niedziela, 17 maja 2015

Mój artykuł w „Faktach Ostrowieckich”

Zaglądam dziś do „Faktów ostrowieckich”, a tam przedrukowany artykuł z blogu! O Muzeum Polin.

Bardzo fajnie. Właśnie po to publikuję artykuły na licencji Creative Commons.

Bardzo fajnie też dlatego, że „Fakty Ostrowieckie” to bardzo dobrze napisany tygodnik. I wcale nie dlatego to piszę, że jest tam mój artykuł. Rzecz w tym, że mnóstwo w nim wypowiedzi mieszkańców na różne tematy. Mnóstwo zachęt do angażowania się przez ludzi. Aż chce się czytać.

I tylko koleżanka napisała mi esemesa: „Ale zmień sobie to zdjęcie, bo wyglądasz na nim jak wesoły orzeł". Śmiałam się z tego przez godzinę. Teraz wymyślam ripostę.

piątek, 13 lutego 2015

Obóz pracy w Ostrowcu. Jedyne znane zdjęcia

Baraki, które widać na zdjęciach z byłego archiwum huty, to ostrowiecki obóz pracy. Są to jedyne jak dotąd znane zdjęcia tego obozu. To tu hitlerowcy skoszarowali Żydów po likwidacji getta. Rubin Katz, który przeszedł przez ostrowiecki lagier: - Rzeczywiście, te zdjęcia przestawiają Ostrowitz Konzentrazionslager.



Autor nieznany, ze zbiorów Miejskiego Centrum Kultury w Ostrowcu Św. Wyszukanie i digitalizacja: Wojtek Mazan, http://zydowskiostrowiec.blogspot.com.
Rubin Katz: 
Niemcy mówili na niego w skrócie KZ. Baraki na zdjęciu to tylko fragment obozu. Lagier rozciągał się na prawie całe łąki częstocickie.

Słoma, którą widać na pierwszym planie, była używana do sienników dla więźniów. Sienniki wykonano z szorstkiego materiału, tego samego, z którego robiono worki na cukier.

Sądzę, że to zdjęcie musiało być zrobione dość wcześnie. Może obóz jest właśnie przygotowywany do przyjęcia mieszkańców getta. Nie ma bowiem jeszcze wież strażniczych w czterech rogach obozu. Wieże były później uzbrojone w gotowe do strzału karabiny maszynowe.

Kiedy przyjechałem do Ostrowca w 1991 roku, teren obozu zajmowały działki. Nie dało się ustalić, którędy przebiegały kiedyś jego granice.
Autor nieznany, ze zbiorów Miejskiego Centrum Kultury w Ostrowcu Św. Wyszukanie i digitalizacja: Wojtek Mazan, http://zydowskiostrowiec.blogspot.com.

Rubin Katz: 
Na tym drugim zdjęciu widać grupę strażników. Wysoki oficer, drugi z lewej, to komendant obozu, Reimund Anton Zwierzyna, Austriak. Po wojnie Niemcy dokonały jego ekstradycji do Polski, gdzie – w Warszawie – osądzono go. Następnie zaś powieszono go w Ostrowcu, w miejscu, gdzie znajdował się obóz.

Wydaje mi się, że nie wszyscy strażnicy są na tym zdjęciu. Było ich więcej, a tutaj naliczyłem tylko czterdziestu. Niemcy byli dowódcami, zaś szeregowymi strażnikami byli Ukraińcy.
Dla każdego jeden koc

Rubin Katz w momencie wybuchu wojny miał 8 lat. Przeżył, ukrywając na częstocickich bagnach, w ostrowieckim obozie, a później w Aninie i Włochach.

W obozie spędził kilka miesięcy. Na przełomie jesieni i zimy 1943 roku ukrywała go tam rodzina. Kryjówka Rubina znajdowała się pod jedną z prycz, w wykopie. Przypominała płytki grób.

Swoje przeżycia opisał w książce „Gone to Pitchipoi. A Boy's Desperate Fight to Survival in Wartime”, wydanej w 2013 r. w Stanach Zjednoczonych. Oto wybrane fragmenty o ostrowieckim lagrze.
„Obóz znajdował się w pobliżu cukrowni w Częstocicach i zarazem huty. Składał się z długich drewnianych baraków bez okien – były tu tylko świetliki, wysoko umieszczone, ciągnące się wzdłuż dachu. Baraki stały w rzędach, ustawione w kierunku Appellplatz (placu apelowego). Obóz był zbudowany na planie kwadratu z czterema wieżami strażniczymi, po jednym w każdym rogu. Ogradzały go trzy rzędy drutu kolczastego pod napięciem. Ukraińscy wartownicy obsadzali wieże w dzień i w nocy. Żeby łatwiej śledzić więźniów, mieli karabiny maszynowe – naładowane, wymierzone w ogrodzenie i baraki – i ruchome reflektory, które oświetlały płot, gdy zapadał zmrok. 
(…) W każdym baraku znajdowały się trzykondygnacyjne drewniane łóżka (prycze), które biegły przez całą jego długość jak półki. Przejście było pośrodku.  Jako materace służyły wąskie prostokątne worki o szerokości prycz, zrobione z szorstkiego worka i wypełnione słomą. Słoma przebijała przez rzadko tkany materiał i wywoływała swędzenie. Nie było ubrań na zmianę; nosiło się to samo w dzień i w nocy. Więźniom nie wydano bielizny. Miałeś te ubrania, w których przyszedłeś do obozu, i które od czasu do czasu były dezynfekowane. Na środku każdego baraku stał mały, opalany drewnem żeliwny piecyk. Rura za spalinami szła w górę i przechodziła przez dach. Każdemu więźniowi wydano jeden koc. To było za mało, żeby nie marznąć, więc w zimne noce nasza rodzina przytulała się do siebie, żeby utrzymać ciepło.”
 Nie ma menażki – nie ma zupy
„Apel był o piątej trzydzieści, pobudka o piątej. O szóstej rano dwie osobne kolumny pracowników wyruszały z obozu w przeciwnych kierunkach, do swoich miejsc pracy. Dzień pracy kończył się tuż przed zmierzchem, pracowało się siedem dni w tygodniu, choć od czasu do czasu więźniowie dostawali wolną niedzielę. Dzienna porcja żywności składała się z 180 gramów czarnego chleba o posmaku trocin i z dwóch chochli wodnistej zupy z rzepy albo kapusty; pływał w niej czasem samotny kawałek ziemniaka. Tak jak w innych obozach, ulubionym tematem do rozmów była gęsta zupa, w której można by łyżkę postawić. Rano więźniowie dostawali chochlę namiastki czarnej kawy, chyba zrobionej z buraków cukrowych, z pajdą lepkiego, a nieraz i spleśniałego chleba. (…) Każdy więzień powinien mieć przy sobie swoją menażkę i – o ile ją miał – także łyżkę. Jeśli nie miał łyżki, musiał chłeptać prosto z menażki. Menażka była najcenniejszym przedmiotem. Niektórzy mieli tylko puszkę z przytwierdzonym drutem, służącym jako rączka. Jeśli się zgubiło menażkę, to trudno było zdobyć nową. Nie ma menażki – nie ma zupy było obozową zasadą.”

Egzekucje

Appelplatz był też miejscem egzekucji. Tu zginęli np. bracia Zachcińscy, u których faszyści znaleźli pieniądze, czy bracia Sztajnowie – żydowscy partyzanci. Z książki Katza wynika, że w tym samym miejscu po wojnie odbyła się egzekucja faszystowskiego komendanta Zwierzyny.

Obóz pracy dla Żydów w Ostrowcu istniał od 1942 do 1944 roku. Według różnych danych przewinęło się przez niego kilka tysięcy Żydów z różnych miast - mówi się o 3 tysiącach. Więźniowie pracowali w hucie, w cegielni Jaegera i cementowni.

Na przełomie lipca i sierpnia  1944 Niemcy zlikwidowali obóz. Zabili część osób, a resztę deportowali więźniów do Auschwitz. Dziś w jego miejscu – według przewodnika „Ostrowiec Świętokrzyski i okolice” Waldemara Broćka – znajduje się parking przy Zespole Opieki Zdrowotnej w Częstocicach.

Historię zdjęć odkryto dzięki współpracy Rubina Katza, Moniki Pastuszko i Wojtka Mazana. Właścicielem negatywów jest Miejskie Centrum Kultury. Autor zdjęć jest nieznany.

sobota, 31 stycznia 2015

"Żydzi, których nie było". O niepamięci w Ostrowcu

Wczoraj czy przedwczoraj na "Dzienniku Opinii" ukazał się mój artykuł. To podsumowanie tego, czego do tej pory dowiedziałam się na temat pamięci o Żydach w Ostrowcu. Wnioski nie są budujące.

http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/historia/20150129/pastuszko-zydzi-ktorych-nie-bylo


niedziela, 28 grudnia 2014

"Śmierć pozostałym Żydom". Czyli dzieciom Cytrynbauma

W kwietniu 1945 r. ostrowiecki komitet żydowski pisał dwukrotnie do warszawskiej centrali. Chodziło o Denków.

Po pierwsze, w Denkowie pojawiły się ulotki "Śmierć pozostałym Żydom". Pojawiły się i wiszą: ani milicja, ani władze lokalne, ani ksiądz nie podejmują żadnych kroków.

Fragment s. 272 w książce Aliny Całej "Ochrona bezpieczeństwa fizycznego Żydów w Polsce powojennej". Wydał ŻIH, Warszawa 2014.
Po drugie, czworo dzieci Majera Cytrynbauma, które chowały się przez dwa i pół roku w schronie podziemnym, nadal nie bardzo mogą wyjść z domu na słońce. Niemców już nie ma, ale Polacy rzucają kamieniami.

Fragment s. 160 w książce Aliny Całej "Ochrona bezpieczeństwa fizycznego Żydów w Polsce powojennej". Wydał ŻIH, Warszawa 2014.

Przypomnę tylko, że Komitet Żydów Polskich w Ostrowcu to była organizacja samopomocowa, działająca na rzecz blisko dwustu osób, które przeżyły Holocaust i wróciły do Ostrowca. To dzięki niej po wojnie ocaleni ekshumowali wojenne groby żydowskie i zabitych pogrzebali na kirkucie; uruchomili też darmową kuchnię. Komitet należał do sieci ogólnopolskiej i podlegał Centralnemu Komitetowi Żydów w Polsce. Jego szefem był Aaron Friedental. Więcej informacji na temat działań komitetu można znaleźć w książkach „Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów” i w księdze pamięci Żydów ostrowieckich.

niedziela, 21 grudnia 2014

„Będzie w Ostrowcu pogrom, jeśli nic nie zrobimy!” 1946 rok i ewakuacja Żydów

A co gdyby się okazało, że wśród Polaków też byli winni ostatecznego „zniknięcia” Żydów z Ostrowca? Nie, nie mówię teraz o Holocauście; mówię o tym, co się wydarzyło później, tuż po wojnie. O wyjeździe ocalałych.

Tuż po wojnie, a nawet wcześniej, już po wyzwoleniu obozów, Żydzi ostrowieccy zaczęli wracać do swoich domów. Wiosną 1945 roku mieszkało ich tutaj blisko dwustu; wracali do normalnego życia i swoich zawodów.

O swoim powrocie do Ostrowca opowiada Berel Blum, syn powroźnika, czyli rzemieślnika robiącego liny:
- Przyjechaliśmy do Ostrowca. Szliśmy z dworca kolejowego. To nie było daleko, pół godziny drogi. Przyszliśmy i znalazłem kuzynów. Przeżyło ok 10 osób z rodziny. Byli tam już, gdy przyjechałem. Opowiedzieliśmy sobie krótko, co przeżyliśmy, fragmenty przeżyć. I zaczęło się normalne życie.  
Berel Blum i kuzyni podczas robienia lin w Ostrowcu po wojnie. © USC Shoah Foundation
Ale nawet w Ostrowcu byliśmy głodni. Pamiętam śniadanie, jak jadłem na śniadanie trzy do pięciu kajzerek. Byliśmy w budynku mojego dziadka. Zdołaliśmy dostać w nim mieszkanie. Czekały tu na mnie maszyny.  
Chciałem odejść, bo nie było nikogo z bliskiej rodziny. Ale kuzyni powiedzieli: gdzie chcesz iść? Zostań. Jak będziemy szli, to pójdziemy razem. Więc zająłem się handlem, który już znałem. Chodziłem na rynek, sprzedawałem. Przez pierwsze dni to oni mnie karmili, ale potem ja ich, bo byłem jedyny, który przynosił do domu pieniądze. Jeździłem do sztetli Sandomierza, Opatowa na bazary, sprzedawałem liny i dzięki temu mogłem ich wspierać.
- Jak czułeś się bez rodziców, rodzeństwa?
- Czułem się źle, bezradny. Czasem płakałem.
Rodzina Berela Bluma. © USC Shoah Foundation
Ogólnie życie w Ostrowcu po wojnie nie było złe. Dało się przeżyć. Zostawiali nas w spokoju. Ale AK, podziemna organizacja, oni zabijali ludzi, Żydów w czasie wojny i zrobili to po wojnie. Zabili sześć osób w domu, Żydów. My prowadziliśmy normalne życie, a tutaj się okazało, że zabijają.  
Po wojnie mieliśmy też strzelby. Baliśmy się. Myślę, że po wojnie w każdym domu była strzelba. 
Byliśmy w Ostrowcu do momentu, gdy usłyszeliśmy o pogromie w Kielcach. To był kwiecień, 19 kwietnia 1946. Wtedy naprawdę się wystraszyliśmy. W Ostrowcu mieliśmy komitet, juderat. Rządził... nie pamiętam. My z kuzynem staliśmy pewnego dnia na ulicy, przy słupie elektrycznym [na słupie musiała wisieć szczekaczka – przyp. MP], milicja przejeżdżała i krzyknęła do nas: „Czemu się przysłuchujecie? Jak żydy zabijają polskie dzieci?" Wyobraź to sobie! To milicja powiedziała. I wtedy mój kuzyn zemdlał. Tam, pod tym słupem. Pobiegłem do domu po wiadro zimnej wody. Wylałem mu na twarz, otrząsnął się, wstał, i krzyknął: "Szybko, do komitetu! Musimy powiedzieć, co się stało! Przecież zaraz i tu w Ostrowcu będzie pogrom!"
Pobiegliśmy do... no, już pamiętam, Friedental się nazywał. Zajmował się ludźmi, opieką, rozdzielał pomoc charytatywną; my tego nie potrzebowaliśmy, zajmowaliśmy się handlem. Pobiegliśmy do niego i powiedziałem: „Panie Friedental, rzeczy mają się naprawdę źle! Będzie w Ostrowcu pogrom, jeśli nic nie zrobimy”. On spytał: „Co mogę zrobić?” Powiedziałem: „Zadzwonić do Warszawy. Musimy iść na pocztę.” A mieliśmy piękną pocztę w Ostrowcu. Posłuchał mnie. Poszliśmy na pocztę i zadzwoniliśmy do Warszawy, do władz bezpieczeństwa. Mieliśmy sekretarkę. Była z Warszawy, ale przeżyła w Ostrowcu. Ściągnęliśmy ją. Przyszła do nas na pocztę. Czekaliśmy na poczcie na odpowiedź. I ona brzmiała: "W ciągu trzech dni trzy ciężarówki z wojskiem przyjadą do Ostrowca, z władz  bezpieczeństwa". I tak się stało. To był poniedziałek, a w środę byli. Rosyjski dowódca i trzy ciężarówki policjantów. Wezwali Friedentala i powiedzieli: „Będziemy tutaj 2 tygodnie i przez te 2 tygodnie wszyscy mają opuścić Ostrowiec”. W każdym budynku, w którym żyli Żydzi, umieszczono 3-4 policjantów. Dali nam 2 tygodnie na opuszczenie Ostrowca. Pojechaliśmy więc do Łodzi, Łódź to duże miasto.  
Stamtąd próbowaliśmy jechać do Niemiec, bo w Polsce nie było dobrze. Polacy robili złe rzeczy. Nie planowaliśmy więc, żeby zostać w Polsce. Trochę mówiliśmy o emigracji do Izraela, ale w końcu pojechaliśmy do Niemiec. Zorientowaliśmy się, że Bricha pomaga przeprawiać się przez granice. I tak trafiliśmy do Wetzlar w Niemczech, do obozu dla przemieszczonych (DP Camp). To miasto jest słynne z tego, że tam produkowano aparaty Leica. Tam była główna fabryka.

Wtedy odezwał się do Bluma wujek ze Stanów. Powiedział mu, że przygotowują dla niego papiery. Mogą być do Urugwaju, do Londynu albo Kanady.

W dniu, kiedy w Izraelu zaczęła się wojna i zgarniali młodych do wojska, Berel dostał papiery z kanadyjskiej ambasady. Ktoś przekonał go wtedy, że nie może iść na wojnę, bo jest jednym z nielicznych, którzy przeżyli. I tak trafił w 1948 r. do Kanady.

W 1959 Berel zaczął sprzedawać meble. W latach dziewięćdziesiątych, gdy udzielał wywiadu, jego sklep nadal istniał.

Aaron Friedental, o którym mówi Blum, był szefem Komitetu Żydowskiego w Ostrowcu. To była organizacja samopomocowa, która należała do sieci ogólnopolskiej i podlegała Centralnemu Komitetowi Żydów w Polsce. Dzięki niej po wojnie Żydzi ostrowieccy ekshumowali wojenne groby żydowskie i zabitych pogrzebali na kirkucie; uruchomili też darmową kuchnię. Więcej informacji na temat tej organizacji i Friedentala można znaleźć w książkach „Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów” i w księdze pamięci Żydów ostrowieckich.

Wspomniane morderstwo popełnione przez AK po wojnie zdarzyło się w mieszkaniu Fajgi Krongold 12 marca 1945 roku. Dwóch byłych AK-owców zabiło 4 albo 5 osób i kilkoro kolejnych raniło. Powodem napaści miała być plotka, że Fajga Krongold przechowuje listę Polaków, którzy w czasie okupacji przyczynili się do śmierci Żydów. Informacje o tym morderstwie znajdują się w tym samych źródłach, co o Friedentalu.

Ale informacji o ewakuacji Żydów w tych podstawowych książkach nie spotkałam. Kiedy więc usłyszałam to wspomnienie Bluma po raz pierwszy, nie uwierzyłam. Jak to możliwe? Służby bezpieczeństwa kazały Żydom wyjechać z Ostrowca? Nie dowierzałam też w opowieści Bluma temu, że sam był w centrum tak doniosłych wydarzeń. No i popełnił błąd w dacie - pogrom kielecki to 4 lipca 1946 r., a nie kwiecień.

A jednak. Potwierdzenie jego wspomnień znalazłam w książce Aliny Całej „Ochrona bezpieczeństwa fizycznego Żydów w Polsce powojennej. Komisje specjalne przy Centralnym Komitecie Żydów w Polsce” (Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2014). Po pogromie kieleckim "wobec rozprzestrzeniania się psychozy 'mordów rytualnych' zarządzono ewakuację żydowskich mieszkańców Sandomierza i Ostrowca Kieleckiego (ob. Ostrowiec Świętokrzyski)".

W tej książce znalazłam też szerszy rys tego, co się działo przed wyjazdem Żydów z Ostrowca, czyli latem 1946 roku. Rzecz w tym, że ani morderstwo w mieszkaniu Fajgi Krongold, ani pogrom kielecki nie były odosobnionymi wydarzeniami w regionie. „Na Kielecczyźnie od marca do sierpnia 1945 r. zabito 37 Żydów, a tylko w czerwcu tego roku zginęło ich 13, zazwyczaj przy próbach odzyskiwania swoich domów” - pisze Alina Cała. Podobnie jak w Ostrowcu, w Rzeszowie ocaleni zostali ewakuowani przez mundurowych i uratowani przed gromadzącym się tłumem w nastroju pogromowym, przekonanym że Żydzi zabili chrześcijańskie dzieci na macę.  Zdarzało się wyciąganie Żydów z pociągów i mordowanie albo grożenie śmiercią: „na posiedzeniu Centralnego Komitetu Żydów w Polsce 9 VII 1946 jeden z członków Prezydium opowiadał o takim właśnie incydencie, którego doświadczył w pociągu z Wrocławia do Kielc. Koło Skarżyska-Kamiennej z pociągu wyciągnięto kilku Żydów i pobito, a jego samego żołnierze wylegitymowali i przekazali Straży Kolejowej. Dowódca oddziału SOK groził mu śmiercią.” Żydzi bali się, bo widzieli, że powstające, słabe państwo jest bezsilne wobec takich napaści. Ba! Widzieli, że terenowi reprezentanci tego państwa, tacy jak ostrowieccy milicjanci czy SOK-iści pod Skarżyskiem, wcale Żydom pomagać nie chcą. I że być może będą gotowi dołączyć, jak w Kielcach, do tłumu pogromowego.

Dlaczego Żydzi ewakuowali się najpierw do Łodzi? Większe skupiska ocalałych były bezpieczniejsze, dlatego z miejscowości mniejszych, takich jak Ostrowiec, Żydzi uciekali do większych, takich jak Łódź. Wspomina o tym Cała. Niestety oznaczało to nędzę. Przecież Berel Blum, wyjeżdżając, zostawił swoje powroźnicze maszyny, którymi dotychczas zarabiał na chleb dla siebie i kuzynów.

Oznaczało też zostawienie całego swojego dotychczasowego życia. Z Ostrowcem wiązało się jego wspomnienie Alei, po której z rodzeństwem spacerował w szabasowe wieczory albo Rynku pełnego ludzi z tobołkami, przez który przeciskał się razem z braćmi w dzień likwidacji getta, gdzie zostali jego młodszy brat i siostra. Może dlatego Blum, wspominając czasy gdy mieszkał w Ostrowcu, czasem zaczyna płakać.

Ale wiecie, co mnie chyba najbardziej w tym porusza? Że ostrowieccy Żydzi tuż po II wojnie światowej uciekali przed pogromem z Ostrowca do Niemiec.

*

Dziękuję Julkowi za książkę Aliny Całej, a Zbigniewowi Chuchale - za uwagę o szczekaczkach.

Wypowiedzi Berela Bluma i zdjęcia pochodzą z pochodzą Archiwum Historii Wizualnej, właścicielem praw autorskich jest USC Shoah Foundation.
Blum, Berel Wywiad 466. Visual History Archive. USC Shoah Foundation. http://sfi.usc.edu. Dostęp: 30 IX 2014 r. Tłum. moje.

sobota, 8 listopada 2014

Dwie rozmowy o Żydach ostrowieckich

Kielecka "Wyborcza" w dzisiejszym weekendowym wydaniu zamieściła wywiad ze mną.


Wcześniej zaś w Dzienniku Opinii ukazał wywiad, który przeprowadziła ze mną Agnieszka Wiśniewska z Krytyki Politycznej.

http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/historia/20140827/pastuszko-zydzi-sa-wygumkowani-z-historii-ostrowca

To tyle autopromo. Następny tekst będzie normalny, przynajmniej jak na ten blog.

piątek, 7 listopada 2014

Polin. Muzeum Historii Żydów Polskich. Wątki ostrowieckie

Byłam. Zwiedziłam wystawę stałą. Skorzystałam z zaproszenia dla lokalnych organizacji pozarządowych, które działają na rzecz pamięci o Żydach.

Przede wszystkim: wystawa jest imponująca. I m p o n u j ą c a. Sądziłam, że ludzkość przestała próbować ogarnąć całą wiedzę umysłem, encyklopedią, biblioteką; że od XIX w. godzimy się na fragmentaryczność. Jednak Muzeum Historii Żydów Polskich w dziedzinie, którą się zajmuje, ma właśnie takie aspiracje. I rzeczywiście mam wrażenie, że na wystawie jest wszystko, co być powinno.

Dyrektor Dariusz Stola na spotkaniu z organizacjami pozarządowymi wspomniał, że muzeum przygotowało już kilkanaście tras po wystawie. I że na wystawie jest dziesięć tysięcy stron tekstu, umieszczonego na multimedialnych urządzeniach, ścianach, obiektach... No właśnie – muzeum jest tak ogromne, że można je zwiedzać jak miasto: oglądasz różne miejsca i budynki, ale i tak masz poczucie, że następnym razem znajdziesz coś, co cię zaskoczy. Możesz też przygotować sobie trasę tematyczną. Kobiety w kulturze żydowskiej, narodziny i śmierć sztetli, żydowski handel. Z tej ogromnej wystawy, której nie da się dobrze poznać nawet w tydzień, możesz sobie ułożyć nową, własną opowieść.

Muzeum jest skoncentrowane na wiedzy, nie na zabytku. To, co je tworzy, to nie są zabytkowe przedmioty, ustawione chronologicznie w opisanych gablotkach. Jego treścią jest przede wszystkim opowieść, snuta z medialnym rozmachem. Od średniowiecznych fresków po komputerowe gadżety: ściany-ekrany, ekrany dotykowe, gry, projektory. Multimedialność na mnie aż takiego wrażenia nie robi, ale wiem, że to świetne narzędzie edukacyjne dla tych, dla których książka jest medium zbyt nudnym.



Opowieść o Żydach polskich jest snuta za pomocą multimediów, ekranów, dźwięków. Ale też za pomocą instalacji scenograficznych, wykonanych historycznymi technikami ciesielskimi czy malarskimi.
 Mówiąc o medialnym rozmachu, mam na myśli też to, że autorzy skorzystali z setek, jeśli nie z tysięcy możliwości ekspozycyjnych, i dobrali je z dużą wrażliwością. Zdjęcia odpowiedzialnych za Holokaust są odwrócone do ściany – widzimy je tylko w lustrze na ścianie. Bo nie są warci oglądania. Zdjęcia ofiar Holocaustu są zaś eksponowane bez powiększeń, często w rozmiarze zdjęć legitymacyjnych, wglądówek. Bo Holocaust to nie jest temat do efektów wizualnych. Jeśli ludzie na zdjęciu zostałi poniżeni, to niech to malutkie zdjęcie wisi niziutko – tak, żeby odwiedzający musiał się schylić i przyglądać, żeby nie było mu tak wygodnie.

Powiedziałam, że zabytków tu mało. Rzeczywiście, to jest muzeum opowieści i scenografii. Ale autentyk też jest tu obecny, i to jak! Budynek stoi w sercu dawnej żydowskiej Warszawy i jest rekonstrukcją tego serca. Jedna z instalacji przedstawia przedwojenną ulicę Zamenhofa w skali jeden do jednego. Ta zrekonstruowana ulica biegnie dokładnie tędy, którędy biegła przed wojną... Budynek stoi też w miejscu późniejszego getta. Dokładnie tu, w tym miejscu, ginęli żydowscy powstańcy. Przy wejściu do muzuem umieszczona jest mezuza, wykonana z cegły ruin żydowskich Nalewek.

Ostrowieckie wątki

Nie byłabym sobą, gdybym na wystawie nie rozglądała się za Ostrowcem. I rzeczywiście nasze miasto pojawia się dwa czy trzy razy.

Znajdziemy Ostrowiec na imponującej mapie w galerii Paradisus Iudaeorum. Wynika z niej, że w 1765 r. Ostrowiec był jedną z 1200 gmin żydowskich w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ale Żydzi mieszkali w Ostrowcu już 150 lat wcześniej, sprawdziłam w "Żydach ostrowieckich. Zarysie dziejów". W XVII w. istniała już synagoga i cmentarz żydowski. 


Skoro o synagodze mowa... Zrekonstruowana drewniana synagoga jest jednym z najbardziej imponujących miejsc wystawy stałej. Podobno większość synagog na wschodzie dzisiejszej Polski, na Ukrainie i Litwie była robiona z drewna. I żadna z nich nie przetrwała wojny. Twórcy wystawy  dotarli jednak do technik architektury drewnianej, a następnie zrekonstruowali jedną z dobrze udokumentowanych bożnic – z Gwoźdźca. Dlaczego to jest ważne? Bo ostrowiecka synagoga była drewniana i nie przetrwała wojny... Czy możliwe, żeby jej wnętrze było choć trochę podobne do imponującej synagogi z Gwoźdźca?
https://www.google.com/culturalinstitute/asset-viewer/muzeum-historii-%C5%BCyd%C3%B3w-polskich-polin/wAE6GrG-6nU06A
Zrekonstruowana drewniana bożnica z Gwoźdźca - do obejrzenia przez Google Street View. Ostrowiecka synagoga należała do tego samego typu budowli

Ostrowiec pojawia się także w galerii Zagłada na mapie dystryktu radomskiego Generalnej Guberni. Znajdziemy go też w przygnębiającym spisie gett na ziemiach polskich.


I ostatni wątek z naszych stron. Dyrektor programowa wystawy głównej, prof. Barbara Kirshenblatt-Gimblett, ma opatowskie korzenie. Jej ojciec, Meyer Kirshenblatt, był z Opatowa. Tu urodził się i wychował. Wyemigrował jako 18-latek, w 1934 r. - wtedy mnóstwo osób wyjechało do obu Ameryk, także z Ostrowca. Trafił do Toronto.
 

W 2007 r. ukazała się ich wspólna książka They Called Me Mayer July: Painted Memories of a Jewish Childhood before the Holocaust. Prof. Kirshenblatt-Gimblett nazywa ją efektem czterdziestoletniej rozmowy ojca i córki. Przez lata Meyer Kirschenblatt wspominał życie opatowskich Żydów; w końcu, po wielu namowach, w 1990 zaczął je malować. Książka składa się zatem z obrazów ojca i anegdotycznych wspomnień, spisanych przez córkę. Poznajecie rynek w Opatowie?

Meyer Kirshenblatt, Market day (Dzień targowy).

Podpis mówi: 

Środa była w Opatowie dniem targowym. Wszyscy czekali na ten dzień z wytęsknieniem. Większość spraw na cały tydzień była załatwiana w środę. Chłopi z bliska i daleka wypełniali miasteczko, aż trzeszczało w szwach. Miasto było przepełnione koniami i furmankami. Niektórzy chłopi przyjeżdżali bardzo wcześnie, żeby moc sobie wybrać dobre miejsce do handlu. Przywozili swoje produkty, żywność i zwierzęta.
Były trzy miejsca targowe: rynek, mały rynek naprzeciwko naszego domu; targ bydlęcy na targowisku, na obrzeżach miasta, blisko cmentarza żydowskiego. Na rynku sprzedawano drób, płody, surowce i rękodzieło. 
Źródło i więcej obrazów Meyera Kirshenblatta:
http://www.nyu.edu/classes/bkg/MK/MK_images/pages/marketday.html.

 
I to córka Żyda z Opatowa, która spisywała jego wspomnienia o dniu targowym, tworzyła tę imponującą wystawę w Muzeum Historii Żydów Polskich, która ogarnia całość tysiącletniego życia Żydów w Polsce... Ot, ciekawostka, ale jaka miła.

A wystawę odwiedźcie koniecznie. Najpierw zaś zajrzyjcie przez Google Street View, żeby wiedzieć, co Was czeka.