niedziela, 22 sierpnia 2010

Salomon Szereszewski, mnemo-superbohater

Dostałam kiedyś na Facebooku zaproszenie na wieczór autorski Salomona Szereszewskiego:
Zapraszamy na wieczór autorski Salomona Szereszewskiego, znanego jako „S”. W trakcie spotkania autor niepowtarzalnego zbioru memuarów podzieli się z publicznością swoimi wspomnieniami dotyczącymi okresu pisania książki. Zaplanowany czas wykładu: możliwie nieskończony lub do śmierci autora.

W programie także wieczorek spirytystyczny, taneczny i związany z dłubaniem w jesionie.

Notka o autorze:
...
Gaspada! Ten wąs. Ten pląs,
Oto Salomon Szereszewski
Nie zapomni o twoich imieninach
Ten znany dziennikarz moskiewski

A Łuria twierdzi, że jak się rozsierdzi
To Salomon Szereszewski
Po 50 latach ci wypomni,
Coś mówił jak szliście przez obwód twerski.

Czasem to kłopot, gdy straszny łopot
plandeki wspomnień spadnie na głowę
gdy Salomon Szereszewski,
kocha znów Anastazję Kulomotowę.

„By zdarło, by zmarło
Wspomnienie ust Anastazji K.”
Myśli Salomon Szereszewski
By ją zapomnieć, oddałby mózgi swe dwa.

Notesy pali, po łbie się wali
Cegły kawałkiem mnemo-Salomon
Lecz jej wspomnienie to wieczny tułacz,
Wraca gdy tylko mówisz mu: „Won”.


Zainteresowani zakupem pism zebranych „S” proszeni są o transport we własnym zakresie (zapisy na bocznicę kolejową zbiera tow. Łubin, pok. 126).

Cykl „Wspomnienia” Salomona Szereszewskiego ukazał się nakładem wydawnictwa короткая память. Redagował tow. Колено. Wielokrotnie nagradzany projekt okładki (m.in. Grand Prix na festiwalu sztuki drukarskiej im. Adelmusa z Otrantu) wykonał towarzysz двуутробка пиko.

UWAGA!POZOR!
Po spotkaniu w tej samej sali odbędzie się koncert grupy Funkwerk Erfurt.
http://musicspot.pl/lewar/340/Funkwerk_Erfurt/
Zespół specjalnie reaktywował się tylko na ten jeden koncert.po prostu MUSISZTAMBYĆ


Wydarzenie miało się odbyć w Instytucie Mnemoniki Dialektycznej im. Aleksandra Łurii. W Kijowie.

Oczywiście, to wszystko fikcja. Błyskotliwa, ale co z tego? Fejs aż kipi od błyskotliwych efemeryd, grup "jestem ciągle jestem zaspany, bo w nocy przemieniam się w Superbohatera", "gdzie są moje pieniądze z komunii", "give us back Kurt Cobain and we will send you Lady Gaga", a także "zobaczyłem nazwę grupy, zaśmiałem się, dołączyłem do niej i już nigdy więcej tam nie zajrzałem".

Wieczór autorski Salomona Szereszewskiego jest o tyle wyjątkowy, że - w porównaniu do Fejsowych grup, zaczynających się i konczących na jednym zabawnym haśle - jest fikcją dopracowaną jak nieistniejąca planeta Tlön z opowiadania Borgesa "Tlön, Uqbar, Orbis Tertius". Status ontologiczny wieczoru autorskiego Salomona Szereszewskiego, podobnie jak Tlönu, był niejasny i nic dziwnego, bo ogłaszane na Facebooku wydarzenia są - w odróżnieniu od grup - zwykle na serio. Jasne było, że to żart, ale jeśli ktoś nieuważnie przeczytał, to mógł pomyśleć, że rzecz jest na serio.

W wieczorze autorskim Salomona Szereszewskiego nie chodzi tylko o stworzenie pretekstu dla pozbawionych znaczenia (tak jak pozbawione znaczenia jest słowo Yrdle, nick jednego z autorów), wirtuozerskich wygibasów literackich i projektanckich. O zabawę z fikcją, która dowiedzie błyskotliwości jej autorów. To znaczy - oczywiście o to też chodzi i nic w tym złego. Ale chodzi też o zadanie pytania: co by było, gdyby mityczny Salomon Szereszewski - stachanowiec pamięci, dziennikarz obdarzony nadludzką pamięcią, a poza tym niezbyt lotny - chciał pisać "Wspomnienia"? Odpowiedź przypomina, jak absurdalne jest marzenie o pamięci doskonałej. Ono jest pozornie dość odległe od naszej codzienności, w której notujemy, kserujemy, zapisujemy na dysku zamiast zapamiętywać. Ale gdzieś głębiej wciąż jest żywe: dowodem niech będzie będą popkulturowe mity o memo-superbohaterach pokroju Salomona Szereszewskiego (koniecznie zajrzyjcie na Wikipedię, do której linkują autorzy wydarzenia w cytowanym tekście!).

Autorzy:
Grafika: Szczepan Opos, więcej o nim choćby tutaj.
Tekst: Yrdle aka Kolana Wruchu, więcej jego rzeczy można znaleźć może tutaj, a może na jego rok nieaktualizowanym blogu, na którym kilka dni temu zamieścił świetny wiersz "Gdybaki na supermańskie przekładańce S. Barańczaka na odcinku bydła kolorowego".

piątek, 6 sierpnia 2010

Love Kevin Blechdom!

Pani Kevin Blechdom od miesiąca nagrywa multitracki a'capella i wrzuca je na Vimeo. Moim faworytem jest jej wykonanie utworu Ennio Morricone ze spaghetti westernu "Run Man Run".


Dla dociekliwych podaje szczegóły techniczne:
"1. All sounds are vocally generated.
2. All video and audio are recorded simultaneously (no lip-sync)
3. All recordings are first takes when possible. Minor edits are acceptable.
4. The voices are processed electronically to achieve an extended range of pitch and timbre".

sobota, 31 lipca 2010

Z biznesplanem na życie

W "Dużym Formacie" przeczytałam reportaż "Lepiej płakać w ferrari" o kandydatach na międzykierunkowe studia ekonomiczno-menedżerskie (MSEM na UW).

Poruszające, że ci dziewiętnastolatkowie tak drobiazgowo planują swoją przyszłość - nawet jeśli nierealistycznie, z ogromnym parciem na kasę i pragnieniem symboli prestiżu. Wiedzą, kiedy chcą co osiągnąć - kiedy mieć luksusowy samochód, kiedy pracę za 10 tysięcy, kiedy rodzinę - i wybór studiów jest częścią ich planu.

Poruszające nie jest dla mnie to, na co największy nacisk kładzie autorka reportażu Sylwia Szwed, czyli ich focus na kasę, ale właśnie to planowanie. Bo to podejście jest bardzo, ale to bardzo różne od tego, co kierowało mną przy wyborze moich studiów (zresztą też międzywydziałowych).
Dziwią się, kiedy rozmawiają z humanistami. Są jak z innej planety. Nie mogą zrozumieć, że humaniści nie planują, co po studiach, że się tym nie przejmują, że idą na żywioł.
To prawda: ja, humanistka, nie planowałam, co po studiach. Chociaż wcale nie dlatego, że się nie przejmowałam. Wprost przeciwnie - za moją niechętną wobec planowania postawą "jakoś to będzie" stało przekonanie że nie, wcale nie będzie.

Ci ludzie wybrali swoje studia nie tylko dlatego, że "trzeba żyć godnie" (czyt.: że nie wyobrażają sobie życia bez dużej kasy), ale też dlatego, że "ekonomia to nauka o pieniądzach i jak one kierują światem". Nie tylko z przyczyn pragmatycznych, ale też poznawczych. Krzywdzące jest pokazywanie ich jako ludzi, których poza kasą nic nie interesuje. Bo przecież oni wierzą, że jak się nauczą ekonomii, to zrozumieją mechanizmy rządzące światem. I to jest coś, co ze MSEM-owcami mam wspólnego: też uważam, że to, o czym się uczę (kultura) rządzi światem i warto te mechanizmy rozumieć. :-)

A focus na kasę, który Sylwia Szwed u tych ludzi piętnuje? Cóż. Ja nie odważyłabym się rzucić kamieniem w MSEM-owców, bo wydaje mi się, że to przywiązywanie tak dużej wagi do pieniędzy cechą naszej kultury :-). Kultury kapitalizmu postmaterialnego, w której żyjemy wszyscy, włącznie z Sylwią Szwed.

U Edwina Bendyka przeczytałam taką krótką historię konsumpcji. Kiedyś kołem napędzającym kapitalizm była etyka protestancka: pracować sumiennie, żyć skromnie, gromadzić. Ale to poprzestawanie na małym przyniosło Wielki Kryzys. Zaczęto więc stymulować gospodarkę przez odwoływanie się już nie do potrzeb, które łatwo mogą zostać zaspokojone, ale do pragnień niematerialnych.

Dzisiaj konsumpcja w krajach rozwiniętych dotyczy głównie towarów, które - choć są mniej lub bardziej zwykłymi produktami - zostają wpisane przez reklamy w plan mityczny, więc quasi-religijny. Kupując produkt, kupujemy obietnicę szczęścia, zadowolenia, bycia wyjątkowym, bycia sobą czy czegoś innego związanego z naszą tożsamością lub dobrostanem, który jest czymś innym niż dobrobyt. Do takiego mieszania świata produktów i sensu życia nawiązuje tytułowe hasło "lepiej płakać w ferrari". Niby wyraża ono dystans MSEM-owców do reklamowego mitu. Tylko że, choć wiedzą oni, że ferrari szczęścia nie daje, to tak naprawdę nie potrafią zdekonstruować postmaterialistycznego kapitalistycznego przekonania, że porządek materialny ma coś wspólnego z porządkiem emocjonalnym. Że płakanie i ferrari jakoś się mają do siebie.

Ale konia z rzędem i dozgonny respect dla tego, kto umie swoją tożsamość i swoją konsumpcję bezbłędnie rozgraniczać.

poniedziałek, 19 lipca 2010

Orientacja i poglądy to prywatne sprawy. Do jakiego stopnia?

W sobotę Marszałkowską przeszła parada EuroPride. Bez poparcia prezydent miasta, bez pieniędzy od miasta i od sponsorów. Prawie zupełny brak tych ostatnich jest dowodem na wypieranie istnienia mniejszości seksualnych. A więc żadna marka piwa, żaden bank ani telefonia komórkowa nie chce się kojarzyć z paradą. Także na najniższym szczeblu ewolucyjnym marketingu, tam, gdzie reklama produktów zatrzymała się na etapie nabazgranego "promocja" na dykcie (to cytat z Sylwii Chutnik) widać niechęć do EuroPride. Z wyjątkiem jednej osoby, sprzedającej wuwuzele z wózka, nie było sprzedawców kiełbasek, hot-dogów, waty cukrowej ani - co najbardziej dotkliwe w trzydziestokilkustopniowym upale, gdy idzie się w południe środkiem Marszałkowskiej - zimnych napojów. To uderzające, bo trzy miesiące temu widziałam, jak sprzedawcy zniczy zjawili się na Krakowskim Przedmieściu już w kilka godzin po absolutnie niespodziewanym rozbiciu się tupolewa. Czyżby tym razem - choć czasu było więcej - to strach spraraliżował oddolną przedsiębiorczość?

No, to już znacie moje poglądy na temat parady równości. Tak, uważam, że temat jest ważny, a postulaty środowisk LGBTQ zasadne i w imię tych swoich poglądów smażyłam się w sobotę w centrum miasta. Może zresztą nie powinnam poruszać tego tematu, tak samo, jak nie poruszałam tematów wyborów czy żałoby (w czasie żałoby). Bo to są takie sprawy, na które każdy ma już skrystalizowane swoje prywatne zdanie, o których piszą wszyscy publicyści we wszystkich gazetach, a o których nie rozmawia się przy stole. Bo po co? I tak każdy wie swoje. Tylko pokłócić się można.

Mówienie na tematy prywatne nie jest konstruktywne? Czasami nie jest. Czasami nie ma co starać się przekonywać swoimi argumentami swoich bliskich; własne zdanie wystarczy - i należy - wyrazić pójściem na wybory albo na paradę.

A czy sama parada jest konstruktywna? Przecież jest publiczną wypowiedzią na temat preferencji seksualnych, a więc bardzo prywatny. Spotykałam się z anty-paradowymi argumentami sięgającymi właśnie do tego savoir-vivre'owego przekonania, że o prywatnych sprawach nie mówi się publicznie. To było coś w rodzaju: "co mnie to obchodzi, że są gejami. A niech sobie będą. Czy ja informuje całe miasto o swojej orientacji seksualnej?".

Ja uważam, że w tym przypadku to niemówienie byłoby niekonstruktywne. Istnieje pewna różnica między nieporuszaniem trudnych tematów przy rodzinnym obiedzie, który trwa dwie godziny, a nieporuszaniem trudnego tematu przez całe życie w imię publicznego spokoju. W tym drugim przypadku lepiej wywlec do miejskiej przestrzeni to, co prywatne. Bo tylko wtedy może udać się zrewidować społeczne przekonania na temat tego, co w zaciszu domu jest właściwe, a co nie. Chociaż tematem parady jest prywatność, to przekonania na jej temat są formowane na poziomie społecznym, w procesie socjalizacji, i dlatego przedyskutowane i skorygowane mogą zostać tylko na publicznej agorze.

Nasuwa mi się skojarzenie z przemocą rodzinną. Kiedyś ludzie uważali, że jeśli rodzic bije dziecko, nie należy się w to wtrącać - to prywatna sprawa rodziny. Jednak dzięki wyciąganiu tej prawatnej sprawy do przestrzeni publicznej, choćby kampaniami społecznymi, to się zmieniło (ku rozpaczy ultraprawicy). Mieliśmy więc do czynienia z przesunięciem granicy w życiu prywatnym: bicie niegdyś było uważane za coś w porządku, teraz uważane jest za złe. Środowiska LGBTQ, wyciągając swoją sprawę na światło dzienne, chcą osiągnąć zmianę w przeciwnym kierunku: żeby związek homoseksualny, uważany dziś za zły albo przynajmniej gorszy, zaczął być postrzegany jako coś w porządku.

środa, 7 lipca 2010

"Najmniej Nowoczesne Muzea"

Wyszedł właśnie nowy "Notes na 6 Tygodni", a w nim zabawny przewodnik po małych muzeach (czy raczej relacja z eskapady po nich), czyli artykuł Agnieszki Rodowicz "Najmniej Nowoczesne Muzea Warszawy". Fajny pomysł na wakacyjne popołudnie w mieście - pójść do jakiegoś małego muzeum w starym stylu, takiego, co to jest odwiedzane tylko przez wycieczki klasowe. Przypomnieć sobie, dlaczego słowo "muzeum" trochę źle się nam kojarzy. Ale też odszukać w zakurzonych kolekcjach fascynujące, dziwaczne obiekty, albo ekspozycje, które przypominają gazetkę szkolną raczej niż to, do czego przywykliśmy w nowoczesnych muzeach z nowoczesną sztuką.

Teraz garść zastrzeżeń. Pomysł Agnieszki Rodowicz jest pomysłem dobrym dla zblazowanych intelektualistów. Troszkę jest w nim - szczególnie w dowcipnym stylu relacji - protekcjonalności w stosunku do naiwnie zrobionych kolekcji . Dużo w nim też nostalgii za dzieciństwem, w którym wyjście do takiego muzeum było atrakcją - bo nie było lekcji, bo w nudnym muzeum zawsze jednak trafiło się na jakąś budzącą lekki dreszczyk strachu figurę woskową w kącie sali.

Mimo tych zastrzeżeń projekt bardzo mi się podoba. Zobaczenie muzeum innego niż te spełniające współczesne standardy poszerza horyzonty, to znaczy na przykład pozwala sobie przypomnieć, że współczesne muzeum ma swoje korzenie w kolekcji surrealistycznych przedmiotów. Podoba mi się też dlatego, że - mimo wszystko - nie tylko zblazowani bywalcy galerii i nowoczesnych muzeów mogą cieszyć się z wizyty w "naiwnym" muzeum miar i wag. Czy to nie pociąg do dziwacznych przedmiotów sprawił, że to do Muzeum Techniki w PKiN podczas tegorocznej Nowy Muzeów była najdłuższa kolejka?

***

Notes jest wydawnictwem bezpłatnym. Żeby go mieć, trzeba go upolować. Tutaj lista warszawskich miejsc, w których można go znaleźć.

niedziela, 13 czerwca 2010

Co wolno w reklamach piwa

PARPA - Państwowa Agencja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych - zażądała wycofania telewizyjnego spotu piwa z bokserem Tomaszem Adamkiem. "Krzysztof Brzózka, dyrektor PARPA, wyjaśnia, że zgodnie z prawem reklama alkoholu nie może się kojarzyć ze sprawnością intelektualną czy fizyczną. Ta reklama jest więc niezgodna z przepisami ustawy o zapobieganiu alkoholizmowi i wychowaniu w trzeźwości" - czytam tutaj.

We wspomnianej przez niego ustawie znajduję dokładniejsze wytyczne. Według niej w reklamach nie wolno kojarzyć alkoholu z:
"1) atrakcyjnością seksualną,
2) relaksem lub wypoczynkiem,
3) sportem,
4) nauką, pracą lub sukcesem zawodowym,
5) zdrowiem lub sukcesem życiowym".

Ja też uważam, że reklama z Adamkiem odwołuje się do idei z zakazanej listy. Ale nie tylko do sportu - właściwie zidentyfikowanie tej reklamy z punktem trzecim jest rozpoznaniem trywialnym. Popatrzcie tylko:



Moim zdaniem ta reklama kojarzy markę Żywiec z sukcesem zawodowym - to punkt czwarty powyższej listy. Rzecz w tym, że spot pokazuje Adamka jako osobę niezłomną, wiedzącą, czego chce od życia, konsekwentnie dążącą do swojego celu. O tym, że on ten cel osiągnął, wiemy już spoza reklamy: znamy tę twarz, wiemy, że ten facet jest mistrzem świata. To, że jest sportowcem, jest wspomniane epizodycznie, bo też nie ma aż takiego znaczenia. Przede wszystkim jest konsekwentnym facetem, który odniósł sukces - metaforą tej konsekwencji jest scena, w której biegnie pod wiatr, w śniegu, po balach drewna. W garniturze. Jeżeli urzędnik pracujący od 9 do 17 albo kobieta pracująca na pełny etat bez wynagrodzenia w domu podziwiają tego człowieka, to nie tyle za siłę jego prawego sierpowego, co za to, że jest najlepszy. Oni też chcieliby być najlepsi w tym, co robią. Jak każdy.

"Spokój, zamykam oczy, modlitwa, skupienie"- tak zaczyna się monolog Adamka. Heros Adamek wie, czego chce i to robi. W odniesieniu sukcesu pomaga mu - mówiąc psychologicznym żargonem - bycie blisko siebie. To jest coś, co pojawia się w wielu innych reklamach piwa, już bez udziału herosów. Przykład: odwołująca się do toposu niezależności kampania Grolscha z hasłem "Idziesz własną drogą?". Dobrze iść własną drogą, prawda? Dobrze być niezależnym, wiedzieć czego się chce. Wtedy jest się szczęśliwym i spełnionym. Oczywiście, szczęście i spełnienie mogą być odczuwane niezależnie od sukcesu życiowego, więc te reklamy nie podpadają pod punkt piąty czarnej listy. W ustawie nie ma zakazu kojarzenia piwa z konstruktywną filozofią życia. A szkoda.

Tak właściwie cała sprawa jest już stara, sprzed kilku miesięcy, ale z jakichś powodów właśnie wczoraj news o tym pojawił się na spamowo-informacyjno-rozrywkowym screenie autobusu, którym jechałam. Nawet nie wiem, czy ten spot został wycofany z telewizji. Nawet jeśli, to i tak ma swój obieg w sieci, więc PARPA odniosła sukces połowiczny. Nie mam wątpliwości, że PARPA jest gorzej przygotowana do sprawy niż kompania piwna. Antyalkoholowej agencji brakuje fachowego spojrzenia na reklamy, z którymi walczy, skoro w spocie, który podpada pod sukces zawodowy, widzi tylko sport, a w reklamie z Majchrzakiem (z tej samej kampanii) nie widzi już nic złego.

Tymczasem kompania piwna ma ludzi, którzy sprawdzają reklamy pod kątem zgodności z prawem i pilnują tego, by nie dało się przyczepić. I tak, powyższa reklama strukturalnie oddziela część końcową od części z Adamkiem; nigdzie też nie pojawia się sugestia, że mistrz pije piwo. Zarówno sport, jak i sukces zawodowy zostaje skojarzony nie z kuflem piwa, ale z marką.

środa, 9 czerwca 2010

"Przekrój" walczący?

Oto wycinek ostatniej strony "Przekroju" z 1950 roku. Ze stalinizmu. W pewnym sensie żart jest typowy, bo to antyamerykańska satyra. Ale większość tych propagandowych obrazków i artykułów z czasów stalinizmu bardzo się zestarzała i dzisiaj czuć je tylko żenującą propagandą. Ten powyższy jest ewenementem, bo wciąż śmieszy. No, mnie przynajmniej śmieszy. To zasługa specyficznego "Przekrojowego" poczucia humoru: absurdalnego, surrealistycznego ("Przekrój" publikował wtedy też "Teatrzyk Zielona Gęś" Gałczyńskiego). Powyższy żart jest satyryczny, ale absurdalność zmniejsza ten nieznośny dydaktyczny ciężar satyry.

Ciekawe, że jest to żart z cenzury w Ameryce, opublikowany w Polsce w czasie panowania cenzury. Nie trzeba psychoanalizy kultury, wystarczy wiedza z ogólniakowej lektury "Konrada Wallenroda", by zobaczyć w nim w istocie gorzki żart z sytuacji wolności słowa w Polsce. Czyżby więc obśmiane ocenzurowanie wina było maską, przytykiem w istocie nie pod adresem Stanów Zjednoczonych, tylko głupoty polskiej cenzury?

Jeszcze ciekawsze, że to chyba nie jest trafne skojarzenie. Raczej skutek dzisiejszego zboczenia, by w każdej co fajniejszej rzeczy z Polski Ludowej dopatrywać się opozycyjności - i tutaj, do zrozumienia tego podejścia, przydałaby się właśnie psychoanaliza kultury. Mamy jakiś problem z przyjęciem, że coś mogło być zrobione zgodnie z odgórnymi wytycznymi estetycznymi i ideologicznymi i jednocześnie wartościowe. No, bo skąd ta myśl, że "Przekrój" inteligentnie wtykał szpile partii? Przecież ten magazyn przetrwał cały PRL właśnie dzięki temu, że nie uprawiał wallenrodyzmu.

I dobrze, bo zrobił dużo. Wiem, czytałam o tym ostatnio w książce Justyny Jaworskiej Cywilizacja "Przekroju". Misja obyczajowa w magazynie ilustrowanym. Polecam!