poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Antykomunistyczna miejska legenda z Ostrowca


Tak wygląda Ostrowiec Świętokrzyski z lotu ptaka; zdjęcie pochodzi z blogu blog.waciobird.pl.

Te bloki, układające się w dziwacznie poskręcaną formę, przypomniały mi o miejskiej legendzie, według której widziane z góry ostrowieckie bloki tworzą napis LENIN.

Jest w niej stereotypowe myślenie: co złego, to komuniści. Bloki są niefajne? Och, mamy je przez komunistów. Tymczasem autorem idei taniego budownictwa z prefabrykatów, dostępnego finansowo dla zwykłych ludzi, był Le Corbusier. To on stworzył architektoniczną formę bloków, która bywa oceniana jako brzydka, odhumanizowana, przygnębiająca powtarzalnością form i anonimowością jednakowych mieszkań. To on wymyślił abstrakcyjność, geometrię urbanistycznego układu osiedli, która często dziś uważa się za czynnik sprawiający, że w blokach bardzo źle się mieszka.

Ponieważ Le Corbusier nie miał nic przeciwko abstrakcyjnym formom architektonicznym i urbanistycznym, to pomysł, by bloki układały się w litery, wydaje się z ducha raczej lecorbusierowski niż komunistyczny. Także „dla każdego takie samo mieszkanie” to raczej idea Le Corbusiera niż Sowietów.

Jest znaczące, że to w hasło LENIN mają układać się bloki, a nie – dajmy na to – w MARKS, STALIN czy choćby GIEREK. Marks jest kojarzony raczej z filozofią, Stalin – z dyktaturą, a Gierek to symbol PRL-owskiej codzienności (mówi się o meblach czy architekturze a’la późny Gierek). Natomiast Lenin jest symbolem idei wcielanej w czyn, komunizmu jako doktryny; pomysłu na prawdziwą demokrację, która okazała się porażką, nieżyciowym (bo niewydolnym ekonomicznie) wymysłem. Komunizm każdemu obiecywał sprawiedliwość społeczną; ten element doktryny został sprowadzony w miejskiej legendzie do prześmiewczej postaci: komuniści uważali, że wszyscy mają mieć po równo, dlatego pobudowali mrówkowce, w których wszystkie mieszkania są prawie takie same.

Lenin jest też pop-symbolem PRL-owskiego absurdu; propagandową, rytualną mantrą, wciskaną przez „komunistów” wszędzie. Więc czemu nie mieliby ułożyć bloków w LENIN-a?

O Ostrowcu mówi się, że jest czerwony. Nieprzerwanie do dzisiaj w Ostrowcu odbywają się pochody pierwszomajowe z orkiestrą dętą; w 1905 roku była tutaj Republika Ostrowiecka, zaraz po II wojnie światowej też były jakieś przyczółki lewicy. Zdaje się, że to dlatego akcja „Popiołu i diamentu” Andrzejewskiego toczy się w Ostrowcu. A jednak po tej legendzie widać, że Ostrowiec jest też bardzo negatywnie nastawiony do swojego lewicowego dziedzictwa. Blokowiska, które powstały w rozwijającym się w latach 70. Ostrowcu, są postrzegane jako ideologiczny, propagandowy bubel. Samo określenie „czerwony” ma przecież pejoratywne zabarwienie.

A przecież bloki, choć nie są cudem architektury, to mają swoje plusy: były przynajmniej tanim budownictwem mieszkalnym dla każdego.

wtorek, 14 czerwca 2011

My też boimy się obcych

Po sobotniej Paradzie Równości dostałam link do reportażu Telewizji Narodowej. Prawicowa kamera poruszała się po drugiej stronie (czyli nie tej mojej) kordonu policji. Link dostałam, bo opublikował go fanpage „Czytam prawicową publicystykę dla beki”.

Reportaż jest tak zły technicznie i jednocześnie w tak złym świetle pokazuje ludzi, którzy z kropidłami stali na Pl. Bankowym, że oczywiste jest, że Telewizja Narodowa nie istnieje, a filmik zrobił ktoś, kto na Facebooku należy do grupy „Tworzę prawicową publicystykę dla beki”.



Hasło „czytam prawicową publicystykę dla beki” wskazuje na to, że zarówno ja, jak i inni, którzy również lubią to, reagujemy śmiechem na prawicowców. Śmiejemy się z nich, bo nie pojmujemy ich braku zrozumienia dla inności.

Śmiejemy się też z trollowego filmiku, przedstawiającego satyrę na brak akceptacji dla odmienności homoseksualistów. LGBT są dla prawicowców obcy, więc (widzimy to w filmie) prawicowcy spodziewają się po nich wszystkiego najgorszego: adoptowania naszych, polskich dzieci, pedofilii. Nieomal przerabiania chrześcijańskich dzieci na macę.

Ale przecież ten nasz śmiech i parodiowanie prawicowców, nabijanie się z nich jest podstawową reakcją na inność. Zamiast ich odmienność zrozumieć, śmiejemy się z niej. Jednocześnie jesteśmy otwarci na odmienność LGBT. Wychodzi więc na to, że również my nie mamy zrozumienia dla inności. Bo co to za rozumiejące podejście, skoro jest wybiórcze?

W wykluczającej reakcji na odmienność jesteśmy podobni, choć my walczymy o równość dla różnych (choć, jak widać, nie dla wszystkich), a oni chcą wszystkich upodobnić światopoglądowo do siebie. Cóż, w ich beznadziejnej postawie przynajmniej nie ma hipokryzji.

sobota, 14 maja 2011

Pieprz system, bądź spóźniony!

W czwartek poszłam na koncert Otto von Schiracha i Zu do Hydrozagadki.

Koncert miał się zacząć o 21:00 lub 21:30. Że o 21, podawała strona internetowa. Że o 21:30, ulotka. Widać i tak nikt nie przywiązywał do tego zbyt dużego znaczenia, bo zaczął się po 22.

Pierwszy artysta grał 50 minut, a potem była tyle samo trwająca przerwa. W czasie przerwy w klubie leciała muzyka z płyt; część ludzi została w środku, część wyszła na zewnątrz, przed budynek - palić papierosy, stać w grupkach i gadać, siedzieć na krawężnikach.

Więc stoimy na zewnątrz, licząc na to, że jak koncert z powrotem się zacznie, to usłyszymy. I rzeczywiście: koło 23:30 słychać głośniejsze dźwięki free-jazzowego saksofonu – znak, że zespół zaczyna grać. No więc wchodzimy. Wszyscy kierują się pod scenę, bo na takim koncercie trzeba być pod sceną, to taka sama reguła savoir-vivre’owa jak reguły stroju w operze. Jedni pod tą sceną tańczą, inni tylko się gibają, jeszcze inni tylko lekko kiwają głową, ale wszyscy stoją. Siedzenia znajdują się z tyłu i pod ścianami, a tam nic nie widać, gorzej słychać. Niestanie pod sceną oznacza więc mniej intensywne uczestnictwo, a co za tym idzie lekceważenie muzyki. A skoro olewasz muzykę, to po co przyszedłeś na koncert? Pokazać się? Na klubowych koncertach olewanie muzyki nie jest w dobrym tonie.

Więc stoimy. Czekamy, bo dźwięki saksofonu były fałszywym alarmem: artyści tylko zaczęli się stroić i uzgadniać z dźwiękowcami nagłośnienie swoich instrumentów (jest zagadką, dlaczego nie robili tego przez ostatnie 40 minut, kiedy staliśmy na zewnątrz). Nastroiwszy się, schodzą ze sceny. Co za podłość. Ale nie opłaca się już rozchodzić, więc czekamy na stojąco. Na szczęście za 10 minut artyści z zespołu Zu wracają i koncert się zaczyna. Jest 23:50.

Od 21:00, kiedy koncert miał się zacząć, minęło 2 godziny 50 minut. Przez ten czas artyści występowali tylko przez 50 minut. Całe wydarzenie, do końca ostatniego z dwu koncertów, trwało jakieś 3 godziny 30 minut i składało się w 60% z czekania.

Spóźnienia i ciągłe stanie – to najbardziej przeszkadzało mi na tym koncercie. Z całą siłą spostrzegłam te irytujące, a nieodłączne elementy koncertu w klubie, bo po raz pierwszy od dość dawna byłam na klubowym koncercie.

Jeśli ktoś z czytelników nie bywa na koncertach w klubach, to powtarzam: koncerty w klubach zawsze zaczynają się ze spóźnieniem i najczęściej się na nich stoi. I pierwszą, i drugą uciążliwą cechę wiązałabym z punkową, kontrkulturową postawą, każącą ignorować taki mieszczański przesąd jak punktualność czy takie burżuazyjne wygody jak siedzenie.

Stanie na koncertach ma także inne znaczenie, głębsze niż proste przeciwstawienie się zastanym mieszczańskim formom i normom. Siedzenie w filharmonii miało wyłączać ciało i ułatwiać intelektualny i emocjonalny odbiór muzyki. Muzyka była przecież uważana za najczystszą ze sztuk: niematerialna, mogła sobie rościć prawo do absolutności. Muzyka, grana w klubach, kontestuje takie podejście. Wywodzi się ona z rocka i bluesa i – podobnie jak one – dowartościowuje cielesne uczestnictwo, cielesny odbiór muzyki. Z tym ostatnim wiąże się też głośność muzyki w klubach – zawsze taka, żeby dźwięk ogłuszał, wprawiał w drgania żołądek i poruszał nogawkami spodni.

A spóźnienia? Powiedziałam żartem, że jest to kontestacja mieszczańskiego przesądu, nazywanego punktualnością. Ale punktualność to wcale nie przesąd, tylko naprawdę niebanalna reguła, organizująca życie społeczne, bo pozwalająca zsynchronizować swoje działania z działaniami innych ludzi. Zegar na wieży kościelnej był wynalazkiem, który zrewolucjonizował średniowieczne miasta.

Ale na koncertach punktualność nie obowiązuje i nie wiadomo już, kto jest winny. Publiczność przychodzi spóźniona, bo wie, że koncerty zaczynają się z obsuwą. Knajpy czekają, aż publiczność przyjdzie. Inna interpretacja: czekają, aż ludzie wydadzą pieniądze w barze. W takiej sytuacji także muzycy nie czują się specjalnie zobligowani do punktualności.

Tego wszystkiego – sensu stania, spóźniania się, zbyt dużej głośności – tylko się domyślam. Bo stały się one powielaną bezmyślnie tradycją, wcale już nie kontestatorską, bo jak tradycja może być kontestatorska? W każdym razie w tym przypadku z całą pewnością jest tylko głupia i penerska.

Jeśli mogłabym wybierać, do których uświęconych tradycją zwyczajów mam się stosować, to wolałabym bezmyślnie trzymać się savoir-vivre’owych zasad niż bezmyślnie trzymać się ich łamania. Zgoda, punktualność nie jest ani przyjemna, ani fajna. Jest sztywniacka. Trochę tak, jak stanie w kolejce. Ale bez takich reguł, tak jak bez zegarków, życie byłoby cięższe i jeszcze bardziej stresujące. Wkurza mnie więc ignorowanie zasady punktualności na koncertach w klubach. Punktualność nie jest cool, ale jeszcze mniej cool jest czekanie godzinami na koncert!

Aha. Zu i Otto von Schirach robią naprawdę świetną muzykę. Poszłam na ten koncert, bo wiedziałam, że warto znieść to całe klubowe penerstwo dla samego Ottona. Domyślałam się, że dla Zu też, choć ich nie widziałam wcześniej na żywo. Otto jest naprawdę wyjątkowy w tym, jak łączy break core i metal; wyjątkowa jest też porcja złego smaku i parodii kultury popularnej, jaką von Schirach serwuje. Warte każdego czekania jest zobaczenie go, jak tańczy swój niesamowity taniec, inspirowany scenicznymi performance’ami gwiazd pop, ale daleki od ich aluzyjnego prężenia biustu i torsów.

Nie ma w sieci filmów ani zdjęć, które dobrze by oddawały taniec Ottona von Schiracha, ale posłuchajcie muzyki: „Tea Bagging The Dead”, „La Sangre Del Dedo Intelecto” albo „Dance Like a Hoe”.

wtorek, 3 maja 2011

Statua Superpatrioty

Pewien Polonus ze Stanów, rzeźbiarz Andrzej Pityński, podarował Stalowej Woli monument „Patriota”.

Stalowa Wola przyjęła pomnik, chociaż nie za bardzo ma go gdzie postawić. „Patriota” ma bowiem proporcje amerykańskie: jest to postać mierząca 12 metrów. Właściwie nie jest to pomnik, tylko statua. Na pierwszy rzut oka wygląda jak jeden z transformersów, uchwycony w trakcie przemiany: ma jedno husarskie skrzydło, ekspresyjnie wygięte, wykonane ze zmatowionego, ciemnego metalu, imitującego poszarpaną tkankę. Z drugiego skrzydła został kilkut, postać ma dziurę w klatce piersiowej. Ma też miecz, klatę jak Connan Barbarzyńca, sylwetkę Supermana. Maskulinistyczna maszyna do zabijania. Superpatriota.


Teraz jest odlewany w Gliwicach. W Stalowej Woli stanie jesienią.

Twórca tego paskudztwa, Andrzej Pityński, przypomina mi Jana Matejkę. Punkty styczne są aż trzy.

Po pierwsze, historiozoficzność. Za twórczością Andrzeja Pityńskiego stoi pewna konkretna filozofia historii: martyrologia. Pityński wyrzeźbił już pomniki bohaterów narodowych: Popiełuszki, Jana Pawła II (dwie sztuki), katyński, Błękitnej Armii, a także monumenty o tematyce bardziej abstrakcyjnej, wskazujące na postawy godne pochwały: „Partyzanci”, „Sarmata”, „Mściciel”. No i „Patriota”. Na makabrycznym poszarpanym skrzydle „Patrioty” będą wyrzeźbione daty, symbolizujące szczególnie wzniosłe momenty w historii „golgoty Polski” (takiego sformułowania użyto w informacji prasowej).

Podobnie robił Matejko: malował obrazy, przedstawiające jego zdaniem ważne momenty w historii. Na czym budował swoją historiozofię, można przeczytać w świetnej książce Jarosława Krawczyka „Jan Matejko. Mistrz Legendy św. Stanisława”. Matejko, zresztą nie on jeden z XIX-wiecznej Polsce, szukał odpowiedzi na pytanie: dlaczego Polska straciła niepodległość? Czy to jej wina? Kiedy został popełniony błąd? Co Polska musi zrobić, żeby niepodległość odzyskać? Pityński, wypisując na skrzydle ważne dla Polski daty, jest więc późnym synem polskiego romantyzmu, co akurat nie dziwi, kultywowanie rzeczy nieaktualnych jest cechą grup polonijnych, podobnie jak przechowywanie słownictwa w Polsce już archaicznego i dawno nieużywanego.

Drugim elementem, łączącym Pityńskiego z Matejką, jest styl. Obaj łączą realizm, a wręcz naturalizm, z symbolizmem. Obaj ocierają się o kicz w swoim dążeniu do naturalizmu, który ma chyba uczynić trywialną symbolikę bardziej przekonującą. W efekcie naturalizm robi wrażenie nagiętego do tezy. Jest przesiąknięty patosem jak propagandowa powieść realistyczna.

Trzecia rzecz wspólna to robienie ze swojej sztuki międzynarodowych darów: darów kłopotliwych, bo przyjęcie ich oznacza przyjęcie filozofii dziejów, stojącej za dziełem. Nieprzyjęcie zaś jest trudne, bo – jak uczył Marcel Mauss w „Szkicu o darze” – odrzucenie daru zawsze jest zerwaniem kontaktu. Kiedy uznany artysta jednego kraju daje innemu krajowi swoje historiozoficzne dzieło, mamy więc do czynienia z narzucaniem przemocą swojej wizji historii i swojej wersji porządku świata.

Matejko dał bodajże Francji swoje ogromne obrazy, które nawet wówczas oceniano (poza Polską) jako nieco tracące kontakt z rzeczywistością. Znów odsyłam do „Legendy…”, opowiadającej historie o tym, jak Matejko obdarowywał rządy europejskie swoją wizją losu Polski wymalowaną na płótnie. Natomiast Pityński obdarowuje Polskę już od 13 lat. Pierwszym prezentem był pomnik Czynu Zbrojnego Polonii Amerykańskiej (Błękitnej Armii), stojący na warszawskim Żoliborzu, na Placu Grunwaldzkim, między pasami al. Wojska Polskiego. To nieludzki kicz. Żołnierze mają na nim niebieskie mundury, choć pomnik jest z brązu. A to dlatego, że mundury odlano ze specjalnego stopu metali, zabarwiającego się na niebiesko, żeby oddać niebieski kolor mundurów. Heh.

Wróćmy do „Patrioty”. Sfinansowało go Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce. Nieprzyjęcie byłoby afrontem, więc Rzeszów przyjął. Ale teraz ma problem: pomnik jest wielki, ciężki i nie ma go gdzie postawić. Jedyne miejsce, które wchodzi w grę – pomiędzy pasami ul. Komisji Edukacji Narodowej, w centrum – odpada, bo przyciągający uwagę pomnik powodowałby wypadki.

(źródło: rzeszow.gazeta.pl)

Tak właściwie to dziwię się, że znaleźli w ogóle jakiekolwiek miejsce dla tego pomnika. Jeden z artykułów wspomina, że prezydent Rzeszowa ma dość pomników, tworzących miejsca pamięci (tu). Więc wydaje się, że lokalizacja między pasami drogi jest jego celowym pomysłem: postawienie pomnika w Auge’owskim nie-miejscu uniemożliwi wytworzenie się miejsca pamięci wokół amerykańskiego kuriozum. „Patriota” stanie się obiektem, przeznaczonym do szybkiego odbioru. Może to dobry pomysł: w Stanach stawia się różne wielgachne statuetki i intrygujące drogowskazy w takich właśnie miejscach, przy autostradach.

piątek, 8 kwietnia 2011

Obwodnica w Dołach, czyli ostateczny koniec mojego dziecięcego axis mundi

W Kurozwękach urodziła się i wychowała moja Mama. Ja jeździłam do tej wsi, do babci i dziadka, przez całe dzieciństwo na wakacje i ferie. Teraz przeczytałam (np. tutaj), że droga Chmielnik-Staszów, przebiegająca przez Kurozwęki, jest poszerzana, a wokół Kurozwęk powstanie obwodnica, współfinansowana z unijnego programu Rozwój Polski Wschodniej. Oznacza to, że przestaną istnieć miejsca, z którymi wiążą się moje dziecięce wspomnienia, a które są ładne jak z „Historii kina w Popielawach” Jana Jakuba Kolskiego.

Wiem, którędy będzie przebiegała obwodnica Kurozwęk. Można to łatwo opisać, bo kurozwęckie bezludzia mają swoje nazwy, tak samo jak mają je ulice w centrum Warszawy. Obwodnica na Górach odłączy się od drogi z Chmielnika, pobiegnie w stronę Mokrego, a potem wiele kilometrów przez Doły. Będzie też chyba przecinać Bukowiec.

Górami nazywa się sąsiednie, położone wyżej tereny. Mokre i Bukowiec to lasy. Jeśli chodzi o nazwy lasów, to w Kurozwękach i okolicy są jeszcze Modrzewie i (he, he) Wydymacz.

A Doły to malownicze polodowcowe pagórki, między którymi biegnie parów; na dnie parowu biegnie na wpół zarośnięta, polna droga. Tam, gdzie Doły są bardziej płaskie, znajdują się – znajdowały się – pola pszenicy, żyta, owsa, kukurydzy, rzepaku. Górki porasta polna roślinność. Do Dołów idzie się przez sady polną drogą. Gdy dojdzie się do Krzyża, widać jak na dłoni cały piękny krajobraz. I to właśnie Dołów – malowniczego miejsca z polnymi kwiatami, polodowcowymi pagórkami jak z bajki i wąwozami – już nie będzie. Zastąpi je droga.

Wiem, że idealizuję Kurozwęki. Nostalgia zniekształca mi spojrzenie. Spędzałam tam letnie kanikuły w dziecięcych czasach, kiedy świat wydawał się piękniejszy. Co gorsza, mój obraz Dołów nosi ślady pretensjonalnych, dziecięcych religijnych uniesień. Wspomniałam o krzyżu. Otóż Krzyż to polna, gipsowa, bielona figurka. Stoi w Dołach. W słoneczne dni widać go z daleka, bo stoi na górze. Doły to ogromna przestrzeń okolona lasami, ale nie zgubisz się tam, bo z każdego ich punktu widać Krzyż. Krzyż – drogowskaz i axis mundi, ech, gdybym trafiła tam dzisiaj, na pewno bym się na to wkurzyła, ale wtedy, kilkanaście lat temu, wydawało mi się to, ach, wspaniałe.

Niepokoi mnie, że Dołów już nie będzie, że będzie tamtędy przebiegać droga. To nie jest niepokój, wynikający z racjonalnych obaw, tylko niepokój chłopski, jak z „Konopielki” Redlińskiego czy „Tańczącego jastrzębia” Kawalca. Najpiękniejsze chyba miejsce, jakie kiedykolwiek widziałam, przestanie istnieć. Przestanie istnieć dowód na porządek świata. Nawet jeżeli ten dowód był przeprowadzony bez spełnienia jakichkolwiek standardów racjonalności.

Pocieszam się myślą, że to tylko nostalgia: Doły jako centrum świata nigdy tak naprawdę nie istniały; istnieją tylko teraz, retrospektywnie, w mojej nostalgicznej wyobraźni. Wiem też, że tak bardzo żal mi Dołów tylko dlatego, że nigdy tam, w Kurozwękach, nie mieszkałam. Nie musiałam uprawiać pola na tych wertepach, gdzie żaden kombajn nie wjedzie, ani jeździć kurozwęckimi dziurawymi drogami. Gdybym spędziła tam – nie na letniej kanikule, tylko żyjąc na serio – kilka lat, na pewno wolałabym drogę od malowniczych nieużytków. Łatwo kochać wiejskie chwasty i bezdroża, chodząc po gładkich miejskich trotuarach.

czwartek, 31 marca 2011

Ironiczne hip-hop polo. Tomasz Niecik i Letni Chamski Podryw

Kto może być projektowanym odbiorcą piosenki „Cztery osiemnastki w moim samochodzie” Tomasza Niecika? Nie wydaje mi się, żeby byli to młodzi faceci pokroju Niecika, choć fantazja o „czterech osiemnastkach w moim samochodzie” wskazywałaby na to. Nie wydaje mi się, bo przecież młodzi wiedzą sami doskonale, co „jest teraz trendy, co jest teraz w modzie”. Nawet jeśli są modowymi abnegatami – nie każdy młody zajmuje się przecież gonieniem za trendami – to mają wyczucie mechanizmu mody. Wiedzą, że jak coś jest tak popularne, że już o tym pisze kobieca prasa, a hip-hop-polowcy układają piosenki, to wyszło z mody już pół roku temu.

Inaczej mówiąc: modne jest to, że słowa „trendy” używamy tylko ironicznie. Jeśli ktoś tego nie wie, to znaczy, że jest passe.



Jest pewne prawdopodobieństwo, że Niecik o tym wie i używa słowa „trendy” ironicznie; tak czy siak, my słuchamy tej piosenki ironicznie, z ironią podchodzimy więc także do określenia „trendy”. Czy jednak taki był odbiór projektowany? Bo odbiorca projektowany to nie to samo, co odbiorca faktyczny. Niecika wszyscy znają, ale czy tak miało być? Może Niecik miał być bardzo straight produktem weselnym, udającym produkt cool? A to, że na jego cool nabierają się tylko oderwane od realu ciotki, dzieci do lat ośmiu i inne osoby posiadające niedostateczną kompetencję kulturową, nie było zaplanowane?

Piosenka Niecika jest dla mnie zagwozdką, bo nie mogę przyjąć, że jest ona zupełnie nieskalana inteligencją ironią. O wiele łatwiej mi zrozumieć piosenki innego hip-hop-polowego zespołu – Letni Chamski Podryw.

Zespół Letni Chamski Podryw dystansuje się do samego siebie już samą nazwą - podryw jest letni, czyli przypisany do czasu rządzącego się innymi prawami, karnawałowego. Klip "Pupa" na koniec symbolicznie wraca do realu. Emsis budzą się ze snu o plaży, samochodach i laskach i, staroświecko mówiąc, rozpoznają swoją dolę.



Jeszcze bardziej autoironiczny jest kawałek „Czinkłaczento”. Podmiot jest ironiczny w stosunku do siebie samego: biedaka, który ma tylko trzy szlugi kupione na sztuki, i buraka, który bardziej dba o samochód niż o dziewczynę.



Wątpliwości budzi tylko to, że wprawdzie oni dystansują się do realiów swojego życia, dając jednocześnie znać, że są ich świadomi, ale już do marzeniowego obrazu samochody-laski-łańcuchy-kasa się nie dystansują. Przyznanie się, że z tych czterech mają tylko łańcuchy, nie jest jeszcze zrezygnowaniem z takiej wizji, według której fura, skóra i komóra są obiektem pragnień.

czwartek, 10 lutego 2011

"Nasz Dziennik" o "Krytyce Politycznej" pisze: "mainstream uważający się za awangardę"

Rozważaniom, kto jest bardziej offowy - "Nasz Dziennik" czy "Krytyka Polityczna" - Agnieszka Żurek poświęciła swój artykuł "Kawa i propaganda" w "Naszym Dzienniku". Tekst dotyczy lokalu Krytyki Politycznej i podobnych miejsc, spodziewałam się więc czegoś, co będzie szło po linii wyznaczonej przez Jarosława Kaczyńskiego. Tymczasem jest to jeszcze jeden tekst o hipsterach, tyle że pisany z punktu widzenia radykalnie odmiennego od innych, bo skrajnie prawicowego.

Główna teza artykułu jest taka, że fasadowa lewicowość, proponowana przez modne warszawskie kawiarnie (chodzi głównie o Nowy Wspaniały Świat), choć pokazuje siebie jako antysystemową, awangardową, sprzeciwiającą się katolickiemu głównemu nurtowi, w istocie sama jest mainstreamowa, a postawy, które z niej wypływają, są właściwie sprawą mody, a nie jakichś przekonań wypływających z myśli krytycznej. Deklarowanie się po stronie Krytyki Politycznej nie jest krytyczne, tylko zachowawcze.

Autorka nie krytykuje samego czytania „Krytyki Politycznej” ani osób najbardziej lewicowo zaangażowanych. Wydaje się, że radykałów zostawia w spokoju z szacunku, z solidarności. Krytykuje uważanie imprezowania lub siedzenia na kawie w NWŚ za działalność wywrotową czy żarty z Rydzyka lub Kaczyńskiego jako element cool towarzyskiej konwersacji. Powierzchownym, lifestyle’owym przejawom lewicowej kontestacji zarzuca bezrefleksyjność.
„Proponowana myśl nie jest twórcza ani odkrywcza, ale opiera się jedynie na negacji tradycyjnych wartości i "wyzwoleniu obyczajowym"”
To ciężki zarzut, gdy się stawia go pod adresem ludzi lubiących słowo „krytyczność”. Nie sposób jednak odmówić mu zasadności: nie każdy pijący kawę w lokalu Krytyki Politycznej interesuje się krytycznie czymś więcej niż swoją latte, chyba każdy ma jednak tendencję do wyobrażania sobie, że imprezowanie albo nabijanie się z katolicyzmu jest wywrotowe, antysystemowe, awangardowe.

Autorka zarzuca KP także mainstreamowość. To dość zabawne: każda ze stron – lewicowa i prawicowa – uważa za mainstream system wartości i mody strony przeciwnej, a swoją działalność uważa za wywrotową, wymagającą odwagi, pójścia pod prąd. Czytelnicy „Krytyki” za mainstream uważają katolicyzm, a jego wykpiwanie – za fajny sposób bycia oryginalnym. Katolicy-narodowcy z „Naszego Dziennika” za mainstream uważają brak wartości katolickich, a siebie ze elitarną grupę mężnych bojowników o te wartości.

Moim zdaniem obie strony mają założenie na temat życia społecznego błędne, ale podobne. Wyobrażają sobie, że społeczeństwo jest zorganizowane przez jeden system: zniewalający, quasi-totalitarny, homogenizujący. Choć słowo system zastępują słowem mainstream, nie zdają sobie sprawy z tego, jakie przesunięcie sensów ta przemiana semantyczna za sobą pociąga. Słowo „mainstream” sugeruje, że nisz jest wiele – poza mainstreamem znajdują się więc i hipsterzy z NWŚ, którzy swoim stylem życia manifestują swoją wywrotowość i awangardowość (a którym autorka zarzuca, że są mainstreamem), i radykałowie z „Naszego Dziennika”. To słowo sugeruje też, że „główny nurt” to coś płynnego (a nie – jak w przypadku określenia „system” – stałego, uporządkowanego i przewidywalnego); dopuszcza ono myśl, że określane przezeń społeczeństwo rozdziela się na wiele bocznych nurtów, bo składające się nań jednostki dążą do ciągłego odróżnienia się od sąsiadów. Według takiego modelu społeczeństwo cechuje raczej różnorodność „wyżu nisz” niż homogenizacja i masowość.

Ponieważ mam sentyment do nisz i do oryginałów, to czytam czasem „Nasz Dziennik” w poszukiwaniu fantastycznych ciągów myślowych. I tym razem logika tekstu jest ciekawa. Autorka ma rację w jednym: to ona, młoda prawicowa dziennikarka, jest bardziej oryginalna od tych młodych lewicowych dziennikarek, których – parafrazując Masłowską – siedzi po dwanaście w każdej modnej kawiarni.

Tylko czy wyróżnienie się jest aż tak ważną wartością? Ja jednak chyba wolę, żeby mi radykałowie więksi ode mnie zarzucali, że mam mieszczańskie albo mainstreamowe zwyczaje i że zaprzedałam się systemowi, niż wyobrażać sobie z resentymentem, że robiąc coś niemodnego walczę z systemem.