niedziela, 28 września 2014

Paula Lebovics. Obozowe dziecko z Ostrowca

Paula Lebovics urodziła się w 1933 r. w ortodoksyjnej rodzinie w Ostrowcu jako Pesa Balter. Miała sześć lat, gdy wybuchła wojna. Prawie cała rodzina zdołała ukryć się przed selekcjami w schronie pod kurnikiem. Potem dorośli trafili do getta resztkowego, a  dziewczynkę ukrywano na strychu. Gdy rodzina trafiła do obozu koncentracyjnego w Ostrowcu, Pesa kryła się sama. W końcu i ona trafiła do obozu.

W obozie była przez półtora roku. Potem znalazła się w Auschwitz, które przeżyła w pokazowym dziecięcym bloku. Była w grupie osób wyzwalanych przez Rosjan. Jej opuchnięta z głodu twarzyczka znalazła się też na najsłynniejszych zdjęciach z wyzwolenia – chodzi o zdjęcia grupy dzieci w pasiakach, stojących za drutami.

Tak w największym skrócie można opowiedzieć trzygodzinny wywiad z Paulą Lebovics, który znajduje się w Visual History Archive. Choć jest to jeden z ponad 52 tysięcy wywiadów dostępnych w tym zbiorze, to właśnie wywiad z Paulą jest przez Archiwum podsuwany do obejrzenia nauczycielom z całego świata. Paula została też bohaterką dokumentalnego filmu „Triangles. Witnesses of the Holocaust”. Skrótem trzygodzinnego wywiadu jest ten króciutki film:

 

Ciekawie opowiada, prawda? dlatego obejrzałam dłuższą wersję wywiadu z Paulą Lebovics, a fragmenty przetłumaczyłam.

Krzywe ramię 

Urodziłam się w dużej rodzinie. Mój dziadek był dość bogaty. Wybudował dla siebie dom i na podwórku dom dla każdego z dzieci. Ja byłam najmłodszym dzieckiem z szóstki. Mój najstarszy brat miał 13 lat, kiedy się rodziłam. Na podwórku było zawsze mnóstwo życia, było zawsze żywo.
Byliśmy uważani za bogatych ze względu na dziadka. Wszyscy dla niego pracowali: moja matka dla niego pracowała, mój ojciec dla niego pracował, mój wuj dla niego pracował... Tuż przed wojną, gdy miałam pięć lat, złamałam rękę. To był piątek, na dworze była balia i przygotowania do szabatu. Kiedy mnie matka dotknęła, zaczęłam krzyczeć. Ale nikt nie wiedział, co mi jest, i zaczęliśmy szabat. W sobotę ręka spuchła, ojciec był religijny, ale zabrał mnie do szpitala... Postawili diagnozę, że mam sklerozę kości.
Po szabacie ojciec zabrał mnie do Opatowa do drugich dziadków. Babcia była malutka, a dziadek ogromny, wysoki. I oni zdecydowali, że trzeba mnie zabrać do lekarza do Warszawy. I tam się okazało, że to było tylko złamanie. Zapomniałam powiedzieć, że jeszcze podczas szabatu mój ojciec zabrał mnie do felczera, który próbował nastawić ramię i tylko pogorszył sprawę. I dopiero w Warszawie nastawili mi rękę i włożyli w gips. Ale to się ciągnęło aż do wojny.
Kiedy zdjęłam gips, okazało się, że ramię nie zrosło się dobrze. Trzeba było jechać do Warszawy raz jeszcze. Ale już zaczęła się wojna i Niemcy nie chcieli nas wpuścić do pociągu ani do samochodu. W końcu jakoś dojechaliśmy, ale musieliśmy jechać wozem z koniem. W każdym razie moja ręka nigdy nie wydobrzała i ciągle mam krzywe ramię.
 „Getto. Lubiłam je bardzo”
Po rozpoczęciu wojny jeszcze przez rok Niemcy pozwolili nam mieszkać w naszym domu. Mój dziadek wybudował dom w pięknej części miasta, na którą Niemcy mieli oko. Po roku nas ewakuowano. Getto już się utworzyło. Było otwarte. Były plakaty porozlepiane, że Żydom już nie wolno chodzić poza gettem.
Poszliśmy do getta. To było otwarte getto. Lubiłam je bardzo. Wsadzili nas do jednego wielkiego pokoju, w części miasta tuż obok wielkiego rynku. Większość średniowiecznych miast miało rynki, dookoła rynku były domy i tak też było w Ostrowcu. Rynek był duży, z okolicznych wsi przyjeżdżali chłopi i sprzedawali produkty. Ale oczywiście, jak było getto, to już nie przyjeżdżały wozy i nie sprzedawano produktów.

Więc mieszaliśmy w jednym z budynków przy rynku, w jednym pokoju. Miałam możliwość być ze wszystkimi razem. Nie za wiele się chyba działo i wszyscy byli w domu. Mnie się podobało, że wszyscy byliśmy razem i poświęcali mi uwagę. Musiałam tego potrzebować... Mogłam spać z każdym, z kim mi się podobało. Im trochę mniej, bo ciągle się moczyłam. I tak do końca wojny. Potem do mnie wróciło, bo ciągle się bałam. Byłam ciągle wystraszona.

Mój brat - Herszel, najstarszy - odkrył, że Niemcy chcą nas selekcjonować. I zrealizował plan, który miał jeszcze w naszym starym domu. Wybudował bunkier pod kurnikiem na terenie getta i umieścił tam całą rodzinę. Był żydowskim policjantem, miał dwadzieścia lat. I nas wszystkich ukrył w tym bunkrze pod kurnikiem. Przeczekaliśmy tam pierwszą selekcję.

W czasie, gdy getto było otwarte, wielokrotnie wieszano ludzi i to się działo na rynku, przed naszym domem. Zaczęło się od ważnych osobistości Ostrowca, kierownictwa, którzy nie byli Żydami. Wszyscy musieliśmy patrzeć.
W tym czasie stało się jeszcze coś istotnego. Mój brat Jonatan – drugi najstarszy - uciekł na początku wojny na Litwę - i będąc tam odkrył, że Żydzi są źle traktowani. Poszedł więc do Czerwonego Krzyża na Litwie i zapytał, jak się mamy. Przypominam sobie, jak przyszło do nas SS, zabrało nas wszystkich, sprawdziło, czy jesteśmy dobrze ubrani, zabrało nas do fotografa, gdzie nas sfotografowano. Mam zdjęcie z rodziną, wszyscy mamy opaski na ramionach, bratu i ojcu dano marynarki, żeby dobrze się prezentowali. Kiedy nas stamtąd zabrano, nie dano nam na nic czasu. To zdjęcie trafiło do brata na Litwę. Dzisiaj mamy kopie tego zdjęcia.
Zdjęcie rodziny Pesy Balter z 1940 lub 1941. Od lewej brat Joske, matka, brat Herszel, siostry Chana i Chaja, ojciec, z przodu z kwiatami siedzi Pesa. Ojciec i Chana właśnie przeszli tyfus. Zdjęcie zostało zrobione w Ostrowcu na żądanie SS-manów. W nieco lepszej jakości dostępne tutaj.
Potem wróciliśmy do bunkra i była pierwsza selekcja. Podczas pierwszej selekcji moja siostra wyszła i dała się wybrać, bo wierzyła, że jest młoda i silna i pójdzie pracować. Ale nigdy nie wróciła. Potem dowiedzieliśmy się, że ludzie wybrani wtedy trafili do Treblinki.

Pesa ukrywa się w Ostrowcu

Dzięki bratu w żydowskiej policji rodzinie udało się przeczekać selekcję i trafić do małego getta. Ale Paula ani nie mogła pracować, ani nie miał się nią kto opiekować. W małym getcie jej po prostu nie powinno być. Więc brat schował ją na strychu razem z młodszym braciszkiem innego policjanta.

Cały cas się moczyłam i brat błagał mnie, żebym tego nie robiła, bo sufit przemaka i Niemcy zobaczą. Brat też ze mnie żartował, nadał mi przezwisko Kranik.
Mój brat wiedział, że getto będzie zmniejszane raz jeszcze. Musiał znaleźć mi nową kryjówkę. Schował mnie i mojego "braciszka" w nowej kryjówce, ale nie pamiętam gdzie. Pamiętam, że to musiała być zima. Bo gdy zbiórka i wywózka się skończyła i wyszłam z kryjówki, to śnieg leżał na ziemi i pamiętam, że śnieg był cały różowy i czerwony, bo tyle krwi było na nim. Tyle morderstw było. Wszędzie, gdzie spojrzałam, śnieg był cały czerwony. To jest to, co pamiętam z tej wywózki. I już nie było mojej babci. I mojej cioci z synem, i jej męża. Dowiedziałam się - niedawno dowiedziałam się, że w tym czasie jedna z moich cioć ukrywała się w swoim starym domu razem z trójką dzieci i z mężem. I sąsiedzi - Polacy - zabili ich siekierą. Zabili ich wszystkich pięcioro. Niedawno się dowiedziałam. Wcześniej myślałam, że zginęli w obozie.
Rzeczywiście, w Ostrowcu był taki przypadek. W jednej z historycznych książek* można przeczytać, że zmasakrowane zwłoki rodziny Steinów znaleziono w 1945 r. w studni na terenie posesji Wiktorowicza. Zamordowanych pochowano na kirkucie.
W końcu znaleźliśmy się w małym getcie. Zajmowało ono pół ulicy i to było wszystko, co pozostało z 16 tysięcy Żydów ostrowieckich.
Potem Paula ukrywała się w różnych miejscach ze swoim przyszywanym braciszkiem. Ale on, nieco starszy, poszedł w końcu do pracy i Paula została sama. Nie mogła znieść samotności, wyszła więc i zaczęła się z innymi ludźmi chować w okolicach cegielni w różnych miejscach. Taki stan trwał przez jakieś dwa miesiące.
[Pewnego dnia], kiedy szukałam nowej kryjówki, znalazł mnie Ukrainiec, ukraiński żołnierz. Zatrzymał mnie i wiedziałam, że jestem ugotowana. Musiało zmierzchać. Wziął mnie do grupy kobiet, które były uformowane w grupę, żeby wracać do obozu. Zabrał mnie tam, wylegitymował się przed SS-manem, który prowadził tę grupę. W tej grupie był też żydowski przewodnik grupy i dużo ludzi - same kobiety. I kiedy on wylegitymował się i opowiadał o mnie, zobaczyła mnie moja matka i wciągnęła mnie do grupy. Gdy SS-man zaczął się za mną rozglądać, to już mnie nie znalazł. Wziął więc wielką pałkę, szedł wzdłuż linii kobiet i uderzał każdą, aż doszedł do mnie i do mojej matki. A matka miała jakąś torbę na ramieniu, może z jedzeniem. Wziął torbę, rzucił ją i uderzył matkę, bardzo mocno. Złapał moją rękę - grupa rozdzieliła się, zrobiła miejsce - a on złapał mnie i rzucił mną o ścianę. Nie wiem, jak daleko była ta ściana, ale wydawało mi się, że bardzo daleko. 
Następna rzecz, którą pamiętam... musiałam zemdleć, bo gdy się ocknęłam, nie było nikogo. Byłam sama z SS-manem. Kazał mi wstać i zobaczyłam, że dookoła stoją polskie dzieci i się śmieją. SS-man mnie pytał, gdzie ukrywają się ludzie, kazał mi pokazać. Ja powiedziałam: "nie wiem". Ale on zabrał mnie do kilku miejsc, i ja wiedziałam, że tam są ludzie albo byli. Więc próbowałam się z nim układać: "Proszę pana, a jeśli pan nie znajdzie nikogo, to będę mogła iść zobaczyć mamę i tatę po raz ostatni?" - bo wiedziałam, co chce ze mną zrobić. A polskie dzieci szły za nami i miałam wrażenie, że to wieczność, bo szliśmy przez całą okolicę, wiele budynków, miejsc do obejrzenia. On nawet zabrał mnie w jedno miejsce, gdzie wcześniej ukrywałam się z braciszkiem. Było tam kilka trupów, nie było nikogo żywego.
Nie mógł znaleźć nikogo. Więc zabrał mnie z powrotem do ściany i zaczął mnie dusić. Ale mnie nie udusił i ja powiedziałam: "obiecałeś, że mnie puścisz, jak nikogo nie znajdziesz. Obiecałeś!" i on był tak wściekły, nie do wiary, jak był wściekły. A polskie dzieciaki, było ich przynajmniej dwójka, trójka, czwórka, które stały dookoła, wołały: "ona wie, gdzie się ukrywają! wie!". (...) W końcu zabrał mnie do tej ściany i kazał się odwrócić. Wyjął rewolwer, wycelował, nie bardzo z bliska, ale z bliska. "Obróć się, twarz do ściany", a ja wołałam "ale obiecałeś, że zabierzesz mnie do mamy i taty po raz ostatni, obiecałeś!". Wtedy nadszedł drugi SS-man, nieprzytomnie pijany. Nie widziałam go, dopóki się nie obróciłam. Mówił do mojego: "Chcesz marnować kulę? Przecież i tak zdechnie". Zrozumiałam o czym mówią, bo niemiecki był podobny do jidysz, a zresztą ja już trochę osłuchałam się niemieckiego i znałam kilka słów. Niemiec był wściekły na siebie. Schował rewolwer i zawołał do pilnującego bramę obozu, żeby zabrał mnie do obozu. I tak trafiłam do Arbeitslage - obozu koncentracyjnego w Ostrowcu. To był obóz ciężkiej pracy.
 Obóz koncentracyjny w Ostrowcu oczami dziecka
Prace małej Pesy obejmowały zajmowanie się kortem tenisowym dla Hitlerjugend. Paula wspomina, że w Ostrowcu był cały kompleks dla Niemców. W każdym razie ona, jako dziecko pracujące w obozie, musiała wygładzać kort tenisowy ogromnym walcem albo sprzątać boiska do piłki nożnej. Jak wspomina, ulubionym sportem Hitlerjugend było jednak puszczanie psów na Żydów, i patrzenie, kogo pogryzą.

Paula pamięta z obozu uczucie bezsilności wobec prac, które dostawała. Walec był za ciężki, żeby ruszyć go z miejsca. Kiedy miała umyć małą szmatką ogromną scenę teatru, to sprzątała płacząc. - Było bardzo trudno przeżyć, kiedy było się dzieckiem - wi z perspektywy czasu. Ale też paradoksalnie czuła się w ostrowieckim obozie koncentracyjnym bezpieczniej niż do tej pory. W obozie byli jej mama i tata – czego więcej potrzebuje dziecko?

Na pewno nie potrzebuje tego, żeby być otoczonym śmiercią.

Po raz pierwszy zobaczyłam martwego człowieka na początku wojny i to był mój dziadek. Miał zawał, gdy pierwsza bomba spadła na Lublin. Pojechał do Lublina odwiedzić mojego brata, który był tam w jesziwie. Miał tam też bliską rodzinę. Kiedy spadła pierwsza bomba, zmarł na zawał. Pamiętam jego ciało złożone na podłodze w jego własnym domu. W tych czasach postępowało się jeszcze inaczej niż później, w czasie wojny, kiedy człowiek umierał.
Po raz drugi, kiedy widziałam umarłych, to było na rynku i ciała tańczyły na sznurach, to było już codziennością. Tak, wtedy już śmierć była codziennością.
Mówi, że przeżyła dzięki piosenkom. Wszystkie zapamiętywała i potem śpiewała je sobie w Auschwitz i innych trudnych momentach. Pamięta jedną, której nauczyła się w ostrowieckim obozie od starego człowieka, który w baraku sąsiadował z ojcem.

W ostrowieckim obozie spędziła półtora roku.

Obóz był otoczony rowami. Podejrzewam, że chodziło o bezpieczeństwo. Nie było drutów pod napięciem ani wysokiego ogrodzenia, tylko te rowy. Rowy były muliste i żyły tam żaby. Gotowali dla nas, łapali te żaby i jedliśmy żabią zupę.
Na drodze między dwoma obozami w Ostrowcu rosły... coś jak rzodkiewka, ale to było co innego. I to też jedliśmy, gotowaliśmy w zupie i jedliśmy. Ach, rzepa, to była rzepa. Wypełniała żołądek, to było dobre.
Było też zabijanie, selekcje, uciekający i zabijani ludzie, i zawsze musieliśmy patrzeć. To była część rytuału, ze wszyscy muszą wziąć udział. Chyba Niemcy chcieli nam przez to powiedzieć: patrzcie, taki los was też spotka. Spałam z matką i ciągle się moczyłam, co noc.
Co robił mój ojciec? Nie jestem pewna. W mieście była huta. Ale co robili, nie wiem. Coś dla faszystów.
Dużo śpiewałam. Ilekroć wszyscy się schodzili, był czas wolny i czuliśmy się trochę bezpieczniej, było niewielu Niemców, zostawały tylko straże, czuliśmy się trochę bardziej wolni. I ludzie mówili: "śpiewaj!" I śpiewałam.
Auschwitz i ostrowieckie wątki
A potem był sierpień 1944 r. i Paulę zabrali do Auschwitz.
W tym czasie już wiedzieliśmy o tym, co się dzieje w prysznicach. O komorach gazowych. Dorośli wiedzieli, a ja poznawałam. Patrzyłam trochę z zewnątrz, izolowałam się od tego myślami.
Zaprowadzili nas do szesnastego bloku. Tak naprawdę to było Birkenau. Nie wiem, jak nauczyłam się czytać, ale byłam w stanie odczytać oznaczenia na blokach. W tym bloku było tysiąc sześćset albo dwa tysiące kobiet. Matka uprosiła, żebyśmy spały na dolnym piętrze łóżka. Bo wiedziała, że sikam w nocy. Wstydziłam się, ale nic na to nie mogłam poradzić. Byłam wdzięczna, że kobiety nie naskarżyły na mnie, bo dziś nie byłoby mnie tutaj. 
W moim bloku też były inne kobiety z Ostrowca, ale byliśmy mniejszością, bo było mnóstwo ludzi. I znów proszono mnie, żebym śpiewała. I śpiewałam, bo myślałam: "zasikuję tych ludzi co noc... może lepiej będę śpiewała”. Chciałam się jakoś zrewanżować za zasikiwanie. I śpiewałam Kol Nidre - piosenkę, którą nauczyłam się w Ostrowcu od starego człowieka.
 Kiedyś jej śpiewanie usłyszała blokowa. Zamiast ją skarcić, wzięła do siebie i kazała pokazać, co jeszcze umie zaśpiewać. W ten sposób Paula stała się uprzywilejowana. Wkrótce trafiła do pokazowego bloku dziecięcego – właściwie jedynego miejsca w Auschwitz, które dawało dziecku szansę na przeżycie. Pauli było więc nieco lepiej.

Piece

Ale podczas tego okresu piece pracowały dzień i noc. To znaczy przez cały mój pobyt pracowały dzień i noc, ale w tym okresie w ogóle już nie były wyłączane. Nigdy ich nie wyłączano. Niebo było czerwone. Dzień i noc. Nie było różnicy, czy jest dzień, czy noc. Niebo było jak w płomieniach. To było nie do uwierzenia. Pamiętam patrzenie w górę i wyobrażanie sobie, że ciała przepływają w powietrzu, w tych czerwonych chmurach. Pamiętam, jak sobie to wyobrażałam. W tych czerwonych chmurach. Smród był taki, że nie można było się od niego uwolnić. Wgryzał się w ciało, w ubrania. nie dało się go pozbyć. Po chwili przestawało się go czuć, ale on był bardzo intensywny, prawie można było go dotknąć. Czułeś się tak, jakby ktoś wylał na ciebie klej. Tak, wtedy piece pracowały dzień i noc.

Druga dziewczynka z Ostrowca

Zbliżał się koniec wojny. Słyszeliśmy różne wybuchy. Zbliżała sie wojna. Było już trochę spokojniej. Pewnego dnia powiedziano mi, że człowiek który przyszedł, to Mengele. Chciał nas uspokoić i kazał stanąć w kółku. Wiec stanęliśmy. Nie wolno było sprzeciwić się Niemcowi. Nigdy. I on mówił do nas, że jesteśmy dobrzy. „Wiem, że wszyscy z was mają rodziny, które nie są z wami. Jeśli chcecie połączyć się z rodzinami, możemy to dla was zrobić. Musicie tylko wyjść do środka.” I ja to zrobiłam, weszłam do środka. Była też taka dziewczynka, która była ode mnie młodsza, też była z Ostrowca i zawsze się ze mną trzymała, patrzyła, co ja robię i powtarzała po mnie. I teraz ona też wyszła na środek. Ale ja, kiedy zrobiłam krok, pomyślałam nagle: „zaraz, skąd oni wiedzą, kim jest moja rodzina?”. Zapaliła mi się czerwona lampka i zrobiłam krok w tył. To były ułamki sekundy. Ale ta dziewczynka już nie zrobiła kroku w tył. Po wyzwoleniu znaleźliśmy ich ciała tuż za obozem, zastrzelone.

Wyzwolenie Auschwitz
Dziesięć dni przed wyzwoleniem niemiecki patrol zabrał ostatnich ludzi. Zresztą przez cały styczeń ludzie byli wyprowadzani z obozu. (...) I wtedy zostaliśmy sami. Nie było Niemców, nie było Rosjan, nie było prądu, nie było niczego. Byliśmy wolni. Pierwsze, co zrobiliśmy, to poszliśmy do spiżarni po chleb. Pamiętam, jak szłam z bochnem chleba i w każdej kieszeni, miałam wszędzie chleb.  Potem poszliśmy do magazynu i ubraliśmy się cieplej. Jeśli widzisz nas na tym zdjęciu ciepło ubranych, to tylko dlatego. Gdy byli Niemcy, tak nie było.
7 lutego weszli Rosjanie. Wyzwolili nas. Wiele osób ma złe wspomnienia z tego, ale ja mam dobre. Pamiętam żołnierza, który wziął mnie w ramiona. Pamiętam, jak płakałam, bo wreszcie ktoś pokazał zainteresowanie, troskę o mnie. To było niesamowite.
Chciał podzielić się jedzeniem. Miał słoninę. A ja pokazałam mu swoje chleby i powiedziałam: "nie, popatrz, ile mam chleba!" W końcu wzięłam od niego kawałek czarnego chleba, który miał. Ale nie miał go za dużo. Ci rosyjscy żołnierze nie wyglądali tak jak niemieccy: wystrojeni, z dźwięczącymi przy chodzeniu butami. Wyglądali na zmęczonych, zaniedbanych, pokonanych. Nie mieli w sobie nic z Niemców. Tak, tak właśnie pamiętam wyzwolenie obozu przez Rosjan. 
Później, nie pamiętam, może dzień później, ubrali nas w te proste uniformy, których nigdy wcześniej nie mieliśmy, te były ciepłe, i zrobili nam zdjęcia.
Zdjęcia z wyzwolenia Auschwitz. Twarz Pauli jest trzecia od lewej. „Niesamowite, jak się zorientowałam, że jestem na tym zdjęciu. Kiedyś pojechaliśmy do Izraela. Poszliśmy do Yad Vashem. I zauważyłam to zdjęcie, w ogromnym formacie na pół ściany, i zmiękły mi kolana. Nie byłam pewna, czy to ja jestem na zdjęciu. Poczekałam na brata, kiedy przyszedł, spojrzał na zdjęcie, złapał się za głowę i powiedział: "o rany, to ty". Dyrektor Yad Vashem był pod wrażeniem, bo do tej pory nikt nie rozpoznał się na tym zdjęciu. Nie wiedział, co z nami zrobić. Wziął nas do pokoju i pokazał inne zdjęcia...”
Miałam szczęście, bo podłączyłam się do jednego radzieckiego żołnierza, jechałam z nim jeepem, kiedy filmował. I te filmy, które widzicie, z filmowania Auschwitz. Te filmy, które znacie, one nie są realistyczne. Tego, jak to wyglądało, to trudno wytłumaczyć. Na pewno znacie zdjęcia więźniów za drutami - cóż, to są inscenizowane zdjęcia, zrobione wtedy, gdy zostaliśmy już wyzwoleni. Były wszędzie ciała ludzi, którzy umarli po wyzwoleniu, i zbieraliśmy te ciała w kupy, w stosy przed barakami. Mieliśmy szczęście, że była zima i ciała zamarzły i nie rozniosły się żadne choroby - co do tego zorientowałam się dopiero później, wtedy byłam dzieckiem i nie wiedziałam takich rzeczy. (…)
Później przenieśli nas z drewnianych baraków do koszar Niemców w Auschwitz. Zostaliśmy tam do czasu... po kilku dniach spotkałam kogoś z Ostrowca i powiedział mi, że widział moją matkę. Jedno z dzieci z Ostrowca. I spotkałam się z matką, bo została zabrana ostatnim transportem z Niemcami, ale Niemcy porzucili tych ludzi kilka kilometrów za Auschwitz. Nie wiem, jak długo tam zostaliśmy. Pamiętam, że później wchodziliśmy do małych wozów i jechaliśmy do Krakowa z naszym dobytkiem. Nasz dobytek składał się z dwóch ... to było więcej niż złoto i diamenty, miałyśmy dwa zwinięte koce i ja ich pilnowałam. Moja matka przypomniała sobie, że zna kogoś z Ostrowca w Krakowie i chciała pożyczyć pieniądze, żebyśmy mogły wrócić do Ostrowca. Dla nas wojna się skończyła. Zostałyśmy w społecznym ośrodku (community center) w Krakowie (…) .
Co stało się z resztą mojej rodziny? W tym czasie jeszcze nikt nie był  wyzwolony.
Tylko my byłyśmy wolne, wojna jeszcze trwała. Ale udało nam się spotkać w Krakowie ludzi z Ostrowca, którzy mieli lepsze losy niż my, i Polska była już wyzwolona, i dali nam jakieś pieniądze. Matka pożyczyła, czy jakoś. Pamiętam wizyty w domach i luksusy... A my wyszłyśmy właśnie w Auschwitz. Nie mogłam uwierzyć, że byli ludzie, którzy żyli normalnie! Ale miałyśmy pieniądze.
1945. Z powrotem w Ostrowcu
Z Krakowa pojechałyśmy w otwartym pociągu, bez dachu. to był luty albo marzec. Ciągle zima albo wczesna wojna. Wróciłyśmy do Ostrowca. Naszym dobytkiem były te dwa koce. Ale zasnęłam i straciłyśmy te koce, ktoś je ukradł. Matka na mnie bardzo nakrzyczała. 
Przyjechałyśmy do Ostrowca, poszłyśmy do domu naszego dziadka i dozorca już nie żył w suterenie. Teraz mieszkał na drugim piętrze, w głównym budynku. Poprosiłyśmy o nocleg, bo wiele osób przyjechało z nami i chcieliśmy być razem. On powiedział: „Ty Żydówa, nie zabili cię?” Nie chciał nas przenocować, ale w końcu przenocował. W naszym własnym domu. Nie pamiętam, ile osób tam mieszkało, w dwu pokojach, które dostałyśmy. Nie pamiętam, w ile osób. Jak ktoś wracał do Ostrowca, to przychodził do nas. Spaliśmy na podłogach, żeby jakoś się zmieścić. Zostaliśmy tam aż do końca wojny. kiedy wojna się skończyła, musiało być wiadome, że przeżyłyśmy, bo byłyśmy na liście Czerwonego Krzyża, i nasz brat znalazł nasze nazwiska. On był wyzwolony... nie wiem kiedy. Po wojnie? Tuż przed końcem? Był we Włoszech, planował jechać do Izraela. Pamiętam, bo napisał do nas z Mediolanu, żebyśmy na niego poczekały. Każdego dnia szłyśmy... Był jeden pokój w naszym mieście, z którego zrobiono świetlicę i tam ogłaszano rzeczy, które przychodziły, informacje. I jednego dnia znalazłyśmy listę Czerwonego Krzyża z jego nazwiskiem. I potem dostałyśmy ten list, żeby czekać w Ostrowcu, i czekałyśmy.
Ale kiedy wrócił... Polacy i Niemcy zbezcześcili cmentarz. Całe grupy wyzwolonych chciały uporządkować cmentarz, odłożyć kamienie na miejsca. Mieliśmy w Ostrowcu słynnego rabina, znanego na całą Europę. Bardzo słynnego. Ostrowiecki rabbi, tak był znany. I tam był jego grób. Stał jeszcze... Któregoś dnia, kilka nocy później, było w jednym z mieszkań spotkanie. Przyszli na nie Polacy i zabili dziesięć osób. Po prostu ich zarżnęli. Jeden z tych dziesięciorga przeżył, bo udawał martwego. Mój brat powiedział: przenieśmy się do stróżówki. W stróżówce mieszkaliśmy, aż Rosjanie doszli do władzy. I wtedy brat powiedział: uciekamy stąd. W tym czasie ludzie jakoś sobie radzili, wymieniając pieniądze. My nie mieliśmy niczego. Nawet koców, które mi ukradli. Żyliśmy z ludźmi, którym udało się zdobyć mieszkanie. Moja mama pożyczyła pieniądze od tych ludzi w Krakowie i tyle. Więc mieszkaliśmy z ludźmi w stróżówce.
Dopiero wtedy, w stróżówce, zaczęłam się uczyć pisać i czytać. Miałam dwanaście lat. Ale przez trzy miesiące nauczyłam się tyle, że mogłabym przeskoczyć trzy klasy. Byłam z siebie dumna.
Mój brat przeszmuglował mnie przez wschodnie Niemcy do zachodnich Niemiec. Ale złapano nas na granicy i skończyliśmy na 2 tygodnie w obozie. Miałam szczęście, bo nas puścili.
Paula wyjeżdża z Polski
W obozie przejściowym w Niemczech spędziła sześć lat, od grudnia 1945. Tam chodziła do szkoły. Uczyła się ponad cztery lata.

Zanim trafiła do Stanów, miała ponad 18 lat. Za ocean pojechała z matką, z którą przez lata żyła w obozie przejściowym. Dwóch braci trafiło do Izraela. Trzeci do Australii.
Trafiłam do Detroit. Mieszkałyśmy przy rodzinie. Chodziłam przez semestr do szkoły i potem poszłam do pracy. Po półtora roku zaczęłam wspierać matkę. Spotkałam Mickey'ego, w 1957 wzięliśmy ślub. Mamy dwójkę dzieci, Lindę i Danny'ego. Krótko mieszkaliśmy w Detroit. W 1968 przeprowadziliśmy się do Los Angeles.
Post scriptum
Niesamowite, prawda?

Historia Pauli jest niezwykła, bo dziecku naprawdę trudno było przeżyć Auschwitz. Ale jest też niezwykła, bo Lebovics unika abstrakcji i patosu, zastępując je obrazami i uczuciami. Nie mówi o wszechobecności śmierci, ale mówi o czerwonym śniegu i o zapachu w Auschwitz. Nie mówi o niewyobrażalnym głodzie, ale mówi o tym, jak w Ostrowcu smakowała jej obozowa zupa z rzepy albo żab. Nie mówi o ciągłym wysiłku, ale mówi o tym, jak płakała, gdy w obozie wykonywała pracę ponad siłę. Nie o strachu, ale o tym, jak przez całą wojnę moczyła się w nocy, zasikując po kolei swoje kryjówki, barakowe prycze i łóżka w Auschwitz.

Dla porządku dodam, że na wspomnienia  trzeba zawsze patrzeć nieco inaczej niż na książkę historyka. We wspomnieniach mogą nie zgadzać się liczby, daty, kolejność zdarzeń. Na pewno za to będą zgadzać się uczucia, doznania, wrażenia. Tego historyk nie znajdzie w aktach prawnych, archiwaliach i innych tradycyjnych źródłach. 
  
Zaletą wspomnień jest autentyczność i doświadczenie. Ale sama opowieść nie jest przezroczystą szybą, do które mamy dostęp do cudzych przeżyć. Opowieści są zawsze naznaczone osobowością opowiadającego. I tutaj dobrze to widać. Paula robi z Auschwitz anegdotę, historyjkę: coś, co nadaje się do opowiedzenia i do wyobrażenia. Przekłada okropności Szoa na opowieść, która składa się z zasikiwania, zupy z żab i różowego śniegu. To nie są rzeczy niewyrażalne. Warto skorzystać i przez tę prostą, dziecięcą opowieść dowiedzieć się więcej o tym, jak z Ostrowca "zniknęli" Żydzi.

*
Przypisy:
* Barbara Engelking Po zamordowaniu odaliśmy się do domu". Wydawanie i mordowanie Żydów na wsi polskiej w latach 1942-1945. W: Zarys krajobrazu. Wieś polska wobec zagłady Żydów, red Barbara Engelking, Dariusz Grabowski. Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011. S. 289. Engelking odsyła po szczegóły do Archiwum ŻIH, 301/2430, do relacji Arona Friedentala z 1947 r.

Wszystkie cytaty i zdjęcia pochodzą z wywiadu znajdującego się w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Lebovics, Paula. Wywiad 1415. Visual History Archive. USC Shoah Foundation. Internet. Dostęp: 28 IX 2014 r. Wywiad dostępny jest w całości także na You Tube, https://www.youtube.com/watch?v=oRbWU4iQ8o4.

sobota, 9 sierpnia 2014

Chcą pamiętać

Za sprawą Żydów, a właściwie miejskiego projektu ich upamiętnienia, w Ostrowcu przebudzili się mieszkańcy. Spodziewałam się tego, pisząc w poprzednim poście: „żydowski temat często budzi niespodziewane pokłady energii, nauczyłam się tego już dawno”.

30 lipca do Urzędu Miasta trafił list gratulacyjny. Podpisało się pod nim 12 organizacji działających w Ostrowcu. Za tymi organizacjami stoją lokalni eksperci w dziedzinach historii, kultury, działań społecznych i rozwoju lokalnego. W liście piszą:
„w związku z Uchwałą Nr LVII/106/2014 z dnia 30 czerwca 2014 r., podjętą przez Radę Miasta Ostrowca Świętokrzyskiego, niżej podpisane organizacje wyrażają swoje poparcie dla wzniesienia pomnika upamiętniającego Żydów z Ostrowca Świętokrzyskiego i okolicy zamordowanych przez Niemców w latach 1939-1945.
Cieszymy się, że Ostrowiec zadba o pamięć o żydowskich mieszkańcach, którzy zginęli w czasie Holocaustu. Wyrażamy szacunek dla inicjatywy budowy pomnika i gratulujemy Radzie Miasta.
Rok temu w rocznicę powstania w getcie warszawskim w stolicy zawyły syreny. Ale nie tylko Warszawę współtworzyła żydowska społeczność. Ostrowiec także. Dziś Ostrowiec dołącza do grona miast, które decydują się na upamiętnienie tej części przeszłości, a zarazem na zachowanie swojej tożsamości i historii.
Dzięki pomnikowi Ostrowiec upamiętni swoich tragicznie zmarłych mieszkańców pochodzenia żydowskiego. Pod koniec XIX wieku Żydzi stanowili ponad 80% ludności Ostrowca. Przed II wojną światową, w związku z rozbudową przemysłu, odsetek mieszkańców pochodzenia żydowskiego zmalał, ale nadal wynosił 36%. Po wojnie do Ostrowca wróciła już tylko niewielka grupa osób pochodzenia żydowskiego. Pozostali zginęli, zabici przez faszystów. Nie mamy wątpliwości, że należy im się upamiętnienie.”
Na Facebooku powstał profil Pomnik Żydów ostrowieckich. Stworzyli go mieszkańcy i mieszkanki miasta. Pierwszy wpis brzmiał tak:
Niedługo w Ostrowcu stanie pomnik Żydów ostrowieckich. Pomyśleliśmy, że to dobra okazja, żeby zacząć mówić o żydowskiej przeszłości miasta. Jesteśmy ostrowczanami i badamy tę historię od dawna. no to zaczynamy!
A dalej jest bardzo merytorycznie. Kto jeszcze nie zna, niech koniecznie pozna. Naprawdę  k-o-n-i-e-c-z-n-i-e.

Fragment Pomnika Ofiar Obozu Zagłady w Treblince autorstwa Adama Haupta, Franciszka Duszeńki i Franciszka Strynkiewicza, z 1964 roku. Fot. Wojtek Mazan. Więcej: Pomnik Żydów ostrowieckich

wtorek, 15 lipca 2014

Będzie pomnik

Najpierw w skrócie: Rada Ostrowca zdecydowała, że w mieście powstanie pomnik Żydów ostrowieckich. Dość skromny kamień z tablicą stanie w miejscu  synagogi, zniszczonej w czasie wojny. Koszt: około 20 tysięcy. Część radnych głosowała przeciw, ale uchwała została przyjęta większością głosów. Pomnik  stanie jeszcze w tym roku. Będzie wyglądał mniej więcej tak:

Kielecki wzór dla ostrowieckiego pomnika, kamień z napisem: "Pamięci 27 000 Żydów z Kieleckiego getta zamordowanych przez Niemców w latach 1939-1944 w Kielcach, Treblince i innych obozach zagłady  - społeczeństwo Kielc". Źródło zdjęcia: uchwała Rady Miasta (link - uchwała do pobrania).

Mimo nudziarskiej formy pomnika cieszę się, że w ogóle będzie. Bardzo brakuje mi w przestrzeni Ostrowca obiektów, które w jasny sposób wiązałyby się ze sztetlem Ostrowiec. Dla przyjezdnego jedynym takim miejscem jest lapidarium, czyli ogrodzona część kirkutu. Dla mieszkańców jest takich miejsc nieco więcej, żydowską przeszłość wywołuje nazwa Domu Heinego czy "Kierkutu". ("Kierkut" to nieformalna nazwa, na mapie dawny teren cmentarza nosi nazwę Wzgórze Parkowe.) Są też rodzinne opowieści, związane z domami, podwórkami... Opowieści są dobrym nośnikiem pamięci, ale potrzebują stabilnego źródła, odniesienia do wiedzy; inaczej osuwają się w miks legendy, scen z filmów i urywków wiedzy z historii. Pomnik to trwały dowód na to, że coś w danym miejscu się zdarzyło.

Dobrze, że pomnik będzie prosty, najprostszy z możliwych. Chyba wolę to niż wymowne formy, które łatwo sprowadzić do kiczu. Minusem dyskretnych form jest jednak to, że niezbyt mocno zapadają w pamięć...

Zresztą, zobaczymy, co będzie. Żydowski temat często budzi niespodziewane pokłady energii, nauczyłam się tego już dawno. Póki co, ciekawe rzeczy działy się na radzie miasta, na której uchwalono powstanie pomnika. Radny Włodzimierz Sajda stwierdził, że to Państwo Izrael powinno sfinansować ten pomnik. Prezydent Jarosław Wilczyński odparł zdecydowanie, że "nie stawiamy pomnika państwu Izrael, ale ostrowczanom narodowości żydowskiej, zamordowanym w czasie II wojny światowej".

No, dokładnie! Żydzi byli ostrowiakami, płacili podatki, służyli w wojsku. Budowali domy, które nadal stoją, sadzili drzewa, z którego cienia dzisiaj korzystamy. Dlatego bardzo się cieszę, że będzie pomnik i że gwarantuje to uchwała Rady Miasta (Uchwała Nr LVII/106/2014 Rady Miasta Ostrowca Świętokrzyskiego z dnia 30 czerwca 2014 r.w sprawie wzniesienia pomnika ku czci Żydów z Ostrowca Świętokrzyskiego i okolicy zamordowanych przez Niemców w latach 1939-1945).

sobota, 28 czerwca 2014

Stolarz Lejzor, którego dzieci wyjechały do Ameryki, i inni mieszkańcy domu przy Rynku

Pamięci Minców (Mintzów) i Kłosów (Klossów), którzy mieszkali w domu przy Rynek 53-54, oraz Sali i Rywci Milgram. 

I.  Mieszkańcy domu przy Rynku
W północno-wschodnim rogu Rynku w Ostrowcu od lat mieści się jubiler. Odkąd pamiętam, można było tutaj kupić biżuterię: srebrne i złote łańcuszki, pierścionki, krzyżyki.

Jubiler mieści się na parterze. Nad nim widać pięknie zdobioną balustradę balkonu. Pod balkonem szyld: „Firma złotniczo-jubilerska. Rok założenia 1942”.

Firma istnieje 72 lata. To dokładnie tyle lat, od ilu nie ma już żydowskiej społeczności w Ostrowcu. Likwidacja getta nastąpiła 10-11 października 1942 roku. W tym samym roku zaczął działać znany mi sklep jubilerski.

Pewnie udało się to tak szybko, bo wcześniej tuż obok również znajdował się zakład złotniczy. Jego właścicielem był Jankiel Minc (Mintz).

Złotnik Jankiel Minc (Mintz)
Jankiel Minc (Mintz) urodził się 30 października 1879 roku w Ostrowcu. Jego ojciec, Moszek, też był złotnikiem; Jankiel od ojca dostał więc życie, zawód i dom w Ostrowcu.

Jednak czasy się zmieniały. Jankiel jako dwudziestopięciolatek widział Republikę Ostrowiecką – echo rewolucji 1905 roku. Echem nowych czasów były też emigracje. Już od początku XX wieku młodzi wyjeżdżali do Ameryki, nie mając albo nie widząc dla siebie miejsca w tradycyjnym sztetlu. Powody były zresztą różne, opisuje je w osobnym rozdziale Księga pamięci Żydów ostrowieckich.


Dlaczego do Ameryki wyjechała trójka dzieci złotnika Minca (Mintza)? Może nie wiedzieli dla siebie przyszłości w chasydzkim Ostrowcu; może chcieli się przekonać, czy to prawda, że istnieją na świecie kraje bez antysemityzmu. Takie przyczyny wyjazdu wskazał w artykule o swoim ojcu Israel Blajberg (o Abramie Blajbergu wkrótce napiszę). Tak czy inaczej,  w latach 20. wyjechała trójka dzieci złotnika. Enya Minc (Mintz) i Abram Minc (Mintz) wyjechali do Argentyny, a Lejbus Minc (Mintz) do Stanów Zjednoczonych.

Ci, którzy wtedy wyjechali, ocaleli. Wszyscy Mincowie, którzy pozostali w Polsce, zostali zabici. Zginął 63-letni Jankiel, jego druga żona Chana Fajga i trzech nastoletnich synów: Nusyn, Lejzor i Josek, a także brat Jankiela, Leibl.

Po wojnie Enya wyśle do urzędu miasta pytanie o losy mieszkańców swojego rodzinnego domu. Dowie się tylko, że daty śmierci są nieznane. I że jej ojca, złotnika Jankiela Minca, trzymano przy życiu dość długo jako wykwalifikowanego pracownika.


Stolarz Lejzor Kłos

Jednym z nielicznych śladów po tamtym życiu jest rejestr mieszkańców domu przy Rynek 53-54 z magistratu z roku 1932 r. W kamienicy mieszkało ponad 30 osób. Nie tylko Mincowie z dziećmi i rodzicami, ale też Blumanowie, Rozencwajgowie (Rosencwajgowie), Cukierowie i Kłosowie (Klossowie). Właściwie zresztą Mincowie i Kłosowie byli rodziną – żona Lejzora była córką Chaima Mordki Minca (Mintza).

Rodziny wielodzietne i wielopokoleniowe – dla miłośników tradycji to sielanka, a dla indywidualistów wystarczający powód do ataku klaustrofobii. Ostrowiec z tradycyjną hierarchią, dziedziczonymi zawodami i religijnością konkurował z Ameryką, w której podobno można było decydować o własnym życiu. Może właśnie bycia self-made-manem chcieli młodzi emigranci, Klossowie i Mincowie? Bo nie tylko trójka Minców, ale też piątka Klossów opuściła Ostrowiec...


Fragment rejestru mieszkańców kamienicy przy ul. Rynek 53-54 z 1932 roku, notka o wyjeździe Jankiela Kłosa.

II. Listy z Ostrowca do La Paz w Boliwii
Lejzor i Chana Gitla Kłosowie (Klossowie) byli urodzeni w latach 60. XIX wieku. Lejzor był stolarzem. Z rejestru wynika, że Chaja Gitla, z domu Minc (Mintz), urodziła Lejzorowi siedmioro dzieci: Naftalego, Laję Chaję, Gerszona, Rywę, Itę, Jankiela i Mordechaja (Mordkę). Pięcioro z nich – wszyscy oprócz Lai Chai i Mordki – wyjechali do Ameryki mniej więcej w tym samym czasie, co dzieci Minców. 


Jankiel Kłos wyjechał do Ameryki”, a dokładniej do Argentyny, w 1924 r. Do Argentyny wyjechali też wszyscy bracia i Ryva. Zaś Ita wyjechała do Boliwii.

I to do La Paz w Boliwii wysyłane były listy, które dostałam od potomka Ity Kloss (Kłos), Marcosa Zylberberga.

Listy pochodzą z lat 1939-1941. Były pisane przez matkę emigrantki, ponad siedemdziesięcioletnią już Chanę Gitlę. Podpisywał je też Lejzor, jej mąż. W listach najczęściej pojawiają się wnuczki Chany i Lejzora: Sala i Rywcia Milgram, dzieci Lai Chai. Adresatką jest Ita – dla Chany córka, dla Sali i Rywci ciocia.

Czytając je, trzeba pamiętać, że to ostatnie dowody istnienia tej części rodziny, która zdecydowała się pozostać wierna tradycji, nie chciała porzucać stolarstwa i domu przy Rynku.

Po pierwsze, zwróćcie uwagę, że listy są po polsku. Po drugie, totalnie zaskakujący i wstrząsający jest ton tych listów: choć pochodzą z lat 1939-41, to opisują sielankę zupełnie normalnego, codziennego życia. Jeszcze w lutym 1939 roku (pierwszy list) siostrzenica pisze do cioci Ity: „a więc chodzę do szkoły, gdzie staram się dobrze uczyć, gdyż wiem że nauka doprowadza człowieka do celu”.

Mijają dwa lata, jest 1941 rok, Sali wyrabia się charakter pisma. Już mniej dziecinnymi literami opisuje sielankę rodzinną Kłosów: „przychodzimy często do babci, nawet bardzo lubię gdy przychodzę, bo kochana babcia i kochany dziadek bardzo często Was wspomina. A pozatem nic ciekawego.”

Nic ciekawego poza tem, że za półtora roku żydowska społeczność Ostrowca przestanie istnieć.

Dn. 9 II 1939 r.
Kochani wujostwo!
Najdroższa ciociu, bardzo cioci dziękuję za pamięć o mnie. Chyba ciocia jest ciekawa wiedzieć co u mnie słychać? A więc chodzę do szkoły, gdzie staram się dobrze uczyć, gdyż wiem że nauka doprowadza człowieka do celu. Gdy po nauce mam wolny czas, to spędzam najwięcej z kochaną babcią, która też do nas często przychodzi. Gdy przychodzę do dziadków, to staram się ich rozweselić. Dziadkowie też są dla mnie dobrzy, dają mi co dzień na czekoladę. Kochana ciociu i drogi wujaszku! Tak bym Was chciała zobaczyć, nie chce mi się wierzyć, że taki szmat drogi nas rozdziela, a jednak tak przecież jest w rzeczywistości. Kochani przyślijcie mi zdjęcie wasze, to będę myślała że jesteście razem z nami. My też sobie zrobimy zdjęcie i przyślemy wam. Kończę mój liścik. Całuję ciocię i wujaszka w powietrzu. Do widzenia i do zobaczenia! ale kiedy? Pozdrawiam wszystkich moich najbliższych.
Wasza kochająca Was siostrzenica.
Sala Milgram.
 

Kochani moi!
Kochana ciociu i kochany wujaszku. Dużo do was pisać nie będę gdyż muszę napisać lekcję ze szkoły. Bardzo za Wami tęsknię chciałabym Was zobaczyć i nacieszyć się z wami. Do widzenia! Bądźcież mi zdrowi. Wasza nigdy nie zapominająca
Rywcia Milgram
[Dalej tekst jest napisany w jidysz]



Ostrowiec, 21 VIII 1940 r.
Kochane dzieci!
Otrzymałam Wasz list, za który Wam bardzo dziękuję. Bardzo się ucieszyłam, że jesteście zdrowi. U nas nic nowego jesteśmy B. dzięki zdrowi wszyscy. Symcha jest w domu. Od teściów z Łodzi otrzymuje listy u nich wszystko dobrze. Co słychać u Was piszcie mi często, od Naftali nie otrzymuję żadnego listu. Może Wy otrzymujecie od Niego listy, a jak nie to może Ty napiszesz, żeby do mnie napisał. Dziękuję za dosipanie [dopisanie], że Rywa urodziła córkę i Gerszon ożenił się, bardzo się cieszę. Napisz im żeby napisali do mnie. Powiedz Fruchtgartenowi żeby napisał do rodziców, oni bardzo się martwią, przychodzą do mnie często, proszą żebym dopisała. Kończę moje pismo.
Całuję Was wszystkich ukłony dla całej rodziny. Proszę Cię jeszcze raz napisz często.
Twoja Matka, która pragnie Cię jeszcze zobaczyć
Chana Gitla Kloss.
Każdy się cieszył Twoim listem.
ojciec bardzo prosi odpowiedzić zara
[na marginesie] Leizor Klos.
[Na odwrocie, innym charakterem]
Moj Kochanych
proszę bardzo ukłon dla moich dzieci Fuchtigartenowie proszę ich bardzo żeby napisali do mnie chwała Bogu jesteśmy wszyscy zdrowy. ... Od Ruchci nie mam żadnej wiadomości.
Waszych rodziców Jakób z Necha Chana Fuchtgart.

Ostrowiec dn. 5 I 1941 r.
Najdrożsi Wujostwo!
Przedewszystkiem bardzo Wam dziękuję za pamięć o nas. Co prawda mamusię trochę rozgniewało, iż nie raczyliście do nas osobno napisać kilka słów, ale mniejsza o to, grunt, że jesteście zdrowi. Tak bym chciała zobaczyć małą dzidziusię, napewno musi być śliczną tak jak ciocia, a może podobną do kochanego wujaszka? Proszę mi napisać. A zresztą nie ja, mamusia, tatuś i mała Rywcia, bardzo prosimy by wujostwo było takie dobre i zrobiło sobie wspólnie zdjęcie z małą. Proszę nie odmawiać nam tej prośby, za co z góry bardzo Wam dziękujemy. A teraz napewno jesteście łask (skreślone) ciekawi usłyszeć od nas coś ciekawego i nowego. A więc: Ojciec był na wojnie przeszło osiem miesięcy. Dzięki Najwyższemu Bogu wrócił do domu zdrów. Radość naszą sama rozumiesz. Obecnie pracuje nadal przy stolarstwie. Napewno jesteście ciekawi usłyszeć coś od Mordki? Wujek Mordka jest zdrowy i pracuje przy stolarstwie i cieszy się zdrowiem swych dzieci. Przychodzimy często do babci, nawet bardzo lubię gdy przychodzę, bo kochana babcia i kochany dziadek bardzo często Was wspomina. A pozatem nic ciekawego. Proszę do nas częściej pisać i nie zapominać o przysłaniu nam fotografii. Kończę me pismo.
Pozdrawiam Was czule i gorąco. Osobne pozdrowienia dla małej ślicznotki. Proszę ją w moim imieniu dobrze wyściskać i wycałować. Mamusia, tatuś i mała Rywcia, gorąco Was pozdrawiają i bardzo proszą o parę słów!! Mordka z dziećmi Was pozdrawia i życzy Wam dużo szczęścia i radości.
Proszę nie zapomnieć o przyrzeczeniu fotografii. Całuję Was z daleka.
Wasza kochająca siostrzenica.
Sala Milgramówna

Jerzy Bronisław Braun, ostatni delegat rządu londyńskiego na kraj, a swoją drogą autor piosenki „Płonie ognisko i szumią knieje”, w lipcu 1945 r. napisze, że lukę po Żydach wypełnili szybko przedsiębiorczy Polacy i nie należy się spodziewać, że ustąpią miejsca. Oto tworzy się polska klasa średnia!* Kto w obliczu takiej szansy dla narodu polskiego chciałby pamiętać o żydowskim złotniku, parze staruszków, których piątka dzieci wyjechała za granicę i o małej, zdolnej dziewczynce?


*

Opowiadając tę historię, opieram się na rodzinnych wspomnieniach i wynikach poszukiwań w archiwach Marcelo Golanda, Marcosa Zylberberga, Israela Blajberga -  potomków ostrowiaczek i ostrowiaków, Enyi Minz, Ity Kłos i Abrama Blajberga, którzy ocaleli dzięki emigracji. Serdecznie im dziękuję za cierpliwe odpowiadanie na moje pytania, zaś Marcosowi Zylberbergowi za umożliwienie opublikowania listów.

Daty i imiona pochodzą z rejestru mieszkańców, zamkniętego w 1932 roku. Rejestr sygnowali Prezydent Ostrowca i Naczelnik Wydziału Administracyjnego.

* Cytat z Jerzego Bronisława Brauna, do którego się odnoszę, brzmi następująco: „[N]a wsi i w miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem polski stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość […] oraz wszelkie rękodzieło. Ci młodzi synowie chłopscy i dawny proletariat miejski wysługujący się Żydom – stanowią element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych w handlu, górujący nad Żydami odwagą, inicjatywą i rzutkością”  - te masy z tych terenów nie ustąpią.” Za: Jan T. Gross „Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści”. Kraków: Znak 2008. S. 63.

*
Sprostowanie z  5 lipca 2014 

Wojtek Mazan, autor blogu zydowskiostrowiec.blogspot.com, napisał: "przedwojenna kamienica nr 53  Minców i  Kłosów w rynku to nie ta, która dziś nosi ten numer. Znajdowała się ona w połowie górnej połaci" - czyli kilka domów wyżej. Co to oznacza? Że powstanie w 1942 jubilerskiego sklepu musiało być związane z opuszczeniem przez  Żydów domów przy Rynku w bardziej skomplikowany sposób, niż można sobie wyobrażać (i niż ja to sobie wyobrażałam). Na pewno będę szukała szczegółów tej historii. Jeśli uda się je odnaleźć, to dam Wam znać.

niedziela, 8 czerwca 2014

Śmierć Ludwika Wacholdera

Dopiero kiedy napisałam o kasztanach zasadzonych w Alei 3 Maja m.in. dzięki żydowskiemu radnemu, dentyście Ludwikowi Wacholderowi, dowiedziałam się, jak zginął.

Jego śmierć czyni z niego potencjalnego bohatera, a okoliczności są bardzo podobne do śmierci trzydziestu powieszonych (których upamiętniają pomnik i coroczne obchody na Rynku).

Po pierwsze, Wacholder zginął tragicznie. Po drugie, zginął dlatego, że był osobą aktywną społecznie. Działaczem społecznym. Po trzecie, Niemcy zabili tego dnia więcej ludzi takich jak on. 36 osób zabitych na ulicach, 72 osoby wywiezione do Auschwitz. To była akcja eliminowania tych, którzy mogliby organizować w getcie ruch oporu wobec okupanta. Po czwarte, Wacholder – wraz z innymi 35 osobami – zapewne został zastrzelony na ulicy. Leżał na ulicy, dopóki Niemcy nie zgodzili się na uprzątnięcie ciał. Jego śmierć była widoczna, widowiskowa i przez to bolesna dla społeczności – tak jak powieszenie trzydziestu.

Po co pamiętać?
No dobrze, ale po co nam kolejna osoba do pamiętania, kolejny pomnik, kolejne obchody ku czci tragicznie zmarłych?

Ktoś, kto robił rzeczy ważne dla swojej społeczności - a taką osobą był Wacholder - jest warty pamiętania niezależnie od tego, jak zmarł. Niezależnie, bo śmierć to rzecz, na którą nie miał wpływu.

Również obchody ku czci tragiczne zmarłych są nam potrzebne. Nie umiemy się obejść bez nadawania sensu śmierciom bezsensownym. Potrzebujemy tego. Tak się działo ostatnio w przypadku katastrofy smoleńskiej, gdzie ofiary wypadku zostały od razu nazwane męczennikami; tak się dzieje też w przypadku Żydów – wiele razy we wspomnieniach natrafiłam na zdanie „the Jews' blood was not spilled in vein”, te śmierci miały sens. Z racjonalnego punktu widzenia to nieprawda. Tragiczna śmierć zawsze jest bezsensowna. Ale rozumiem tę kulturową potrzebę nadania sensu śmierci.

To jest szczególnie potrzebne, jeśli ktoś, tak jak trzydziestu powieszonych albo tak jak Wacholder, został przed śmiercią poniżony, jego ciało zaś nie zostało poddane od razu pośmiertnym rytuałom. Obmycie ciała, uroczysty pogrzeb i pamiętanie to jest rodzaj przywracania człowieczeństwa temu, który już nie jest osobą. Ale kiedyś był i jako osoba był dla nas ważny.

Gdybyśmy więc potrafili uznać rolę jakiegoś Żyda albo Żydówki w tworzeniu Ostrowca – czego zrobić nie potrafimy – pewnie znalibyśmy Wacholdera jako właśnie męczennika lokalnej sprawy. I pewnie znalibyśmy taką mniej więcej notkę biograficzną.

Ludwik Wacholder
(1881-1942). Ostrowiecki bezpartyjny działacz, z zawodu dentysta. W 1917 r. zasiadał w radzie miasta i zasadził kasztany wzdłuż Alei 3 Maja (dziś pomnik przyrody). W latach międzywojennych był członkiem kilku komisji, w tym edukacyjnej i sanitarnej; był też szefem jednej z żydowskich instytucji charytatywnych. Zginął podczas tragicznych wydarzeń na ulicach Ostrowca 28 kwietnia 1942 roku, zabity przez SS-mana. Miejsce pochówku nieznane.

28 kwietnia 1942 r.
Pilniejsi uczniowie, tacy co sięgają do lektur dla chętnych, znaliby taki tekst źródłowy z Księgi pamięci Żydów ostrowieckich Ostrowiec. A monument of annihilated Jewish society:
Początkiem tragicznych wydarzeń był 18 kwietnia 1942 r. Od tego momentu nie było dnia bez dręczenia albo zabijania Żydów. 28 kwietnia w nocy Niemcy przeprowadzili pierwszą „akcję”, podczas której mordowali i zsyłali do Auschwitz. Specjalne SS-Straffkommando przybyło do miasta i, z pomocą lokalnego SS z Peterem Brunem na czele, zaczęli napadać na żydowskie domy, dokonywać selekcji mieszkańców i zabijać albo aresztować. Mieszkańców Stodolnej mordowali na Iłżeckiej, tych z Iłżeckiej – na Sienkiewicza, a tych z Sienkiewicza zabijali na Rynku. I tak Ostrowiec spłynął żydowską krwią. Ciała ofiar leżały na ulicach godzinami, aż nadeszło polecenie, by ciała posprzątać.
Podczas tej „akcji” zginęło 36 Żydów, a 72 wywieziono do Auschwitz. SS-mani twierdzili, że była to antykomunistyczna akcja – że zamordowani byli komunistami. To uzasadnienie było niemal tak przerażające jak same morderstwa, bo przecież wśród ofiar był Shaul Matmacher, bogobojny człowiek i erudyta, który dniami i nocami czytał Pismo Święte. Jego długa patriarchalna broda była zresztą niezbitym dowodem na to, że od nastrojów komunistycznych był jak najdalszy. Niemcy zabili też prawnika Seidla, człowieka o antykomunistycznych poglądach [i pracownika Judenratu - przyp. autorki]. Wśród zabitych był także Wacholder, dentysta, którego syjonistyczne sympatie były dobrze znane. Warto też wspomnieć, że kilka tygodni przed śmiercią Wacholder wstawił złoty ząb Peterowi, za co SS-man obiecywał mu dozgonną wdzięczność... I cóż – to właśnie Peter zastrzelił Wacholdera.
Zabici zostali także: 60-letni Icek Kudłowicz, stara 50-letnia żona Yechiela Zukerfeina, Alter Grynberg, Chaim Stamm [według innego źródła: Chaim Sztajn – przyp. autorki], Yehoshua Minzberg [podobnie jak Wacholder, działał w organizacji charytatywnej – w 1921 był sekretarzem – przyp. autorki], Szlama Kacenelenbogen i inni, których nazwiska pogrążyły się już w niepamięci. Wśród wywiezionych tego dnia byłi także „komuniści” tacy jak Alter Perus – młody człowiek, który nosił długie, przykuwające uwagę pejsy...
Panikę, którą wywołał ten dzień, trudno opisać. Strach padł na miasteczko. (...) Ślady krwi było widać jeszcze długo na ostrowieckich ulicach...*
Być może kołatałyby nam się w głowie nazwiska  Mincberga czy Grynberga. Podobnie jak Wacholder, byli oni osobami publicznymi. Może byłyby tu jakieś uliczki noszące ich nazwiska?

No i na pewno wszyscy znalibyśmy poniższe zdjęcie usuwania zwłok z ulic. Znalibyśmy zarys ciała martwej kobiety, tym bardziej poruszający, że nawet po śmierci wygląda ona pięknie. Być może wiedzielibyśmy, kim za życia była martwa kobieta, a kim martwy mężczyzna.

Ale nie wiemy. Nie wiemy tylko dlatego, że zabici byli Żydami. A Żydzi są poza naszym pojęciem „nas”, wspólnoty ostrowczan. Wszystko, czego udało mi się dowiedzieć, wpisałam pod zdjęciem.

Ostrowiec, sprzątanie ciał osób zabitych 28 kwietnia 1942 r. Jeden z podnoszących, ten w ciemnym stroju, to Leon Klejman**. Na drugim planie stoją m.in. żydowski policjant Balter (drugi z lewej, z płaszczem w ręku). Czwarty z lewej, w jasnym garniturze, to Wolman, pracownik komisji sanitarnej – chyba analogicznej do tej, w której Wacholder pracował 20 lat wcześniej. Źródło zdjęcia: Żydowski Instytut Historyczny

 * Cytat pochodzi ze stron 56-58 książki Ostrowiec. A monument on the ruins of annihilated Jewish society. Także w książce Żydzi ostrowieccy autorstwa Waldemara Broćka, Adama Penkalli, Reginy Renz można znaleźć informację o 28 kwietnia 1942 r. (s. 104-105).

** Informacja o personaliach osób na zdjęciu pochodzi z podpisów na odbitce, znajdującej się w Żydowskim Instytucie Historycznym.

piątek, 6 czerwca 2014

Rzeźba na hucie, czyli jak zmienia się Stary Zakład

Ludzie z Architektury Krajobrazu w Szkole Wyższej Gospodarstwa Wiejskiego robią właśnie rzeźbę na Starym Zakładzie w Ostrowcu, czyli w zapomnianym terenie poprzemysłowym. Dziś był pierwszy dzień pracy.

Na Starym Zakładzie do tej pory pojawiała się animacja kultury: od 8 lat co roku odbywa się tu artystyczna Kolacja na Hucie, powstał też mural związany z tą imprezą. Od roku działa Pracownia Otwarta Kontrola Jakości. Kontrola Jakości to galeria, pracownia i miejsce warsztatów.

Rzeźba krajobrazowa, sztuka site-specific to coś zupełnie nowego w tym miejscu. Inaczej niż kolacja czy wernisaż, rzeźba nie jest ulotna. No i wiadomo, rzeźba to sztuka wysoka.

Powstająca rzeźba ma być trochę animacyjna. Ma angażować, zachęcać do zabawy. Ale nadal to rzeźba, czyli poważna sprawa, a nie jakieś graffiti czy warsztaty.

Nie chodzi mi o bagatelizowanie animacji. Chcę pokazać, jak bardziej ulotne działania kulturalne pozwalają na pojawienie się trwałych zmian. Rzeźba ludzi z SGGW wiąże się z tym, co robi od lat Stowarzyszenie Kuturotwórcze Nie z Tej Bajki na Starym Zakładzie. Rzeźby nie byłoby, gdyby nie wymienione tymczasowe interwencje. Mam wrażenie, że to one pozwoliły "przetestować" estetyczne i krajobrazowe możliwości nieczynnej huty.

6 czerwca 2014 r. Powstaje rzeźba krajobrazowa.

Elementem rzeźby są fragmenty gruzu z literami.

Na pierwszym planie dr inż. Krzysztof Herman.
Wiosna 2014. Warsztaty "Sztuka i miasto" organizowane przez Klub Krytyki Politycznej w Ostrowcu. Miejsce: Pracownia Otwarta Kontrola Jakości
Wystawa Jowity Paszko w Kontroli Jakości. Grudzień 2013.
2013 rok. Na Hucie powstaje mural. Maluje Kuba Słomkowski, pomysłodawca Kolacji na Hucie.
2012 r. Scena z Kolacji na Hucie.
Kolacja na Hucie 2008. Zdjęcie pamiątkowe.
Swoją drogą, ostatnio Nie z Tej Bajki zajmuje się też innymi rzeźbami: abstrakcyjnymi, chłodnymi i niszczejącymi formami z lat siedemdziesiątych. Stoją w różnych miejscach miasta, tworząc zapomnianą outdoorową galerię sztuki. Więcej informacji na stronach Krytyki Politycznej.

Zdjęcia: Nie z Tej Bajki, http://www.nieztejbajki.art.pl i sknieztejbajki na Facebooku.

A tekstu o żydowskich ostrowiakach spodziewajcie się wkrótce, czyli pewnie jakoś w niedzielę.
.

niedziela, 25 maja 2014

Czym śmierdzieli Żydzi?

W wielu historycznych przekazach pojawia się informacja, że Żydzi śmierdzieli. Prawdę mówiąc, pojawia się we wszystkich możliwych rodzajach przekazów. W literaturze. Wspomnieniach. Współczesnych przekonaniach.

Jeśli chodzi o wspomnienia o śmierdzących Żydach, to świetne przykłady można znaleźć na wystawie „Kolonia Robotnicza – historia mówiona”, którą jeszcze do końca maja można zobaczyć na Rynku w Ostrowcu (albo w internecie w rozszerzonej nieco wersji – link podaję poniżej). Na wystawie cytowane są wypowiedzi Kolonistów – autochtonów z lat 20. – i Nabytków, czyli ludzi, którzy wprowadzili się później. Założenie jest takie, że prezentuje ona historię mówioną, czyli wspomnienia i opowieści, bez historycznego czy socjologicznego komentarza. No to ja dodam komentarz do kwestii smrodu.

Szkoła
I tak, Kolonista II mówi:
„W klasie był jeden rząd dla Żydów, no bo byli bardzo brudni, zaniedbani i zawszeni. Pielęgniarki musiały co dzień sprawdzać włosy i bieliznę. A smród w klasie był niesamowity. Jadło to cebulę smażoną na smalcu. Przyniósł taką kromę podwójną nasmarowaną szmalcem z cebulą, no to później gazowało. Nie do wytrzymania było. Nauczycielka musiała sobie szalikiem nos okręcać, bo nie była w stanie prowadzić lekcji. A dzieciarnia aż płakała. W lecie tośmy okna otwierali, no ale w zimie to można było na pięć minut i trzeba było zamykać. Z Polaków nikt się z nimi nie stowarzyszał.”
Cóż. Pamiętam własną podstawówę. I my mieliśmy śmierdziuchów i śmierdzieli, z którymi nikt się nie chciał bawić, którym przypisywano w klasie każdego puszczonego bąka. Należało krzyczeć: „Fuuuuu! Ale smród! Smród, syf, glut! Nie dotykaj go”. I choć pewnie wiele z nas czasem śmierdziało – kuchnią, w której odrabialiśmy lekcje, potem – to tylko niektóre dzieciaki za smród trwale wykluczano, smród uważano za niezbywalną ich cechę. Sprawiała ona, że z takimi dziećmi niebezpiecznie było się zadawać, żeby nie przejść tym smrodem. Żeby nie zostać zaliczonym do grupy wykluczonych, niedotykalnych klasowych pariasów, śmierdziuchów, glutów, syfów. Ta zła zabawa nie miała wiele wspólnego z rzeczywistym zapachem, a za to bardzo dużo - z piętnowaniem dzieciaka biednego albo ze wsi.
Zdjęcie z wystawy "Kolonia Robotnicza. Historia mówiona". Rekonstrukcja barwna: Maciej Biedka

Ul. Zasrana
Ze wspomnień publikowanych na wystawie o Kolonii Robotniczej wynika, że śmierdział nie tylko cały żydowski rząd ławek w szkole, ale też cała żydowska część miasta. Kolonistka III  mówi, że ul. Starokunowską, gdzie mieszkali Żydzi, nazywano ulicą Zasraną. Nabytek III dodaje nieco bardziej rozumiejąco:
Mieszkali w takich miejscach, gdzie nie było możliwości utrzymać czystości, no bo nie było kanalizacji. Nieczystości wylewali do rynsztoka. Okolice Starokunowskiej, to tamtędy się przejść nie dało. Taki smród był w mieście. Tam było dużo ciasnych uliczek, tu gdzie stoją bloki na skarpie i tu jak Młyńska, od Młyńskiej do placu Wolności na skarpie. Tam były uliczki wąziutkie, że samochód żaden by nie wjechał, takie zaułki, tam pełno było tych klitek żydowskich. Najgorsze miejsce.
Cóż, jestem pewna, że w wielu polskich domach również nie było kanalizacji. Za wiele ostrowieckich domów bez kanalizacji pamiętam z własnego dzieciństwa w latach dziewięćdziesiątych, żeby wierzyć, że to tylko Żydzi byli tak kanalizacyjnie zapóźnieni.

Dlaczego śmierdzieli?
Ze wspomnień wynika, że Żydzi śmierdzieli czosnkiem i cebulą, a ich dzielnica śmierdziała gównem i brudem. A Polacy? Cóż, Polacy sami siebie nie czuli, tak samo jak nie wiemy, jaki jest zapach naszego własnego domu i dopiero po długiej nieobecności, wchodząc, potrafimy go wywąchać. Jestem pewna, że Polacy również nie byli bez zapachu jak młode jelonki. (Podobno jelonki przez pewien czas po urodzeniu są pozbawione zapachu – inaczej zostałyby zeżarte przez leśne drapieżniki.)

Smród jest do pewnego stopnia klasowy. Jest klasowy o tyle, o ile chodzi rzeczywiście o dostęp do wody i kanalizacji. Jak ktoś jest biedny, to trudniej mu utrzymać higienę. Po równo – choć pewnie inaczej – śmierdzieli więc polscy robotnicy czy chłopi i żydowska biedota. I ośmielam się twierdzić, że polskie dzieci w szkolnych ławkach też „gazowały”.

Ale w pewnym stopniu smród jest też rasowy. Rasowy o tyle, o ile w podziale na rasy chodzi o wykluczanie. A smród świetnie się do wykluczania nadaje. Taki smród nie jest już fizyczną cechą, tylko syndromem nielubianej inności czy po prostu obcości. Ci, którzy nie są nasi, śmierdzą. Jeśli tak jest, to także Polacy śmierdzieli Żydom.

I rzeczywiście. Taki obrazek znalazłam w „Kasrylewce” Szołema Alejchema, pisarza tworzącego w języku jidysz. Oto Żydzi z miasteczka Kasrylewka, które strawił ogień, jadą do dużego miasta, Jehupca, zbierać jałmużnę na odbudowę. W pociągu muszą wsiąść do wagonu wypełnionego nieżydowskimi robotnikami:
„Trafili do wagonu, który, gdyby nie siedzieli w nim ludzie, można by uznać za przeznaczony dla świń. Straszliwy brud, gęsto i czarno od dymu, że tylko siekierę powiesić, smród nie do zniesienia. Nasi kasrylewianie, aczkolwiek nie należeli do zbyt rozpieszczonych i delikatnych, poczuli, że się dławią, że mdleją. A cóż dopiero mówić o ciasnocie. Głowa przy głowie. Pasażerowie – sami prości ludzie. Robotnicy z dziwnie jakoś pachnącymi torbami na plecach i z jeszcze bardziej osobliwie cuchnącymi łapciami na nogach. Bez przerwy kurzyli jakieś obrzydlistwo. Dymem z niego można się było udławić. Miejsc siedzących nie było.”
Zresztą w końcu znajduje się jedno miejsce obok osobnika zalanego w sztok, który jak zacięta płyta powtarza kilka wersów piosenki, przygrywając sobie na harmonii. Pewnie dodaje alkoholowy ton do opisanego zapachu.

A zatem nie tylko Żydzi śmierdzieli Polakom, ale także goje – Polacy czy Ukraińcy, bo w „Kasrylewce” rzecz dzieje się na kresach – śmierdzieli Żydom? Chodzi o wzajemną obcość zapachów? Mamy do czynienia z wzajemnością wykluczenia, obopólną niechęcią?

Tak, ale nie do końca. To nie była bowiem wzajemność symetryczna. Polacy byli uprzywilejowani, a Żydzi wykluczani, na przykład mieli ograniczony dostęp do wysokich stanowisk. „Smród” żydowski służył do uprawomocnienia wykluczania Żydów. Zaś „smród” Polaków... cóż, mógł co najwyżej poprawić samopoczucie Żydom. „Co za świnie” – mogli pomyśleć sobie w pociągu ubodzy pogorzelcy z Kasrylewki.

No to czym śmierdzieli Żydzi? Biedą, obcością i byciem gorszym śmierdzieli. I niechęcią, którą czuli do nich Polacy.

*

"Kolonia Robotnicza. Historia mówiona" - do obejrzenia tutaj.