplet elastyczny, ręcznik kąpielowy itp. rzeczy, które by mi się bardzo przydały, bo wyjechałam na letniaka, a zaczynało się robić chłodno. Bramowa mi o tym wszystkim nie wspomniała, skarżyła się, że mama nie miała do niej zaufania, bo mąż chciał dać kilka kuponów materiału, a ona nie dała. I tym razem nie wyjechałam z Ćmielowa, ulokowała mnie znowu u jednej kobiety z synkiem, której mąż był w Niemczech na robotach, na ul. Zamkowej 11. Wtedy już straciłam całe zaufanie do mojej przewodniczki, do której przemawiałam jak do matki, a ona tylko chciała wiedzieć, ile mam pieniędzy przy sobie.
To, co robi Bramowa, to kradzież. Tym gorsza ta kradzież, że okradana nie może się bronić: ma ograniczoną możliwość poruszania się i jest skazana na Bramową jako łączniczkę z rodziną i przewodniczkę podczas ucieczki. Bramowa za swoje usługi dostaje pieniądze, ale chce wiedzieć, ile Hinda ma jeszcze przy sobie, żeby móc określić, ile jeszcze od Hindy może dostać. Być może dlatego córka właścicieli sklepu bławatnego nie może przez dobrych kilka dni wydostać się z Ćmielowa – pani Bram wymyśla kolejne dobre powody, by ją zatrzymać pod swoją opieką. Hinda i pani Bram mają zatem różne cele: dla Hindy jest nią ucieczka przed śmiercią, dla Bramowej –  zysk.

Jeszcze w Ćmielowie do Hindy docierają informacje o likwidacji getta w Ostrowcu, a potem obserwuje ona wysiedlenie Żydów z miasteczka:
Nazajutrz w piątek było wysiedlenie w Ćmielowie, ja nie miałam gdzie być [...] i stałam cały czas niedaleko wagonów, do których wpędzano nieszczęśliwych. Zaraz po tym poszłam na miasto, spotykając na ulicach kilka trupów i widziałam, jak Polacy umizgują się do żandarmów, by im coś dali z domów żydowskich, a na chodnikach i szosach moc podartych modlitewników.
Po Żydach w miasteczku zostaje dobytek – niewiele rzeczy mogli ze sobą zabrać. To, co pozostaje, Polacy traktują jak niczyje. Tak jakby Żydzi byli nikim, a zabieranie ich rzeczy nie było kradzieżą.

Od początku wojny Niemcy sukcesywnie wprowadzają prawo, które utrudnia, a potem odbiera Żydom środki produkcji, czyli możliwość zarabiania na życie. Pieniędzy jest zatem coraz mniej i musi ich wystarczyć do końca wojny, a zarazem trzeba je wydać nie tylko na chleb. Ubrania, sprzęt domowy i wszystko inne, co może przedstawiać sobą wartość, staje się nagle czymś, za co można kupić pomoc Polaków.
Gdy się nareszcie skomunikowałam z panią Bram, radziła mi wyjechać na razie do Krakowa (...). Musiałam się na to zgodzić, bo nie mialam gdzie być, a ona wzięła garnitur Heńka za to, by mnie ulokować. (...) Dała mi adres znajomej z Konina, p. Celiny Barańskiej, i bardzo czule się pożegnaliśmy, rownież z jej mężem, który już nosił garnitur Heńka.[...]
[W Ćmielowie] moja dawna gospodyni z ul. Zamkowej nie chciała mnie przenocować, opowiedziała mi tylko, że miała powodzenie, bo gdy prowadzili Żydów do wagonów, ona poprosiła ukraińca o chustkę jednej żydówki i ten sciągnął tamtej chustkę dla niej. Złamana, wyczerpana i bez żadnych projektów na przyszłość udałam się znowu na stację, by wyjechać do Skarżyska - może tam będę mogła przespać u jakiegoś kolejarza, bo już byłam strasznie zmęczona i pragnęłam tylko łóżka. Bilet dostałam na pociąg nocny, który odchodził dopiero o 4-ej nad ranem. Usiadłam na ławce i zaczęłam drzemać, ale przysiadł się do mnie jakiś młodzieniec, czarny jak cygan, poznałam że to nie Polak. Był to Węgier. Mówiliśmy o różnych rzeczach, a gdy zaczął źle mówić o Żydach, nie mogłam wytrzymać, tem bardziej że mnie już na niczym nie zależało i zaczęłam ich bronić. Oczywiście się domyślił, kim jestem, bo kto teraz broni Żydów, przeciwnie, każdy Polak ma satysfakcję i wszędzie o tym rozpowiada. Przyznałam się, że jestem żydówką, na co on zareagował gwałtownym powstaniem z miejsca, pokazując mi jakiś papier, jakoby on był w "Gestapo" niemieckim. Później kazał, bym z nim wyszła na peron i tam zażądał, bym mu się oddała, to mnie zostawi przy życiu, bo jego obowiązkiem jest mnie dostarczyć do "Gestapo". Odpowiedziałam mu, że mi obojętne jest życie i się nigdy nikomu nie oddam. Jakoś się zlitował, wprowadził z powrotem do poczekalni, bo drżałam z zimna i tam mu wszystko o sobie opowiedziałam. Radził mi nie zważać na męża i rodziny, bo jeżeli nawet zostali w pierwszej akcji, to też zostaną w końcu wykończeni, ale wyjechać do Krakowa, zgłosić się do Arbeitsamtu, jako ochotniczka do Niemiec. Zwrócił  mi też uwagę na wymowę litery "ł". Potem poczęstował cukierkami i pożegnał, bo jego pociąg przyjechał. Ja natomiast, nie zważając na jego lekcję, pojechałam do Skarżyska, by odpocząć, dowiedzieć się co w Ostr[owcu] słychać i dalej nie myślałam.

Pamiętnik Hindy Malachi pokazuje moralną zapaść. To, jak ludzie mniej prześladowani rzucają się na swoich bardziej prześladowanych sąsiadów. Działają według nazistowskiego podziału na ludzi i nie-ludzi. Wtórują Niemcom w odzieraniu Żydów ze wszystkiego, co może się przydać. Gdy ukrywający się sąsiad już nic nie ma, to sprawdzą szantażem, czy na pewno już nie da się nijak skorzystać z tej sprzyjającej okoliczności, którą jest bliskość osoby pozbawianej praw człowieka.

Ta moralna zapaść nie wzięła się znikąd. Jej źródłem jest antysemityzm, przekonanie o własnej względem Żydów wyższości. Jeśli bowiem uwierzy się, że Żydzi są źli, gorsi od nas, mniej ludzcy, to w wojennych okolicznościach łatwo zacząć wymuszać ich podległość: seks, oddawanie rzeczy czy słone opłacanie samego faktu, że mają szanse przeżyć jeszcze jeden dzień.

Epilog

Hinda i Chanina Malachi napisali swoje pamiętniki w języku polskim. Powstawały w Warszawie, dokąd Hinda uciekła po kilku tygodniach błąkania się opisanego w cytatach powyżej. Ona, a potem jej mąż piszą w zeszycie w kratkę, później ukryją zeszyt w Pruszkowie w chlewiku.

Po wojennych przeżyciach, a raczej po wojennym przeżyciu cudem wojny Szermanowie wyjechali z Polski i zmienili nazwisko na Malachi. Kiedy w latach 90. opowiadali o swoim życiu i doświadczeniu Zagłady wolontariuszom Fundacji Instytutu Shoah, oboje mówili po hebrajsku. Jakby nie chcieli, żeby ich opowieści trafiły do nie-Żydów, od których nigdy nie spotkało ich nic dobrego.

Przypisy

Cytaty pochodzą z Dziennika Hindy i Chaniny Malachi, wstęp Jan Grabowski, Lea Balint; oprac. Barbara Engelking. „Zagłada Żydów. Studia i materiały” nr 3/ 2007.

Zdjęcie pochodzi z wywiadu znajdującego się w  w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Mal´akhi, Hanina. Wywiad 9652. Visual History Archive. USC Shoah Foundation1996. Dostęp: 26 IV 2014 r.

O szmalcowaniu, czyli szantażowaniu Żydów w czasie okupacji hitlerowskiej, wymuszaniu okupów pod groźbą wydania Gestapo, można przeczytać np. w książce Jana Grabowskiego „Ja tego Żyda znam!" Szantażowanie Żydów w Warszawie, 1939-1943.

Historię Malachich omówił również Jan Grabowski w artykule Ratowanie Żydów za pieniądze – przemysł pomocy ("Zagłada Żydów. Studia i materiały" nr 4/2008). Anglojęzyczna wersja tego artykułu znajduje się w publikacji Inferno of choices. Poles and the Holocaust, dostępnej za darmo - link otwiera się w .pdf, a akapity o Malachich znajdują się na stronach 346-347.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Żeromski po hebrajsku

Sąd rabinacki, bejt din, jest bardzo starą żydowską instytucją. 
Bejt din był pewnego rodzaju połączeniem sądu, synagogi, domu nauki, a nawet, można powiedzieć, gabinetu psychoanalityka, gdzie mogą przyjść ludzie chorzy na duszy, żeby otworzyć serce.
Tak o bejt dinie – sądzie rabinackim – pisał Isaac Bashewis Singer, noblista, syn polskiego dajana (sędziego sądu żydowskiego), w swojej książce „Urząd mojego ojca”.

Sąd między Polakami
W Ostrowcu też mieliśmy taki sąd rabinacki. Tuż przed wojną jego urzędnikiem, czyli dajanem, był Josek (Icchak Meir) Hocherman, ojciec Lei Hocherman. Zatrudniony przez gminę żydowską, w 1930 roku zarabiał 4200 zł rocznie. Przeprowadzał rozwody i rytuały zaślubin, rozstrzygał spory, wydawał też opinie w sprawach koszerności.

O tym, jak sprawy swojego ojca wspomina Singer, można przekonać się czytając książkę. A tak rolę ostrowieckiego sędziego wspomina jego córka:
Ojciec prowadził rozprawy sądowe w domu. Między Żydami, ale też między Polakami. Tak, woleli sądy mojego ojca bardziej niż sądy polskie, byli bardzo zadowoleni, uważali, że mój ojciec jest sprawiedliwy. To było uznawane przez państwo - [taki sąd] według żydowskich praw.
Ten fragment mnie zaskoczył. Przecież stereotyp jest taki, że Żydzi nie byli przez Polaków szanowani. Spotkałam się wręcz z diagnozą, że w międzywojniu Żydzi w Polsce byli bardziej nietykalni niż ciemnoskórzy w Stanach w tym samym czasie. Trudno więc wyobrazić sobie sytuację, w której Polak przychodzi do Żyda jako do autorytetu moralnego.

Może Hocherman pełnił funkcję dzisiejszego mediatora, czyli osoby, która pomaga się pogodzić bez chodzenia do sądu? Może bejt din stanowił mniej zobowiązującą alternatywę dla oficjalnego procesu w państwowym sądzie? Nie wiem. To wszystko hipotezy. Może powody były jeszcze inne.

Szkoła przyjazna dla Żydów

Ortodoksyjni Żydzi i chasydzi byli mizoginami. W urzędzie ojca Singera nie było miejsc siedzących dla kobiet, a religijny Żyd nie mógł patrzeć na kobiety. Sądzę, że wspomnienia kobiety mniej by ich obchodziły niż to, co zapamiętałby mężczyzna. Cieszę się więc, że mogę cytować właśnie córkę dajana, Sofię Novak, urodzoną  w 1911 roku w Częstochowie jako Lea Hocherman.
Wszyscy bracia ojca byli fabrykantami. - opowiada pani Novak. - Bogatymi. Ojciec jako jedyny był talmudystą. Wysokiej klasy. Interesy mu nie szły i dlatego po I wojnie światowej wyjechał z Częstochowy do Ostrowca, gdzie miał szwagra, wielkiego ostrowieckiego rabina. Tam zrobił szkołę i został dajanem. Życie rodzinne było biedne, ale szczęśliwe. Ojciec prowadził rozprawy sądowe w swoim – dużym – pokoju.
Córka podrabina Hochermana była zdolną dziewczynką, chciała dalej się uczyć, ale w Ostrowcu nie było odpowiedniej szkoły. Było tu wprawdzie gimnazjum, ale trzeba było chodzić do szkoły w sobotę. Ojciec nie zgadzał się na naukę w szabas, dzień wypoczynku, więc córka wyjechała do Częstochowy. Po pierwsze, miała tam dalszą rodzinę, a po drugie, W Częstochowie była szkoła polska, ale uwzględniająca potrzeby żydowskich rodzin, czyli przestrzeganie szabasu.

I znów mam złośliwą satysfakcję, tym razem dlatego, że ta Jew-friendly szkoła była właśnie w Częstochowie, tym bastionie katolicyzmu z „Potopu” Sienkiewicza.

Zresztą to niejedyny zaskakujący miks polsko-żydowski w jej opowieści. Oto mój ulubiony:
Ojciec był religijny – opowiada Lea-Zofia – ale nie wszystkie dzieci [poszły w jego ślady]. Jeden brat był w jesziwie w Lublinie, drugi też był religijny, ale reszta braci i sióstr nie. Bracia znali talmud, byli bardzo oczytani. Czytali po hebrajsku nawet polskie powieści – Żeromskiego, Słowackiego.
Kto by pomyślał! Wprawdzie w ksiązce "Żydzi ostrowieccy" można przeczytać, że więcej czytały kobiety niż mężczyźni. Że czytano literaturę romantyczną, Sienkiewicza, Przybyszewskiego, Orzeszkową, Rodziewiczównę czy Mniszkównę. Że "niewielkie zainteresowanie literaturą żydowską [wśród Żydów] wynikało z jej ubogiej fabuły. Zarówno literatura w języku jidysz, jak i hebrajska unikały wątków przygodowych". Ale nie spodziewałabym się, że te polskie książki tłumaczono na hebrajski.

*

Wypowiedzi pani Sofii Novak pochodzą z wywiadu znajdującego się w  w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Novak, Sofiyah. Wywiad Sofiyah. Visual History Archive. USC Shoah Foundation.1996. Dostęp: 21 I 2014 r.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Fajga z synkiem w kościele

Janina Sobczak-Rustecka urodziła się w 1913 roku w Ostrowcu jako Fajga Weintraub, zdrobniale mówiła o sobie Fela. Z rodzicami mieszkała przy ul Czystej w domu Szpigla (gdzie dokładnie on stał, wie ktoś?). Byli bardzo biedni, więc mała Fajga zarabiała na rodzinę ucząc inne dzieci ze szkoły powszechnej. Potem wyszła za mąż za Mosze Żabnera i zamieszkała przy ul. Młyńskiej.

Fajga-Fela w mieszkaniu przy ul. Młyńskiej. © USC Shoah Foundation
Fela pracowała w związku zawodowym transportowców i nie prowadziła koszernej kuchni. Mosze, choć był synem szojcheta, czyli rytualnego rzezaka odpowiadającego za ubój rytualny, sam był lewicujący. Zginął w czasie wojny.

Fela-Fajga-Janina wojnę przeżyła. W 1996 roku opowiedziała o wojnie, a także tym, co było przed i po. Nagranie znajduje się w archiwum Instytutu Fundacji Spielberga.
Nie wiedziałam rodziców, ani swoich, ani nikogo z rodziny ani rodziców męża. Ja wyszłam z domu, mając 220 zł, bo tyle uzyskałam. To był dzień przed... wieczór przed zabraniem męża do getta. 220 złotych. I poszłam z Kostuchą do jego siostry Okólskiej. W tymże samym mieście [Ostrowcu], tylko w drugim końcu miasta. I tam byłam przed długi czas, jakieś dwa-trzy tygodnie. Nie wiem, raczej dwa tygodnie. 
I któregoś dnia przyleciała synowa Kostuchy zawiadomić mnie, że gestapo jedzie do Okólskich, żeby aresztować młodszą córkę Okólskich za to, że w kawiarni pobrała parę groszy więcej za kawę od Niemca. Zanim oni samochodami dojechali do tego miejsca, to ja zdołałam z dzieckiem uciec z domu. Nieubrana, tak jak [stałam], złapałam [dziecko] za rękę i wyszłam.  
To jest jesień. I nie mam już kontaktu z nikim. 
Zabrali córkę [Okólskich], wyszedł potem ten syn i powiedział: - Tutaj pani wrócić już nie może. 
Sama wiedziałam, że już nie mogę, bo mnie i sąsiedzi widzieli... Przyniósł mi płaszcz, przyniósł mi tam co miałam i... Jeszcze widno było, więc boję się po mieści - jestem w Ostrowcu - poruszać.  
Syn mówi: mama, chodźmy do kościoła. 
Lubił chodzić do kościoła. Miałam sprzątaczkę, która prowadzała go do kościoła. O czym ja nie wiedziałam. Ale: - Chodźmy do kościoła. - Zbawienie - poszłam do kościoła.  
I przesiedzieliśmy tam ze dwie... aż się ściemniło, i wyszłam. 
Jechała furmanka. Kobieta prowadziła furmankę. Zatrzymałam i zapytałam, dokąd jedzie. 
Podała mi nazwę miejscowości, której nigdy w życiu nie znałam.  
- Ach, świetnie! - powiedziałam. - Bo ja też tam chciałam pojechać. Może mnie pani zabierze?
- Chętnie.  
Zabrała mnie z dzieckiem. Jedziemy. Mówię: - Może mogłabym u pani przenocować? - Bardzo chętnie - odpowiedziała - ale niestety dzisiaj nie mogę, bo mój mąż jest żandarmem i dzisiaj wykańcza Żydów w Ostrowcu.  
Podziękowałam. 
- Ale ja panią zawiozę do mojej siostry.  
I zawiozła do swojej siostry. Ja już tam weszłam jako jej znajoma. Poczęstowano nas kolacją, zrobiono miejsce do spania. Powiedziałam, że jestem z Warszawy i że będę robiła zakupy tutaj. Rano córka ich poszła ze mną do jakiejś gospodyni, tam kupiłam serek, kawałek masła. Podziękowałam za to śniadanie czy kolację, zapłaciłam, nie chcieli pieniędzy, parę groszy. I wyszłam do tego miasteczka, nie wiedząc nawet, w jakim jestem miasteczku, do herbaciarni jakiejś, żeby dziecku kupić szklankę herbaty. I wtedy, kiedy piliśmy herbatę, odezwała się kobieta - prostytutka ostrowiecka - którą widziałam i ona mnie znała: 
- Co tu pani robi? Dlaczego bez opaski? Przecież Żydów wysłali, zabrali do getta, co tu pani robi?  
Przerażona, szybko złapałam dziecko za rękę, parę groszy zostawiłam na stole za herbatę i wyszłam.
Są Okólscy, którzy pomagają. Są sąsiedzi, przed którymi należy się ukrywać, pewnie mogą donieść Niemcom o Żydówce. Jest mały żydowski chłopiec, którego polska służąca nauczyła chodzić do katolickiego kościoła. Jest też życzliwa kobieta z wozem drabiniastym i jej mąż, żandarm, czyli granatowy policjant, który pomaga Niemcom zabijać Żydów. Ludzie na wsi, którzy bezinteresownie przenocują, dadzą posiłek i nie zechcą pieniędzy. Kobieta, która równie bezinteresownie zadenuncjuje uciekającą.

Bardzo dużo Polaków. Jedni życzliwi, inni wrodzy wobec sąsiadki. Ta historia może poprzeć zarówno przekonanie o tym, jak Polacy Żydom uciekać pomagali (o czym mówiliśmy przez lata), jak i o tym, jak Polacy Niemcom Żydów zabijać pomagali (o czym mówimy od kilku lat). Podkopuje jednak pewność co do tego, że Żydzi byli oddzielni, niezwiązani z Polakami, żyli gdzieśtam sobie, Niemcy przyszli i ich zabili, co my, Polacy, mieliśmy tu do gadania... Nie. Polacy i Żydzi, chrześcijanie i Żydzi żyli obok siebie. Znali się i mogli wpływać na swoje losy.

Swoją drogą, wyrażenie "Polacy i Żydzi" jest niedokładne i niedobre. Wielu Żydów czuło się Polakami, byli tacy, którzy lepiej znali powieści Żeromskiego niż hebrajski. Z kolei "chrześcijanie i Żydzi" zakłada podział według religii, co też źle opisuje holocaust. Dla hitlerowców nie liczyła się religia, tylko pochodzenie. Niewierzący członek socjalistycznego Bundu stawał się mieszkańcem getta, a potem ginął na równi z chasydem. Zresztą dla wielu Żydów – i chrześcijan – w tym czasie coraz mniej ważne były religijne rytuały.

Fela Weintraub po wojnie została w Polsce. Ale widać wystraszyła się, że na swojej drodze spotka jeszcze niejedną bezinteresownie nieżyczliwą prostytutkę, bo pozostała przy polsko brzmiącym nazwisku Sobczak, nie wróciła do przedwojennego nazwiska.

W 1944 ukrywała się – razem z AK-owcami – w bazylice na warszawskiej Szmulowiźnie. Jeszcze gdy spadały bomby, zaczęła pracować (najpierw za sam wikt) w związku zawodowym w Warszawie. Tam poznała Jana Rusteckiego, z którym spędziła resztę życia. Pracowała przy odbudowie Warszawy, a później m.in. w centrali związków zawodowych.

Ostrowiaczka Janina-Fajga przy odbudowie Warszawy. Na zdjęciu na samej górze, stoi bokiem. © USC Shoah Foundation
Po wojnie skończyła studia, obroniła doktorat, a potem uzyskała tytuł docenta; była ekonomistką, zajmowała się m.in. kosztami społeczno-gospodarczymi wypadków przy pracy i świadczeniami socjalnymi. Zmarła w kwietniu 1998 roku, miała 85 lat.

Cytat i obrazy pochodzą z wywiadu znajdującego się w  w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Sobczak-Rustecka, Janina. Wywiad 7812. Visual History Archive. USC Shoah Foundation.1996. Dostęp: 20 XII 2013 r.

niedziela, 30 marca 2014

Żydowska Aleja. Spacery i kasztany nad Kamienną

Berel Blum urodził się w 1925 roku i mieszkał w Ostrowcu przy Rynku. Właściwie to był wtedy jeszcze Berkiem Blumensztokiem.  Berel Blum to nazwisko nowe, powojenne, skrócone pewnie po to, żeby Amerykanom łatwiej było wymówić. Jego ojciec, stary Blumensztok, dostarczał towary do dworu. Był też powroźnikiem - produkował sznurki i liny. Berel-Berek miał kilkoro rodzeństwa i tak wspominał swoje dzieciństwo jako starszy człowiek, w 1996 czy 1997 roku, gdy udzielił wywiadu do Archiwum Instytutu Spielberga.
W szabas jedliśmy czulent. Po szabasowej kolacji matka i ojciec zostawali w domu i odpoczywali. A my, dzieci, szliśmy spacerować albo się bawić.
Jak byliśmy starsi, spacerowaliśmy. Główną spacerową ulicą była Aleja 3 Maja. W szabasowy wieczór spacerowało tam mnóstwo chłopców i dziewcząt. Przy tej głównej ulicy mieliśmy piękny park. W parku siadaliśmy i odpoczywaliśmy... W końcu późnym wieczorem wracaliśmy do domu.
A zatem Aleja zaludniała się spacerowiczami nie tylko w niedzielę po mszy, ale też w piątek, po szabasowej kolacji, a obyczajowy rytm żydowskich rodzin przekładał się na życie całego miasta, i to w sposób bardzo widoczny. Zresztą to nic dziwnego – przy Alei połowę mieszkańców stanowili Żydzi.

Na zdjęciu: spacer po Alei, już być może w sobotę, najwyraźniej połączony z pstrykaniem fotek. Spacerujący po Alei w szabas mały Berek-Berel mógł być w wieku starszego chłopca na drugim planie. Źródło: Ostrowiec: a monument on the ruins of an annihilated Jewish community. Wyd. Society of Ostrovtser Jews. Tel Aviv 1971. S. 26

Jest jeszcze jeden polsko-żydowski aspekt Alei: kasztany nad Kamienną zasadził Żyd. Tak, mówię o tych samych kasztanach, które od 2012 r. są pomnikiem przyrody. 23 kwietnia 1917 roku  pierwsza powojenna (no, prawie powojenna) Rada Miejska uchwaliła zasadzenie drzew na całej długości Alei 3 Maja. Wykonanie uchwały – informację czerpię z książki Żydzi ostrowieccy – „powierzono 3-osobowej grupie z Ludwikiem Wacholderem”.

Dziś raczej mówi się o tym, że kasztany sadzili harcerze. Brzmi swojsko, nie wnika się w ich narodowość, choć wśród nich mogła być młodzież zarówno żydowska, jak i polska. O tym, który sadzeniem zarządzał, pamiętamy zdecydowanie słabiej – pewnie dlatego, że „Wacholder” brzmi mniej swojsko niż „harcerze”.

Tak, właściwie o Ludwiku Wacholderze niewiele wiadomo ponad to, że w 1917 miał 36 lat, z zawodu był dentystą, a w radzie należał do sekcji szkolnej i sanitarnej. Był ważnym bezpartyjnym działaczem przez kilka dobrych lat. Jego nazwisko pojawia się w Komitecie Bezpieczeństwa Publicznego, powołanego ze strachu przed zamieszkami (a może pogromem?) przy okazji rozpadu Austro-Węgier, a potem w instytucjach charytatywnych, rozdzielających pieniądze przysyłane ze Stanów przez ostrowieckich emigrantów. Pewnie zrobił dla ostrowczan – no dobrze, dla ostrowiaków – nie mniej niż Rosłoński, Głogowski, Wardyński czy Radwan. A jednak swojej ulicy się nie doczekał.

Dlaczego w Ostrowcu nie pamiętamy o Żydach współtworzących to miasto, choć przecież byli ostrowiakami? Dlaczego nie tylko uważaliśmy, ale nadal uważamy Wacholdera i innych żydowskich ostrowczan za obcych? Dlaczego zakładamy, że pamiętanie o nich to nie nasza sprawa?

Wiem, że tok myślenia jest tu taki: po co mamy pamiętać Wacholdera? Niech Żydzi sobie go pamiętają. Tylko tych niewielu Żydów, którzy przeżyli i mogliby go pamiętać, są w Kanadzie, może w Stanach, może w Szwecji...  A póki co to my tracimy, bo znamy zmanipulowaną wersję przeszłości miasta, z której Żydzi zostali wycięci, wygumkowani, wyfotoszopowani, wyrzuceni, zlikwidowani. Tracimy też na tym etycznie. Bo czy nie jest tak, że kiedy gumkujemy żydowskie nazwiska w historii Ostrowca, kiedy ignorujemy całą zgładzoną społeczność, to symbolicznie powtarzamy likwidację, której dokonali Niemcy?

* * *

* Blum, Berel Wywiad 466. Visual History Archive. USC Shoah Foundation. http://sfi.usc.edu. Dostęp: 7 XII 2014 r. Tłumaczenie moje.

Dziekuję Maćkowi Biedce i Wojtkowi Mazanowi za wskazanie tropu żydowskich kasztanów w Alei. Dziękuję też Justynie Ładzie za pomoc w identyfikacji wieku kasztanów.

niedziela, 23 marca 2014

„We were Ostrovtzers”. Niespecjalnie religijny ostrowczanin

Harry Baigelman jest jednym z niewielu żydowskich ostrowczan, którzy przeżyli wojnę. Do powrotu do dzieciństwa skłoniła go fundacja Stephena Spielberga. Spielberg stworzył fundację po nakręceniu „Listy Schindlera”. Jej głównym zadaniem było zbieranie wspomnień Żydów, którzy przeżyli Holocaust.

Jest koniec lat 90., a Baigelman, który od lat mieszka w Stanach, wspomina czasy, kiedy jeszcze nazywał się Aron i mieszkał w Ostrowcu:
Wychowałem się w Ostrowcu Kieleckim. Szmul i Perła to rodzice, miałem 2 siostry starsze i młodszego brata. 
Mój ojciec był szewcem. Dokładnie to robił tylko wierzchy butów. Pracowały u niego dwie-trzy osoby. Pracowali w jednym pokoju, matka w tej samej izbie gotowała. Finansowo... żyliśmy dobrze. Matka prowadziła dom. Już dziadkowie byli urodzeni w Ostrowcu, byliśmy ostrowczanami. 
Nie byliśmy ortodoksyjni. Byliśmy tradycyjni. Ojciec czasami chodził do synagogi. Nie codziennie, nie co tydzień, tylko czasem. Ja też czasem chodziłem. Tak, nie byliśmy szczególnie religijni.
Byliśmy ostrowczanami, „We were Ostrovtzers”, mówi Harry Baigelman, kiedyś Aron, syn kamasznika Szmula. Mówi to w języku, którego nauczył się po wyjeździe z Polski, a ja zwracam uwagę na ten czas przeszły. Szkoda, że ten człowiek nie żyje w Ostrowcu. Ale lubię słowo „Ostrovtzers” - to musi być miks polskiego, jidisz i angielskiego. To słowo opowiada o ciekawym wycinku ostrowieckiej tożsamości.

To jest sprawa, która bardzo mnie interesuje i będę tu o niej pisała od czasu do czasu. Bo jest dla mnie niepojęte, że tak mało wiadomo o żydowskiej historii Ostrowca.

My, dzisiejsi ostrowczanie, lubimy historię miasta. Prawda, że lubimy? To polubmy też historię Ostrowca tworzonego przez Ostrovtzers, którzy żyli tutaj 70 lat temu, a 130 lat temu stanowili ponad 80% ostrowczan. (W 1865 roku Żydzi stanowili 80,9 % mieszkańców Ostrowca, a w 1890 było ich 85,2%. Por. książka Waldemara Broćka, Adama Penkalli i Reginy Renz „Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów”. Ostrowiec Świętokrzyski 1996, s. 38.)

Swoją drogą. Nie wiem jak Wy, ale ja nie miałam jeszcze niedawno pojęcia, że „finansowo żyliśmy dobrze” w ostrowieckiej żydowskiej rodzinie oznaczało to, że warsztat pracy dla trzech osób jest zarazem kuchnią dla sześcioosobowej rodziny. Wyobrażałam sobie, że Szmul Bojgelman – wymieniony w książce „Żydzi ostrowieccy” jako jeden z najważniejszych ostrowieckich kamaszników – żył jednak nieco bardziej dostatnio.

„Będę pisać” oznacza, że powstanie dwadzieścia albo trzydzieści tekstów. Tak myślę. Będę starała się pokazać Żydów (sobie? Wam?) wbrew stereotypom, a miejscem wydarzeń będzie Ostrowiec.

Po co mi to? Po pierwsze, chcę opowiedzieć o żydowskich ostrowczanach. O tym, jak Żydzi współkształtowali Ostrowiec i o tym, jak wiele nam po nich zostało w przestrzeni miejskiej. Po drugie, chcę o nich pamiętać. Bo jest groteską to, że na rynku jest pomnik „29 mieszkańców miasta zamordowanych przez hitlerowców 30 września 1942 roku”, a nie ma upamiętnienia 10 000 wywiezionych podczas „likwidacji getta”. Po trzecie, chcę zastąpić rzetelną wiedzą z książek albo wspomnieniami ludzi, którzy żyli kiedyś w Ostrowcu to, co wiem o ostrowieckich Żydach z miejskich legend, przesądów i stereotypów.

*

Cytat pochodzi z nagrania znajdującego się w Visual History Archive, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu.
Baigelman, Harry. Wywiad 7121. Visual History Archive. USC Shoah Foundation.  Dostęp: 6 XII 2013 r. Tłumaczenie moje.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Jak komunikować, żeby nikt nie usłyszał

Urząd Miasta Ostrowca Św. chętnie mówi o nieudanych konsultacjach społecznych. O niskiej frekwencji. A wystarczyłoby, gdyby przestał zakładać, że mieszkańcy oleją każde konsultacje i zaczął porządnie o informować, kiedy konsultacje jeszcze trwają.

„Dziś mija czas konsultacji społecznych projektu Planu zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla Ostrowca Świętokrzyskiego na lata 2014-2024. Jak twierdzi Anna Niedbała, szefowa Biura Prezydenta Miasta, do końca minionego tygodnia nie wpłynął ani jeden wniosek do dokumentu” - tak zaczyna się tekst Co czeka MPK? Coraz mniej pasażerów, redukcja kursów, opublikowany 20 stycznia w „Gazecie Ostrowieckiej”. Na końcu artykułu też są wyrazy zdziwienia, że do tak ważnego dokumentu nikt nie zgłosił uwag. Tym razem dziwi się dziennikarz.

Ja też się dziwię. Ich zdziwieniu się dziwię. Mniej dziennikarzowi, bo ten wcześniej napisał artykuł o kilku sprawach związanych z komunikacją miejską, między innymi o planie transportowym. Bardziej dziwię się zdziwieniu magistratu. Żeby poinformować mieszkańców o konsultacjach, Urząd Miasta użył swojej strony internetowej. Jeśli chodzi o inne kanały dotarcia, to był też BIP, tablica w urzędzie i komunikat w „Gazecie Ostrowieckiej” – tylko jeden, w wydaniu między świętami a Nowym Rokiem, choć uwagi można było składać jeszcze przez kolejne trzy tygodnie.

Komunikat w tym jednym jedynym wydaniu gazety trafił na stronę, gdzie podaje się informacje o przetargach i innych rzeczach nieistotnych z punktu widzenia zwykłej Kowalskiej. Ja akurat zawsze czytam tę rubrykę, ale ten artykuł przeoczyłam. Był na dole strony, miał tytuł „Ogłoszenie”, czcionkę ósemkę, w sam raz do czytania pod mikroskopem, a pierwsze zdania zajmowała informacja o adresie urzędu i o ustawie, na podstawie której podaje się informację.

W każdym numerze „Gazety Ostrowieckiej” Urząd Miasta ma swoje dwie strony. Nazywają się „Miejski Informator Samorządowy”. W ostatnich numerach ciągle przypominał przedsiębiorcom handlującym alkoholem, że do 31 stycznia muszą złożyć raport o ilości sprzedanego alkoholu i, jeśli chcą nadal prowadzić wódkę, to muszą opłacić zezwolenie na kolejny rok. Tytuły? „Komunikat dot. przedsiębiorców prowadzących sprzedaż napojów alkoholowych”. Czcionka też niewielka, ale cały artykuł podświetlony na żółto, wyróżniał się na tle białej strony. Wniosek: jeśli Urząd Miasta chce dotrzeć z informacją do ludzi, to potrafi.

Konsultowanie różnych strategii rozwoju jest rzeczywiście obowiązkiem. Ustawa każe. Jeśli ktoś konsultacje chce odbębnić, robi to tak jak ostrowiecki urząd. Uważam jednak, że wtedy uczciwiej byłoby nie narzekać na brak uwag. Nie wytykać mieszkańcom, że się nie angażują.

Ul. Okólna, ludzie czekają na autobus

Jak mogłyby wyglądać konsultacje?

Jeśli ktoś jednak traktuje konsultacje jako szanse na poznanie zdania ludzi, ma mnóstwo sposobów – bezkosztowych albo tanich – żeby ich zachęcić do mówienia. Przede wszystkim trzeba skutecznie poinformować. A zatem przygotować komunikatywną informację prasową i wysłać do wszystkich lokalnych gazet. Umieścić informację na Facebooku. Zrobić mailing do społeczników, lokalnych stowarzyszeń, rad osiedli. Powiesić plakaty na słupach przy przystankach, ulotki rozłożyć w sklepach z biletami, w autobusach, bibliotekach, szkołach i przychodniach szkołach.

Można też pomóc ludziom – to już wyższy level – w zrozumieniu trudnego dokumentu. Można zrobić spotkanie, na którym o strategii się opowie – oczywiście wcześniej trzeba o spotkaniu dobrze ludzi poinformować, a nawet spotkanie wypromować. Promując trzeba pokazać ludziom, jakie będą mieli korzyści, jeśli wezmą udział.

Można zrobić ankietę w internecie. Boskim przykładem są konsultacje prawa autorskiego, prowadzone w Polsce na stronie http://konsultacje.prawokultury.pl. Po wejściu na stronę dostajesz podstawowe informacje i trzy drogi do wyboru. „Masz kilka minut”, „Masz pół godziny”, „Masz kilka godzin”. Pytania są dostosowane do tego, ile czasu masz na zapoznanie się z dokumentem.

No właśnie, tu dochodzimy do drugiej wady ostrowieckich konsultacji transportu miejskiego. Odbywały się tylko dla tych, którzy mieli kilka albo i kilkanaście godzin, a do tego ekspercką wiedzę i wykształcenie. Do konsultacji mieszkańcy dostali ponad 100 stron dokumentu. Wrzuciłam jego streszczenie – które powinno być najprostszą częścią – do aplikacji Logios Research, która „ocenia mglistość tekstu, a następnie mówi, jakie trzeba mieć wykształcenie, by lektura nie sprawiała problemów”. Okazało się, że przeczytanie go ze zrozumieniem wymaga co najmniej 18 lat edukacji. 18 lat edukacji to poziom studiów doktorskich.

Czasem trudno napisać poważny dokument  prostym językiem. Ale – jeśli ten dokument dotyczy wszystkich mieszkańców, nie tylko tych z aspiracjami do doktoratu – to dobrze wyposażyć go w tłumaczenie na prosty język. To mogą być dwie strony tekstu przed wprowadzeniem, może być też spotkanie, rzetelne artykuły w lokalnej prasie albo ankieta.

Warto też powiedzieć ludziom, co zrobi się z uwagami. W jakiej sytuacji się je uwzględni? Inaczej nie będzie im się chciało ich składać. Tymczasem ostrowiecki Urząd Miasta do niczego się nie zobowiązał. Nie powiedział nawet, że do każdej uwagi się odniesie. (Sama składałam kiedyś uwagi do jednego miejskiego pomysłu;  wpadły jak kamień w wodę - i mieli do tego prawo, bo w artykule z prośbą o konsultacje nawet nie przebąknęli, po co im nasze zdanie). Zawarcie takiej umowy z ludźmi jest w konsultacjach najważniejsze. Po co mieszkaniec miałby mówić komuś, jakie jest jego zdanie na jakiś temat, jeśli ten ktoś go nie słucha i nie wiadomo, czyś zrobi z przekazaną informacją? Poświęcasz kilka godzin na czytanie papierów, bo chcesz mieć wpływ na miasto. Po co to robić, skoro realny wpływ na miasto – jak zwykle – ma tylko urząd?


Gdyby ktoś miał ochotę sprawdzić:
"Miejski Informator Samorządowy" z informacją o konsultacjach,
"Miejski Informator Samorządowy" z informacją dla przedsiębiorców sprzedających alkohol,
Logios Research - do sprawdzania mglistości tekstu.