sobota, 9 sierpnia 2014

Chcą pamiętać

Za sprawą Żydów, a właściwie miejskiego projektu ich upamiętnienia, w Ostrowcu przebudzili się mieszkańcy. Spodziewałam się tego, pisząc w poprzednim poście: „żydowski temat często budzi niespodziewane pokłady energii, nauczyłam się tego już dawno”.

30 lipca do Urzędu Miasta trafił list gratulacyjny. Podpisało się pod nim 12 organizacji działających w Ostrowcu. Za tymi organizacjami stoją lokalni eksperci w dziedzinach historii, kultury, działań społecznych i rozwoju lokalnego. W liście piszą:
„w związku z Uchwałą Nr LVII/106/2014 z dnia 30 czerwca 2014 r., podjętą przez Radę Miasta Ostrowca Świętokrzyskiego, niżej podpisane organizacje wyrażają swoje poparcie dla wzniesienia pomnika upamiętniającego Żydów z Ostrowca Świętokrzyskiego i okolicy zamordowanych przez Niemców w latach 1939-1945.
Cieszymy się, że Ostrowiec zadba o pamięć o żydowskich mieszkańcach, którzy zginęli w czasie Holocaustu. Wyrażamy szacunek dla inicjatywy budowy pomnika i gratulujemy Radzie Miasta.
Rok temu w rocznicę powstania w getcie warszawskim w stolicy zawyły syreny. Ale nie tylko Warszawę współtworzyła żydowska społeczność. Ostrowiec także. Dziś Ostrowiec dołącza do grona miast, które decydują się na upamiętnienie tej części przeszłości, a zarazem na zachowanie swojej tożsamości i historii.
Dzięki pomnikowi Ostrowiec upamiętni swoich tragicznie zmarłych mieszkańców pochodzenia żydowskiego. Pod koniec XIX wieku Żydzi stanowili ponad 80% ludności Ostrowca. Przed II wojną światową, w związku z rozbudową przemysłu, odsetek mieszkańców pochodzenia żydowskiego zmalał, ale nadal wynosił 36%. Po wojnie do Ostrowca wróciła już tylko niewielka grupa osób pochodzenia żydowskiego. Pozostali zginęli, zabici przez faszystów. Nie mamy wątpliwości, że należy im się upamiętnienie.”
Na Facebooku powstał profil Pomnik Żydów ostrowieckich. Stworzyli go mieszkańcy i mieszkanki miasta. Pierwszy wpis brzmiał tak:
Niedługo w Ostrowcu stanie pomnik Żydów ostrowieckich. Pomyśleliśmy, że to dobra okazja, żeby zacząć mówić o żydowskiej przeszłości miasta. Jesteśmy ostrowczanami i badamy tę historię od dawna. no to zaczynamy!
A dalej jest bardzo merytorycznie. Kto jeszcze nie zna, niech koniecznie pozna. Naprawdę  k-o-n-i-e-c-z-n-i-e.

Fragment Pomnika Ofiar Obozu Zagłady w Treblince autorstwa Adama Haupta, Franciszka Duszeńki i Franciszka Strynkiewicza, z 1964 roku. Fot. Wojtek Mazan. Więcej: Pomnik Żydów ostrowieckich

wtorek, 15 lipca 2014

Będzie pomnik

Najpierw w skrócie: Rada Ostrowca zdecydowała, że w mieście powstanie pomnik Żydów ostrowieckich. Dość skromny kamień z tablicą stanie w miejscu  synagogi, zniszczonej w czasie wojny. Koszt: około 20 tysięcy. Część radnych głosowała przeciw, ale uchwała została przyjęta większością głosów. Pomnik  stanie jeszcze w tym roku. Będzie wyglądał mniej więcej tak:

Kielecki wzór dla ostrowieckiego pomnika, kamień z napisem: "Pamięci 27 000 Żydów z Kieleckiego getta zamordowanych przez Niemców w latach 1939-1944 w Kielcach, Treblince i innych obozach zagłady  - społeczeństwo Kielc". Źródło zdjęcia: uchwała Rady Miasta (link - uchwała do pobrania).

Mimo nudziarskiej formy pomnika cieszę się, że w ogóle będzie. Bardzo brakuje mi w przestrzeni Ostrowca obiektów, które w jasny sposób wiązałyby się ze sztetlem Ostrowiec. Dla przyjezdnego jedynym takim miejscem jest lapidarium, czyli ogrodzona część kirkutu. Dla mieszkańców jest takich miejsc nieco więcej, żydowską przeszłość wywołuje nazwa Domu Heinego czy "Kierkutu". ("Kierkut" to nieformalna nazwa, na mapie dawny teren cmentarza nosi nazwę Wzgórze Parkowe.) Są też rodzinne opowieści, związane z domami, podwórkami... Opowieści są dobrym nośnikiem pamięci, ale potrzebują stabilnego źródła, odniesienia do wiedzy; inaczej osuwają się w miks legendy, scen z filmów i urywków wiedzy z historii. Pomnik to trwały dowód na to, że coś w danym miejscu się zdarzyło.

Dobrze, że pomnik będzie prosty, najprostszy z możliwych. Chyba wolę to niż wymowne formy, które łatwo sprowadzić do kiczu. Minusem dyskretnych form jest jednak to, że niezbyt mocno zapadają w pamięć...

Zresztą, zobaczymy, co będzie. Żydowski temat często budzi niespodziewane pokłady energii, nauczyłam się tego już dawno. Póki co, ciekawe rzeczy działy się na radzie miasta, na której uchwalono powstanie pomnika. Radny Włodzimierz Sajda stwierdził, że to Państwo Izrael powinno sfinansować ten pomnik. Prezydent Jarosław Wilczyński odparł zdecydowanie, że "nie stawiamy pomnika państwu Izrael, ale ostrowczanom narodowości żydowskiej, zamordowanym w czasie II wojny światowej".

No, dokładnie! Żydzi byli ostrowiakami, płacili podatki, służyli w wojsku. Budowali domy, które nadal stoją, sadzili drzewa, z którego cienia dzisiaj korzystamy. Dlatego bardzo się cieszę, że będzie pomnik i że gwarantuje to uchwała Rady Miasta (Uchwała Nr LVII/106/2014 Rady Miasta Ostrowca Świętokrzyskiego z dnia 30 czerwca 2014 r.w sprawie wzniesienia pomnika ku czci Żydów z Ostrowca Świętokrzyskiego i okolicy zamordowanych przez Niemców w latach 1939-1945).

sobota, 28 czerwca 2014

Stolarz Lejzor, którego dzieci wyjechały do Ameryki, i inni mieszkańcy domu przy Rynku

Pamięci Minców (Mintzów) i Kłosów (Klossów), którzy mieszkali w domu przy Rynek 53-54, oraz Sali i Rywci Milgram. 

I.  Mieszkańcy domu przy Rynku
W północno-wschodnim rogu Rynku w Ostrowcu od lat mieści się jubiler. Odkąd pamiętam, można było tutaj kupić biżuterię: srebrne i złote łańcuszki, pierścionki, krzyżyki.

Jubiler mieści się na parterze. Nad nim widać pięknie zdobioną balustradę balkonu. Pod balkonem szyld: „Firma złotniczo-jubilerska. Rok założenia 1942”.

Firma istnieje 72 lata. To dokładnie tyle lat, od ilu nie ma już żydowskiej społeczności w Ostrowcu. Likwidacja getta nastąpiła 10-11 października 1942 roku. W tym samym roku zaczął działać znany mi sklep jubilerski.

Pewnie udało się to tak szybko, bo wcześniej tuż obok również znajdował się zakład złotniczy. Jego właścicielem był Jankiel Minc (Mintz).

Złotnik Jankiel Minc (Mintz)
Jankiel Minc (Mintz) urodził się 30 października 1879 roku w Ostrowcu. Jego ojciec, Moszek, też był złotnikiem; Jankiel od ojca dostał więc życie, zawód i dom w Ostrowcu.

Jednak czasy się zmieniały. Jankiel jako dwudziestopięciolatek widział Republikę Ostrowiecką – echo rewolucji 1905 roku. Echem nowych czasów były też emigracje. Już od początku XX wieku młodzi wyjeżdżali do Ameryki, nie mając albo nie widząc dla siebie miejsca w tradycyjnym sztetlu. Powody były zresztą różne, opisuje je w osobnym rozdziale Księga pamięci Żydów ostrowieckich.


Dlaczego do Ameryki wyjechała trójka dzieci złotnika Minca (Mintza)? Może nie wiedzieli dla siebie przyszłości w chasydzkim Ostrowcu; może chcieli się przekonać, czy to prawda, że istnieją na świecie kraje bez antysemityzmu. Takie przyczyny wyjazdu wskazał w artykule o swoim ojcu Israel Blajberg (o Abramie Blajbergu wkrótce napiszę). Tak czy inaczej,  w latach 20. wyjechała trójka dzieci złotnika. Enya Minc (Mintz) i Abram Minc (Mintz) wyjechali do Argentyny, a Lejbus Minc (Mintz) do Stanów Zjednoczonych.

Ci, którzy wtedy wyjechali, ocaleli. Wszyscy Mincowie, którzy pozostali w Polsce, zostali zabici. Zginął 63-letni Jankiel, jego druga żona Chana Fajga i trzech nastoletnich synów: Nusyn, Lejzor i Josek, a także brat Jankiela, Leibl.

Po wojnie Enya wyśle do urzędu miasta pytanie o losy mieszkańców swojego rodzinnego domu. Dowie się tylko, że daty śmierci są nieznane. I że jej ojca, złotnika Jankiela Minca, trzymano przy życiu dość długo jako wykwalifikowanego pracownika.


Stolarz Lejzor Kłos

Jednym z nielicznych śladów po tamtym życiu jest rejestr mieszkańców domu przy Rynek 53-54 z magistratu z roku 1932 r. W kamienicy mieszkało ponad 30 osób. Nie tylko Mincowie z dziećmi i rodzicami, ale też Blumanowie, Rozencwajgowie (Rosencwajgowie), Cukierowie i Kłosowie (Klossowie). Właściwie zresztą Mincowie i Kłosowie byli rodziną – żona Lejzora była córką Chaima Mordki Minca (Mintza).

Rodziny wielodzietne i wielopokoleniowe – dla miłośników tradycji to sielanka, a dla indywidualistów wystarczający powód do ataku klaustrofobii. Ostrowiec z tradycyjną hierarchią, dziedziczonymi zawodami i religijnością konkurował z Ameryką, w której podobno można było decydować o własnym życiu. Może właśnie bycia self-made-manem chcieli młodzi emigranci, Klossowie i Mincowie? Bo nie tylko trójka Minców, ale też piątka Klossów opuściła Ostrowiec...


Fragment rejestru mieszkańców kamienicy przy ul. Rynek 53-54 z 1932 roku, notka o wyjeździe Jankiela Kłosa.

II. Listy z Ostrowca do La Paz w Boliwii
Lejzor i Chana Gitla Kłosowie (Klossowie) byli urodzeni w latach 60. XIX wieku. Lejzor był stolarzem. Z rejestru wynika, że Chaja Gitla, z domu Minc (Mintz), urodziła Lejzorowi siedmioro dzieci: Naftalego, Laję Chaję, Gerszona, Rywę, Itę, Jankiela i Mordechaja (Mordkę). Pięcioro z nich – wszyscy oprócz Lai Chai i Mordki – wyjechali do Ameryki mniej więcej w tym samym czasie, co dzieci Minców. 


Jankiel Kłos wyjechał „do Ameryki”, a dokładniej do Argentyny, w 1924 r. Do Argentyny wyjechali też wszyscy bracia i Ryva. Zaś Ita wyjechała do Boliwii.

I to do La Paz w Boliwii wysyłane były listy, które dostałam od potomka Ity Kloss (Kłos), Marcosa Zylberberga.

Listy pochodzą z lat 1939-1941. Były pisane przez matkę emigrantki, ponad siedemdziesięcioletnią już Chanę Gitlę. Podpisywał je też Lejzor, jej mąż. W listach najczęściej pojawiają się wnuczki Chany i Lejzora: Sala i Rywcia Milgram, dzieci Lai Chai. Adresatką jest Ita – dla Chany córka, dla Sali i Rywci ciocia.

Czytając je, trzeba pamiętać, że to ostatnie dowody istnienia tej części rodziny, która zdecydowała się pozostać wierna tradycji, nie chciała porzucać stolarstwa i domu przy Rynku.

Po pierwsze, zwróćcie uwagę, że listy są po polsku. Po drugie, totalnie zaskakujący i wstrząsający jest ton tych listów: choć pochodzą z lat 1939-41, to opisują sielankę zupełnie normalnego, codziennego życia. Jeszcze w lutym 1939 roku (pierwszy list) siostrzenica pisze do cioci Ity: „a więc chodzę do szkoły, gdzie staram się dobrze uczyć, gdyż wiem że nauka doprowadza człowieka do celu”.

Mijają dwa lata, jest 1941 rok, Sali wyrabia się charakter pisma. Już mniej dziecinnymi literami opisuje sielankę rodzinną Kłosów: „przychodzimy często do babci, nawet bardzo lubię gdy przychodzę, bo kochana babcia i kochany dziadek bardzo często Was wspomina. A pozatem nic ciekawego.”

Nic ciekawego poza tem, że za półtora roku żydowska społeczność Ostrowca przestanie istnieć.

Dn. 9 II 1939 r.
Kochani wujostwo!
Najdroższa ciociu, bardzo cioci dziękuję za pamięć o mnie. Chyba ciocia jest ciekawa wiedzieć co u mnie słychać? A więc chodzę do szkoły, gdzie staram się dobrze uczyć, gdyż wiem że nauka doprowadza człowieka do celu. Gdy po nauce mam wolny czas, to spędzam najwięcej z kochaną babcią, która też do nas często przychodzi. Gdy przychodzę do dziadków, to staram się ich rozweselić. Dziadkowie też są dla mnie dobrzy, dają mi co dzień na czekoladę. Kochana ciociu i drogi wujaszku! Tak bym Was chciała zobaczyć, nie chce mi się wierzyć, że taki szmat drogi nas rozdziela, a jednak tak przecież jest w rzeczywistości. Kochani przyślijcie mi zdjęcie wasze, to będę myślała że jesteście razem z nami. My też sobie zrobimy zdjęcie i przyślemy wam. Kończę mój liścik. Całuję ciocię i wujaszka w powietrzu. Do widzenia i do zobaczenia! ale kiedy? Pozdrawiam wszystkich moich najbliższych.
Wasza kochająca Was siostrzenica.
Sala Milgram.
 

Kochani moi!
Kochana ciociu i kochany wujaszku. Dużo do was pisać nie będę gdyż muszę napisać lekcję ze szkoły. Bardzo za Wami tęsknię chciałabym Was zobaczyć i nacieszyć się z wami. Do widzenia! Bądźcież mi zdrowi. Wasza nigdy nie zapominająca
Rywcia Milgram
[Dalej tekst jest napisany w jidysz]



Ostrowiec, 21 VIII 1940 r.
Kochane dzieci!
Otrzymałam Wasz list, za który Wam bardzo dziękuję. Bardzo się ucieszyłam, że jesteście zdrowi. U nas nic nowego jesteśmy B. dzięki zdrowi wszyscy. Symcha jest w domu. Od teściów z Łodzi otrzymuje listy u nich wszystko dobrze. Co słychać u Was piszcie mi często, od Naftali nie otrzymuję żadnego listu. Może Wy otrzymujecie od Niego listy, a jak nie to może Ty napiszesz, żeby do mnie napisał. Dziękuję za dosipanie [dopisanie], że Rywa urodziła córkę i Gerszon ożenił się, bardzo się cieszę. Napisz im żeby napisali do mnie. Powiedz Fruchtgartenowi żeby napisał do rodziców, oni bardzo się martwią, przychodzą do mnie często, proszą żebym dopisała. Kończę moje pismo.
Całuję Was wszystkich ukłony dla całej rodziny. Proszę Cię jeszcze raz napisz często.
Twoja Matka, która pragnie Cię jeszcze zobaczyć
Chana Gitla Kloss.
Każdy się cieszył Twoim listem.
ojciec bardzo prosi odpowiedzić zara
[na marginesie] Leizor Klos.
[Na odwrocie, innym charakterem]
Moj Kochanych
proszę bardzo ukłon dla moich dzieci Fuchtigartenowie proszę ich bardzo żeby napisali do mnie chwała Bogu jesteśmy wszyscy zdrowy. ... Od Ruchci nie mam żadnej wiadomości.
Waszych rodziców Jakób z Necha Chana Fuchtgart.

Ostrowiec dn. 5 I 1941 r.
Najdrożsi Wujostwo!
Przedewszystkiem bardzo Wam dziękuję za pamięć o nas. Co prawda mamusię trochę rozgniewało, iż nie raczyliście do nas osobno napisać kilka słów, ale mniejsza o to, grunt, że jesteście zdrowi. Tak bym chciała zobaczyć małą dzidziusię, napewno musi być śliczną tak jak ciocia, a może podobną do kochanego wujaszka? Proszę mi napisać. A zresztą nie ja, mamusia, tatuś i mała Rywcia, bardzo prosimy by wujostwo było takie dobre i zrobiło sobie wspólnie zdjęcie z małą. Proszę nie odmawiać nam tej prośby, za co z góry bardzo Wam dziękujemy. A teraz napewno jesteście łask (skreślone) ciekawi usłyszeć od nas coś ciekawego i nowego. A więc: Ojciec był na wojnie przeszło osiem miesięcy. Dzięki Najwyższemu Bogu wrócił do domu zdrów. Radość naszą sama rozumiesz. Obecnie pracuje nadal przy stolarstwie. Napewno jesteście ciekawi usłyszeć coś od Mordki? Wujek Mordka jest zdrowy i pracuje przy stolarstwie i cieszy się zdrowiem swych dzieci. Przychodzimy często do babci, nawet bardzo lubię gdy przychodzę, bo kochana babcia i kochany dziadek bardzo często Was wspomina. A pozatem nic ciekawego. Proszę do nas częściej pisać i nie zapominać o przysłaniu nam fotografii. Kończę me pismo.
Pozdrawiam Was czule i gorąco. Osobne pozdrowienia dla małej ślicznotki. Proszę ją w moim imieniu dobrze wyściskać i wycałować. Mamusia, tatuś i mała Rywcia, gorąco Was pozdrawiają i bardzo proszą o parę słów!! Mordka z dziećmi Was pozdrawia i życzy Wam dużo szczęścia i radości.
Proszę nie zapomnieć o przyrzeczeniu fotografii. Całuję Was z daleka.
Wasza kochająca siostrzenica.
Sala Milgramówna

Jerzy Bronisław Braun, ostatni delegat rządu londyńskiego na kraj, a swoją drogą autor piosenki „Płonie ognisko i szumią knieje”, w lipcu 1945 r. napisze, że lukę po Żydach wypełnili szybko przedsiębiorczy Polacy i nie należy się spodziewać, że ustąpią miejsca. Oto tworzy się polska klasa średnia!* Kto w obliczu takiej szansy dla narodu polskiego chciałby pamiętać o żydowskim złotniku, parze staruszków, których piątka dzieci wyjechała za granicę i o małej, zdolnej dziewczynce?


*

Opowiadając tę historię, opieram się na rodzinnych wspomnieniach i wynikach poszukiwań w archiwach Marcelo Golanda, Marcosa Zylberberga, Israela Blajberga -  potomków ostrowiaczek i ostrowiaków, Enyi Minz, Ity Kłos i Abrama Blajberga, którzy ocaleli dzięki emigracji. Serdecznie im dziękuję za cierpliwe odpowiadanie na moje pytania, zaś Marcosowi Zylberbergowi za umożliwienie opublikowania listów.

Daty i imiona pochodzą z rejestru mieszkańców, zamkniętego w 1932 roku. Rejestr sygnowali Prezydent Ostrowca i Naczelnik Wydziału Administracyjnego.

* Cytat z Jerzego Bronisława Brauna, do którego się odnoszę, brzmi następująco: „[N]a wsi i w miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem polski stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość […] oraz wszelkie rękodzieło. Ci młodzi synowie chłopscy i dawny proletariat miejski wysługujący się Żydom – stanowią element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych w handlu, górujący nad Żydami odwagą, inicjatywą i rzutkością”  - te masy z tych terenów nie ustąpią.” Za: Jan T. Gross „Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści”. Kraków: Znak 2008. S. 63.

*
Sprostowanie z  5 lipca 2014 

Wojtek Mazan, autor blogu zydowskiostrowiec.blogspot.com, napisał: "przedwojenna kamienica nr 53  Minców i  Kłosów w rynku to nie ta, która dziś nosi ten numer. Znajdowała się ona w połowie górnej połaci" - czyli kilka domów wyżej. Co to oznacza? Że powstanie w 1942 jubilerskiego sklepu musiało być związane z opuszczeniem przez  Żydów domów przy Rynku w bardziej skomplikowany sposób, niż można sobie wyobrażać (i niż ja to sobie wyobrażałam). Na pewno będę szukała szczegółów tej historii. Jeśli uda się je odnaleźć, to dam Wam znać.

niedziela, 8 czerwca 2014

Śmierć Ludwika Wacholdera

Dopiero kiedy napisałam o kasztanach zasadzonych w Alei 3 Maja m.in. dzięki żydowskiemu radnemu, dentyście Ludwikowi Wacholderowi, dowiedziałam się, jak zginął.

Jego śmierć czyni z niego potencjalnego bohatera, a okoliczności są bardzo podobne do śmierci trzydziestu powieszonych (których upamiętniają pomnik i coroczne obchody na Rynku).

Po pierwsze, Wacholder zginął tragicznie. Po drugie, zginął dlatego, że był osobą aktywną społecznie. Działaczem społecznym. Po trzecie, Niemcy zabili tego dnia więcej ludzi takich jak on. 36 osób zabitych na ulicach, 72 osoby wywiezione do Auschwitz. To była akcja eliminowania tych, którzy mogliby organizować w getcie ruch oporu wobec okupanta. Po czwarte, Wacholder – wraz z innymi 35 osobami – zapewne został zastrzelony na ulicy. Leżał na ulicy, dopóki Niemcy nie zgodzili się na uprzątnięcie ciał. Jego śmierć była widoczna, widowiskowa i przez to bolesna dla społeczności – tak jak powieszenie trzydziestu.

Po co pamiętać?
No dobrze, ale po co nam kolejna osoba do pamiętania, kolejny pomnik, kolejne obchody ku czci tragicznie zmarłych?

Ktoś, kto robił rzeczy ważne dla swojej społeczności - a taką osobą był Wacholder - jest warty pamiętania niezależnie od tego, jak zmarł. Niezależnie, bo śmierć to rzecz, na którą nie miał wpływu.

Również obchody ku czci tragiczne zmarłych są nam potrzebne. Nie umiemy się obejść bez nadawania sensu śmierciom bezsensownym. Potrzebujemy tego. Tak się działo ostatnio w przypadku katastrofy smoleńskiej, gdzie ofiary wypadku zostały od razu nazwane męczennikami; tak się dzieje też w przypadku Żydów – wiele razy we wspomnieniach natrafiłam na zdanie „the Jews' blood was not spilled in vein”, te śmierci miały sens. Z racjonalnego punktu widzenia to nieprawda. Tragiczna śmierć zawsze jest bezsensowna. Ale rozumiem tę kulturową potrzebę nadania sensu śmierci.

To jest szczególnie potrzebne, jeśli ktoś, tak jak trzydziestu powieszonych albo tak jak Wacholder, został przed śmiercią poniżony, jego ciało zaś nie zostało poddane od razu pośmiertnym rytuałom. Obmycie ciała, uroczysty pogrzeb i pamiętanie to jest rodzaj przywracania człowieczeństwa temu, który już nie jest osobą. Ale kiedyś był i jako osoba był dla nas ważny.

Gdybyśmy więc potrafili uznać rolę jakiegoś Żyda albo Żydówki w tworzeniu Ostrowca – czego zrobić nie potrafimy – pewnie znalibyśmy Wacholdera jako właśnie męczennika lokalnej sprawy. I pewnie znalibyśmy taką mniej więcej notkę biograficzną.

Ludwik Wacholder
(1881-1942). Ostrowiecki bezpartyjny działacz, z zawodu dentysta. W 1917 r. zasiadał w radzie miasta i zasadził kasztany wzdłuż Alei 3 Maja (dziś pomnik przyrody). W latach międzywojennych był członkiem kilku komisji, w tym edukacyjnej i sanitarnej; był też szefem jednej z żydowskich instytucji charytatywnych. Zginął podczas tragicznych wydarzeń na ulicach Ostrowca 28 kwietnia 1942 roku, zabity przez SS-mana. Miejsce pochówku nieznane.

28 kwietnia 1942 r.
Pilniejsi uczniowie, tacy co sięgają do lektur dla chętnych, znaliby taki tekst źródłowy z Księgi pamięci Żydów ostrowieckich Ostrowiec. A monument of annihilated Jewish society:
Początkiem tragicznych wydarzeń był 18 kwietnia 1942 r. Od tego momentu nie było dnia bez dręczenia albo zabijania Żydów. 28 kwietnia w nocy Niemcy przeprowadzili pierwszą „akcję”, podczas której mordowali i zsyłali do Auschwitz. Specjalne SS-Straffkommando przybyło do miasta i, z pomocą lokalnego SS z Peterem Brunem na czele, zaczęli napadać na żydowskie domy, dokonywać selekcji mieszkańców i zabijać albo aresztować. Mieszkańców Stodolnej mordowali na Iłżeckiej, tych z Iłżeckiej – na Sienkiewicza, a tych z Sienkiewicza zabijali na Rynku. I tak Ostrowiec spłynął żydowską krwią. Ciała ofiar leżały na ulicach godzinami, aż nadeszło polecenie, by ciała posprzątać.
Podczas tej „akcji” zginęło 36 Żydów, a 72 wywieziono do Auschwitz. SS-mani twierdzili, że była to antykomunistyczna akcja – że zamordowani byli komunistami. To uzasadnienie było niemal tak przerażające jak same morderstwa, bo przecież wśród ofiar był Shaul Matmacher, bogobojny człowiek i erudyta, który dniami i nocami czytał Pismo Święte. Jego długa patriarchalna broda była zresztą niezbitym dowodem na to, że od nastrojów komunistycznych był jak najdalszy. Niemcy zabili też prawnika Seidla, człowieka o antykomunistycznych poglądach [i pracownika Judenratu - przyp. autorki]. Wśród zabitych był także Wacholder, dentysta, którego syjonistyczne sympatie były dobrze znane. Warto też wspomnieć, że kilka tygodni przed śmiercią Wacholder wstawił złoty ząb Peterowi, za co SS-man obiecywał mu dozgonną wdzięczność... I cóż – to właśnie Peter zastrzelił Wacholdera.
Zabici zostali także: 60-letni Icek Kudłowicz, stara 50-letnia żona Yechiela Zukerfeina, Alter Grynberg, Chaim Stamm [według innego źródła: Chaim Sztajn – przyp. autorki], Yehoshua Minzberg [podobnie jak Wacholder, działał w organizacji charytatywnej – w 1921 był sekretarzem – przyp. autorki], Szlama Kacenelenbogen i inni, których nazwiska pogrążyły się już w niepamięci. Wśród wywiezionych tego dnia byłi także „komuniści” tacy jak Alter Perus – młody człowiek, który nosił długie, przykuwające uwagę pejsy...
Panikę, którą wywołał ten dzień, trudno opisać. Strach padł na miasteczko. (...) Ślady krwi było widać jeszcze długo na ostrowieckich ulicach...*
Być może kołatałyby nam się w głowie nazwiska  Mincberga czy Grynberga. Podobnie jak Wacholder, byli oni osobami publicznymi. Może byłyby tu jakieś uliczki noszące ich nazwiska?

No i na pewno wszyscy znalibyśmy poniższe zdjęcie usuwania zwłok z ulic. Znalibyśmy zarys ciała martwej kobiety, tym bardziej poruszający, że nawet po śmierci wygląda ona pięknie. Być może wiedzielibyśmy, kim za życia była martwa kobieta, a kim martwy mężczyzna.

Ale nie wiemy. Nie wiemy tylko dlatego, że zabici byli Żydami. A Żydzi są poza naszym pojęciem „nas”, wspólnoty ostrowczan. Wszystko, czego udało mi się dowiedzieć, wpisałam pod zdjęciem.

Ostrowiec, sprzątanie ciał osób zabitych 28 kwietnia 1942 r. Jeden z podnoszących, ten w ciemnym stroju, to Leon Klejman**. Na drugim planie stoją m.in. żydowski policjant Balter (drugi z lewej, z płaszczem w ręku). Czwarty z lewej, w jasnym garniturze, to Wolman, pracownik komisji sanitarnej – chyba analogicznej do tej, w której Wacholder pracował 20 lat wcześniej. Źródło zdjęcia: Żydowski Instytut Historyczny

 * Cytat pochodzi ze stron 56-58 książki Ostrowiec. A monument on the ruins of annihilated Jewish society. Także w książce Żydzi ostrowieccy autorstwa Waldemara Broćka, Adama Penkalli, Reginy Renz można znaleźć informację o 28 kwietnia 1942 r. (s. 104-105).

** Informacja o personaliach osób na zdjęciu pochodzi z podpisów na odbitce, znajdującej się w Żydowskim Instytucie Historycznym.

piątek, 6 czerwca 2014

Rzeźba na hucie, czyli jak zmienia się Stary Zakład

Ludzie z Architektury Krajobrazu w Szkole Wyższej Gospodarstwa Wiejskiego robią właśnie rzeźbę na Starym Zakładzie w Ostrowcu, czyli w zapomnianym terenie poprzemysłowym. Dziś był pierwszy dzień pracy.

Na Starym Zakładzie do tej pory pojawiała się animacja kultury: od 8 lat co roku odbywa się tu artystyczna Kolacja na Hucie, powstał też mural związany z tą imprezą. Od roku działa Pracownia Otwarta Kontrola Jakości. Kontrola Jakości to galeria, pracownia i miejsce warsztatów.

Rzeźba krajobrazowa, sztuka site-specific to coś zupełnie nowego w tym miejscu. Inaczej niż kolacja czy wernisaż, rzeźba nie jest ulotna. No i wiadomo, rzeźba to sztuka wysoka.

Powstająca rzeźba ma być trochę animacyjna. Ma angażować, zachęcać do zabawy. Ale nadal to rzeźba, czyli poważna sprawa, a nie jakieś graffiti czy warsztaty.

Nie chodzi mi o bagatelizowanie animacji. Chcę pokazać, jak bardziej ulotne działania kulturalne pozwalają na pojawienie się trwałych zmian. Rzeźba ludzi z SGGW wiąże się z tym, co robi od lat Stowarzyszenie Kuturotwórcze Nie z Tej Bajki na Starym Zakładzie. Rzeźby nie byłoby, gdyby nie wymienione tymczasowe interwencje. Mam wrażenie, że to one pozwoliły "przetestować" estetyczne i krajobrazowe możliwości nieczynnej huty.

6 czerwca 2014 r. Powstaje rzeźba krajobrazowa.

Elementem rzeźby są fragmenty gruzu z literami.

Na pierwszym planie dr inż. Krzysztof Herman.
Wiosna 2014. Warsztaty "Sztuka i miasto" organizowane przez Klub Krytyki Politycznej w Ostrowcu. Miejsce: Pracownia Otwarta Kontrola Jakości
Wystawa Jowity Paszko w Kontroli Jakości. Grudzień 2013.
2013 rok. Na Hucie powstaje mural. Maluje Kuba Słomkowski, pomysłodawca Kolacji na Hucie.
2012 r. Scena z Kolacji na Hucie.
Kolacja na Hucie 2008. Zdjęcie pamiątkowe.
Swoją drogą, ostatnio Nie z Tej Bajki zajmuje się też innymi rzeźbami: abstrakcyjnymi, chłodnymi i niszczejącymi formami z lat siedemdziesiątych. Stoją w różnych miejscach miasta, tworząc zapomnianą outdoorową galerię sztuki. Więcej informacji na stronach Krytyki Politycznej.

Zdjęcia: Nie z Tej Bajki, http://www.nieztejbajki.art.pl i sknieztejbajki na Facebooku.

A tekstu o żydowskich ostrowiakach spodziewajcie się wkrótce, czyli pewnie jakoś w niedzielę.
.

niedziela, 25 maja 2014

Czym śmierdzieli Żydzi?

W wielu historycznych przekazach pojawia się informacja, że Żydzi śmierdzieli. Prawdę mówiąc, pojawia się we wszystkich możliwych rodzajach przekazów. W literaturze. Wspomnieniach. Współczesnych przekonaniach.

Jeśli chodzi o wspomnienia o śmierdzących Żydach, to świetne przykłady można znaleźć na wystawie „Kolonia Robotnicza – historia mówiona”, którą jeszcze do końca maja można zobaczyć na Rynku w Ostrowcu (albo w internecie w rozszerzonej nieco wersji – link podaję poniżej). Na wystawie cytowane są wypowiedzi Kolonistów – autochtonów z lat 20. – i Nabytków, czyli ludzi, którzy wprowadzili się później. Założenie jest takie, że prezentuje ona historię mówioną, czyli wspomnienia i opowieści, bez historycznego czy socjologicznego komentarza. No to ja dodam komentarz do kwestii smrodu.

Szkoła
I tak, Kolonista II mówi:
„W klasie był jeden rząd dla Żydów, no bo byli bardzo brudni, zaniedbani i zawszeni. Pielęgniarki musiały co dzień sprawdzać włosy i bieliznę. A smród w klasie był niesamowity. Jadło to cebulę smażoną na smalcu. Przyniósł taką kromę podwójną nasmarowaną szmalcem z cebulą, no to później gazowało. Nie do wytrzymania było. Nauczycielka musiała sobie szalikiem nos okręcać, bo nie była w stanie prowadzić lekcji. A dzieciarnia aż płakała. W lecie tośmy okna otwierali, no ale w zimie to można było na pięć minut i trzeba było zamykać. Z Polaków nikt się z nimi nie stowarzyszał.”
Cóż. Pamiętam własną podstawówę. I my mieliśmy śmierdziuchów i śmierdzieli, z którymi nikt się nie chciał bawić, którym przypisywano w klasie każdego puszczonego bąka. Należało krzyczeć: „Fuuuuu! Ale smród! Smród, syf, glut! Nie dotykaj go”. I choć pewnie wiele z nas czasem śmierdziało – kuchnią, w której odrabialiśmy lekcje, potem – to tylko niektóre dzieciaki za smród trwale wykluczano, smród uważano za niezbywalną ich cechę. Sprawiała ona, że z takimi dziećmi niebezpiecznie było się zadawać, żeby nie przejść tym smrodem. Żeby nie zostać zaliczonym do grupy wykluczonych, niedotykalnych klasowych pariasów, śmierdziuchów, glutów, syfów. Ta zła zabawa nie miała wiele wspólnego z rzeczywistym zapachem, a za to bardzo dużo - z piętnowaniem dzieciaka biednego albo ze wsi.
Zdjęcie z wystawy "Kolonia Robotnicza. Historia mówiona". Rekonstrukcja barwna: Maciej Biedka

Ul. Zasrana
Ze wspomnień publikowanych na wystawie o Kolonii Robotniczej wynika, że śmierdział nie tylko cały żydowski rząd ławek w szkole, ale też cała żydowska część miasta. Kolonistka III  mówi, że ul. Starokunowską, gdzie mieszkali Żydzi, nazywano ulicą Zasraną. Nabytek III dodaje nieco bardziej rozumiejąco:
Mieszkali w takich miejscach, gdzie nie było możliwości utrzymać czystości, no bo nie było kanalizacji. Nieczystości wylewali do rynsztoka. Okolice Starokunowskiej, to tamtędy się przejść nie dało. Taki smród był w mieście. Tam było dużo ciasnych uliczek, tu gdzie stoją bloki na skarpie i tu jak Młyńska, od Młyńskiej do placu Wolności na skarpie. Tam były uliczki wąziutkie, że samochód żaden by nie wjechał, takie zaułki, tam pełno było tych klitek żydowskich. Najgorsze miejsce.
Cóż, jestem pewna, że w wielu polskich domach również nie było kanalizacji. Za wiele ostrowieckich domów bez kanalizacji pamiętam z własnego dzieciństwa w latach dziewięćdziesiątych, żeby wierzyć, że to tylko Żydzi byli tak kanalizacyjnie zapóźnieni.

Dlaczego śmierdzieli?
Ze wspomnień wynika, że Żydzi śmierdzieli czosnkiem i cebulą, a ich dzielnica śmierdziała gównem i brudem. A Polacy? Cóż, Polacy sami siebie nie czuli, tak samo jak nie wiemy, jaki jest zapach naszego własnego domu i dopiero po długiej nieobecności, wchodząc, potrafimy go wywąchać. Jestem pewna, że Polacy również nie byli bez zapachu jak młode jelonki. (Podobno jelonki przez pewien czas po urodzeniu są pozbawione zapachu – inaczej zostałyby zeżarte przez leśne drapieżniki.)

Smród jest do pewnego stopnia klasowy. Jest klasowy o tyle, o ile chodzi rzeczywiście o dostęp do wody i kanalizacji. Jak ktoś jest biedny, to trudniej mu utrzymać higienę. Po równo – choć pewnie inaczej – śmierdzieli więc polscy robotnicy czy chłopi i żydowska biedota. I ośmielam się twierdzić, że polskie dzieci w szkolnych ławkach też „gazowały”.

Ale w pewnym stopniu smród jest też rasowy. Rasowy o tyle, o ile w podziale na rasy chodzi o wykluczanie. A smród świetnie się do wykluczania nadaje. Taki smród nie jest już fizyczną cechą, tylko syndromem nielubianej inności czy po prostu obcości. Ci, którzy nie są nasi, śmierdzą. Jeśli tak jest, to także Polacy śmierdzieli Żydom.

I rzeczywiście. Taki obrazek znalazłam w „Kasrylewce” Szołema Alejchema, pisarza tworzącego w języku jidysz. Oto Żydzi z miasteczka Kasrylewka, które strawił ogień, jadą do dużego miasta, Jehupca, zbierać jałmużnę na odbudowę. W pociągu muszą wsiąść do wagonu wypełnionego nieżydowskimi robotnikami:
„Trafili do wagonu, który, gdyby nie siedzieli w nim ludzie, można by uznać za przeznaczony dla świń. Straszliwy brud, gęsto i czarno od dymu, że tylko siekierę powiesić, smród nie do zniesienia. Nasi kasrylewianie, aczkolwiek nie należeli do zbyt rozpieszczonych i delikatnych, poczuli, że się dławią, że mdleją. A cóż dopiero mówić o ciasnocie. Głowa przy głowie. Pasażerowie – sami prości ludzie. Robotnicy z dziwnie jakoś pachnącymi torbami na plecach i z jeszcze bardziej osobliwie cuchnącymi łapciami na nogach. Bez przerwy kurzyli jakieś obrzydlistwo. Dymem z niego można się było udławić. Miejsc siedzących nie było.”
Zresztą w końcu znajduje się jedno miejsce obok osobnika zalanego w sztok, który jak zacięta płyta powtarza kilka wersów piosenki, przygrywając sobie na harmonii. Pewnie dodaje alkoholowy ton do opisanego zapachu.

A zatem nie tylko Żydzi śmierdzieli Polakom, ale także goje – Polacy czy Ukraińcy, bo w „Kasrylewce” rzecz dzieje się na kresach – śmierdzieli Żydom? Chodzi o wzajemną obcość zapachów? Mamy do czynienia z wzajemnością wykluczenia, obopólną niechęcią?

Tak, ale nie do końca. To nie była bowiem wzajemność symetryczna. Polacy byli uprzywilejowani, a Żydzi wykluczani, na przykład mieli ograniczony dostęp do wysokich stanowisk. „Smród” żydowski służył do uprawomocnienia wykluczania Żydów. Zaś „smród” Polaków... cóż, mógł co najwyżej poprawić samopoczucie Żydom. „Co za świnie” – mogli pomyśleć sobie w pociągu ubodzy pogorzelcy z Kasrylewki.

No to czym śmierdzieli Żydzi? Biedą, obcością i byciem gorszym śmierdzieli. I niechęcią, którą czuli do nich Polacy.

*

"Kolonia Robotnicza. Historia mówiona" - do obejrzenia tutaj.

niedziela, 11 maja 2014

Rok 1968. Banicja Żydów

W 1968 roku miała w Polsce miejsce kampania antysemicka. Zakończyła się ona wyjazdem czy raczej wyrzuceniem Żydów z Polski. Żydzi dostali wówczas dokument podróży w jedną stronę, z adnotacją, że posiadacz tego dokumentu nie jest obywatelem Polski. To z tych czasów pochodzą zdjęcia, opublikowane wczoraj na blogu żydowskiostrowiec.blogspot.com.

Wszystko zaczęło się w 1967 roku, kiedy Izrael wygrał w wojnie 6-dniowej z krajami arabskimi. Kłopot w tym, że kraje te były sojusznikami ZSRR. Zaczęto więc wyrzucać z pracy tych, którzy cieszyli się z tego zwycięstwa. Jak wskazuje jeden z badaczy Feliks Tych, te polskie czystki antysemickie tym się różniły czystek w stalinowskiej Rosji, że Żydów nie skazywano na śmierć, tylko na banicję. Z kraju wyjechało wówczas 13 tys. Żydów i - jak pisze Tych - w ten sposób udało się przywrócić przedwojenny stan, w którym Żydom nie było wolno piastować stanowisk w administracji państwowej, w korpusie oficerów zawodowych i w szkolnictwie państwowym, zwłaszcza na szczeblu akademickim.

Nagonkę zaczęła przemowa Gomółki w sali kongresowej Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie. To było przemówienie na kongresie związków zawodowych w czerwcu 1967 i Janina Sobczak-Rustecka – wywodząca się z Ostrowca specjalistka od kwestii pracowniczych, o której pisałam w tekście „Fajga z synkem w kościele” – na żywo słuchała tej przemowy.
Ja widziałam Gomułkę w Sali Kongresowej, kiedy przemawiał, tysiąc kilkaset ludzi było. Z jaką pianą na ustach mówił na temat zwycięstwa w Izraelu, jak się Żydzi polscy cieszą. Z pianą na ustach! Miał referować pierwszy program reformy płac dla emerytur i rent. To na sprawę żydowską poświęcił 3 godziny, a na sprawę reformy emerytur i rent niecałe pół godziny.

Na górze: Janina Sobczak-Rustecka, © USC Shoah Foundation. Na dole: Ostrowiec 1968, fot. D. Kostkowski, http://zydowskiostrowiec.blogspot.com.

Sobczak-Rustecka, inaczej niż wielu Żydów, utrzymała swoją pracę – głównie dzięki mężowi, który w partii był ważną osobą. Jednak nagonka uderzyła w jej syna.
Mój syn był... studiował w Chinach. Handel zagraniczny w Chinach. Zrobił maturę w Polsce, mając niepełne 18 lat. Świetnie się uczyły moje dzieci. Mamusia też. Studiował w Chinach, znał chiński, znał japoński, znał rosyjski... zna. Polski, duński, i jeszcze tam jakieś. Pracował w handlu zagranicznym, jako kierownik zastępcy centrali... jakiej? chyba metalowej. I zaczęły się szykany - ponieważ ciągle wyjeżdzał za granicę - że ten to szuka, jakieś, gdzieś, coś. Nic nie znaleźli, ale on nie wytrzymał tych szykan i oddał na jakimś zebraniu partyjnym legitymację partyjną, złożył wypowiedzenie z pracy, powiedział: "do takiej partii ja należeć nie chcę, gdzie się dzieli ludzi na rasy", on już był dzielony. I wyszedł z tego zebrania. I połknął pastylki, miał przygotowane widocznie; to była próba samobójcza. Dwie doby go ratowano na Hożej. Dwie doby siedziałam przy nim razem z jego żoną. To, co przeżyła matka przez te dwie doby... Po tej walce wieloletniej o jego życie, siedząc i nie wiedząc, czy to dziecko stracone przez to, że był Żydem. Tylko jedyne jego przewinienie to było jego pochodzenie. Nic więcej nikt nie znalazł przeciwko niemu. Taka jest prawda.
Syn Janiny – ten sam, który jako dziecko lubił chodzić do kościoła, w 1968 dorosły, wykształcony mężczyzna – wystąpił z partii, stracił pracę, ponieważ był Żydem, i próbował popełnić samobóstwo. Potem miał wypadek, żona od niego odeszła, chorym opiekowała się matka.
Z pracy - już pracowałam nie w Instytucie Pracy, tylko w Centralnym Instytucie Ochrony Pracy - bez wiedzy męża, on mówił "on cię wykończy, jak będziesz tak żyła jak żyjesz" - jeździłam, gotowałam, zakupy robiłam, wypadałam z autobusów, łamałam nogi, bo byłam załamana tym wszystkim, tymi przeżyciami. '68 rokiem. Tym, co się stało. Dźwięczały mi w uszach wrzaski, krzyki...
- Niemców? - pyta przeprowadzająca wywiad.
- Nie, Polaków. "Żydzi do Syjonu". Tak, Polaków. Ja przeżyłam ten rok... byłam bliska obłędu. Niektórzy myśleli, że chyba zwariowałam. Ja [ministrowi] Burskiemu powiedziałam, że w czasie okupacji nie nosiłam opaski, a dzisiaj to ją chyba założę. A jak przychodzili do mnie profesor Święcicki, profesor Andrzej Tymowski, to mówiłam: nie wchodźcie, was może spotkać jakaś przykrość. Żyłam odizolowana całkowicie. Żadnych zadań.
To były straszne czasy. Takie same prawie, jak za czasów okupacji, tylko nie groziła mi śmierć.
Syn Janiny w końcu wyemigrował na Zachód, a tam zmienił nazwisko na brzmiące żydowsko. Nie wrócił do panieńskiego matki Weintraub, lecz dodał żydowską końcówkę do wojennego fałszywego nazwiska, przy którym matka – i on – po wojnie już pozostali. Jakby miał serdecznie dość tego, że w Polsce żydowskie pochodzenie jest piętnem, a zarazem jakby nie chciał wracać do przedwojennego nazwiska i do polskiej przeszłości, wiążącej się z tym nazwiskiem ostrowieckiej rodziny żydowskiej. To cholernie smutne i nie chodzi mi tu o syna pani Sobczak, który w życiu dał sobie doskonale radę, tylko o Polskę. Bo 13 tysięcy osób to dużo.
Ja byłam na sali i widziałam tę wściekłość. "Jak się Żydom nie podoba, to mogą jechać, gdzie chcą. Nie ma u nas dwóch ojczyzn. Niech jadą do Izraela, do swojej ojczyzny". To słowa Gomółki! Na własne uszy słyszałam! Także '68 rok dał mi się we znaki nie mniej niż te kilka lat okupacji. Ale wracając do lepszych czasów... To był czas kompromitujący i Polaków - bardzo mocno, bo za słabo reagowali na to, co się działo - a dla Żydów, to nie umiem wytłumaczyć, ilu utalentowanych, wspaniałych ludzi musiało wyjechać. Mój syn jest na Zachodzie. Jest wykwalifikowanym fachowcem, jest na wysokim stanowisku.
Ambasada mu zaproponowała obywatelstwo polskie. Odmówił. Powiedział: - Nie. Wyście mnie wyrzucili i nigdy do Was nie wrócę jako wasz obywatel. Do Polski tak. Do Polski tak, Polskę kocham. Ale obywatelstwa polskiego nie chcę.
*

Informacje o genezie czystek antysemickich czerpałam z artykułu Feliksa Tycha "Marzec 1968. Geneza, przebieg i skutki kampanii antysemickiej lat 1967/68" w: "Następstwa zagłady Żydów. Polska 1944-2010" red. Feliks Tych, Monika Adamczyk-Grabowska. Lublin: UMSC i ŻIH 2011.
Więcej o wystąpieniu Gomółki w 1967 r.: http://www.polskieradio.pl/39/156/Artykul/628796,Wladyslaw-Gomulka-nie-chcemy-by-w-naszym-kraju-powstala-piata-kolumna. Polecam też film dokumentalny Marii Zmarz-Koczanowicz ze scenariuszem Teresy Torańskiej „Dworzec Gdański”, o antysemickim '68 roku w Polsce.

Wszystkie cytaty i zdjęcie Janiny Sobczak-Rusteckiej pochodzą z wywiadu, znajdującego się w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Sobczak-Rustecka, Janina. Wywiad 7812. Visual History Archive. USC Shoah Foundation. Internet. Dostęp: 3 IV 2014 r.