sobota, 15 października 2011

Oburzeni w Warszawie

Poszłam na marsz oburzonych.

Koło ul. Królewskiej obserwatorka marszu, jakaś starsza pani, zapytała: „a dokąd to idziecie? Na Pałac Zimowy? Dobrze, dobrze, precz z komoruskimi gnidami!” i przyłączyła się, choć wcale nie szliśmy pod żaden Pałac Zimowy, tylko na przystanek autobusowy. Przynajmniej tak uważała pani, która szła za mną. Do swojego dziecka powiedziała: „popatrz Olu, jak nas wszyscy odprowadzają na przystanek”.

Poszłam na ten marsz pomimo poczucia, że wszystko to jest mało profesjonalnie zorganizowane, a myśl przewodnia słabo skrystalizowana. Podoba mi się, że tym młodym ludziom, którzy zwołali zgromadzenie, chce się coś robić. No i czy naprawdę każdy musi mieć profesjonalną stronę internetową, PR, zajebiste zaplecze intelektualne? Ludziom, którzy to wszystko mają, często już nic się nie chce. Nie wierzą, że coś mogą zmienić; mają zbyt duże kwalifikacje i za dużo do stracenia; wierzą, że bardziej opłaca im się biegać jeszcze szybciej niż się buntować.

Ja sama szłam średnio oburzona. Może nie mogę zaspokoić swoich potrzeb, ale w sumie moje życie nie jest najgorsze. Wierzę, że powinnam raczej zweryfikować swoje potrzeby niż oburzać się, że nie mogę ich wszystkich zaspokoić. Poza tym wciąż uważam, że powinnam biegać szybciej.

Zrobiłam się naprawdę oburzona, kiedy po powrocie zobaczyłam relację na Gazeta.pl.
„Oburzeni” w Warszawie. „Chcemy życia w dobrobycie!” [ZOBACZ WIĘCEJ > ZDJĘCIA]. (data dostępu: 15.10.2011, godz. 23:00)
Do zajawki wybrano najgorsze, najbardziej kompromitujące hasło. Na zdjęciach nie widać transparentów ani sensu zgromadzenia. Jest za to informacja, że w manifestacji wzięło udział 100-200 osób; pod zdjęciami mowa już tylko o kilkudziesięciu osobach.

Naprawdę nie wiem, skąd oni wzięli te liczby.Może jedna osoba z aparatem wpadła tam na moment i oszacowała liczbę osób na oko. Wiem jednak, że na początku marszu – kiedy spotkaliśmy staruszkę i matkę z dzieckiem – szło tam kilkakrotnie więcej osób. Spokojnie pół tysiąca.

Jestem zaskoczona takim jednostronnym obrazem manifestacji na Gazeta.pl. Że to garstka licealistów, którzy chcą prawa do dobrobytu. Na warszawskich stronach "Gazety Wyborczej" zwykle nie zauważam przejawów dziennikarstwa przedstawiającego tylko jeden aspekt sprawy w nadziei, że nikt się nie zorientuje, że istnieje też inny. Tym razem tekst napisał Gadosmolesiński.

Update

16 października w południe tytuł na głównej stronie gazeta.pl jest już bardziej stonowany,
Oburzona młodzież maszeruje przez miasto.
Zdjęcia też lepiej skadrowano, ale w leadzie dalej mowa jest o 200 osobach.

Na wyborcza.pl w leadzie widnieje już inna informacja:
Według służb porządkowych, w sobotnim warszawskim marszu wzięło udział ponad 150 osób; według organizatorów - 800.
Spora różnica.

A tak poważnie

Jeśli chcemy walczyć o prawo do zaspokojenia potrzeb – to trzeba te potrzeby wyartykułować. „Chcemy prawa do dobrobytu” to złe hasło, bo każdy albo prawie każdy uważa, że za mało zarabia – czy jest to 1500 zł czy 2500 zł, 5 czy 10 tysięcy. Na ciągłym napędzaniu potrzeby posiadania coraz więcej i więcej opiera się nasza kultura. Warto byłoby określić, jakie są podstawowe potrzeby, które każdy powinien móc zaspokoić, a jeśli nie może tego zrobić sam, powinno mu w tym pomagać państwo. Mieszkanie? Opieka zdrowotna? Jedzenie? Potrzebne są konkrety, żeby nikt nie zarzucał, że Porozumienie 15 października to młodzi z dobrych domów, którym się w dupach poprzewracało.

Fajnie też, że na marszu pojawiły się hasła „możliwy jest inny świat”, „władza w ręce wyobraźni”. Tru, chyba. Trzeba mieć wyobraźnię, żeby wyjść poza konsumpcjonizm i poza mit, że jeśli człowiek odpowiednio bardzo się stara, to odniesie sukces. A samo oburzenie bez wyobraźni to chuja jest warte.

sobota, 8 października 2011

Jak pochować grób, czyli "Obsoletki" Bargielskiej

Taką rozmowę odbyłam w zeszłą niedzielę:

- Wiesz, oglądałam wręczenie Nike w telewizji.
- I kto dostał, Mrożek?
- Nie. Jakiś koleś dostał za książkę "Pióropusz". Lotnik się nazywa.
- Nie znam. Hm, a może Marian Pilot?

No tak. Nie znam się na literaturze najnowszej, ale akurat przypadkiem znam Justynę Bargielską, która dostała nominację.

Czytałam jej "Obsoletki" – książeczkę złożoną ze stronicowych tekścików ociekających groteską jak książki Topora – jakoś w tym samym momencie, kiedy przeprowadziłam się pod Powązki. A w "Obsoletkach" dużo jest o śmierci:
„Jestem kobietą, która urodziła dziecko bez głowy – tak się przedstawiała Beata, chociaż miała w domu starszą córkę, której nic z tych strategicznych części nie brakowało, do czasu, aż urodziła następną. Wtedy zaczęła się przedstawiać: – Jestem kobietą, która urodziła dwoje dzieci z głowami i jedno bez”.
To ulubiony cytat Wierzycielki, która pożyczyła mi Bargielską.

Albo opowiadanie, jak w drodze na rodzinny urlop mijali straszny wypadek samochodu, również wypchanego urlopowymi tobołami. Zginęła kobieta, a jej mąż pewnie
„tak stał, patrzył na zawartość toreb i myślał sobie «nie zauważyłem, żebyśmy brali ten wielki czarny worek»”.
Bargielska jakoś tak łatwo dostrzega w ludzkim ciele niepokojący potencjał stania się martwą rzeczą.

Późnym latem czytałam sobie "Obsoletki" i łaziłam na cmentarze. Zwiedziłam Stare Powązki z mieszczańskimi grobami jeszcze z XIX wieku. Leżą tam ludzie i ich żony: „Stanisław Hiszpański, szewc. Zofia z Wróblewskich, żona”. Zwiedzałam Powązki Wojskowe, gdzie wbrew "wojskowemu" w nazwie leżą Kołakowski, Nałkowska, Tuwim. Bargielska powiedziałaby pewnie, że Powązki to miły park, dużo tu fluoru w ziemi.

Jeszcze jeden fenomen. Czy zainteresowałby Bargielską? Pod Powązkami Wojskowymi są zakładziki pogrzebowe, które oferują

Chować znaczy „trzymać kogoś lub coś w ukryciu” i „składać do grobu”. A dochować? Kojarzy mi się z dochowywaniem tajemnicy. Tym bardziej, że na Powązkach Wojskowych znaleźliśmy takie pochowane groby. Przy głównej alei nagle szereg nagrobków się urywa, zamiast nich wyrasta piękna ściana tuj. A za tujami – elegancko schowane, zarośnięte mchem nagrobki, ba! ogromne pomniki, na które wchodzi się po schodach. To groby Bolesława Bieruta i Juliana Marchlewskiego.

Tak naprawdę słowo „dochować” tutaj, w żargonie branży pogrzebowej, oznacza „dopełnić grób”. Dość to makabryczne, bo w pogrzebie chodzi właśnie o to, żeby był zakończony, jako że ma ułatwić pogodzenie się z czyjąś śmiercią jako naturalną koleją rzeczy, nieuniknionym zakończeniem życia; niezakończony pogrzeb i niedokończony grób to dobry pomysł na film o zombie.

To, co interesuje Bargielską – martwe płody – jest z podobnego porządku makabry między życiem a śmiercią. Póki płody żyją, w Polsce nazywa się je dziećmi będącymi w fazie prenatalnej. Kobiety także myślą o swoich nienarodzonych jeszcze dzieciach jako o dzieciach właśnie, a nie o płodach. Gdy same usuwają ciążę – o! to są przestępczyniami, morderczyniami. Gdy jednak płód sam umiera przed narodzinami, lekarze nagle przestają o nim mówić jako o nienarodzonym dziecku, a niedonoszoną ciążę szpital zwyczajowo wyrzuca razem z pooperacyjnymi odpadami. Tymczasem należałoby albo konsekwentnie nie uznawać śmierci płodu za śmierć podmiotu (i pozwalać na aborcję), albo konsekwentnie traktować płód jak bardzo małe dziecko (i wtedy traktować niedonoszone ciąże tak, jak traktuje się zmarłych – nie przechowywać w szpitalu w jednym koszu z wyrwanymi zębami).

Słowem, Bargielska w "Obsoletkach" pokazuje relację śmierci i pamięci i to, że ciężko znieść śmierci, o których nie wolno mówić.

Z pamięcią o śmierci Bieruta czy Marchlewskiego jest w jakimś sensie podobnie jak z pamięcią o poronionych płodach – choć byli ludźmi, którzy mocno różnią się od niedonoszonych ciąż, bo nie dość, że mieli życiorys znacznie dłuższy niż życie płodowe, to jeszcze sporo namieszali nie tylko w życiu swojej matki, ale milionów ludzi. O ile zmarli przed urodzeniem zazwyczaj nie mają ani jednego pogrzebu, o tyle Bierut i Marchlewski zostali pochowani podwójnie: raz pochowano ich w celu upamiętnienia, a drugi raz pochowano groby za krzakami, żeby o nich zapomnieć.

To tyle, jeśli chodzi o domorosłą tanatologię.

Zanieście świeczkę Marchlewskiemu! A Kuklińskiemu ogarek. Albo odwrotnie.

Grób Marchlewskiego. Źródło: Wikipedia.

czwartek, 15 września 2011

"Przewodnik po warszawskich blokowiskach"

"Czas odczarować słowo «blokowisko». Blok to po prostu wolnostojący budynek wielomieszkaniowy" – tak mówi Jarosław Trybuś "Gazecie Wyborczej". A na okładce swojej książki pisze: "warto się im przyjrzeć. docenić ich różnorodność. Poznać ich historię. Dostrzec urok. Polubić". Warto. Jego książka jednak w tym nie pomaga.

Wydanie "Przewodnika..." jest tylko jedną z wielu akcji, mających na celu odczarowanie bloków. Osiedla interesują twórców i publiczność festiwalu Warszawa w budowie, na rzecz poprawy środowiska mieszkalnego działa stowarzyszenie Odblokuj.org, Co do pojedynczych akcji, performensów, happeningów – te wszystkie czarne kwadraty na ścianach bloków, napisy z zapalonych w oknach świateł nie sposób zliczyć. Już nawet urzędy chcą zmieniać podejście do blokowisk: w czerwcu 2011 r. odbywał się zorganizowany przez urząd warszawskiego Targówka cykl wydarzeń "RE:BLOK: Reaktywacja blokowiska". A to tylko jedne wakacje w jednym polskim mieście.

„Przewodnik…” nie jest wcale taki pionierski. Więc, zamiast tylko cieszyć się, że się ukazał, warto też spojrzeć na sposób ujęcia tematu. A ten zbyt często wpada w koleiny tradycyjnego przewodnika, dla którego najistotniejsze są kościoły i wszystko, co zabytkowe – ocalała na Muranowie świątynia, jeszcze XIX-wieczny drewniany domek na Bródnie, kamienica między blokami. Wolałabym, gdyby oprowadzający po blokowiskach Jarosław Trybuś większą uwagę poświęcił budowlom z wielkiej płyty. Informacje o nich są doprawdy ogólne i jest ich niewiele – i nie jest to retoryczna przesada.

W „Przewodniku…” brakuje informacji o układzie mieszkań na poszczególnych osiedlach. Czy na Chomiczówce kuchnie są ciemne czy jasne? Klatki galeriowe czy pionowe? A jakie wyposażenie było w mieszkaniach? W dodatku wśród punktów, zaznaczonych na mapie jako interesujące i opisanych w krótkim artykule, bloki to zdecydowana mniejszość. Natomiast w każdym rozdziale znajduję informacje o zabytkach i kościołach na danym osiedlu, a w co drugim o podwórkowych kapliczkach, choć ani zabytki, ani kościoły z reguły nie należą one do tego samego założenia architektonicznego co bloki.

Przykład: przewodnik po blokowiskach na Sadach Żoliborskich. Wyróżnionych na mapie miejsc, które warto zwiedzić, jest tylko dziewięć. Cztery z nich znajdują się poza założeniem Sady Żoliborskie, blisko sąsiedniego kwadratu, a właściwie trójkąta między ulicami Krasińskiego, Popiełuszki i Broniewskiego. No dobrze, dlaczego nie mielibyśmy zwiedzić najbliższej okolicy Sadów? Problem w tym, że w całym kwartale sąsiadującym z Sadami Trybuś każe nam zauważyć tylko: a) kościół, b) żeńską szkołę przyklasztorną, c) właz do kanału, którym powstańcy chodzili do śródmieścia, d) historyczną nazwę ulicy. Ja się pytam, co nazwa „Stołeczna” ma do tematu blokowisk? A kościół albo szkoła przyklasztorna?

Obok szkoły przyklasztornej są bloki. Administracyjnie do Sady, ale to już inne założenie architektoniczne. Kiedy powstały? Dlaczego zaprojektowano między nimi tyle zieleni i jak to się stało, że do tej pory żadnemu deweloperowi nie udało się wstawić między nie drugie tyle bloków? I co to za rotunda stoi między blokami? A kogo to obchodzi. Ważny jest kościół, klasztor, właz do kanału oraz przedwojenne tradycje.

To doprawdy kuriozalne, że „Przewodnik po blokowiskach” opowiada nie o blokach, a o tym, co ciekawego, a najlepiej zabytkowego stoi między blokami. Jak to się stało? Być może Jarosław Trybuś chciał opowiedzieć o blokowiskach, ale – jak to się często zdarza podczas snucia gawęd przez przewodników – opowiedziało mu się o czymś innym, o tym, o czym opowiadał już tyle razy i tyle razy słyszał, że niepodobieństwem wydaje się potraktowanie tego jako czegoś nieistotnego. Jak można – pomyślało się autorowi – spacerując po Żoliborzu nie wspomnieć, że tym włazem powstańcy z Powstania Warszawskiego wchodzili do kanału, który prowadził do Śródmieścia?

Być może rozwiązanie zagadki tkwi w tym, że książkę wydało Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym zresztą pracuje autor. A Muzeum musi promować powstanie nawet w książce o warszawskich blokowiskach, które – przypomnijmy – mają w Warszawie bezprecedensowe rozmiary z powodu zniszczeń wojennych miasta.

A może pies jest pogrzebany w tym, że – jak czytam w stopce redakcyjnej – informacje do przewodnika zbierał cały zespół wolontariuszy? To by wyjaśniało także fakt, że w artykulikach „Przewodnika…” brakuje jednolitej, spójnej oceny modernistycznej utopii, jak gdyby autor nie miał przemyślanych filozoficznych kwestii, o których trzeba raz po raz mimochodem wspominać, gdy mówi się o blokowiskach. Jaki z tego morał? Warto pisać książki samemu. Na marginesie dodajmy: a jeśli nie pisze się ich samemu, to warto zapłacić ludziom za ich pracę.

Zakończę łagodząco: choć nie polecam bezrefleksyjnego podążania za oznaczonymi miejscówkami, mimo wszystko warto wybrać się na spacer z „Przewodnikiem…”. Bo innego przewodnika po stołecznych blokowiskach nie ma.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Antykomunistyczna miejska legenda z Ostrowca


Tak wygląda Ostrowiec Świętokrzyski z lotu ptaka; zdjęcie pochodzi z blogu blog.waciobird.pl.

Te bloki, układające się w dziwacznie poskręcaną formę, przypomniały mi o miejskiej legendzie, według której widziane z góry ostrowieckie bloki tworzą napis LENIN.

Jest w niej stereotypowe myślenie: co złego, to komuniści. Bloki są niefajne? Och, mamy je przez komunistów. Tymczasem autorem idei taniego budownictwa z prefabrykatów, dostępnego finansowo dla zwykłych ludzi, był Le Corbusier. To on stworzył architektoniczną formę bloków, która bywa oceniana jako brzydka, odhumanizowana, przygnębiająca powtarzalnością form i anonimowością jednakowych mieszkań. To on wymyślił abstrakcyjność, geometrię urbanistycznego układu osiedli, która często dziś uważa się za czynnik sprawiający, że w blokach bardzo źle się mieszka.

Ponieważ Le Corbusier nie miał nic przeciwko abstrakcyjnym formom architektonicznym i urbanistycznym, to pomysł, by bloki układały się w litery, wydaje się z ducha raczej lecorbusierowski niż komunistyczny. Także „dla każdego takie samo mieszkanie” to raczej idea Le Corbusiera niż Sowietów.

Jest znaczące, że to w hasło LENIN mają układać się bloki, a nie – dajmy na to – w MARKS, STALIN czy choćby GIEREK. Marks jest kojarzony raczej z filozofią, Stalin – z dyktaturą, a Gierek to symbol PRL-owskiej codzienności (mówi się o meblach czy architekturze a’la późny Gierek). Natomiast Lenin jest symbolem idei wcielanej w czyn, komunizmu jako doktryny; pomysłu na prawdziwą demokrację, która okazała się porażką, nieżyciowym (bo niewydolnym ekonomicznie) wymysłem. Komunizm każdemu obiecywał sprawiedliwość społeczną; ten element doktryny został sprowadzony w miejskiej legendzie do prześmiewczej postaci: komuniści uważali, że wszyscy mają mieć po równo, dlatego pobudowali mrówkowce, w których wszystkie mieszkania są prawie takie same.

Lenin jest też pop-symbolem PRL-owskiego absurdu; propagandową, rytualną mantrą, wciskaną przez „komunistów” wszędzie. Więc czemu nie mieliby ułożyć bloków w LENIN-a?

O Ostrowcu mówi się, że jest czerwony. Nieprzerwanie do dzisiaj w Ostrowcu odbywają się pochody pierwszomajowe z orkiestrą dętą; w 1905 roku była tutaj Republika Ostrowiecka, zaraz po II wojnie światowej też były jakieś przyczółki lewicy. Zdaje się, że to dlatego akcja „Popiołu i diamentu” Andrzejewskiego toczy się w Ostrowcu. A jednak po tej legendzie widać, że Ostrowiec jest też bardzo negatywnie nastawiony do swojego lewicowego dziedzictwa. Blokowiska, które powstały w rozwijającym się w latach 70. Ostrowcu, są postrzegane jako ideologiczny, propagandowy bubel. Samo określenie „czerwony” ma przecież pejoratywne zabarwienie.

A przecież bloki, choć nie są cudem architektury, to mają swoje plusy: były przynajmniej tanim budownictwem mieszkalnym dla każdego.

wtorek, 14 czerwca 2011

My też boimy się obcych

Po sobotniej Paradzie Równości dostałam link do reportażu Telewizji Narodowej. Prawicowa kamera poruszała się po drugiej stronie (czyli nie tej mojej) kordonu policji. Link dostałam, bo opublikował go fanpage „Czytam prawicową publicystykę dla beki”.

Reportaż jest tak zły technicznie i jednocześnie w tak złym świetle pokazuje ludzi, którzy z kropidłami stali na Pl. Bankowym, że oczywiste jest, że Telewizja Narodowa nie istnieje, a filmik zrobił ktoś, kto na Facebooku należy do grupy „Tworzę prawicową publicystykę dla beki”.



Hasło „czytam prawicową publicystykę dla beki” wskazuje na to, że zarówno ja, jak i inni, którzy również lubią to, reagujemy śmiechem na prawicowców. Śmiejemy się z nich, bo nie pojmujemy ich braku zrozumienia dla inności.

Śmiejemy się też z trollowego filmiku, przedstawiającego satyrę na brak akceptacji dla odmienności homoseksualistów. LGBT są dla prawicowców obcy, więc (widzimy to w filmie) prawicowcy spodziewają się po nich wszystkiego najgorszego: adoptowania naszych, polskich dzieci, pedofilii. Nieomal przerabiania chrześcijańskich dzieci na macę.

Ale przecież ten nasz śmiech i parodiowanie prawicowców, nabijanie się z nich jest podstawową reakcją na inność. Zamiast ich odmienność zrozumieć, śmiejemy się z niej. Jednocześnie jesteśmy otwarci na odmienność LGBT. Wychodzi więc na to, że również my nie mamy zrozumienia dla inności. Bo co to za rozumiejące podejście, skoro jest wybiórcze?

W wykluczającej reakcji na odmienność jesteśmy podobni, choć my walczymy o równość dla różnych (choć, jak widać, nie dla wszystkich), a oni chcą wszystkich upodobnić światopoglądowo do siebie. Cóż, w ich beznadziejnej postawie przynajmniej nie ma hipokryzji.

sobota, 14 maja 2011

Pieprz system, bądź spóźniony!

W czwartek poszłam na koncert Otto von Schiracha i Zu do Hydrozagadki.

Koncert miał się zacząć o 21:00 lub 21:30. Że o 21, podawała strona internetowa. Że o 21:30, ulotka. Widać i tak nikt nie przywiązywał do tego zbyt dużego znaczenia, bo zaczął się po 22.

Pierwszy artysta grał 50 minut, a potem była tyle samo trwająca przerwa. W czasie przerwy w klubie leciała muzyka z płyt; część ludzi została w środku, część wyszła na zewnątrz, przed budynek - palić papierosy, stać w grupkach i gadać, siedzieć na krawężnikach.

Więc stoimy na zewnątrz, licząc na to, że jak koncert z powrotem się zacznie, to usłyszymy. I rzeczywiście: koło 23:30 słychać głośniejsze dźwięki free-jazzowego saksofonu – znak, że zespół zaczyna grać. No więc wchodzimy. Wszyscy kierują się pod scenę, bo na takim koncercie trzeba być pod sceną, to taka sama reguła savoir-vivre’owa jak reguły stroju w operze. Jedni pod tą sceną tańczą, inni tylko się gibają, jeszcze inni tylko lekko kiwają głową, ale wszyscy stoją. Siedzenia znajdują się z tyłu i pod ścianami, a tam nic nie widać, gorzej słychać. Niestanie pod sceną oznacza więc mniej intensywne uczestnictwo, a co za tym idzie lekceważenie muzyki. A skoro olewasz muzykę, to po co przyszedłeś na koncert? Pokazać się? Na klubowych koncertach olewanie muzyki nie jest w dobrym tonie.

Więc stoimy. Czekamy, bo dźwięki saksofonu były fałszywym alarmem: artyści tylko zaczęli się stroić i uzgadniać z dźwiękowcami nagłośnienie swoich instrumentów (jest zagadką, dlaczego nie robili tego przez ostatnie 40 minut, kiedy staliśmy na zewnątrz). Nastroiwszy się, schodzą ze sceny. Co za podłość. Ale nie opłaca się już rozchodzić, więc czekamy na stojąco. Na szczęście za 10 minut artyści z zespołu Zu wracają i koncert się zaczyna. Jest 23:50.

Od 21:00, kiedy koncert miał się zacząć, minęło 2 godziny 50 minut. Przez ten czas artyści występowali tylko przez 50 minut. Całe wydarzenie, do końca ostatniego z dwu koncertów, trwało jakieś 3 godziny 30 minut i składało się w 60% z czekania.

Spóźnienia i ciągłe stanie – to najbardziej przeszkadzało mi na tym koncercie. Z całą siłą spostrzegłam te irytujące, a nieodłączne elementy koncertu w klubie, bo po raz pierwszy od dość dawna byłam na klubowym koncercie.

Jeśli ktoś z czytelników nie bywa na koncertach w klubach, to powtarzam: koncerty w klubach zawsze zaczynają się ze spóźnieniem i najczęściej się na nich stoi. I pierwszą, i drugą uciążliwą cechę wiązałabym z punkową, kontrkulturową postawą, każącą ignorować taki mieszczański przesąd jak punktualność czy takie burżuazyjne wygody jak siedzenie.

Stanie na koncertach ma także inne znaczenie, głębsze niż proste przeciwstawienie się zastanym mieszczańskim formom i normom. Siedzenie w filharmonii miało wyłączać ciało i ułatwiać intelektualny i emocjonalny odbiór muzyki. Muzyka była przecież uważana za najczystszą ze sztuk: niematerialna, mogła sobie rościć prawo do absolutności. Muzyka, grana w klubach, kontestuje takie podejście. Wywodzi się ona z rocka i bluesa i – podobnie jak one – dowartościowuje cielesne uczestnictwo, cielesny odbiór muzyki. Z tym ostatnim wiąże się też głośność muzyki w klubach – zawsze taka, żeby dźwięk ogłuszał, wprawiał w drgania żołądek i poruszał nogawkami spodni.

A spóźnienia? Powiedziałam żartem, że jest to kontestacja mieszczańskiego przesądu, nazywanego punktualnością. Ale punktualność to wcale nie przesąd, tylko naprawdę niebanalna reguła, organizująca życie społeczne, bo pozwalająca zsynchronizować swoje działania z działaniami innych ludzi. Zegar na wieży kościelnej był wynalazkiem, który zrewolucjonizował średniowieczne miasta.

Ale na koncertach punktualność nie obowiązuje i nie wiadomo już, kto jest winny. Publiczność przychodzi spóźniona, bo wie, że koncerty zaczynają się z obsuwą. Knajpy czekają, aż publiczność przyjdzie. Inna interpretacja: czekają, aż ludzie wydadzą pieniądze w barze. W takiej sytuacji także muzycy nie czują się specjalnie zobligowani do punktualności.

Tego wszystkiego – sensu stania, spóźniania się, zbyt dużej głośności – tylko się domyślam. Bo stały się one powielaną bezmyślnie tradycją, wcale już nie kontestatorską, bo jak tradycja może być kontestatorska? W każdym razie w tym przypadku z całą pewnością jest tylko głupia i penerska.

Jeśli mogłabym wybierać, do których uświęconych tradycją zwyczajów mam się stosować, to wolałabym bezmyślnie trzymać się savoir-vivre’owych zasad niż bezmyślnie trzymać się ich łamania. Zgoda, punktualność nie jest ani przyjemna, ani fajna. Jest sztywniacka. Trochę tak, jak stanie w kolejce. Ale bez takich reguł, tak jak bez zegarków, życie byłoby cięższe i jeszcze bardziej stresujące. Wkurza mnie więc ignorowanie zasady punktualności na koncertach w klubach. Punktualność nie jest cool, ale jeszcze mniej cool jest czekanie godzinami na koncert!

Aha. Zu i Otto von Schirach robią naprawdę świetną muzykę. Poszłam na ten koncert, bo wiedziałam, że warto znieść to całe klubowe penerstwo dla samego Ottona. Domyślałam się, że dla Zu też, choć ich nie widziałam wcześniej na żywo. Otto jest naprawdę wyjątkowy w tym, jak łączy break core i metal; wyjątkowa jest też porcja złego smaku i parodii kultury popularnej, jaką von Schirach serwuje. Warte każdego czekania jest zobaczenie go, jak tańczy swój niesamowity taniec, inspirowany scenicznymi performance’ami gwiazd pop, ale daleki od ich aluzyjnego prężenia biustu i torsów.

Nie ma w sieci filmów ani zdjęć, które dobrze by oddawały taniec Ottona von Schiracha, ale posłuchajcie muzyki: „Tea Bagging The Dead”, „La Sangre Del Dedo Intelecto” albo „Dance Like a Hoe”.

wtorek, 3 maja 2011

Statua Superpatrioty

Pewien Polonus ze Stanów, rzeźbiarz Andrzej Pityński, podarował Stalowej Woli monument „Patriota”.

Stalowa Wola przyjęła pomnik, chociaż nie za bardzo ma go gdzie postawić. „Patriota” ma bowiem proporcje amerykańskie: jest to postać mierząca 12 metrów. Właściwie nie jest to pomnik, tylko statua. Na pierwszy rzut oka wygląda jak jeden z transformersów, uchwycony w trakcie przemiany: ma jedno husarskie skrzydło, ekspresyjnie wygięte, wykonane ze zmatowionego, ciemnego metalu, imitującego poszarpaną tkankę. Z drugiego skrzydła został kilkut, postać ma dziurę w klatce piersiowej. Ma też miecz, klatę jak Connan Barbarzyńca, sylwetkę Supermana. Maskulinistyczna maszyna do zabijania. Superpatriota.


Teraz jest odlewany w Gliwicach. W Stalowej Woli stanie jesienią.

Twórca tego paskudztwa, Andrzej Pityński, przypomina mi Jana Matejkę. Punkty styczne są aż trzy.

Po pierwsze, historiozoficzność. Za twórczością Andrzeja Pityńskiego stoi pewna konkretna filozofia historii: martyrologia. Pityński wyrzeźbił już pomniki bohaterów narodowych: Popiełuszki, Jana Pawła II (dwie sztuki), katyński, Błękitnej Armii, a także monumenty o tematyce bardziej abstrakcyjnej, wskazujące na postawy godne pochwały: „Partyzanci”, „Sarmata”, „Mściciel”. No i „Patriota”. Na makabrycznym poszarpanym skrzydle „Patrioty” będą wyrzeźbione daty, symbolizujące szczególnie wzniosłe momenty w historii „golgoty Polski” (takiego sformułowania użyto w informacji prasowej).

Podobnie robił Matejko: malował obrazy, przedstawiające jego zdaniem ważne momenty w historii. Na czym budował swoją historiozofię, można przeczytać w świetnej książce Jarosława Krawczyka „Jan Matejko. Mistrz Legendy św. Stanisława”. Matejko, zresztą nie on jeden z XIX-wiecznej Polsce, szukał odpowiedzi na pytanie: dlaczego Polska straciła niepodległość? Czy to jej wina? Kiedy został popełniony błąd? Co Polska musi zrobić, żeby niepodległość odzyskać? Pityński, wypisując na skrzydle ważne dla Polski daty, jest więc późnym synem polskiego romantyzmu, co akurat nie dziwi, kultywowanie rzeczy nieaktualnych jest cechą grup polonijnych, podobnie jak przechowywanie słownictwa w Polsce już archaicznego i dawno nieużywanego.

Drugim elementem, łączącym Pityńskiego z Matejką, jest styl. Obaj łączą realizm, a wręcz naturalizm, z symbolizmem. Obaj ocierają się o kicz w swoim dążeniu do naturalizmu, który ma chyba uczynić trywialną symbolikę bardziej przekonującą. W efekcie naturalizm robi wrażenie nagiętego do tezy. Jest przesiąknięty patosem jak propagandowa powieść realistyczna.

Trzecia rzecz wspólna to robienie ze swojej sztuki międzynarodowych darów: darów kłopotliwych, bo przyjęcie ich oznacza przyjęcie filozofii dziejów, stojącej za dziełem. Nieprzyjęcie zaś jest trudne, bo – jak uczył Marcel Mauss w „Szkicu o darze” – odrzucenie daru zawsze jest zerwaniem kontaktu. Kiedy uznany artysta jednego kraju daje innemu krajowi swoje historiozoficzne dzieło, mamy więc do czynienia z narzucaniem przemocą swojej wizji historii i swojej wersji porządku świata.

Matejko dał bodajże Francji swoje ogromne obrazy, które nawet wówczas oceniano (poza Polską) jako nieco tracące kontakt z rzeczywistością. Znów odsyłam do „Legendy…”, opowiadającej historie o tym, jak Matejko obdarowywał rządy europejskie swoją wizją losu Polski wymalowaną na płótnie. Natomiast Pityński obdarowuje Polskę już od 13 lat. Pierwszym prezentem był pomnik Czynu Zbrojnego Polonii Amerykańskiej (Błękitnej Armii), stojący na warszawskim Żoliborzu, na Placu Grunwaldzkim, między pasami al. Wojska Polskiego. To nieludzki kicz. Żołnierze mają na nim niebieskie mundury, choć pomnik jest z brązu. A to dlatego, że mundury odlano ze specjalnego stopu metali, zabarwiającego się na niebiesko, żeby oddać niebieski kolor mundurów. Heh.

Wróćmy do „Patrioty”. Sfinansowało go Stowarzyszenie Weteranów Armii Polskiej w Ameryce. Nieprzyjęcie byłoby afrontem, więc Rzeszów przyjął. Ale teraz ma problem: pomnik jest wielki, ciężki i nie ma go gdzie postawić. Jedyne miejsce, które wchodzi w grę – pomiędzy pasami ul. Komisji Edukacji Narodowej, w centrum – odpada, bo przyciągający uwagę pomnik powodowałby wypadki.

(źródło: rzeszow.gazeta.pl)

Tak właściwie to dziwię się, że znaleźli w ogóle jakiekolwiek miejsce dla tego pomnika. Jeden z artykułów wspomina, że prezydent Rzeszowa ma dość pomników, tworzących miejsca pamięci (tu). Więc wydaje się, że lokalizacja między pasami drogi jest jego celowym pomysłem: postawienie pomnika w Auge’owskim nie-miejscu uniemożliwi wytworzenie się miejsca pamięci wokół amerykańskiego kuriozum. „Patriota” stanie się obiektem, przeznaczonym do szybkiego odbioru. Może to dobry pomysł: w Stanach stawia się różne wielgachne statuetki i intrygujące drogowskazy w takich właśnie miejscach, przy autostradach.