niedziela, 23 grudnia 2012

Siła krytyki?

Kończy się grudzień, a na Dworcu Centralnym w Warszawie nie wisi żadna reklama. W zeszłym roku przed świętami na jego fasadzie zawisła wielkoformatowa płachta (sweterki H&M za 79 albo inne 119 zł) i spotkała się z krytyką. Optymistycznie zakładam, że te dwa fakty mają ze sobą jakiś związek.

Kiedy w grudniu 2011 na Centralnym zawisły sweterki, decyzję krytykowała „Gazeta Stołeczna”, na Chłodnej 25 odbyła się debata z przedstawicielem PKP i miejskimi społecznikami. Oburzenie wzięło się wtedy chyba stąd, że dworzec był świeżo odnowiony – może od miesiąca albo dwu, już nie pamiętam – i chyba po raz pierwszy od lat wyglądał naprawdę ładnie. Może ludzie nie zdążyli się nacieszyć jego widokiem i dlatego wyjątkowo wyraźnie dotarło do nich, że przez wielkoformatowe reklamy coś tracą?

Zresztą wtedy, przed Euro 2012, reklamy w Warszawie pojawiały się w wielu miejscach, które do tej pory były wolne od komercji. Przez pół roku na moście średnicowym wisiały reklamy Carlsberga i Coca Coli. Musiał oglądać je każdy, kto gapił się za okno przejeżdżając przez Wisłę – a ludzie robią to dość często. Nad Warszawę zaczął wznosić się balon z napisem Orange. Wiosną 2012 r. na Placu Defilad, w strefie kibica, zaczął powstawać McDonald's. Na Centralnym – odnowionym właśnie na Euro – w grudniu zawisły sweterki H&M, a w czerwcu płachta witająca turystów. Wreszcie przy palmie stanęła ogromna dmuchana piłka. 
Każde z tych wydarzeń wywoływało krytykę: „Gazeta Stołeczna” publikowała artykuły, po sieci krążyły krytyczne grafiki, niektóre podpisane przez znanych artystów. Także sprawa Centralnego była oprotestowana – „Stołeczna”, grafiki, memy, dyskusje. Byłam wtedy na debacie na Chłodnej 25. To było smutne. Wszyscy, włącznie z przedstawicielem PKP, zgodzili się, że z tymi reklamami w przestrzeni publicznej to skandal i trzeba z nimi coś zrobić. Odebrałam to jako sytuację jak z powiedzenia: „trzeba działać! Powiedzieli Indianie rozkładając się wygodnie”. Że krytyka – krytyczne artykuły, debaty – nie ma na nic wpływu.

Reakcją na reklamy na Centralnym była debata
A jednak płachty na Centralnym już nie ma. Nie sprawdziły się też czarne wieszczby, że reklamowi deweloperzy, skoro raz przekroczyli granicę, będą starali się ten obszar objąć w stałe posiadanie. Że płachty na moście już zostaną, podobnie Centralny też nadal będzie obwieszony reklamami, że tymczasowy McDonald zostanie na Placu Defilad, tak jak zostało os. Przyjaźń na Jelonkach (to tymczasowe domki, które miały służyć tylko budowniczym pałacu Kultury, a stoją do dzisiaj). Właściwie ze wszystkich wspomnianych reklam pozostał tylko balon Orange.

Czyli jednak krytyka ma wpływ? Może nawet coś więcej. Boltanski i Chiapello w "Nowym duchu kapitalizmu", który właśnie czytam, piszą, że krytyka kapitalizmu jest jego integralnym elementem. Nie istnieje rynek w stanie czystym; zawsze jest on włączony w społeczeństwo, a ono jakoś na niego oddziałuje. Głosy społeczeństwa są – w pewnym stopniu muszą być –  uwzględniane przez kapitalizm. Oczywiście to kapitalizm dyktuje warunki, ale społeczeństwo może je negocjować. Np. piętnować płachty na reprezentacyjnych budynkach albo czynić bezprawnym zatrudnianie na śmieciowych umowach.

Podobnie pisze Karl Polanyi w „Wielkiej transformacji”. Opisuje, jak państwo w XVIII czy XIX wieku próbowało opóźnić szybkie przemiany gospodarcze, które uderzały w ludzi. Oczywiście nie zatrzymało rozwoju kapitalizmu, ale nieco go złagodziło przez spowolnienie. Polanyi twierdzi, że właśnie o coś takiego chodzi.

Boltanski, Chiapello i Polanyi pokazują, że cos takiego jak czysta logika rynkowa nie istnieje. Dla Boltanskiego społeczne reakcje są integralnym elementem gospodarki: kapitalizmowi zawsze towarzyszy krytyka i on zawsze ją uwzględnia. Inaczej Polanyi. Ten jest w stanie wyobrazić sobie czysty rynek, czyli sytuację, w której społeczeństwo nie ma żadnych narzędzi oddziaływania na rynek i jest mu całkowicie poddane. Jednak, jego zdaniem, byłaby to katastrofa, bo rynek jest ślepą, destrukcyjną siłą. która fizycznie wyniszczyłaby społeczeństwa. W obu optykach jedno jest wspólne: przekonanie, że rynek jest zależny od społeczeństwa bardziej, niż zwykle sądzimy.

Potrzebujemy estetyki, bezpieczeństwa czy ochrony przed spamem?

Reklama na Centralnym zniknęła – to optymistyczne. Zarządcy dworca przyjęli krytykę i wzięli ją pod uwagę. Ale martwi mnie jedno: argumentacja estetyczna, która tutaj okazała się skuteczna, ma krótkie nogi. Hm… Mówicie, że reklama na reprezentacyjnym dworcu jest brzydka? No cóż, niektóre kobiety noszą – o zgrozo – brzydkie buty z powodu biedy, dlaczego inni nie mieliby wieszać brzydkich reklam z powodu pieniędzy? Mówiąc bez ironii: argument estetyczny jest słaby, bo estetyka nie jest towarem pierwszej potrzeby. Choć chaos reklamowy przy wylotówkach miast jest paskudny, trudno powiedzieć komuś, kto przymiera głodem, żeby nie zgadzał się na postawienie billboardu na swojej działce, bo to brzydkie. Amoralne – amoralne jak kapitalizm – byłoby traktowanie estetyki jako wartości nadrzędnej względem życia ludzi. Dlatego PKP rok temu bronił się argumentem, że pieniądze z reklamy w Warszawie są bardzo potrzebne wszystkim polskim dworcom.

Lepszym argumentem jest na pewno mówienie, że reklamy są niebezpieczne. Płachty umieszczane przy drogach odciągają uwagę kierowców. Nie zauważy taki jeden z drugim znaku drogowego i nieszczęście gotowe. Taką argumentację przyjmuje warszawskie stowarzyszenie Miasto Moje a w Nim, które walczy z reklamą wielkoformatową. Można też spojrzeć szerzej: nadmiar reklam to brak higieny informacyjnej. Reklamy przekrzykują się ze znakami drogowymi, billboardy z reklamami, reklamy wielkoformatowe z billboardami, reklamy dymane i inne trójwymiarowe z wielkoformatowym, a my przestajemy to wszystko widzieć.

No właśnie: ja uważam, że nadmiar reklam jest zły, bo zaśmieca ludziom głowy. Nie, że zaśmieca miasto i jest brzydkie, tylko że zaśmieca głowy i są głupie. Jeśli chodzi o mnie, to nienawidzę reklam za to, że przykuwają moją uwagę na milisekundy, wystarczające tylko na pomyślenie myślątka w rodzaju "ładny sweterek”, „o, ale ten sweterek cienki", "taki krój, nie, źle bym wyglądała" albo myślątka metabanerowe typu "phi, beznadziejna kampania". Póki co, mam nadzieję, że spotka mnie ślepota banerowa, jak na plakacie Tymka Borowskiego na wystawie "Miasto na sprzedaż" w Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Bo dopóki nie oślepnę na billboardy, to będę przebodźcowana i wiecznie rozproszona tymi reklamami… Tylko czy argument o zaśmieconej głowie jest ważny dla kogoś poza mną? Czy on nie jest jeszcze bardziej elitarystyczny niż argument o zaśmieconej przestrzeni publicznej? Po prostu: czy dla każdego wartością jest to, że nic nie przeszkadza mu w myśleniu? 

niedziela, 25 listopada 2012

Cytacik z Leśmiana



 Cała historia jest taka: Satyr wrócił właśnie z miasta. Tam zorientował się, że jest niewspółczesny. Istnieje wiecznie, co jest zacofane. W dodatku spędza czas na łażeniu po krzakach i jedzeniu winogron, z dala od pobudek ideowych. Jest załamany, że zmarnował swoje życie, ganiając za Nimfą po lesie. Nienawidzi siebie za to, że „składa się z przebrzydłych pierwiastków wiekuistych, które są tym gorsze, że podobno wcale nie istnieją”.

Bardzo fajna ta bajka Leśmiana. No i przy okazji dowiedziałam się, że dowcipy o blondynkach to wcale nie jest nowe zjawisko.

Bolesław Leśmian „Satyr i Nimfa” (ok. 1935), w: „Baśnie i inne utwory prozą”. Tom 3 „Dzieł wszystkich”, ss. 661-678. Warszawa: PIW 2012.

piątek, 16 listopada 2012

Cienie u Platona na wallu

Rośnie gniew społeczny. Ludzie chcą widzieć wszystko na swoich wallach.

Ostatnio cały czas spotykam się z głosami ludzi, którzy mówią o swoim rozczarowaniu Facebookiem. Najczęściej słyszę te głosy od samej od siebie (czasem rozmawiam ze sobą, bo mam podobne zainteresowania). Żeby zachować pozory obiektywizmu, będę pisała w trzeciej osobie. Żeby zaś stworzyć wrażenie, że mówię o szerszym zjawisku, będę pisała w liczbie mnogiej. 

Otóż ludzie mają poczucie braku kontroli nad tym, co widzą w swoim news feedzie. Są zawiedzeni, bo Facebook nie odzwierciedla tego, co polubili. Zadają sobie więc pytanie: czy gdzieś istnieje niefiltrowany feed? Czy mogę zajrzeć za zasłonę filtrów i zobaczyć swój wall? Czy mogę zobaczyć naraz wszystkie elementy swojego fejsowego świata? Wybierałem je przez lata. Czy też jestem zmuszony siedzieć tu, w tej platońskiej jaskini, i patrzeć na tę pieprzoną ścianę?

Cóż, media społecznościowe to tylko jedno z wielu niedoskonałych wcieleń rzeczywistości. Na szczęście można się z nią kontaktować jeszcze na wiele innych sposobów poza "Lubię to". To, co się dzieje z Facebookiem, dobrze wyraża ducha naszych czasów. Fejs jest naprawdę najmniej ważną rzeczą, która zostaje rozwalona w imię maksymalizacji zysku.

Chociaż, prawdę mówiąc, mnie też szkoda Facebooka.

Przypisy:
„Czy mogę zobaczyć naraz wszystkie elementy mojego fejsowego świata? Wybierałem je przez lata”  http://mashable.com/2012/11/12/secret-facebook-link/
„Czy też jestem zmuszony siedzieć tu, w tej platońskiej jaskini, i patrzeć na tę pieprzoną ścianę?” http://www.maltreting.pl/index.php/2012/10/prorok-jakis-czy-cus/
Marki są sfrustrowane, ale i tak zapłacą:
http://arstechnica.com/business/2012/11/is-facebook-broken-on-purpose-to-sell-promoted-posts/
Marki są tak sfrustrowane, że nie zapłacą:http://readwrite.com/2012/11/13/mark-cuban-facebooks-sponsored-posts-are-driving-away-brands
Trzeci sektor zapłaciłby, ale go nie stać:
http://historiaimedia.org/2012/11/12/czy-facebook-ma-jeszcze-sens-w-niszowych-projektach/

piątek, 9 listopada 2012

Beware online filter bubbles

czyli uważacie na internetowe buble

Korzystanie z internetu jako źródła wiedzy nie jest dobrym pomysłem i to nie dlatego, że – jak uważa moja mama – internetowa anonimowość robi z ludzi oszustów, więc nie należy stamtąd czerpać nawet przepisu na marynatę do grzybków. Problem leży w internetowej personalizacji i premiowaniu tego, co popularne.

Tak przynajmniej twierdzi Eli Pariser, badający personalizację Internetu, w wykładzie z serii TED. – Pewnego dnia z mojego Facebooka zniknęli znajomi o poglądach politycznych iinnych niż moje – mówi Pariser. Powód jest taki, że Pariser nigdy nie klikał „Lubię to” przy ich politycznych wpisach, więc ze spersonalizowanej strony głównej (feedu) Eliego usunął ich edgerank.

Edgerank to algorytm Facebooka, który decyduje o kolejności pojawiania się newsów w feedzie. Bierze on pod uwagę użyteczność wpisów dla danego użytkownika, a miernikiem użyteczności jest to, czy właściciel kiedyś (i jak często) komentował wpis danej osoby czy strony lub kliknął Lubię to przy wpisie. Co Pariser widzi groźnego w facebookowym edgeranku? Ano to, że tworzy informacyjną bańkę, a w niej miły mikroklimat tego, co znane.

Podobnie jest z Google’em. Jego algorytm stosuje zasadę „miliony much nie mogą się mylić” – premiuje to, co jest bardziej popularne, czyli częściej linkowane. Pariser opowiada jeszcze o mniej znanej kwestii personalizacji katalogu Google. Rzecz w tym, że Google profiluje wyniki wyszukiwania na podstawie ciasteczek (historii wyszukiwań z danego komputera) i informacji o komputerze, z którego się wyszukuje. W 2 min 42 s. widać, co się stanie, gdy się poprosi znajomych o wpisanie tego samego hasła w wyszukiwarkę na ich komputerze…
 

Algorytmy, które przesiewają informacje dla ludzi w internecie, są w dodatku przesiąknięte reklamami. W Google’u działają pozycjonowanie i promowanie stron, a na Facebooku opłacanie postów. Nie działają za to za dobrze sposoby na wyłączenie reklam; konia z rzędem temu, kto wie, jak wyłączyć opłacane posty na facebooku. Paradoksalnym efektem personalizacji – zarówno w Google’u, jak i na Facebooku – jest brak władzy nad informacjami, które otrzymujemy i irytująca przezroczystość reklam.

Jeśli chodzi o reklamę, między Facebookiem od Google’em jest jednak ogromna róznica. Google kontroluje marketingowe zapędy firm i ogranicza reklamy do AdWordsów, a więc przestrzeni wyraźnie wydzielonej ramą. Tymczasem Facebook stawia na zacieranie granicy między reklamą a niereklamą, rodzaj reklamy podprogowej. Nagle na szczycie ważnych wydarzeń pojawia mi się info, że jakaś moja koleżanka polubiła 14 dni temu stronę jakiejś firmy. Ludzie nie są tacy głupi i mam wrażenie, że dążenie do maksymalizacji zysku będzie zgubą dla Zuckerberga. Że skończy jak chciwcy z moralizatorskich bajek.

Promocja postów dla szeregowych userów na Facebooku. Zapłać 4,19 zł!

Internet nie jest cudownym źródłem wiedzy w zasięgu ręki – twierdzi Pariser. Jest źródłem informacyjnego fast foodu. Na Facebooku dostajesz newsy odzwierciedlające Twój gust, ale niekoniecznie ważne. W Google’u strony hierarchizowane według popularności i wybrane pod ciebie. Do tego mieszają się nowe formy reklamy – na Facebooku promowane fanpejdże, w Google’u pozycjonowane strony.

Co z tego wynika? Ano smutna rzecz: wciąż jeszcze trzeba myśleć.

niedziela, 7 października 2012

Mickiewicz bez patosu

"Dziady" Mickiewicza, czyli ogólniak, romantyzm tłuczony przez cały rok; nauka cytatów na pamięć, parodiowanie ich niezrozumiałej symboliki („imię jego dawne bohatery, a numer buta czterdzieści i cztery”).
„Miron Białoszewski plays Adam Mickiewicz Dziady”, Bołt Records (2012), seria Populista.
Płyta „Miron Białoszewski plays Mickiewicz” chyba zmieni mi zestaw skojarzeń z „Dziadami”. Po raz pierwszy ever usłyszałam w nich kawałek literatury, fajnie brzmiącej poezji, a nie blok marmuru z ołtarza polskiej kultury, którego okruszek w postaci cytatu na pamięć każdy Polak powinien nosić jako amulecik.

Jest tu melorecytacja z przytupywaniem i bębnieniem, trochę rytualna. Słuchając przypomniałam sobie, że "Dziady" są raczej dramatem do grania na scenie niż długim wierszem do czytania po cichu i uczenia się we fragmentach na pamięć, żeby potem mieć w wypracowaniu cytaty. Białoszewski trochę parodiuje, trochę się wczuwa w odgrywane role, recytuje melodyjnie jak ksiądz w kościele, zaciąga, przeciąga, klepie jak pierwszak wierszyk na apelu. „Słowa kłamią głosowi, a glos myślom kłamie” jest przez niego podśpiewywane na melodię jednej z kolęd. W tej recytacji jest wszystko oprócz patosu. A w tym, jak nauczyliśmy się (nauczono nas) czytać Mickiewicza, jest niewiele poza patosem.

Na studiach, na zajęciach u prof. Grażyny Borkowskiej, też zajmowaliśmy się Mickiewiczem przez kilka miesięcy. Czytaliśmy różne książki o nim, napisane przez sto pięćdziesiąt lat: Boya Żeleńskiego z międzywojnia, „Spór o Mickiewicza” ze stalinizmu, „Żmut” Rymkiewicza. Czytaliśmy, jak zmieniały się interpretacje, jak różne ideologie podpinały się pod wywyższonego wieszcza, żeby na tym coś zyskać, najczęściej legitymizację ideologii. 

Białoszewski nie czytał "Dziadów", żeby potem to sprzedać; żeby zyskać popularność, produkując e-book z lekturą obowiązkową. Jego nagrania, znalezione w ubiegłym roku w Muzeum Literatury w Warszawie, są home-made, jakość dźwięku jest fatalna, wszystko było nagrywane na kasetach magnetofonowych, na pewno nie z myślą o wydaniu. W dodatku podoba mi się, ze Białoszewski wrócił do najbardziej prostego aspektu poezji Mickiewicza: jej brzmienia. Jest naprawdę daleko od ideologii.

Wybrane kawałki z II części „Dziadów” w całości są pobrania na boltrecords.pl, a fragmenty a do odsłuchania on-line można znaleźć w sklepie serpent.pl.

niedziela, 23 września 2012

Budki dla dozorców


Pałac Kultury i Nauki. Widok od ul. Emilii Plater



Zachęta, parking od strony ul. Kredytowej

Dworzec Centralny. Widok od Al. Jerozolimskich

Pałac Kultury i Nauki. Widok od ul. Marszałkowskiej

Ul. Nowy Świat 6. Dawniej Dom Partii, dzisiaj giełda. Widok od strony Al. Jerozolimskich

Ul. Nowy Świat 6. Dawniej Dom Partii, dzisiaj giełda. Widok od strony Nowego Światu

Plac Trzech Krzyży

Plac Trzech Krzyży. Ministerstwo Gospodarki

Ul. Wspólna. Zjazd do podziemnego garażu między ministerstwami

Ul. Żurawia. Ministerstwo Rolnictwa i Rozwoju Wsi

Okolice Poznańskiej i Nowogrodzkiej


Kiedyś oficyny budowano jako część pałacu. Dlaczego dzisiaj cieciówki nie zasługują na bycie architekturą? Dlaczego nikt nawet nie próbuje tych budek dostosować wizualnie do gmachów, przed którymi stoją? Czy naprawdę nikt nie widzi, że to powinno być zrobione? Dlaczego te budki, przeznaczone dla osób, które obserwują i kontrolują (ale też witają nas w budynku) same wyglądają tak, jakby nikt nie miał na nie nigdy nie spojrzeć? Czy to jest temat społeczny, o różnicy klasowej ludzi z biur i z cieciówek? Czy też chodzi o zwykłe niedbalstwo projektantów i zarządców budynków?

niedziela, 16 września 2012

Kiepski jest bezrobotny, bezrobotny jest kiepski

Czyli w serialach tylko leniwi nie mają pracy.

Tak się zastanawiałam nad obrazem bezrobocia w popularnych serialach. W telenowelach to zjawisko nie istnieje chyba w ogóle. W Świecie według Kiepskich się pojawia, ale Ferdek tylko ugruntowuje neoliberalny stereotyp: bezrobotny nie pracuje, bo mu się nie chce. Woli pić piwo, oglądać telewizję i mówić, że „w tym kraju nie ma pracy dla osób z moimi kwalifikacjami”.

Łatka nieroba (nie pracuje, bo mu się nie chce), którą przyczepia się bezrobotnym, kojarzy mi się z łatką puszczalskiej (miała krótką spódnicę, czyli sama się prosiła) w odniesieniu do zgwałconych kobiet. Bezrobotny jak zgwałcona, jest sam sobie winny. W drugim przypadku czasem dostrzegamy bezpodstawność obarczania skrzywdzonego winą za swój zły los; w pierwszym niestety przydarza się to o wiele rzadziej. Nie ma solidarności z bezrobotnymi, z empatią też jest słabo.

Co do telenowel, to ostatnio w M jak miłość bez pracy był Marek Mostowiak, wdowiec po Hance od kartonów. Rzucił pracę, żeby móc spędzać więcej czas z dziećmi. W kolejnym odcinku już miał nową robotę. Jak to zrobił, skoro w Polsce poszukiwanie nowej pracy trwa średnio rok? Ano. To tylko telenowela, nie wymagajmy realizmu…

Nie znam wszystkich serialowych historii o utracie pracy. To takie refleksje przy okazji spotkania o serialach, które prowadziłyśmy z Małgorzatą Semeniuk w Klubie Krytyki Politycznej w Ostrowcu. Znacie inne bezrobotne postaci z polskich pop seriali?