piątek, 9 stycznia 2009

Szklane domy w Rydzykowie

Czeka mnie okres wytężonej pracy. Mam nadzieję, że znajdę na nią siłę. Podejrzewam, że nadzieja to nie bezpodstawna. Jednak nie chciałoby mi się pracować nad poważnymi rzeczami, gdybym od czasu do czasu nie zrobiła sobie dnia dziecka, znaczy się: istoty, która dziwi się światu. "Nasz Dziennik" zawsze mnie śmieszył, tumanił, przestraszał, i tym razem też nie zawiódł moich oczekiwań. Jest nawet ciekawiej niż kiedykolwiek. Dawniej trafiałam na bezsensowne resentymenty i bredzenia o masonach, dziś znalazłam zachwycającą utopię.

Ale zastrzegam: nie myślę o tej gazecie, jak i o całym Rydzykowie, jak o dziwie. Raczej staram się rozumieć. Doskonale wiem to, o czym powiedziała ostatnio Dorota Masłowska w wywiadzie dla "Dużego Formatu". Dziwem jest raczej to, że te treści przenikają do zbiorowej świadomości establishmentu kulturalnego dopiero teraz.
Dowcipy z Radia Maryja doprowadzają mnie do szału, same w sobie też, ale raczej widzę w nich synonim myślowego gotowca - gotowych poglądów do uważania. Bo z tych ludzi strasznie łatwo się śmiać. Są fanatyczni, są oderwani od rzeczywistości i właśnie ta łatwość powiedzenia "oni są głupi" mnie rozsierdza - pseudowywrotowość i bezpieczeństwo takiego stwierdzenia, takie mruganie do siebie oczkiem: nas, ludzi mądrych i realnych. (...) To ja już wolę fanatyków. Przynajmniej mają odwagę być fanatyczni. Parę razy słuchałam Radia Maryja, idee tam głoszone i ich szkodliwość społeczna wydały mi się grozą. Ale jeśli słucha tego dwa czy ileś milionów osób, to coś znaczy. To są ludzie bez żadnego potencjału konsumpcyjnego, nie ma im czego sprzedać, nie ma gdzie ich zaprosić, nie ma po co do nich kierować żadnej fali telewizyjnej i radiowej, bo i tak nic nie kupią. Nie wiem, kto jest w naszym kraju bardziej izolowany - staruszka z emeryturą 700 zł czy fryzjer gej z Warszawy?
Do rzeczy. (To znaczy, Masłowska mówi do rzeczy, i jednocześnie ja przechodzę ad rem, czyli do rzeczy). Czy historia Rydzykowych odwiertów w Toruniu jest powszechnie znana? Mam nadzieję, że tak, bo każda ze stron sporu opowiada na ten temat inną historię. Nie podejmę się zrelacjonowania tego na nowo i bezstronnie.

"Sukces toruńskiej geotermii sukcesem Polski" - tak brzmi tytuł dodatku specjalnego o geotermii w Naszym Dzienniku z 22-23 XI 2008. Utożsamianie powodzenia jednego przedsięwzięcia z narodowym dobrobytem - to przesada. Sukces toruńskiej geotermii sukcesem Polski... ? A niby dlaczego? Mnie od razu skojarzyło się to z hasłami z lat pięćdziesiątych, kiedy stal była przedstawiana jako panaceum na wszystko. Stal była w przybranym nazwisku Stalin, stal była drogą do pokoju, stal była podstawową jednostką miary rozwoju państwa. Każdy miał walczyć o stal. Zresztą utożsamianie hutnictwa z interesem narodowym przyniosło wówczas wymierne korzyści w postaci darmowych rąk do pracy: przy budowie kombinatu w Nowej Hucie pracowali za darmo młodzi ludzie, dźwięcznie zwani junakami. Ale to już zupełnie inna historia.

W specjalnym dodatku do "Naszego Dziennika" mowa jest o tym, że w Polsce jest dużo energii cieplnej pod ziemią i że wykorzystywać ją nie tylko warto, ale wręcz trzeba, bośmy się do tego zobowiązali w traktacie akcesyjnym. No i okej, dopóki mowa jest o pozyskiwaniu energii odnawialnej, to brzmi racjonalnie. Ale przestaje tak brzmieć, gdy relacja geograficzno-energetyczna przekształca się w opowieść o świetlanej przyszłości naszego kraju jako europejskiej superpotęgi:
W swoim wystąpieniu pokażę, na czym polega niezwykłość tego Bożego daru i jaki przełom może dzięki niemu nastąpić; że Polska jest jednym z najbogatszych krajów w świecie; że to nie Unia Europejska może utrzymać Polskę, ale Polska może utrzymać Unię Europejską, jeżeli zajdzie taka potrzeba.
Tak zaczyna swój artykuł prof. dr hab. inż. Ryszard H. Kozłowski. Kończy zaś futurologicznym rozmarzeniem:
Europa Zachodnia wydaje na import nośników energetycznych 350 mld euro rocznie. My możemy z tej kwoty skorzystać, uruchamiając produkcję (...). Możemy wreszcie uruchomić elektrownię geotermiczną o dużej mocy.
Szklane domy. Pamiętają Państwo szklane domy starego Baryki z Przedwiośnia? Wiem, wiem, pytanie o lekturę szkolną jest niestosowne. Przypomnę więc: szkło produkowało się z piasku z nadbałtyckich wydm za pomocą rodzimej technologii. Podobnie jest tu, w logice mieszkańców Rydzykowa: miliardy wezmą się z niczego, z ziemi, dzięki technologii autorstwa Polaków. Na te miliardy, jak w bajkach o ukrytych skarbach, czyhają jednak złe duchy, obcy wspierani przez złych Polaków. Istnieje zagrożenie, że pomysł zostanie niewykorzystany, a podziemne ukropy rozkradzione, jako że w Polsce w ogóle nie wykorzystuje się zasobów intelektualnych, bo rząd robi swoje. A jeśli ci źli Polacy zablokują działania dobrych Polaków (odebrane dotacje dla Rydzyka), a poprą obcych, którzy - jako się rzekło - tylko czekają na nasze skrzynki ze skarbami, to szklanych domów nie będzie.
Właściwości fizykochemiczne naszych wód są tak bezcenne, że (...) Japonia zwróciła się z propozycją kupna wszystkich wód geotermalnych w Polsce w zamian za budowę zakładów. Co to za interes?
Co należy zatem zrobić, żeby szklane domy jednak powstały? Mimo wszystko prowadzić odwierty. A za co? No właśnie...

Jest coś nie tak, gdy po cofnięciu dotacji na toruńskie wiercenia przez ministra środowiska (wniosek: minister jest złym człowiekiem, gdyż zaprzepaszcza tytułową szansę dla Polski) prace kontynuuje się z datków na fundację "Lux Veritatis" z Rydzykowa, gdyż i w jej celach statutowych są badania naukowe (ale chodzi o Wyższą Szkołę Kultury Społecznej i Medialnej), i aspekt badawczy mają odwierty (choć przecież dominujący jest aspekt ekonomiczny). Czy słusznie węszę tu swąd samozwańczych rządów dyktatorskich? I czy słusznie wyczuwam nieetyczne robienie junaka z emerytki z siedmiuset złotymi na miesiąc, gdy Rydzyk mówi o swoich przyjaciołach z Niemiec:
Niedawno mówili mi, że nie zrobili ocieplenia domu i strychu, bo chcieli wesprzeć Radio Maryja i dzieła ewangelizacyjne. Gdy widzę tyle miłości i wiary w ludzi, napawa to nadzieją.
A mnie przerażeniem napawa świadomość, że Rydzykowo rośnie. Teraz składa się z:
  • Radia Maryja,
  • "Naszego Dziennika",
  • Telewizji Trwam,
  • wydawnictwa i fundacji "Nasza Przyszłość",
  • Wyższej Szkoły Kultury Społecznej i Medialnej w Toruniu,
  • przyszłej elektrociepłowni geotermalnej.
Kiedy ostatnio zwiedzałam ten światek, było tego wszystkiego zdecydowanie mniej.

* * *

Nieudolnie to wszystko relacjonuję. Ale może chcą Państwo zabawić się samodzielnie w małego etnografa? Jeśli tak, to - pamiętając tytuł wywiadu z Masłowską "Mohery to my" - zerknijcie na dwa-trzy testy, z których i ja korzystałam przy drążeniu wierceń:

  • Nudny, ale wyważony, merytorycznie poprawny tekst "Doceńmy narodowe bogactwa" autorstwa Jana Szyszki. Tutaj znajduje się historia toruńskich odwiertów zideologizowana tylko odrobinkę, przy krytycznej lekturze - jak się zdaje - całkiem wiarygodna.
  • Wywiad z Rydzykiem "Przestańcie rujnować, zacznijcie budować" z numeru z 15-16 listopada 2008, czyli kuriozum z argumentami typu "odebrali dotacje, bo szatan w nich wstąpił".
  • Tekst Ryszarda H. Kozłowskiego "Geotermia to nasza specjalność". To ten tekst, z którego cytowałam przez cały czas. Autor jest nie tylko profem drem habem, ale też - jak czytam w biogramie pod tekstem - społecznym dyrektorem naukowym Polskiego Laboratorium Radykalnych Technologii. Radykalnych Technologii...?:)
I jak? Śmieszy? Tumani? Przestrasza?

8 komentarzy:

Wierzycielka pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
Wierzycielka pisze...

Podnosząc wzrok znad swojej "wytężonej pracy", dodam do stali i szkła jeszcze jedną analogię proweniencji literackiej.

Włodzimierz Stebelski, "Roman Zero", fragmenty (nie spodziewałaś się, prawda? ;))[REKLAMA: od niedawna dostępny w pbi]:

Czy znasz pan skarby, co błyszczą w Porzeczu?
Ach my nie znamy skarbów wśród omamień!
W porzeckiej ziemi pacierzowym mleczu
Leży cudowny, złotodajny kamień!
Na tej idei stoim jak na mieczu
I pan się cały w nią z zapałem zamień!

Cudotworna żyła!
Porfir się zowie - i takież nadano
Naszej kompanii tytułowe miano!”


„Myśl narodowa” - grzmi redaktor „Głosu” –
Myśl narodowa (albo geniusz), która
Od własnych synów wciąż doznaje losu
Jak ta Nioba (lub Nioby córa),
Mogłaby zmarnieć z kłosem (lub bez kłosu
Jak bez piorunów znicestwiona chmura)
Gdyby nie stanął anioł na mogile,
(Tu można śmiało dodać Termopile!)

Ten anioł poszedł potem do Porzecza,
(Panie Kąkolu, daruj mi to słowo!)
Z pacierzowego (brawo!) dobył mlecza
Bryłę strzelistą i czerwonogłową –
I patrz narodzie, oto twoja piecza!
Uczcij nabożnie inkarnację nową
I śpiewaj z „Głosem” pieśń nowego miru:
„Wszystko przez „Porfir” a nic bez „Porfiru!”


Jako niewierna kochanka wszelkich rozwiązań radykalnych, muszę się bliżej przyjrzeć technologiom rydzykalnym. Własnym głosem (bez porfiru chrzęszczącego między zębami) przemówię, jak odrobię zadaną tu pracę domową.

Monia pisze...

Genialne:) Pozwolę sobie wzmocnić perswazyjność Twojej reklamy przez podanie linka do "Romana Zero" w Polskiej Bibliotece Internetowej:

http://www.pbi.edu.pl/book_reader.php?p=50668&s=1

A te trzy linki do "Naszego Dziennika" to nie praca domowa. Raczej zachęta do tego, żeby zweryfikować moje skojarzenia, które są weryfikacją postawy obśmiania. Ale dokonywanie własnoręcznej weryfikacji drugiego stopnia nie jest obowiązkowe, naprawdę!

Maryś pisze...

Dzisiaj nie mam nic mądrego w temacie do powiedzenia. Oprócz może tego, że Masłowska słusznie gada, co do Masłowskiej niepodobne. I że Rydzyk nadał znaczenie i poczucie siły masom ludzi, których społeczeństwo skazało na powolne umieranie. To, co robi, jest niesmaczne i groźne, ale daje do myślenia. O samotnych babciach, które przeżyły wojnę i PRL, a teraz siedzą w swoich zatęchłych mieszkaniach i nikt się nimi nie przejmuje, nie szanuje, nie pyta o zdanie. Rydzykowo to ich szansa na aktywny udział w rzeczywistości. A że wypaczona...

konrad_rottweiler pisze...

Jako niedouczony ekonomista pozwalam sobie dodać, że trudno tak naprawdę ocenić na ile kąpielowo-energetyczne przedsięwzięcie ojca Rydzyka jest (nie)racjonalne. Oczywiście mam świadomość jak silną jest pokusa poszukiwania cudownych środków mających szybko przywrócić nam status narodu bogatego i potężnego (co wykpiwa m.in. Stebelski), szczególnie wśród osób z kręgu tzw. „narodowców”. Z drugiej jednak strony - jak zauważa Masłowska - toruńskie imperium stało się ofiarą myślowego gotowca „oni są głupi”. W związku z tym zadałem sobie pewien trud w poszukiwaniu informacji mogących pomóc w weryfikacji rzeczowych argumentów pojawiających się gdzieniegdzie w załączonych przez autorkę blogu artykułach.
Moje wysiłki niestety nie zostały nagrodzone w stopniu w jakim tego oczekiwałem. Udało mi się znaleźć właściwie tylko jeden mający znamiona rzetelności artykuł (ostrzegam! – nudny).
Link: http://www.cire.pl/zielonaenergia/index.html?d_id=37547&d_typ=1
Właściwie w dużej mierze - o dziwo - potwierdza on racjonalność parametrów toruńskiego przedsięwzięcia. Ekspert (tym razem z tytułem doktora z katowickiego, a więc wydawałoby się niezależnego, bo niekrakowskiego ośrodka), twierdzi, że:
 głównym parametrem oceny opłacalności takiego przedsięwzięcia powinna być ilość pozyskiwanych ciepłych wód, dla celów grzewczych wymagany jest wypływ w tempie co najmniej kilkudziesięciu m3 na godzinę, dla celów balneo-rekreacyjnych próg wydajności określono na poziomie 20 m3/h – w naszodziennikowych artykułach parametry toruńskiego odwiertu określono na poziomie aż 300-500 m3/h!;
 kolejnym (choć już mniej ważnym) parametrem oceny opłacalności jest temperatura tak pozyskanej wody, pożądana jest temperatura powyżej 40 stopni Celsjusza, chociaż w pewnych warunkach (nie dotyczy Torunia) można rozważać pozyskanie wód chłodniejszych; by produkować z wód termalnych energię elektryczną temperatura wody musi przekraczać 90 stopni Celsjusza - w naszodziennikowych artykułach wody z badawczego odwiertu mają temperaturę około 70 stopni Celsjusza – zatem nadają się do celów grzewczych!
 koszty takiego przedsięwzięcia ze względu na brak możliwości przygotowania uniwersalnego projektu tego typu instalacji są niezmiernie trudne do oszacowania i powinny być każdorazowo indywidualnie analizowane, jednak instalacje takie choć drogie w budowie, umożliwiają produkcję ciepła po kosztach znacznie niższych niż z innych konwencjonalnych źródeł – i tu już nieco mniej wesoło, w artykułach pojawia się enigmatyczne „musimy ponieść ogromne koszty” - jeśli „ludzie pomogą” to rzecz jasna z punktu widzenia inwestora jest to sensowna inwestycja, bo darmowa; wliczając w to wydatki za usługi dla zaprzyjaźnionych „bogobojnych” firm wiertniczych i zespołów ekspertów z Krakowa - rośnie grono beneficjentów;
 każda taka inwestycja obarczona jest tzw. ryzykiem geologicznym - gdy mimo pozytywnych wcześniejszych pomiarów, po ustabilizowaniu warunków z odwiertu nie wypływa woda o pożądanej temperaturze lub w oczekiwanej ilości - są jednak kraje, które wspierają indywidualnych inwestorów w tego typu przedsięwzięciach ograniczając konsekwencje finansowe ryzyka – podstawa do roszczeń fundacji wobec państwa mającego w końcu rozwój „zielonej energii” w swoich priorytetach!
Ostatecznie wątpliwości rodzi jednak wiarygodność inwestora - toruńskiego biznesmena. Czy Rydzykowi tak naprawdę zależy na zakończeniu kosztownego i złożonego - luźno przecież związanego z działalnością toruńskiego imperium - przedsięwzięcia? A może ma w tym interes, żeby jeszcze raz pokazać zniszczone przez „nich” cudowne przedsięwzięcie – przy tej okazji wyciągając bez skrupułów ostatnie grosze z kieszeni emeryta?
Niestety świeżo w pamięci mam jeszcze uroczyste otwarcie stacji kolejowej "Włoszczowa". Inicjatywa ta ze względu na udział innej znakomitej osobowości bardziej zaszkodziła niż pomogła promocji kolei. Rodzi się pytanie czy pomysł Rydzyka nie będzie również takim pocałunkiem śmierci dla energetyki geotermalnej?

Monia pisze...

Faktycznie, o ryzyku geologicznym w "Naszym Dzienniku" nikt się nawet nie zająknął. Podobnie jak o tym, że chodzi o prozaiczne ogrzanie kilku budynków szkoły ("Energia z wód geotermalnych może służyć do ogrzewania dużych budynków, a nawet części miast." - czytam w tekście, do którego link podałeś), a nie o bycie grzejnikiem narodów zjednoczonej Europy...

Wierzycielka pisze...

Ale ja te linki dobrowolnie i świadomie potraktowałam jako pracę domową! Niemniej jednak nie mam już absolutnie nic do dodania wobec tego, że Konrad Rott-Wallenrod wykonał także zadania z rozbudowanego modułu "dla chętnych" ;) Ku chwale matki-ojczyzny (czyli "matczyzny?)!

Dopowiem za to rzecz bardzo dla mnie ważną, o której zapomniałam wspomnieć: "cudotworna żyła" z "Romana Zero", czyli porfir, z którego czarni (a właściwie, jak pisze Stb.: "szarzy") bohaterowie chcą wytwarzać "wszystko", od nagrobków począwszy, a na guzikach skończywszy, okazuje się fosforytem. Nie jest więc szlachetną skałą magmową, ale zwykłym osadziakiem, który może być najwyżej nawozem. Odrzucony jak tombak przez szarych, zostaje przyjęty pod skrzydła bohaterów białych, dla których jest symbolem naszej ojczyzny jako kraju rolniczego: łona dla pokornej, wytrwałej i znojej pracy. A nie miejscem dla jakichś porfirowych fajerwerków. Ciekawe, jak to jest z tymi geotermalnymi wytryskami...

Monia pisze...

Coś podobnego - podobnie ironicznego - było w "Śmierci na kredyt" L. F. Celine'a. Odkopuję z mroków pamięci, więc mogę mylić detale. Ale sens ogólny był taki:

Opiekun głównego bohatera, Ferdynanda, całe swoje nadzieje i finanse wkłada w rolnictwo telluryczne. Całą rodziną wkopują pod ziemię kable, które mają kumulować magnetyzm telluryczny i sprawić, że na uzbrojonych polach wyrosną rzodkiewki i kapusty nadnaturalnej wielkości. Oczywiście, marzenie kończy się porażką i głodową biedą.

Znacząca jest różnica między marzeniami polskimi i zachodnioeuropejskimi. U Celine'a chodzi tak po prostu o kapitalistyczne wzbogacenie się, u Polaków - o zbudowanie narodowej potęgi od morza do morza. Przynajmniej oficjalnie.