sobota, 28 czerwca 2014

Stolarz Lejzor, którego dzieci wyjechały do Ameryki, i inni mieszkańcy domu przy Rynku

Pamięci Minców (Mintzów) i Kłosów (Klossów), którzy mieszkali w domu przy Rynek 53-54, oraz Sali i Rywci Milgram. 

I.  Mieszkańcy domu przy Rynku
W północno-wschodnim rogu Rynku w Ostrowcu od lat mieści się jubiler. Odkąd pamiętam, można było tutaj kupić biżuterię: srebrne i złote łańcuszki, pierścionki, krzyżyki.

Jubiler mieści się na parterze. Nad nim widać pięknie zdobioną balustradę balkonu. Pod balkonem szyld: „Firma złotniczo-jubilerska. Rok założenia 1942”.

Firma istnieje 72 lata. To dokładnie tyle lat, od ilu nie ma już żydowskiej społeczności w Ostrowcu. Likwidacja getta nastąpiła 10-11 października 1942 roku. W tym samym roku zaczął działać znany mi sklep jubilerski.

Pewnie udało się to tak szybko, bo wcześniej tuż obok również znajdował się zakład złotniczy. Jego właścicielem był Jankiel Minc (Mintz).

Złotnik Jankiel Minc (Mintz)
Jankiel Minc (Mintz) urodził się 30 października 1879 roku w Ostrowcu. Jego ojciec, Moszek, też był złotnikiem; Jankiel od ojca dostał więc życie, zawód i dom w Ostrowcu.

Jednak czasy się zmieniały. Jankiel jako dwudziestopięciolatek widział Republikę Ostrowiecką – echo rewolucji 1905 roku. Echem nowych czasów były też emigracje. Już od początku XX wieku młodzi wyjeżdżali do Ameryki, nie mając albo nie widząc dla siebie miejsca w tradycyjnym sztetlu. Powody były zresztą różne, opisuje je w osobnym rozdziale Księga pamięci Żydów ostrowieckich.


Dlaczego do Ameryki wyjechała trójka dzieci złotnika Minca (Mintza)? Może nie wiedzieli dla siebie przyszłości w chasydzkim Ostrowcu; może chcieli się przekonać, czy to prawda, że istnieją na świecie kraje bez antysemityzmu. Takie przyczyny wyjazdu wskazał w artykule o swoim ojcu Israel Blajberg (o Abramie Blajbergu wkrótce napiszę). Tak czy inaczej,  w latach 20. wyjechała trójka dzieci złotnika. Enya Minc (Mintz) i Abram Minc (Mintz) wyjechali do Argentyny, a Lejbus Minc (Mintz) do Stanów Zjednoczonych.

Ci, którzy wtedy wyjechali, ocaleli. Wszyscy Mincowie, którzy pozostali w Polsce, zostali zabici. Zginął 63-letni Jankiel, jego druga żona Chana Fajga i trzech nastoletnich synów: Nusyn, Lejzor i Josek, a także brat Jankiela, Leibl.

Po wojnie Enya wyśle do urzędu miasta pytanie o losy mieszkańców swojego rodzinnego domu. Dowie się tylko, że daty śmierci są nieznane. I że jej ojca, złotnika Jankiela Minca, trzymano przy życiu dość długo jako wykwalifikowanego pracownika.


Stolarz Lejzor Kłos

Jednym z nielicznych śladów po tamtym życiu jest rejestr mieszkańców domu przy Rynek 53-54 z magistratu z roku 1932 r. W kamienicy mieszkało ponad 30 osób. Nie tylko Mincowie z dziećmi i rodzicami, ale też Blumanowie, Rozencwajgowie (Rosencwajgowie), Cukierowie i Kłosowie (Klossowie). Właściwie zresztą Mincowie i Kłosowie byli rodziną – żona Lejzora była córką Chaima Mordki Minca (Mintza).

Rodziny wielodzietne i wielopokoleniowe – dla miłośników tradycji to sielanka, a dla indywidualistów wystarczający powód do ataku klaustrofobii. Ostrowiec z tradycyjną hierarchią, dziedziczonymi zawodami i religijnością konkurował z Ameryką, w której podobno można było decydować o własnym życiu. Może właśnie bycia self-made-manem chcieli młodzi emigranci, Klossowie i Mincowie? Bo nie tylko trójka Minców, ale też piątka Klossów opuściła Ostrowiec...


Fragment rejestru mieszkańców kamienicy przy ul. Rynek 53-54 z 1932 roku, notka o wyjeździe Jankiela Kłosa.

II. Listy z Ostrowca do La Paz w Boliwii
Lejzor i Chana Gitla Kłosowie (Klossowie) byli urodzeni w latach 60. XIX wieku. Lejzor był stolarzem. Z rejestru wynika, że Chaja Gitla, z domu Minc (Mintz), urodziła Lejzorowi siedmioro dzieci: Naftalego, Laję Chaję, Gerszona, Rywę, Itę, Jankiela i Mordechaja (Mordkę). Pięcioro z nich – wszyscy oprócz Lai Chai i Mordki – wyjechali do Ameryki mniej więcej w tym samym czasie, co dzieci Minców. 


Jankiel Kłos wyjechał do Ameryki”, a dokładniej do Argentyny, w 1924 r. Do Argentyny wyjechali też wszyscy bracia i Ryva. Zaś Ita wyjechała do Boliwii.

I to do La Paz w Boliwii wysyłane były listy, które dostałam od potomka Ity Kloss (Kłos), Marcosa Zylberberga.

Listy pochodzą z lat 1939-1941. Były pisane przez matkę emigrantki, ponad siedemdziesięcioletnią już Chanę Gitlę. Podpisywał je też Lejzor, jej mąż. W listach najczęściej pojawiają się wnuczki Chany i Lejzora: Sala i Rywcia Milgram, dzieci Lai Chai. Adresatką jest Ita – dla Chany córka, dla Sali i Rywci ciocia.

Czytając je, trzeba pamiętać, że to ostatnie dowody istnienia tej części rodziny, która zdecydowała się pozostać wierna tradycji, nie chciała porzucać stolarstwa i domu przy Rynku.

Po pierwsze, zwróćcie uwagę, że listy są po polsku. Po drugie, totalnie zaskakujący i wstrząsający jest ton tych listów: choć pochodzą z lat 1939-41, to opisują sielankę zupełnie normalnego, codziennego życia. Jeszcze w lutym 1939 roku (pierwszy list) siostrzenica pisze do cioci Ity: „a więc chodzę do szkoły, gdzie staram się dobrze uczyć, gdyż wiem że nauka doprowadza człowieka do celu”.

Mijają dwa lata, jest 1941 rok, Sali wyrabia się charakter pisma. Już mniej dziecinnymi literami opisuje sielankę rodzinną Kłosów: „przychodzimy często do babci, nawet bardzo lubię gdy przychodzę, bo kochana babcia i kochany dziadek bardzo często Was wspomina. A pozatem nic ciekawego.”

Nic ciekawego poza tem, że za półtora roku żydowska społeczność Ostrowca przestanie istnieć.

Dn. 9 II 1939 r.
Kochani wujostwo!
Najdroższa ciociu, bardzo cioci dziękuję za pamięć o mnie. Chyba ciocia jest ciekawa wiedzieć co u mnie słychać? A więc chodzę do szkoły, gdzie staram się dobrze uczyć, gdyż wiem że nauka doprowadza człowieka do celu. Gdy po nauce mam wolny czas, to spędzam najwięcej z kochaną babcią, która też do nas często przychodzi. Gdy przychodzę do dziadków, to staram się ich rozweselić. Dziadkowie też są dla mnie dobrzy, dają mi co dzień na czekoladę. Kochana ciociu i drogi wujaszku! Tak bym Was chciała zobaczyć, nie chce mi się wierzyć, że taki szmat drogi nas rozdziela, a jednak tak przecież jest w rzeczywistości. Kochani przyślijcie mi zdjęcie wasze, to będę myślała że jesteście razem z nami. My też sobie zrobimy zdjęcie i przyślemy wam. Kończę mój liścik. Całuję ciocię i wujaszka w powietrzu. Do widzenia i do zobaczenia! ale kiedy? Pozdrawiam wszystkich moich najbliższych.
Wasza kochająca Was siostrzenica.
Sala Milgram.
 

Kochani moi!
Kochana ciociu i kochany wujaszku. Dużo do was pisać nie będę gdyż muszę napisać lekcję ze szkoły. Bardzo za Wami tęsknię chciałabym Was zobaczyć i nacieszyć się z wami. Do widzenia! Bądźcież mi zdrowi. Wasza nigdy nie zapominająca
Rywcia Milgram
[Dalej tekst jest napisany w jidysz]



Ostrowiec, 21 VIII 1940 r.
Kochane dzieci!
Otrzymałam Wasz list, za który Wam bardzo dziękuję. Bardzo się ucieszyłam, że jesteście zdrowi. U nas nic nowego jesteśmy B. dzięki zdrowi wszyscy. Symcha jest w domu. Od teściów z Łodzi otrzymuje listy u nich wszystko dobrze. Co słychać u Was piszcie mi często, od Naftali nie otrzymuję żadnego listu. Może Wy otrzymujecie od Niego listy, a jak nie to może Ty napiszesz, żeby do mnie napisał. Dziękuję za dosipanie [dopisanie], że Rywa urodziła córkę i Gerszon ożenił się, bardzo się cieszę. Napisz im żeby napisali do mnie. Powiedz Fruchtgartenowi żeby napisał do rodziców, oni bardzo się martwią, przychodzą do mnie często, proszą żebym dopisała. Kończę moje pismo.
Całuję Was wszystkich ukłony dla całej rodziny. Proszę Cię jeszcze raz napisz często.
Twoja Matka, która pragnie Cię jeszcze zobaczyć
Chana Gitla Kloss.
Każdy się cieszył Twoim listem.
ojciec bardzo prosi odpowiedzić zara
[na marginesie] Leizor Klos.
[Na odwrocie, innym charakterem]
Moj Kochanych
proszę bardzo ukłon dla moich dzieci Fuchtigartenowie proszę ich bardzo żeby napisali do mnie chwała Bogu jesteśmy wszyscy zdrowy. ... Od Ruchci nie mam żadnej wiadomości.
Waszych rodziców Jakób z Necha Chana Fuchtgart.

Ostrowiec dn. 5 I 1941 r.
Najdrożsi Wujostwo!
Przedewszystkiem bardzo Wam dziękuję za pamięć o nas. Co prawda mamusię trochę rozgniewało, iż nie raczyliście do nas osobno napisać kilka słów, ale mniejsza o to, grunt, że jesteście zdrowi. Tak bym chciała zobaczyć małą dzidziusię, napewno musi być śliczną tak jak ciocia, a może podobną do kochanego wujaszka? Proszę mi napisać. A zresztą nie ja, mamusia, tatuś i mała Rywcia, bardzo prosimy by wujostwo było takie dobre i zrobiło sobie wspólnie zdjęcie z małą. Proszę nie odmawiać nam tej prośby, za co z góry bardzo Wam dziękujemy. A teraz napewno jesteście łask (skreślone) ciekawi usłyszeć od nas coś ciekawego i nowego. A więc: Ojciec był na wojnie przeszło osiem miesięcy. Dzięki Najwyższemu Bogu wrócił do domu zdrów. Radość naszą sama rozumiesz. Obecnie pracuje nadal przy stolarstwie. Napewno jesteście ciekawi usłyszeć coś od Mordki? Wujek Mordka jest zdrowy i pracuje przy stolarstwie i cieszy się zdrowiem swych dzieci. Przychodzimy często do babci, nawet bardzo lubię gdy przychodzę, bo kochana babcia i kochany dziadek bardzo często Was wspomina. A pozatem nic ciekawego. Proszę do nas częściej pisać i nie zapominać o przysłaniu nam fotografii. Kończę me pismo.
Pozdrawiam Was czule i gorąco. Osobne pozdrowienia dla małej ślicznotki. Proszę ją w moim imieniu dobrze wyściskać i wycałować. Mamusia, tatuś i mała Rywcia, gorąco Was pozdrawiają i bardzo proszą o parę słów!! Mordka z dziećmi Was pozdrawia i życzy Wam dużo szczęścia i radości.
Proszę nie zapomnieć o przyrzeczeniu fotografii. Całuję Was z daleka.
Wasza kochająca siostrzenica.
Sala Milgramówna

Jerzy Bronisław Braun, ostatni delegat rządu londyńskiego na kraj, a swoją drogą autor piosenki „Płonie ognisko i szumią knieje”, w lipcu 1945 r. napisze, że lukę po Żydach wypełnili szybko przedsiębiorczy Polacy i nie należy się spodziewać, że ustąpią miejsca. Oto tworzy się polska klasa średnia!* Kto w obliczu takiej szansy dla narodu polskiego chciałby pamiętać o żydowskim złotniku, parze staruszków, których piątka dzieci wyjechała za granicę i o małej, zdolnej dziewczynce?


*

Opowiadając tę historię, opieram się na rodzinnych wspomnieniach i wynikach poszukiwań w archiwach Marcelo Golanda, Marcosa Zylberberga, Israela Blajberga -  potomków ostrowiaczek i ostrowiaków, Enyi Minz, Ity Kłos i Abrama Blajberga, którzy ocaleli dzięki emigracji. Serdecznie im dziękuję za cierpliwe odpowiadanie na moje pytania, zaś Marcosowi Zylberbergowi za umożliwienie opublikowania listów.

Daty i imiona pochodzą z rejestru mieszkańców, zamkniętego w 1932 roku. Rejestr sygnowali Prezydent Ostrowca i Naczelnik Wydziału Administracyjnego.

* Cytat z Jerzego Bronisława Brauna, do którego się odnoszę, brzmi następująco: „[N]a wsi i w miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem polski stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość […] oraz wszelkie rękodzieło. Ci młodzi synowie chłopscy i dawny proletariat miejski wysługujący się Żydom – stanowią element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych w handlu, górujący nad Żydami odwagą, inicjatywą i rzutkością”  - te masy z tych terenów nie ustąpią.” Za: Jan T. Gross „Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści”. Kraków: Znak 2008. S. 63.

*
Sprostowanie z  5 lipca 2014 

Wojtek Mazan, autor blogu zydowskiostrowiec.blogspot.com, napisał: "przedwojenna kamienica nr 53  Minców i  Kłosów w rynku to nie ta, która dziś nosi ten numer. Znajdowała się ona w połowie górnej połaci" - czyli kilka domów wyżej. Co to oznacza? Że powstanie w 1942 jubilerskiego sklepu musiało być związane z opuszczeniem przez  Żydów domów przy Rynku w bardziej skomplikowany sposób, niż można sobie wyobrażać (i niż ja to sobie wyobrażałam). Na pewno będę szukała szczegółów tej historii. Jeśli uda się je odnaleźć, to dam Wam znać.

niedziela, 8 czerwca 2014

Śmierć Ludwika Wacholdera

Dopiero kiedy napisałam o kasztanach zasadzonych w Alei 3 Maja m.in. dzięki żydowskiemu radnemu, dentyście Ludwikowi Wacholderowi, dowiedziałam się, jak zginął.

Jego śmierć czyni z niego potencjalnego bohatera, a okoliczności są bardzo podobne do śmierci trzydziestu powieszonych (których upamiętniają pomnik i coroczne obchody na Rynku).

Po pierwsze, Wacholder zginął tragicznie. Po drugie, zginął dlatego, że był osobą aktywną społecznie. Działaczem społecznym. Po trzecie, Niemcy zabili tego dnia więcej ludzi takich jak on. 36 osób zabitych na ulicach, 72 osoby wywiezione do Auschwitz. To była akcja eliminowania tych, którzy mogliby organizować w getcie ruch oporu wobec okupanta. Po czwarte, Wacholder – wraz z innymi 35 osobami – zapewne został zastrzelony na ulicy. Leżał na ulicy, dopóki Niemcy nie zgodzili się na uprzątnięcie ciał. Jego śmierć była widoczna, widowiskowa i przez to bolesna dla społeczności – tak jak powieszenie trzydziestu.

Po co pamiętać?
No dobrze, ale po co nam kolejna osoba do pamiętania, kolejny pomnik, kolejne obchody ku czci tragicznie zmarłych?

Ktoś, kto robił rzeczy ważne dla swojej społeczności - a taką osobą był Wacholder - jest warty pamiętania niezależnie od tego, jak zmarł. Niezależnie, bo śmierć to rzecz, na którą nie miał wpływu.

Również obchody ku czci tragiczne zmarłych są nam potrzebne. Nie umiemy się obejść bez nadawania sensu śmierciom bezsensownym. Potrzebujemy tego. Tak się działo ostatnio w przypadku katastrofy smoleńskiej, gdzie ofiary wypadku zostały od razu nazwane męczennikami; tak się dzieje też w przypadku Żydów – wiele razy we wspomnieniach natrafiłam na zdanie „the Jews' blood was not spilled in vein”, te śmierci miały sens. Z racjonalnego punktu widzenia to nieprawda. Tragiczna śmierć zawsze jest bezsensowna. Ale rozumiem tę kulturową potrzebę nadania sensu śmierci.

To jest szczególnie potrzebne, jeśli ktoś, tak jak trzydziestu powieszonych albo tak jak Wacholder, został przed śmiercią poniżony, jego ciało zaś nie zostało poddane od razu pośmiertnym rytuałom. Obmycie ciała, uroczysty pogrzeb i pamiętanie to jest rodzaj przywracania człowieczeństwa temu, który już nie jest osobą. Ale kiedyś był i jako osoba był dla nas ważny.

Gdybyśmy więc potrafili uznać rolę jakiegoś Żyda albo Żydówki w tworzeniu Ostrowca – czego zrobić nie potrafimy – pewnie znalibyśmy Wacholdera jako właśnie męczennika lokalnej sprawy. I pewnie znalibyśmy taką mniej więcej notkę biograficzną.

Ludwik Wacholder
(1881-1942). Ostrowiecki bezpartyjny działacz, z zawodu dentysta. W 1917 r. zasiadał w radzie miasta i zasadził kasztany wzdłuż Alei 3 Maja (dziś pomnik przyrody). W latach międzywojennych był członkiem kilku komisji, w tym edukacyjnej i sanitarnej; był też szefem jednej z żydowskich instytucji charytatywnych. Zginął podczas tragicznych wydarzeń na ulicach Ostrowca 28 kwietnia 1942 roku, zabity przez SS-mana. Miejsce pochówku nieznane.

28 kwietnia 1942 r.
Pilniejsi uczniowie, tacy co sięgają do lektur dla chętnych, znaliby taki tekst źródłowy z Księgi pamięci Żydów ostrowieckich Ostrowiec. A monument of annihilated Jewish society:
Początkiem tragicznych wydarzeń był 18 kwietnia 1942 r. Od tego momentu nie było dnia bez dręczenia albo zabijania Żydów. 28 kwietnia w nocy Niemcy przeprowadzili pierwszą „akcję”, podczas której mordowali i zsyłali do Auschwitz. Specjalne SS-Straffkommando przybyło do miasta i, z pomocą lokalnego SS z Peterem Brunem na czele, zaczęli napadać na żydowskie domy, dokonywać selekcji mieszkańców i zabijać albo aresztować. Mieszkańców Stodolnej mordowali na Iłżeckiej, tych z Iłżeckiej – na Sienkiewicza, a tych z Sienkiewicza zabijali na Rynku. I tak Ostrowiec spłynął żydowską krwią. Ciała ofiar leżały na ulicach godzinami, aż nadeszło polecenie, by ciała posprzątać.
Podczas tej „akcji” zginęło 36 Żydów, a 72 wywieziono do Auschwitz. SS-mani twierdzili, że była to antykomunistyczna akcja – że zamordowani byli komunistami. To uzasadnienie było niemal tak przerażające jak same morderstwa, bo przecież wśród ofiar był Shaul Matmacher, bogobojny człowiek i erudyta, który dniami i nocami czytał Pismo Święte. Jego długa patriarchalna broda była zresztą niezbitym dowodem na to, że od nastrojów komunistycznych był jak najdalszy. Niemcy zabili też prawnika Seidla, człowieka o antykomunistycznych poglądach [i pracownika Judenratu - przyp. autorki]. Wśród zabitych był także Wacholder, dentysta, którego syjonistyczne sympatie były dobrze znane. Warto też wspomnieć, że kilka tygodni przed śmiercią Wacholder wstawił złoty ząb Peterowi, za co SS-man obiecywał mu dozgonną wdzięczność... I cóż – to właśnie Peter zastrzelił Wacholdera.
Zabici zostali także: 60-letni Icek Kudłowicz, stara 50-letnia żona Yechiela Zukerfeina, Alter Grynberg, Chaim Stamm [według innego źródła: Chaim Sztajn – przyp. autorki], Yehoshua Minzberg [podobnie jak Wacholder, działał w organizacji charytatywnej – w 1921 był sekretarzem – przyp. autorki], Szlama Kacenelenbogen i inni, których nazwiska pogrążyły się już w niepamięci. Wśród wywiezionych tego dnia byłi także „komuniści” tacy jak Alter Perus – młody człowiek, który nosił długie, przykuwające uwagę pejsy...
Panikę, którą wywołał ten dzień, trudno opisać. Strach padł na miasteczko. (...) Ślady krwi było widać jeszcze długo na ostrowieckich ulicach...*
Być może kołatałyby nam się w głowie nazwiska  Mincberga czy Grynberga. Podobnie jak Wacholder, byli oni osobami publicznymi. Może byłyby tu jakieś uliczki noszące ich nazwiska?

No i na pewno wszyscy znalibyśmy poniższe zdjęcie usuwania zwłok z ulic. Znalibyśmy zarys ciała martwej kobiety, tym bardziej poruszający, że nawet po śmierci wygląda ona pięknie. Być może wiedzielibyśmy, kim za życia była martwa kobieta, a kim martwy mężczyzna.

Ale nie wiemy. Nie wiemy tylko dlatego, że zabici byli Żydami. A Żydzi są poza naszym pojęciem „nas”, wspólnoty ostrowczan. Wszystko, czego udało mi się dowiedzieć, wpisałam pod zdjęciem.

Ostrowiec, sprzątanie ciał osób zabitych 28 kwietnia 1942 r. Jeden z podnoszących, ten w ciemnym stroju, to Leon Klejman**. Na drugim planie stoją m.in. żydowski policjant Balter (drugi z lewej, z płaszczem w ręku). Czwarty z lewej, w jasnym garniturze, to Wolman, pracownik komisji sanitarnej – chyba analogicznej do tej, w której Wacholder pracował 20 lat wcześniej. Źródło zdjęcia: Żydowski Instytut Historyczny

 * Cytat pochodzi ze stron 56-58 książki Ostrowiec. A monument on the ruins of annihilated Jewish society. Także w książce Żydzi ostrowieccy autorstwa Waldemara Broćka, Adama Penkalli, Reginy Renz można znaleźć informację o 28 kwietnia 1942 r. (s. 104-105).

** Informacja o personaliach osób na zdjęciu pochodzi z podpisów na odbitce, znajdującej się w Żydowskim Instytucie Historycznym.

piątek, 6 czerwca 2014

Rzeźba na hucie, czyli jak zmienia się Stary Zakład

Ludzie z Architektury Krajobrazu w Szkole Wyższej Gospodarstwa Wiejskiego robią właśnie rzeźbę na Starym Zakładzie w Ostrowcu, czyli w zapomnianym terenie poprzemysłowym. Dziś był pierwszy dzień pracy.

Na Starym Zakładzie do tej pory pojawiała się animacja kultury: od 8 lat co roku odbywa się tu artystyczna Kolacja na Hucie, powstał też mural związany z tą imprezą. Od roku działa Pracownia Otwarta Kontrola Jakości. Kontrola Jakości to galeria, pracownia i miejsce warsztatów.

Rzeźba krajobrazowa, sztuka site-specific to coś zupełnie nowego w tym miejscu. Inaczej niż kolacja czy wernisaż, rzeźba nie jest ulotna. No i wiadomo, rzeźba to sztuka wysoka.

Powstająca rzeźba ma być trochę animacyjna. Ma angażować, zachęcać do zabawy. Ale nadal to rzeźba, czyli poważna sprawa, a nie jakieś graffiti czy warsztaty.

Nie chodzi mi o bagatelizowanie animacji. Chcę pokazać, jak bardziej ulotne działania kulturalne pozwalają na pojawienie się trwałych zmian. Rzeźba ludzi z SGGW wiąże się z tym, co robi od lat Stowarzyszenie Kuturotwórcze Nie z Tej Bajki na Starym Zakładzie. Rzeźby nie byłoby, gdyby nie wymienione tymczasowe interwencje. Mam wrażenie, że to one pozwoliły "przetestować" estetyczne i krajobrazowe możliwości nieczynnej huty.

6 czerwca 2014 r. Powstaje rzeźba krajobrazowa.

Elementem rzeźby są fragmenty gruzu z literami.

Na pierwszym planie dr inż. Krzysztof Herman.
Wiosna 2014. Warsztaty "Sztuka i miasto" organizowane przez Klub Krytyki Politycznej w Ostrowcu. Miejsce: Pracownia Otwarta Kontrola Jakości
Wystawa Jowity Paszko w Kontroli Jakości. Grudzień 2013.
2013 rok. Na Hucie powstaje mural. Maluje Kuba Słomkowski, pomysłodawca Kolacji na Hucie.
2012 r. Scena z Kolacji na Hucie.
Kolacja na Hucie 2008. Zdjęcie pamiątkowe.
Swoją drogą, ostatnio Nie z Tej Bajki zajmuje się też innymi rzeźbami: abstrakcyjnymi, chłodnymi i niszczejącymi formami z lat siedemdziesiątych. Stoją w różnych miejscach miasta, tworząc zapomnianą outdoorową galerię sztuki. Więcej informacji na stronach Krytyki Politycznej.

Zdjęcia: Nie z Tej Bajki, http://www.nieztejbajki.art.pl i sknieztejbajki na Facebooku.

A tekstu o żydowskich ostrowiakach spodziewajcie się wkrótce, czyli pewnie jakoś w niedzielę.
.

niedziela, 25 maja 2014

Czym śmierdzieli Żydzi?

W wielu historycznych przekazach pojawia się informacja, że Żydzi śmierdzieli. Prawdę mówiąc, pojawia się we wszystkich możliwych rodzajach przekazów. W literaturze. Wspomnieniach. Współczesnych przekonaniach.

Jeśli chodzi o wspomnienia o śmierdzących Żydach, to świetne przykłady można znaleźć na wystawie „Kolonia Robotnicza – historia mówiona”, którą jeszcze do końca maja można zobaczyć na Rynku w Ostrowcu (albo w internecie w rozszerzonej nieco wersji – link podaję poniżej). Na wystawie cytowane są wypowiedzi Kolonistów – autochtonów z lat 20. – i Nabytków, czyli ludzi, którzy wprowadzili się później. Założenie jest takie, że prezentuje ona historię mówioną, czyli wspomnienia i opowieści, bez historycznego czy socjologicznego komentarza. No to ja dodam komentarz do kwestii smrodu.

Szkoła
I tak, Kolonista II mówi:
„W klasie był jeden rząd dla Żydów, no bo byli bardzo brudni, zaniedbani i zawszeni. Pielęgniarki musiały co dzień sprawdzać włosy i bieliznę. A smród w klasie był niesamowity. Jadło to cebulę smażoną na smalcu. Przyniósł taką kromę podwójną nasmarowaną szmalcem z cebulą, no to później gazowało. Nie do wytrzymania było. Nauczycielka musiała sobie szalikiem nos okręcać, bo nie była w stanie prowadzić lekcji. A dzieciarnia aż płakała. W lecie tośmy okna otwierali, no ale w zimie to można było na pięć minut i trzeba było zamykać. Z Polaków nikt się z nimi nie stowarzyszał.”
Cóż. Pamiętam własną podstawówę. I my mieliśmy śmierdziuchów i śmierdzieli, z którymi nikt się nie chciał bawić, którym przypisywano w klasie każdego puszczonego bąka. Należało krzyczeć: „Fuuuuu! Ale smród! Smród, syf, glut! Nie dotykaj go”. I choć pewnie wiele z nas czasem śmierdziało – kuchnią, w której odrabialiśmy lekcje, potem – to tylko niektóre dzieciaki za smród trwale wykluczano, smród uważano za niezbywalną ich cechę. Sprawiała ona, że z takimi dziećmi niebezpiecznie było się zadawać, żeby nie przejść tym smrodem. Żeby nie zostać zaliczonym do grupy wykluczonych, niedotykalnych klasowych pariasów, śmierdziuchów, glutów, syfów. Ta zła zabawa nie miała wiele wspólnego z rzeczywistym zapachem, a za to bardzo dużo - z piętnowaniem dzieciaka biednego albo ze wsi.
Zdjęcie z wystawy "Kolonia Robotnicza. Historia mówiona". Rekonstrukcja barwna: Maciej Biedka

Ul. Zasrana
Ze wspomnień publikowanych na wystawie o Kolonii Robotniczej wynika, że śmierdział nie tylko cały żydowski rząd ławek w szkole, ale też cała żydowska część miasta. Kolonistka III  mówi, że ul. Starokunowską, gdzie mieszkali Żydzi, nazywano ulicą Zasraną. Nabytek III dodaje nieco bardziej rozumiejąco:
Mieszkali w takich miejscach, gdzie nie było możliwości utrzymać czystości, no bo nie było kanalizacji. Nieczystości wylewali do rynsztoka. Okolice Starokunowskiej, to tamtędy się przejść nie dało. Taki smród był w mieście. Tam było dużo ciasnych uliczek, tu gdzie stoją bloki na skarpie i tu jak Młyńska, od Młyńskiej do placu Wolności na skarpie. Tam były uliczki wąziutkie, że samochód żaden by nie wjechał, takie zaułki, tam pełno było tych klitek żydowskich. Najgorsze miejsce.
Cóż, jestem pewna, że w wielu polskich domach również nie było kanalizacji. Za wiele ostrowieckich domów bez kanalizacji pamiętam z własnego dzieciństwa w latach dziewięćdziesiątych, żeby wierzyć, że to tylko Żydzi byli tak kanalizacyjnie zapóźnieni.

Dlaczego śmierdzieli?
Ze wspomnień wynika, że Żydzi śmierdzieli czosnkiem i cebulą, a ich dzielnica śmierdziała gównem i brudem. A Polacy? Cóż, Polacy sami siebie nie czuli, tak samo jak nie wiemy, jaki jest zapach naszego własnego domu i dopiero po długiej nieobecności, wchodząc, potrafimy go wywąchać. Jestem pewna, że Polacy również nie byli bez zapachu jak młode jelonki. (Podobno jelonki przez pewien czas po urodzeniu są pozbawione zapachu – inaczej zostałyby zeżarte przez leśne drapieżniki.)

Smród jest do pewnego stopnia klasowy. Jest klasowy o tyle, o ile chodzi rzeczywiście o dostęp do wody i kanalizacji. Jak ktoś jest biedny, to trudniej mu utrzymać higienę. Po równo – choć pewnie inaczej – śmierdzieli więc polscy robotnicy czy chłopi i żydowska biedota. I ośmielam się twierdzić, że polskie dzieci w szkolnych ławkach też „gazowały”.

Ale w pewnym stopniu smród jest też rasowy. Rasowy o tyle, o ile w podziale na rasy chodzi o wykluczanie. A smród świetnie się do wykluczania nadaje. Taki smród nie jest już fizyczną cechą, tylko syndromem nielubianej inności czy po prostu obcości. Ci, którzy nie są nasi, śmierdzą. Jeśli tak jest, to także Polacy śmierdzieli Żydom.

I rzeczywiście. Taki obrazek znalazłam w „Kasrylewce” Szołema Alejchema, pisarza tworzącego w języku jidysz. Oto Żydzi z miasteczka Kasrylewka, które strawił ogień, jadą do dużego miasta, Jehupca, zbierać jałmużnę na odbudowę. W pociągu muszą wsiąść do wagonu wypełnionego nieżydowskimi robotnikami:
„Trafili do wagonu, który, gdyby nie siedzieli w nim ludzie, można by uznać za przeznaczony dla świń. Straszliwy brud, gęsto i czarno od dymu, że tylko siekierę powiesić, smród nie do zniesienia. Nasi kasrylewianie, aczkolwiek nie należeli do zbyt rozpieszczonych i delikatnych, poczuli, że się dławią, że mdleją. A cóż dopiero mówić o ciasnocie. Głowa przy głowie. Pasażerowie – sami prości ludzie. Robotnicy z dziwnie jakoś pachnącymi torbami na plecach i z jeszcze bardziej osobliwie cuchnącymi łapciami na nogach. Bez przerwy kurzyli jakieś obrzydlistwo. Dymem z niego można się było udławić. Miejsc siedzących nie było.”
Zresztą w końcu znajduje się jedno miejsce obok osobnika zalanego w sztok, który jak zacięta płyta powtarza kilka wersów piosenki, przygrywając sobie na harmonii. Pewnie dodaje alkoholowy ton do opisanego zapachu.

A zatem nie tylko Żydzi śmierdzieli Polakom, ale także goje – Polacy czy Ukraińcy, bo w „Kasrylewce” rzecz dzieje się na kresach – śmierdzieli Żydom? Chodzi o wzajemną obcość zapachów? Mamy do czynienia z wzajemnością wykluczenia, obopólną niechęcią?

Tak, ale nie do końca. To nie była bowiem wzajemność symetryczna. Polacy byli uprzywilejowani, a Żydzi wykluczani, na przykład mieli ograniczony dostęp do wysokich stanowisk. „Smród” żydowski służył do uprawomocnienia wykluczania Żydów. Zaś „smród” Polaków... cóż, mógł co najwyżej poprawić samopoczucie Żydom. „Co za świnie” – mogli pomyśleć sobie w pociągu ubodzy pogorzelcy z Kasrylewki.

No to czym śmierdzieli Żydzi? Biedą, obcością i byciem gorszym śmierdzieli. I niechęcią, którą czuli do nich Polacy.

*

"Kolonia Robotnicza. Historia mówiona" - do obejrzenia tutaj.

niedziela, 11 maja 2014

Rok 1968. Banicja Żydów

W 1968 roku miała w Polsce miejsce kampania antysemicka. Zakończyła się ona wyjazdem czy raczej wyrzuceniem Żydów z Polski. Żydzi dostali wówczas dokument podróży w jedną stronę, z adnotacją, że posiadacz tego dokumentu nie jest obywatelem Polski. To z tych czasów pochodzą zdjęcia, opublikowane wczoraj na blogu żydowskiostrowiec.blogspot.com.

Wszystko zaczęło się w 1967 roku, kiedy Izrael wygrał w wojnie 6-dniowej z krajami arabskimi. Kłopot w tym, że kraje te były sojusznikami ZSRR. Zaczęto więc wyrzucać z pracy tych, którzy cieszyli się z tego zwycięstwa. Jak wskazuje jeden z badaczy Feliks Tych, te polskie czystki antysemickie tym się różniły czystek w stalinowskiej Rosji, że Żydów nie skazywano na śmierć, tylko na banicję. Z kraju wyjechało wówczas 13 tys. Żydów i - jak pisze Tych - w ten sposób udało się przywrócić przedwojenny stan, w którym Żydom nie było wolno piastować stanowisk w administracji państwowej, w korpusie oficerów zawodowych i w szkolnictwie państwowym, zwłaszcza na szczeblu akademickim.

Nagonkę zaczęła przemowa Gomółki w sali kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. To było przemówienie na kongresie związków zawodowych w czerwcu 1967 i Janina Sobczak-Rustecka – wywodząca się z Ostrowca specjalistka od kwestii pracowniczych, o której pisałam w tekście „Fajga z synkem w kościele” – na żywo słuchała tej przemowy.
Ja widziałam Gomułkę w Sali Kongresowej, kiedy przemawiał, tysiąc kilkaset ludzi było. Z jaką pianą na ustach mówił na temat zwycięstwa w Izraelu, jak się Żydzi polscy cieszą. Z pianą na ustach! Miał referować pierwszy program reformy płac dla emerytur i rent. To na sprawę żydowską poświęcił 3 godziny, a na sprawę reformy emerytur i rent niecałe pół godziny.

Na górze: Janina Sobczak-Rustecka, © USC Shoah Foundation. Na dole: Ostrowiec 1968, fot. D. Kostkowski, http://zydowskiostrowiec.blogspot.com.

Sobczak-Rustecka, inaczej niż wielu Żydów, utrzymała swoją pracę – głównie dzięki mężowi, który w partii był ważną osobą. Jednak nagonka uderzyła w jej syna.
Mój syn był... studiował w Chinach. Handel zagraniczny w Chinach. Zrobił maturę w Polsce, mając niepełne 18 lat. Świetnie się uczyły moje dzieci. Mamusia też. Studiował w Chinach, znał chiński, znał japoński, znał rosyjski... zna. Polski, duński, i jeszcze tam jakieś. Pracował w handlu zagranicznym, jako kierownik zastępcy centrali... jakiej? chyba metalowej. I zaczęły się szykany - ponieważ ciągle wyjeżdzał za granicę - że ten to szuka, jakieś, gdzieś, coś. Nic nie znaleźli, ale on nie wytrzymał tych szykan i oddał na jakimś zebraniu partyjnym legitymację partyjną, złożył wypowiedzenie z pracy, powiedział: "do takiej partii ja należeć nie chcę, gdzie się dzieli ludzi na rasy", on już był dzielony. I wyszedł z tego zebrania. I połknął pastylki, miał przygotowane widocznie; to była próba samobójcza. Dwie doby go ratowano na Hożej. Dwie doby siedziałam przy nim razem z jego żoną. To, co przeżyła matka przez te dwie doby... Po tej walce wieloletniej o jego życie, siedząc i nie wiedząc, czy to dziecko stracone przez to, że był Żydem. Tylko jedyne jego przewinienie to było jego pochodzenie. Nic więcej nikt nie znalazł przeciwko niemu. Taka jest prawda.
Syn Janiny – ten sam, który jako dziecko lubił chodzić do kościoła, w 1968 dorosły, wykształcony mężczyzna – wystąpił z partii, stracił pracę, ponieważ był Żydem, i próbował popełnić samobóstwo. Potem miał wypadek, żona od niego odeszła, chorym opiekowała się matka.
Z pracy - już pracowałam nie w Instytucie Pracy, tylko w Centralnym Instytucie Ochrony Pracy - bez wiedzy męża, on mówił "on cię wykończy, jak będziesz tak żyła jak żyjesz" - jeździłam, gotowałam, zakupy robiłam, wypadałam z autobusów, łamałam nogi, bo byłam załamana tym wszystkim, tymi przeżyciami. '68 rokiem. Tym, co się stało. Dźwięczały mi w uszach wrzaski, krzyki...
- Niemców? - pyta przeprowadzająca wywiad.
- Nie, Polaków. "Żydzi do Syjonu". Tak, Polaków. Ja przeżyłam ten rok... byłam bliska obłędu. Niektórzy myśleli, że chyba zwariowałam. Ja [ministrowi] Burskiemu powiedziałam, że w czasie okupacji nie nosiłam opaski, a dzisiaj to ją chyba założę. A jak przychodzili do mnie profesor Święcicki, profesor Andrzej Tymowski, to mówiłam: nie wchodźcie, was może spotkać jakaś przykrość. Żyłam odizolowana całkowicie. Żadnych zadań.
To były straszne czasy. Takie same prawie, jak za czasów okupacji, tylko nie groziła mi śmierć.
Syn Janiny w końcu wyemigrował na Zachód, a tam zmienił nazwisko na brzmiące żydowsko. Nie wrócił do panieńskiego matki Weintraub, lecz dodał żydowską końcówkę do wojennego fałszywego nazwiska, przy którym matka – i on – po wojnie już pozostali. Jakby miał serdecznie dość tego, że w Polsce żydowskie pochodzenie jest piętnem, a zarazem jakby nie chciał wracać do przedwojennego nazwiska i do polskiej przeszłości, wiążącej się z tym nazwiskiem ostrowieckiej rodziny żydowskiej. To cholernie smutne i nie chodzi mi tu o syna pani Sobczak, który w życiu dał sobie doskonale radę, tylko o Polskę. Bo 13 tysięcy osób to dużo.
Ja byłam na sali i widziałam tę wściekłość. "Jak się Żydom nie podoba, to mogą jechać, gdzie chcą. Nie ma u nas dwóch ojczyzn. Niech jadą do Izraela, do swojej ojczyzny". To słowa Gomółki! Na własne uszy słyszałam! Także '68 rok dał mi się we znaki nie mniej niż te kilka lat okupacji. Ale wracając do lepszych czasów... To był czas kompromitujący i Polaków - bardzo mocno, bo za słabo reagowali na to, co się działo - a dla Żydów, to nie umiem wytłumaczyć, ilu utalentowanych, wspaniałych ludzi musiało wyjechać. Mój syn jest na Zachodzie. Jest wykwalifikowanym fachowcem, jest na wysokim stanowisku.
Ambasada mu zaproponowała obywatelstwo polskie. Odmówił. Powiedział: - Nie. Wyście mnie wyrzucili i nigdy do Was nie wrócę jako wasz obywatel. Do Polski tak. Do Polski tak, Polskę kocham. Ale obywatelstwa polskiego nie chcę.
*

Informacje o genezie czystek antysemickich czerpałam z artykułu Feliksa Tycha "Marzec 1968. Geneza, przebieg i skutki kampanii antysemickiej lat 1967/68" w: "Następstwa zagłady Żydów. Polska 1944-2010" red. Feliks Tych, Monika Adamczyk-Grabowska. Lublin: UMSC i ŻIH 2011.
Więcej o wystąpieniu Gomółki w 1967 r.: http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/628796,Wladyslaw-Gomulka-nie-chcemy-by-w-naszym-kraju-powstala-piata-kolumna. Polecam też film dokumentalny Marii Zmarz-Koczanowicz ze scenariuszem Teresy Torańskiej „Dworzec Gdański”, o antysemickim '68 roku w Polsce.

Wszystkie cytaty i zdjęcie Janiny Sobczak-Rusteckiej pochodzą z wywiadu, znajdującego się w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Sobczak-Rustecka, Janina. Wywiad 7812. Visual History Archive. USC Shoah Foundation. Internet. Dostęp: 3 IV 2014 r.

sobota, 26 kwietnia 2014

Hinda, Chanina i Polacy

Chanina Malachi urodził się jako Chanina Szerman w 1918 r. Miał sześcioro rodzeństwa, a rodzice – Szmuel i Fajga Szermanowie – mieli sklep z tkaninami. Nie wiodło im się źle. Jako 14-latek Chanina poznał w organizacji młodzieżowej rówieśniczkę Hindę, również córkę właścicieli sklepu bławatnego. Jak można przeczytać w czasopiśmie "Zagłada Żydów. Studia i materiały" nr 3/2007, „ślub odbył się w getcie 14 lutego 1941 roku, a wesele zorganizowali w następny piątek w sali rady gminy. W sobotę wieczorem wszyscy przyjaciele z organizacji młodzieżowej, rodzina i znajomi tańczyli horę i śpiewali syjonistyczne pieśni”.

Hinda i Chanina Malachi, ostrowiacy, autorzy pamiętnika pisanego podczas ukrywania się. © USC Shoah Foundation

Sytuacja w getcie pogarszała się jednak i Hinda, która miała „dobry wygląd” i do tego dobrze mówiła po polsku, dała się namówić mężowi na ucieczkę. Po raz pierwszy z żydowskiej dzielnicy w Ostrowcu wyszła 9 października 1942 roku, w przeddzień „akcji likwidacyjnej”, czyli wywózki ok. 11 tys. ostrowieckich Żydów do Treblinki i zabicia ok. tysiąca ludzi na miejscu.

W ciągu kolejnych dni do wagonów trafiła duża część jej rodziny, ale mąż – 24-letni, młody mężczyzna – ocalał jako zdolny do pracy w hucie.

Hinda wracała wielokrotnie do Ostrowca, do swojego Chaniny, którego w pamiętnikach nazywa Heńkiem. Chanina wyglądał bardziej "semicko", ale i aryjski wygląd Hindy nie sprawiał, że była bezpieczna. Żydów zdradzały bowiem nie tylko rysy, ale też wystraszone oczy, ruchy za szybkie albo spowolnione i setki innych rzeczy. Przed kim zdradzały? No właśnie... z wojennego pamiętnika Hindy wynika, że to nie Niemcy, tylko Polacy rozpoznawali i ujawniali Żydów.
Gdyby nie oni, dużo by się [Żydów] mogło uratować, oni byli przeszkodą na każdym kroku. Jeżeli nie wskazali Niemcom, to zabierali sami wszystko, a Żyd stał bez możności dalszego ratowania się, bo bez pieniędzy nikt go nie chciał przez próg puścić.
Po pierwsze, Niemcy nie potrafili dobrze rozpoznawać Żydów. Polakom szło to o wiele lepiej. Przecież żyli wśród nich przez lata, znali nie tylko konkretne osoby, ale też sposób zachowania, zwyczaje, stroje, wiedzieli też o wiele lepiej, jakie przyjmują strategie przetrwania. Po drugie, wielu Polaków – skala zjawiska jest trudna do oszacowania, ale nie była to kwestia marginalna – w pogarszającym się położeniu Żydów widziało szansę na poprawienie własnego losu. Raz, można było zarobić na pomocy Żydom albo na jej udawaniu. Dwa, można było wykorzystać rzeczy pozostawiane po zabitych albo wywożonych. Po trzecie, byli też tacy, którzy wydanie Żydów uważali za swój obowiązek i robili to bezinteresownie, tak jak prostytutka ze wspomnień Janiny Sobczak-Rusteckiej. To właśnie takie postawy i ich powszechność doprowadziły Hindę do przekonania, że Polacy skazują Żydów na powolną śmierć.

Moralna zapaść
Było to w piątek, wśród gotowania i pieczenia zostałam oderwana nagle i już o 4-ej p.p. dzięki staraniom Frani wyjechałam z panią Bram jako Halina Stawiarska do Ćmielowa, skąd wieczornym pociągiem miałyśmy dalej jechać do Skarżyska, a stamtąd na Czerniecką Górę. Nigdy nie zapomnę mego wyjścia z mieszkania rodziców. Primo, że chciałam się z nimi pożegnać (jedynie Heniek mnie w czoło pocałował), by nie mieć śladu łez na twarzy, ale czułam wychodząc, że każdy płacze i myśli w tej chwili to samo, co ja: czy się jeszcze w życiu zobaczymy? Niestety - z Franią, Kubusiem, Blimcią i Dorką już się więcej nigdy nie zobaczę. Z przyczyn mnie nieznanych p. Bram zdecydowała wyjechać następnego dnia rano, a na noc mnie ulokowała za protekcją jej znajomej dentystki u jednych państwa na ul. Sandomierskiej, przedstawiając mnie jako warszawiankę, uciekinierkę przed łapankami. Drugiego dnia rano przyszła po mnie pani dentystka, ośwadczając, że p. Br[am] wyjechała do Ostrowca na zwiady, bo chce Franię z Kubusiem też tu zabrać, byśmy już razem wyjechali na Czarniecką Górę.
Ten sobotni ranek spędziłam u pewnej szmuklerki, która mnie zakluczyła i poszła na wieś. Leżałam cały dzień w łóżku, nic nie jedząc i myślałam o moim smutnym losie, próbując siebie usprawiedliwić, że wyjechałam się ratować sama, ale miałam wtedy szaloną chęć wrócić. Wieczorem przyszła po mnie p. Br[am], przywożąc mi z Ostrowca od mamy kilka jabłek. Jak się później okazało, mama jej dała również majtki wełniane, komplet elastyczny, ręcznik kąpielowy itp. rzeczy, które by mi się bardzo przydały, bo wyjechałam na letniaka, a zaczynało się robić chłodno. Bramowa mi o tym wszystkim nie wspomniała, skarżyła się, że mama nie miała do niej zaufania, bo mąż chciał dać kilka kuponów materiału, a ona nie dała. I tym razem nie wyjechałam z Ćmielowa, ulokowała mnie znowu u jednej kobiety z synkiem, której mąż był w Niemczech na robotach, na ul. Zamkowej 11. Wtedy już straciłam całe zaufanie do mojej przewodniczki, do której przemawiałam jak do matki, a ona tylko chciała wiedzieć, ile mam pieniędzy przy sobie.
To, co robi Bramowa, to kradzież. Tym gorsza ta kradzież, że okradana nie może się bronić: ma ograniczoną możliwość poruszania się i jest skazana na Bramową jako łączniczkę z rodziną i przewodniczkę podczas ucieczki. Bramowa za swoje usługi dostaje pieniądze, ale chce wiedzieć, ile Hinda ma jeszcze przy sobie, żeby móc określić, ile jeszcze od Hindy może dostać. Być może dlatego córka właścicieli sklepu bławatnego nie może przez dobrych kilka dni wydostać się z Ćmielowa – pani Bram wymyśla kolejne dobre powody, by ją zatrzymać pod swoją opieką. Hinda i pani Bram mają zatem różne cele: dla Hindy jest nią ucieczka przed śmiercią, dla Bramowej –  zysk.

Jeszcze w Ćmielowie do Hindy docierają informacje o likwidacji getta w Ostrowcu, a potem obserwuje ona wysiedlenie Żydów z miasteczka:
Nazajutrz w piątek było wysiedlenie w Ćmielowie, ja nie miałam gdzie być [...] i stałam cały czas niedaleko wagonów, do których wpędzano nieszczęśliwych. Zaraz po tym poszłam na miasto, spotykając na ulicach kilka trupów i widziałam, jak Polacy umizgują się do żandarmów, by im coś dali z domów żydowskich, a na chodnikach i szosach moc podartych modlitewników.
Po Żydach w miasteczku zostaje dobytek – niewiele rzeczy mogli ze sobą zabrać. To, co pozostaje, Polacy traktują jak niczyje. Tak jakby Żydzi byli nikim, a zabieranie ich rzeczy nie było kradzieżą.

Od początku wojny Niemcy sukcesywnie wprowadzają prawo, które utrudnia, a potem odbiera Żydom środki produkcji, czyli możliwość zarabiania na życie. Pieniędzy jest zatem coraz mniej i musi ich wystarczyć do końca wojny, a zarazem trzeba je wydać nie tylko na chleb. Ubrania, sprzęt domowy i wszystko inne, co może przedstawiać sobą wartość, staje się nagle czymś, za co można kupić pomoc Polaków.
Gdy się nareszcie skomunikowałam z panią Bram, radziła mi wyjechać na razie do Krakowa (...). Musiałam się na to zgodzić, bo nie mialam gdzie być, a ona wzięła garnitur Heńka za to, by mnie ulokować. (...) Dała mi adres znajomej z Konina, p. Celiny Barańskiej, i bardzo czule się pożegnaliśmy, rownież z jej mężem, który już nosił garnitur Heńka.[...]
[W Ćmielowie] moja dawna gospodyni z ul. Zamkowej nie chciała mnie przenocować, opowiedziała mi tylko, że miała powodzenie, bo gdy prowadzili Żydów do wagonów, ona poprosiła ukraińca o chustkę jednej żydówki i ten sciągnął tamtej chustkę dla niej. Złamana, wyczerpana i bez żadnych projektów na przyszłość udałam się znowu na stację, by wyjechać do Skarżyska - może tam będę mogła przespać u jakiegoś kolejarza, bo już byłam strasznie zmęczona i pragnęłam tylko łóżka. Bilet dostałam na pociąg nocny, który odchodził dopiero o 4-ej nad ranem. Usiadłam na ławce i zaczęłam drzemać, ale przysiadł się do mnie jakiś młodzieniec, czarny jak cygan, poznałam że to nie Polak. Był to Węgier. Mówiliśmy o różnych rzeczach, a gdy zaczął źle mówić o Żydach, nie mogłam wytrzymać, tem bardziej że mnie już na niczym nie zależało i zaczęłam ich bronić. Oczywiście się domyślił, kim jestem, bo kto teraz broni Żydów, przeciwnie, każdy Polak ma satysfakcję i wszędzie o tym rozpowiada. Przyznałam się, że jestem żydówką, na co on zareagował gwałtownym powstaniem z miejsca, pokazując mi jakiś papier, jakoby on był w "Gestapo" niemieckim. Później kazał, bym z nim wyszła na peron i tam zażądał, bym mu się oddała, to mnie zostawi przy życiu, bo jego obowiązkiem jest mnie dostarczyć do "Gestapo". Odpowiedziałam mu, że mi obojętne jest życie i się nigdy nikomu nie oddam. Jakoś się zlitował, wprowadził z powrotem do poczekalni, bo drżałam z zimna i tam mu wszystko o sobie opowiedziałam. Radził mi nie zważać na męża i rodziny, bo jeżeli nawet zostali w pierwszej akcji, to też zostaną w końcu wykończeni, ale wyjechać do Krakowa, zgłosić się do Arbeitsamtu, jako ochotniczka do Niemiec. Zwrócił  mi też uwagę na wymowę litery "ł". Potem poczęstował cukierkami i pożegnał, bo jego pociąg przyjechał. Ja natomiast, nie zważając na jego lekcję, pojechałam do Skarżyska, by odpocząć, dowiedzieć się co w Ostr[owcu] słychać i dalej nie myślałam.

Pamiętnik Hindy Malachi pokazuje moralną zapaść. To, jak ludzie mniej prześladowani rzucają się na swoich bardziej prześladowanych sąsiadów. Działają według nazistowskiego podziału na ludzi i nie-ludzi. Wtórują Niemcom w odzieraniu Żydów ze wszystkiego, co może się przydać. Gdy ukrywający się sąsiad już nic nie ma, to sprawdzą szantażem, czy na pewno już nie da się nijak skorzystać z tej sprzyjającej okoliczności, którą jest bliskość osoby pozbawianej praw człowieka.

Ta moralna zapaść nie wzięła się znikąd. Jej źródłem jest antysemityzm, przekonanie o własnej względem Żydów wyższości. Jeśli bowiem uwierzy się, że Żydzi są źli, gorsi od nas, mniej ludzcy, to w wojennych okolicznościach łatwo zacząć wymuszać ich podległość: seks, oddawanie rzeczy czy słone opłacanie samego faktu, że mają szanse przeżyć jeszcze jeden dzień.

Epilog

Hinda i Chanina Malachi napisali swoje pamiętniki w języku polskim. Powstawały w Warszawie, dokąd Hinda uciekła po kilku tygodniach błąkania się opisanego w cytatach powyżej. Ona, a potem jej mąż piszą w zeszycie w kratkę, później ukryją zeszyt w Pruszkowie w chlewiku.

Po wojennych przeżyciach, a raczej po wojennym przeżyciu cudem wojny Szermanowie wyjechali z Polski i zmienili nazwisko na Malachi. Kiedy w latach 90. opowiadali o swoim życiu i doświadczeniu Zagłady wolontariuszom Fundacji Instytutu Shoah, oboje mówili po hebrajsku. Jakby nie chcieli, żeby ich opowieści trafiły do nie-Żydów, od których nigdy nie spotkało ich nic dobrego.

Przypisy

Cytaty pochodzą z Dziennika Hindy i Chaniny Malachi, wstęp Jan Grabowski, Lea Balint; oprac. Barbara Engelking. „Zagłada Żydów. Studia i materiały” nr 3/ 2007.

Zdjęcie pochodzi z wywiadu znajdującego się w  w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Mal´akhi, Hanina. Wywiad 9652. Visual History Archive. USC Shoah Foundation1996. Dostęp: 26 IV 2014 r.

O szmalcowaniu, czyli szantażowaniu Żydów w czasie okupacji hitlerowskiej, wymuszaniu okupów pod groźbą wydania Gestapo, można przeczytać np. w książce Jana Grabowskiego „Ja tego Żyda znam!" Szantażowanie Żydów w Warszawie, 1939-1943.

Historię Malachich omówił również Jan Grabowski w artykule Ratowanie Żydów za pieniądze – przemysł pomocy ("Zagłada Żydów. Studia i materiały" nr 4/2008). Anglojęzyczna wersja tego artykułu znajduje się w publikacji Inferno of choices. Poles and the Holocaust, dostępnej za darmo - link otwiera się w .pdf, a akapity o Malachich znajdują się na stronach 346-347.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Żeromski po hebrajsku

Sąd rabinacki, bejt din, jest bardzo starą żydowską instytucją. 
Bejt din był pewnego rodzaju połączeniem sądu, synagogi, domu nauki, a nawet, można powiedzieć, gabinetu psychoanalityka, gdzie mogą przyjść ludzie chorzy na duszy, żeby otworzyć serce.
Tak o bejt dinie – sądzie rabinackim – pisał Isaac Bashewis Singer, noblista, syn polskiego dajana (sędziego sądu żydowskiego), w swojej książce „Urząd mojego ojca”.

Sąd między Polakami
W Ostrowcu też mieliśmy taki sąd rabinacki. Tuż przed wojną jego urzędnikiem, czyli dajanem, był Josek (Icchak Meir) Hocherman, ojciec Lei Hocherman. Zatrudniony przez gminę żydowską, w 1930 roku zarabiał 4200 zł rocznie. Przeprowadzał rozwody i rytuały zaślubin, rozstrzygał spory, wydawał też opinie w sprawach koszerności.

O tym, jak sprawy swojego ojca wspomina Singer, można przekonać się czytając książkę. A tak rolę ostrowieckiego sędziego wspomina jego córka:
Ojciec prowadził rozprawy sądowe w domu. Między Żydami, ale też między Polakami. Tak, woleli sądy mojego ojca bardziej niż sądy polskie, byli bardzo zadowoleni, uważali, że mój ojciec jest sprawiedliwy. To było uznawane przez państwo - [taki sąd] według żydowskich praw.
Ten fragment mnie zaskoczył. Przecież stereotyp jest taki, że Żydzi nie byli przez Polaków szanowani. Spotkałam się wręcz z diagnozą, że w międzywojniu Żydzi w Polsce byli bardziej nietykalni niż ciemnoskórzy w Stanach w tym samym czasie. Trudno więc wyobrazić sobie sytuację, w której Polak przychodzi do Żyda jako do autorytetu moralnego.

Może Hocherman pełnił funkcję dzisiejszego mediatora, czyli osoby, która pomaga się pogodzić bez chodzenia do sądu? Może bejt din stanowił mniej zobowiązującą alternatywę dla oficjalnego procesu w państwowym sądzie? Nie wiem. To wszystko hipotezy. Może powody były jeszcze inne.

Szkoła przyjazna dla Żydów

Ortodoksyjni Żydzi i chasydzi byli mizoginami. W urzędzie ojca Singera nie było miejsc siedzących dla kobiet, a religijny Żyd nie mógł patrzeć na kobiety. Sądzę, że wspomnienia kobiety mniej by ich obchodziły niż to, co zapamiętałby mężczyzna. Cieszę się więc, że mogę cytować właśnie córkę dajana, Sofię Novak, urodzoną  w 1911 roku w Częstochowie jako Lea Hocherman.
Wszyscy bracia ojca byli fabrykantami. - opowiada pani Novak. - Bogatymi. Ojciec jako jedyny był talmudystą. Wysokiej klasy. Interesy mu nie szły i dlatego po I wojnie światowej wyjechał z Częstochowy do Ostrowca, gdzie miał szwagra, wielkiego ostrowieckiego rabina. Tam zrobił szkołę i został dajanem. Życie rodzinne było biedne, ale szczęśliwe. Ojciec prowadził rozprawy sądowe w swoim – dużym – pokoju.
Córka podrabina Hochermana była zdolną dziewczynką, chciała dalej się uczyć, ale w Ostrowcu nie było odpowiedniej szkoły. Było tu wprawdzie gimnazjum, ale trzeba było chodzić do szkoły w sobotę. Ojciec nie zgadzał się na naukę w szabas, dzień wypoczynku, więc córka wyjechała do Częstochowy. Po pierwsze, miała tam dalszą rodzinę, a po drugie, W Częstochowie była szkoła polska, ale uwzględniająca potrzeby żydowskich rodzin, czyli przestrzeganie szabasu.

I znów mam złośliwą satysfakcję, tym razem dlatego, że ta Jew-friendly szkoła była właśnie w Częstochowie, tym bastionie katolicyzmu z „Potopu” Sienkiewicza.

Zresztą to niejedyny zaskakujący miks polsko-żydowski w jej opowieści. Oto mój ulubiony:
Ojciec był religijny – opowiada Lea-Zofia – ale nie wszystkie dzieci [poszły w jego ślady]. Jeden brat był w jesziwie w Lublinie, drugi też był religijny, ale reszta braci i sióstr nie. Bracia znali talmud, byli bardzo oczytani. Czytali po hebrajsku nawet polskie powieści – Żeromskiego, Słowackiego.
Kto by pomyślał! Wprawdzie w ksiązce "Żydzi ostrowieccy" można przeczytać, że więcej czytały kobiety niż mężczyźni. Że czytano literaturę romantyczną, Sienkiewicza, Przybyszewskiego, Orzeszkową, Rodziewiczównę czy Mniszkównę. Że "niewielkie zainteresowanie literaturą żydowską [wśród Żydów] wynikało z jej ubogiej fabuły. Zarówno literatura w języku jidysz, jak i hebrajska unikały wątków przygodowych". Ale nie spodziewałabym się, że te polskie książki tłumaczono na hebrajski.

*

Wypowiedzi pani Sofii Novak pochodzą z wywiadu znajdującego się w  w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Novak, Sofiyah. Wywiad Sofiyah. Visual History Archive. USC Shoah Foundation.1996. Dostęp: 21 I 2014 r.