poniedziałek, 10 lutego 2014

Jak komunikować, żeby nikt nie usłyszał

Urząd Miasta Ostrowca Św. chętnie mówi o nieudanych konsultacjach społecznych. O niskiej frekwencji. A wystarczyłoby, gdyby przestał zakładać, że mieszkańcy oleją każde konsultacje i zaczął porządnie o informować, kiedy konsultacje jeszcze trwają.

„Dziś mija czas konsultacji społecznych projektu Planu zrównoważonego rozwoju publicznego transportu zbiorowego dla Ostrowca Świętokrzyskiego na lata 2014-2024. Jak twierdzi Anna Niedbała, szefowa Biura Prezydenta Miasta, do końca minionego tygodnia nie wpłynął ani jeden wniosek do dokumentu” - tak zaczyna się tekst Co czeka MPK? Coraz mniej pasażerów, redukcja kursów, opublikowany 20 stycznia w „Gazecie Ostrowieckiej”. Na końcu artykułu też są wyrazy zdziwienia, że do tak ważnego dokumentu nikt nie zgłosił uwag. Tym razem dziwi się dziennikarz.

Ja też się dziwię. Ich zdziwieniu się dziwię. Mniej dziennikarzowi, bo ten wcześniej napisał artykuł o kilku sprawach związanych z komunikacją miejską, między innymi o planie transportowym. Bardziej dziwię się zdziwieniu magistratu. Żeby poinformować mieszkańców o konsultacjach, Urząd Miasta użył swojej strony internetowej. Jeśli chodzi o inne kanały dotarcia, to był też BIP, tablica w urzędzie i komunikat w „Gazecie Ostrowieckiej” – tylko jeden, w wydaniu między świętami a Nowym Rokiem, choć uwagi można było składać jeszcze przez kolejne trzy tygodnie.

Komunikat w tym jednym jedynym wydaniu gazety trafił na stronę, gdzie podaje się informacje o przetargach i innych rzeczach nieistotnych z punktu widzenia zwykłej Kowalskiej. Ja akurat zawsze czytam tę rubrykę, ale ten artykuł przeoczyłam. Był na dole strony, miał tytuł „Ogłoszenie”, czcionkę ósemkę, w sam raz do czytania pod mikroskopem, a pierwsze zdania zajmowała informacja o adresie urzędu i o ustawie, na podstawie której podaje się informację.

W każdym numerze „Gazety Ostrowieckiej” Urząd Miasta ma swoje dwie strony. Nazywają się „Miejski Informator Samorządowy”. W ostatnich numerach ciągle przypominał przedsiębiorcom handlującym alkoholem, że do 31 stycznia muszą złożyć raport o ilości sprzedanego alkoholu i, jeśli chcą nadal prowadzić wódkę, to muszą opłacić zezwolenie na kolejny rok. Tytuły? „Komunikat dot. przedsiębiorców prowadzących sprzedaż napojów alkoholowych”. Czcionka też niewielka, ale cały artykuł podświetlony na żółto, wyróżniał się na tle białej strony. Wniosek: jeśli Urząd Miasta chce dotrzeć z informacją do ludzi, to potrafi.

Konsultowanie różnych strategii rozwoju jest rzeczywiście obowiązkiem. Ustawa każe. Jeśli ktoś konsultacje chce odbębnić, robi to tak jak ostrowiecki urząd. Uważam jednak, że wtedy uczciwiej byłoby nie narzekać na brak uwag. Nie wytykać mieszkańcom, że się nie angażują.

Ul. Okólna, ludzie czekają na autobus

Jak mogłyby wyglądać konsultacje?

Jeśli ktoś jednak traktuje konsultacje jako szanse na poznanie zdania ludzi, ma mnóstwo sposobów – bezkosztowych albo tanich – żeby ich zachęcić do mówienia. Przede wszystkim trzeba skutecznie poinformować. A zatem przygotować komunikatywną informację prasową i wysłać do wszystkich lokalnych gazet. Umieścić informację na Facebooku. Zrobić mailing do społeczników, lokalnych stowarzyszeń, rad osiedli. Powiesić plakaty na słupach przy przystankach, ulotki rozłożyć w sklepach z biletami, w autobusach, bibliotekach, szkołach i przychodniach szkołach.

Można też pomóc ludziom – to już wyższy level – w zrozumieniu trudnego dokumentu. Można zrobić spotkanie, na którym o strategii się opowie – oczywiście wcześniej trzeba o spotkaniu dobrze ludzi poinformować, a nawet spotkanie wypromować. Promując trzeba pokazać ludziom, jakie będą mieli korzyści, jeśli wezmą udział.

Można zrobić ankietę w internecie. Boskim przykładem są konsultacje prawa autorskiego, prowadzone w Polsce na stronie http://konsultacje.prawokultury.pl. Po wejściu na stronę dostajesz podstawowe informacje i trzy drogi do wyboru. „Masz kilka minut”, „Masz pół godziny”, „Masz kilka godzin”. Pytania są dostosowane do tego, ile czasu masz na zapoznanie się z dokumentem.

No właśnie, tu dochodzimy do drugiej wady ostrowieckich konsultacji transportu miejskiego. Odbywały się tylko dla tych, którzy mieli kilka albo i kilkanaście godzin, a do tego ekspercką wiedzę i wykształcenie. Do konsultacji mieszkańcy dostali ponad 100 stron dokumentu. Wrzuciłam jego streszczenie – które powinno być najprostszą częścią – do aplikacji Logios Research, która „ocenia mglistość tekstu, a następnie mówi, jakie trzeba mieć wykształcenie, by lektura nie sprawiała problemów”. Okazało się, że przeczytanie go ze zrozumieniem wymaga co najmniej 18 lat edukacji. 18 lat edukacji to poziom studiów doktorskich.

Czasem trudno napisać poważny dokument  prostym językiem. Ale – jeśli ten dokument dotyczy wszystkich mieszkańców, nie tylko tych z aspiracjami do doktoratu – to dobrze wyposażyć go w tłumaczenie na prosty język. To mogą być dwie strony tekstu przed wprowadzeniem, może być też spotkanie, rzetelne artykuły w lokalnej prasie albo ankieta.

Warto też powiedzieć ludziom, co zrobi się z uwagami. W jakiej sytuacji się je uwzględni? Inaczej nie będzie im się chciało ich składać. Tymczasem ostrowiecki Urząd Miasta do niczego się nie zobowiązał. Nie powiedział nawet, że do każdej uwagi się odniesie. (Sama składałam kiedyś uwagi do jednego miejskiego pomysłu;  wpadły jak kamień w wodę - i mieli do tego prawo, bo w artykule z prośbą o konsultacje nawet nie przebąknęli, po co im nasze zdanie). Zawarcie takiej umowy z ludźmi jest w konsultacjach najważniejsze. Po co mieszkaniec miałby mówić komuś, jakie jest jego zdanie na jakiś temat, jeśli ten ktoś go nie słucha i nie wiadomo, czyś zrobi z przekazaną informacją? Poświęcasz kilka godzin na czytanie papierów, bo chcesz mieć wpływ na miasto. Po co to robić, skoro realny wpływ na miasto – jak zwykle – ma tylko urząd?


Gdyby ktoś miał ochotę sprawdzić:
"Miejski Informator Samorządowy" z informacją o konsultacjach,
"Miejski Informator Samorządowy" z informacją dla przedsiębiorców sprzedających alkohol,
Logios Research - do sprawdzania mglistości tekstu.

środa, 22 stycznia 2014

Bezgłowi przyjaciele Jowity Paszko

Oglądając zdjęcia Jowity Paszko z zaskoczeniem odnotowałam, że Jowita notorycznie obcina głowy ludziom, których fotografuje. Albo pozbawia ich głów na inne sposoby.



Właściwie zauważyłam to dopiero w Pracowni Otwartej Kontrola Jakości, gdzie właśnie (jeszcze do najbliższej niedzieli) wisi wystawa Jowity "Wszystko gra". Ponieważ Kontrola Jakości jest na końcu świata, czyli w Ostrowcu, to bardziej przydatny będzie link do flickra fotografki: http://www.flickr.com/photos/ijowita/. Ale na flickrze jakoś tego niedostatku głów nie zauważyłam. Potrzebny był white cube galerii w Ostrowcu, żeby spojrzeć z namysłem.


Zdjęcia Jowity wpisują się w nurt fotografii intymnej. Przypominają  zdjęcia Nan Goldin albo choćby polskiego Kuby Dąbrowskiego (za kilka dni jego wystawa będzie do obejrzenia w Zachęcie, warto!).

Fotografia intymna ma to do siebie, że często bywa stylizowana na amatorskie zdjęcia. Jowita robi zdjęcia analogowym automatycznym aparatem – takim samym, jakich jeszcze niedawno używało się do fotografowania na chrzcinach, urodzinach i na innych imprezach, ku zgorszeniu profesjonalistów, nazywających takie aparaty głupkami albo małpkami (miało to chyba znaczyć, że nawet małpa umiałaby obsłużyć). Tymczasem przy takiej amatorskiej pamiątkowej fotografii forma nie ma znaczenia; ważny jest moment warty utrwalenia i to on decyduje o tym, że zdjęcia z głupka – nawet źle skomponowane, nieostre albo niedoświetlone – będą później oglądane. Ważne są bliskie osoby, które są na zdjęciach – dzięki fotografii zatrzymane w momencie, którego już nie ma – a nie świetna kompozycja. Oczywiście Jowita używa amatorstwa jako języka, świadomie. Ta konwencja pojawia się po to, żeby zasygnalizować bliskość fotografującego i fotografowanego.



Tylko że obcinanie ludziom głów do kanonu fotografii intymnej nie należy. I nie może należeć, bo do rozpoznawalnego przedstawienia osoby potrzebne jest przedstawienie jej twarzy. Złe kadrowanie pasuje do konwencji, ale przecież nie coś takiego...


Mam dwa albo trzy pomysły, jak to wyjaśnić. Albo tak, że brak głów daje humorystyczny efekt, a ten pozwala przekłuć bańkę sentymentalizmu fotografii intymnej. Albo bardziej filozoficznie: zdjęcia Jowity, nie respektując nienaruszalnych granic ciał, te ciała uprzedmiotawiają. Pokazują ich materialność. Bezgłowy człowiek jest na nich tylko jednym z wielu obiektów, które składają się na umeblowanie świata.

Pierwsza teoria współgra z drugą. Przecież, zdaniem Bergsona, śmiech jest sposobem na przezwyciężenie – a może poradzenie sobie – z materialnością, bezwładnością, sztywnością ciała.


A zresztą.... ważne, że bezgłowi ludzie to znak rozpoznawczy Jowity Paszko. Dalej wymyślajcie sami. W końcu sztukę ogląda się po to, żeby mieć zabawę przy interpretowaniu, prawda?

Więcej o Jowicie w tekście kuratorskim na stronie organizatora wystawy, Stowarzyszenia Kulturotwórczego Nie z tej Bajki. No i flickr: http://www.flickr.com/photos/ijowita/.

niedziela, 29 grudnia 2013

Miejsca (nie)użyteczności publicznej

Zeszłej zimy tygodnik "Przegląd" opublikował artykuł "Dworce kolejowe tylko dla bogatych". Autor pokazywał, jak - poprzez drobne zmiany w architekturze podczas renowacji - dworce PKP stały się miejscami przyjaznymi tylko dla zamożnych. Zniknęły ciepłe poczekalnie, zastąpiły je kawiarnie. "Kolej to egalitarna forma transportu publicznego, służąca dotąd nawet najbiedniejszym obywatelom. Czy nowe dworce im sprzyjają? Niekoniecznie" - pisze Ludwik Tomiałojć, emerytowany profesor. Wspomina też o prywatyzacji poczekalni - mogą z niej korzystać tylko ci, którzy mają bilet. Inni stoją na zimnie. 

Podobnie jest na największym warszawskim dworcu autobusowym, Dworcu Zachodnim, z którego dość często korzystam. Ogólnodostępna hala dworca jest zimna, latają gołębie, a ochrona dworca pokrzykuje na bezdomnych. Przyjemnie jest tylko w tych wygrodzonych miejscach, do których dostęp jest warunkowany kupieniem jakiegoś towaru: biletu autobusowego, kawy, posiłku.

Z Dworca Zachodniego odjeżdżają autobusy kilkudziesięciu przewoźników z całej Polski, ale ciepła poczekalnia jest przeznaczona tylko dla pasażerów autobusów warszawskiego PKS Polonus. Przed wejściem do niej zarządca dworca informuje, że „serdecznie zaprasza z ważnym biletem na kursy Polonus” (zdjęcie).

W ten sposób degradacji ulega całość Zachodniego – nieodawiana, coraz bardziej nieprzyjemna – i te wygrodzone miejsca, które, choć ciepłe, są coraz mniej dostępne, bo z finansową barierą wstępu.


Zdjęcie 1. Warszawa Zachodnia - Dworzec PKS. Europejscy użytkownicy miejsc (nie)użyteczności
Również wyszukiwarka połączeń na stronie internetowej obejmuje tylko autobusy warszawskiego przedsiębiorstwa. Trzeba przejść na inną, nową stronę internetową, chyba też prowadzoną przez Polonusa, żeby znaleźć listę wszystkich połączeń. Tak, to bardzo skomplikowane.

Wydaje mi się, że te procesy ograniczania dostępu do miejsc użyteczności publicznej są z tego samego porządku, co zaostrzanie praw autorskich czy grodzone osiedla. I że biorą się z chęci działania dla zysku. Niestety efekt jest taki, że to, co wspólne – przestrzeń publiczna czy, szerzej, zbiorowa komunikacja – przestaje dobrze funkcjonować. Poczekalnia tylko dla pasażerów Polonus nie zawsze jest czynna (jak na zdjęciu), a jak jest otwarta, to świeci pustkami. Coraz trudniejsze w obsłudze stają się też połączenia autobusowe – bez wspólnych rozkładów jazdy, bez wspólnych dworców, bez wspólnych poczekalni, nie zawsze ze wspólnymi kasami, każde z innym systemem rezerwacji miejsc czy przedsprzedaży biletów.

Nawet w internecie, gdzie podobno jest wszystko, brakuje portalu, który zbierałaby wszystkie połączenia na takiej, dajmy na to, trasie Ostrowiec-Warszawa. Już teraz chyba tylko heavy-userzy, tacy jak ja, są w stanie w tym się połapać. Czekam, aż pojawią się biura podróży, które za pieniądze będą ogarniać podróże krajowe. Ludzie, których będzie stać, zapłacą biuru podróży za dostarczenie informacji niezbędnych do załapania się na bus czy autobus. Potem na dworcu, jeśli autobus będzie się spóźniał, poczekają w cieple kawiarni. A pozostali będą się męczyć.


Zdj. 2. Plac Defilad. Prowizoryczny dworzec busów, 2010 rok. To na pewno nie jest przyjazny rozkład jazdy w ciepłej poczekalni.... Pada śnieg i mój bus się spóźnia, inni też czekają.

Jest zima, więc pasażerowie prywatnych busów do Ostrowca stoją na wietrze pod Pałacem Kultury, pasażerowie Polskiego Busa stoją na deszczu na pętli Metro Wilanowska, a pasażerowie Luna Trans po ciemku szukają swojego busa na parkingu przed Dworcem Zachodnim. W budynkach dworców kolejowych emerytowani profesorzy marzną na kość i w efekcie postanawiają o tym napisać artykuł do "Przeglądu". 

Bądźmy jednak optymistami. Czyż nie jest to piękne, że podróże, tak jak to dawniej bywało, są znów tak ekscytujące, pełne doznań i przygód?

niedziela, 10 listopada 2013

Ludwik Hering, anty-antysemita

Ludwika Heringa podobno na nowo odkryło wydawnictwo Czarna Owca, publikując w 2011 r. jego trzy wojenne opowiadania w tomie „Ślady”. Ja  odkryłam go w 2013 roku, kiedy zorientowałam się, że te opowiadania opowiadają o okolicy, w której mieszkam: Stawki, Okopowa, mury Powązek i Cmentarza Żydowskiego.

W najdłuższym z tych trzech wojennych opowiadań, "Meta", Hering przedstawia postać Brzozowskiego - schorowanego, ponurego starca, stróża nocnego w fabryce - samotnego wśród antysemickiej większości.

O stosunku warszawiaków-Polaków do warszawiaków-Żydów w czasie wojny opowiada z przekąsem:
Ludzie pozbawieni wyobraźni wspierali żydowskie dzieci. "Zawsze to dziecko" - mówiono; zapominano, że z małego żydziaka wyrośnie dorosły parch.
(...)
Inni ze względów "ideowych" gorszyli się i wzdychali: "Boga się nie boją - wstydu nie mają - Żydom pomagać? A żeby to tak nas spotkało - czyby który z nich nam pomógł - chciałbym wiedzieć!"

U Heringa antysemitami są wszyscy: młodzi endecy, którzy zabijają syna Brzozowskiego i jego żydowskiego kolegę; żona Brzozowskiego, która do sąsiadki w żałobie mówi: "że pana syna zabili, to rozumiem. Ale mojego?". Sąsiedzi z dołu, robotnicy, którzy podziwiają pana inżyniera, szefa za pogardę wobec Żydów. Wreszcie inżynier, który każe zabijać Żydów, a ze znajomymi z "wyższej sfery" po wypicu herbatki idzie oglądać płonące getto.
Gdy wracali, biała, krótkowzroczna blondynka z drżącym przy każdym kroku biustem - wpatrzona w pantofelki, potykając się o kamienie - zwierzała się prowadzącemu ją panu:
- Chwilami zapominam, że to są Żydzi, i to jest jednak straszne.
- Właśnie to: za-po-mi-na-my. My, Polacy, jesteśmy sentymentalni. To nasza wielka narodowa wada.
Skupił się i smutno a stanowczo skończył:
- Musimy pa-mię-tać, a wtedy to ocenimy. - Skłonił głowę w kierunku getta. - Docenimy to jako rozwiązanie kwestii, której sami, przez sentymentalizm właśnie, nie potrafiliśmy w porę i... obawiam się... nie potrafilibyśmy nigdy rozwiązać.
Powszechna opinia o miastach w czasie wojny jest taka, że Żydzi znajdowali tam wsparcie, byli ukrywani. Hering tej opinii odbiera jednoznaczność. Ale oczywiście to tylko depresyjna literatura. Zresztą Hering to nie jest polskie nazwisko. Każdy prawdziwy Polak wie, co to oznacza.

sobota, 21 września 2013

Dwie albo trzy ostrowieckie historie z architekturą w tle

Pierwsza historia to cykl zdjęć „Pozdrowienia z Ostrowca” Wojtka Mazana. Cykl to tak naprawdę zestawienia zdjęć – dyptyki typu „kiedyś” i „teraz” albo „znajdź 5 różnic". Na zdjęciach jest architektura PRL-owska, Gierkowska, źle urodzona. Pierwsze zdjęcie w zestawieniu to pocztówkowy widoczek z czasów świetności. Drugie to dzisiejsza fotografia, zrobiona z tego samego miejsca, w którym stał fotograf 40 czy 50 lat temu, o tej samej porze dnia, obiektywem o tej samej ogniskowej. Nie wnikając w szczegóły – zdjęcia podobne jak dwie krople wody. Tym lepiej widać, jak architektura się zmienia...

Ale co będę gadać, przeczytajcie mój tekst o wystawie w "Architekturze Muratorze", zajrzyjcie na tumblra Wojtka. Wystawę można oglądać w Ostrowcu w Pracowni Otwartej Kontrola Jakości co niedzielę w samo południe na oprowadzaniu kuratorskim, można też umawiać się telefonicznie. Koniec reklamy.
 
Zdjęcie: T. Hermańczyk, 1968,W. Mazan, 2012. Z cyklu "Pozdrowienia z Ostrowca". fot.  Wszelkie prawa zastrzeżone. Stąd.
Druga historia to debata „Jak ożywić rynek?”. Chodzi o rynek w Ostrowcu, który został skrytykowany w książce Grzegorza Piątka, Jarosława Trybusia, Marcina Kwietowicza "Lukier i mięso. Wokół architektury w Polsce po 1989 roku". Zaczęło się od mojego listu do "Gazety Ostrowieckiej", a skończyło właśnie na debacie z prezydentem miasta, Marcinem Kwietowiczem, Romanem Rutkowskim i Agnieszką Wiśniewską. Na efekty trzeba poczekać, ale ja w międzyczasie miałam już jeden: odkryłam w sobie organizatorkę.

Ostrowiec.tv. Relacja z debaty do obejrzenia tutaj

Jakoś ostatnio interesuję się Ostrowcem. To naprawdę ciekawe miasto. Dużo tematów można tam znaleźć. W Warszawie oczywiście jest ich więcej, ale większość wyeksploatowana. Nawet zdjęcia robię częściej w Ostrowcu niż w Warszawie.


Warszawa jest jak McLuhanowskie gorące medium: wiele się tu dzieje, wystarczy tylko biernie śledzić. Widoki tutaj są zrobione z myślą o fotografującym; takie gotowce, że aż nie chce się wyciągać aparatu. Ostrowiec to medium zimne; nie ma tu gotowych widoków ani wydarzeń. Trzeba włożyć trochę wyobraźni, żeby wykrzesać z tego miasta obraz albo temat. A wydarzenie? Trzeba je zorganizować.

sobota, 29 czerwca 2013

Sztuka wygląda przez okno, czyli "Fatamorgana na Solcu" Heleny Wawrzeniuk

To proste i bardzo fajne: zrobić wieczorem projekcję w małej przestrzeni, powiedzmy, w dwóch pokojach pracowni na parterze, tak, żeby ekrany wisiały jak firanki w oknach. Wtedy film zobaczą nie tylko zaproszeni ludzie, którzy są wewnątrz - zarówno pomieszczeń, jak i świata sztuki - ale też przypadkowi przechodnie. Choć nie będą wtajemniczeni w tytuł filmu ani fabułę, to zobaczą niezwykłe okna pełne światła i kolorów. Dobrze, jeśli film jest zrobiony z dużą troską o plamy kolorów. Treść tych plam i fabuła są mniej ważne: kiedy przechodzi się pod oknami, trudno śledzić akcję, treść symboli, dialogów.

To puszczanie filmu przez okno będzie trochę przypominało głośne puszczanie muzyki przy otwartym oknie. Okno zwykle oddziela wnętrze od zewnętrza, tutaj jednak otworzy nieoczekiwany przepływ informacji. Różnica będzie taka, że puszczanie muzyki przez okno byłoby inwazyjne, bo zwykle wymusza jej słuchanie na sąsiadach; pokaz filmu w oknach będzie zaś po prostu inkluzywny. Światło i kolory w oknie nikomu nie wadzą.

Trzeba pamiętać, że adresatami są też ludzie, którzy przyszli na projekcję. Dlatego dobrze we wnętrzu przygotować dla nich siedzenia, żeby wygodnie mogli obejrzeć film od początku do końca, i umieścić dodatkowe ekrany tak, żeby mogli ze środka śledzić cały film.

Ten pomysł na przestrzenną aranżację projekcji stworzyła Helena Wawrzeniuk. To, co opisałam,  to projekcja jej filmu "Fatamorgana na Solcu" czy raczej wydarzenie pod tą nazwą, które Helena zorganizowała w maju. Film był bardzo ładny, ale jednak dla mnie najważniejsza była przestrzeń. To, jak autorka ją zbudowała - otwierając do wnętrza mieszkania i  na ulicę - uważam za rewelacyjne.

Zobaczcie to sami na krótkim dokumencie:


Zresztą nie dziwi mnie, że to tak pomysłowo zrobione. Znam poprzedni projekt Heleny - "Planty na Ochocie", który zajął  I miejsce w konkursie FutuWawa (więcej o "Plantach" np. w "Res Publice Nowej"). W "Plantach..." Helena proponowała takie zmiany, które poszerzyłyby korzystanie z przestrzeni publicznej przez mieszkańców osiedla, choć ci  niewiele się spodziewają po swojej okolicy poza tym, że chcieliby mieć gdzie postawić swój samochód. Podobna rzecz pojawiła się w "Fatamorganie..." - choć przecież mogłoby to być zwykłe puszczenie filmu dla garstki zaproszonych osób.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Macewy, lastriko i Jan Kochanowski

Cmentarz Żydowski w Warszawie to jeden z niewielu czynnych cmentarzy żydowskich w Polsce. Poszłam na spacer i byłam zaskoczona, że są tam nie tylko omszałe macewy, ale też na przykład obeliski z marmuru:

groby z ciekawymi rzeźbami:

 

groby z lastriko z lat 70. XX wieku i z marmuru z lat 90.:


groby zdradzające zanurzenie zmarłych i ich rodzin w polskiej kulturze (nie wiem, czy dobrze widać, ale to jest cytat z "Trenu VIII" Jana Kochanowskiego):


W niektórych częściach cmentarza pachnie ściółka, panuje wilgoć i jest jak w lesie (włącznie z komarami). Chodzi się wąskimi ścieżkami. Nie bardzo się da wejść między groby, bo pnie wypełniają dosłownie każdy prześwit między nagrobkami. A te były stawiane i tak już bardzo gęsto. Swoją drogą, ciekawe dlaczego.


Warto zajść na Cmentarz Żydowski, żeby zobaczyć, że wcale nie składa się z rzędów macew i kilku oheli z napisami po hebrajsku. I żeby zobaczyć, z czego w takim razie się składa. W ten sposób można się tu spotkać z naszym polskim obcym, którego inność - jak się okazuje - nie jest taka, jak zwykliśmy ją sobie wyobrażać.