niedziela, 28 grudnia 2014

"Śmierć pozostałym Żydom". Czyli dzieciom Cytrynbauma

W kwietniu 1945 r. ostrowiecki komitet żydowski pisał dwukrotnie do warszawskiej centrali. Chodziło o Denków.

Po pierwsze, w Denkowie pojawiły się ulotki "Śmierć pozostałym Żydom". Pojawiły się i wiszą: ani milicja, ani władze lokalne, ani ksiądz nie podejmują żadnych kroków.

Fragment s. 272 w książce Aliny Całej "Ochrona bezpieczeństwa fizycznego Żydów w Polsce powojennej". Wydał ŻIH, Warszawa 2014.
Po drugie, czworo dzieci Majera Cytrynbauma, które chowały się przez dwa i pół roku w schronie podziemnym, nadal nie bardzo mogą wyjść z domu na słońce. Niemców już nie ma, ale Polacy rzucają kamieniami.

Fragment s. 160 w książce Aliny Całej "Ochrona bezpieczeństwa fizycznego Żydów w Polsce powojennej". Wydał ŻIH, Warszawa 2014.

Przypomnę tylko, że Komitet Żydów Polskich w Ostrowcu to była organizacja samopomocowa, działająca na rzecz blisko dwustu osób, które przeżyły Holocaust i wróciły do Ostrowca. To dzięki niej po wojnie ocaleni ekshumowali wojenne groby żydowskie i zabitych pogrzebali na kirkucie; uruchomili też darmową kuchnię. Komitet należał do sieci ogólnopolskiej i podlegał Centralnemu Komitetowi Żydów w Polsce. Jego szefem był Aaron Friedental. Więcej informacji na temat działań komitetu można znaleźć w książkach „Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów” i w księdze pamięci Żydów ostrowieckich.

niedziela, 21 grudnia 2014

„Będzie w Ostrowcu pogrom, jeśli nic nie zrobimy!” 1946 rok i ewakuacja Żydów

A co gdyby się okazało, że wśród Polaków też byli winni ostatecznego „zniknięcia” Żydów z Ostrowca? Nie, nie mówię teraz o Holocauście; mówię o tym, co się wydarzyło później, tuż po wojnie. O wyjeździe ocalałych.

Tuż po wojnie, a nawet wcześniej, już po wyzwoleniu obozów, Żydzi ostrowieccy zaczęli wracać do swoich domów. Wiosną 1945 roku mieszkało ich tutaj blisko dwustu; wracali do normalnego życia i swoich zawodów.

O swoim powrocie do Ostrowca opowiada Berel Blum, syn powroźnika, czyli rzemieślnika robiącego liny:
- Przyjechaliśmy do Ostrowca. Szliśmy z dworca kolejowego. To nie było daleko, pół godziny drogi. Przyszliśmy i znalazłem kuzynów. Przeżyło ok 10 osób z rodziny. Byli tam już, gdy przyjechałem. Opowiedzieliśmy sobie krótko, co przeżyliśmy, fragmenty przeżyć. I zaczęło się normalne życie.  
Berel Blum i kuzyni podczas robienia lin w Ostrowcu po wojnie. © USC Shoah Foundation
Ale nawet w Ostrowcu byliśmy głodni. Pamiętam śniadanie, jak jadłem na śniadanie trzy do pięciu kajzerek. Byliśmy w budynku mojego dziadka. Zdołaliśmy dostać w nim mieszkanie. Czekały tu na mnie maszyny.  
Chciałem odejść, bo nie było nikogo z bliskiej rodziny. Ale kuzyni powiedzieli: gdzie chcesz iść? Zostań. Jak będziemy szli, to pójdziemy razem. Więc zająłem się handlem, który już znałem. Chodziłem na rynek, sprzedawałem. Przez pierwsze dni to oni mnie karmili, ale potem ja ich, bo byłem jedyny, który przynosił do domu pieniądze. Jeździłem do sztetli Sandomierza, Opatowa na bazary, sprzedawałem liny i dzięki temu mogłem ich wspierać.
- Jak czułeś się bez rodziców, rodzeństwa?
- Czułem się źle, bezradny. Czasem płakałem.
Rodzina Berela Bluma. © USC Shoah Foundation
Ogólnie życie w Ostrowcu po wojnie nie było złe. Dało się przeżyć. Zostawiali nas w spokoju. Ale AK, podziemna organizacja, oni zabijali ludzi, Żydów w czasie wojny i zrobili to po wojnie. Zabili sześć osób w domu, Żydów. My prowadziliśmy normalne życie, a tutaj się okazało, że zabijają.  
Po wojnie mieliśmy też strzelby. Baliśmy się. Myślę, że po wojnie w każdym domu była strzelba. 
Byliśmy w Ostrowcu do momentu, gdy usłyszeliśmy o pogromie w Kielcach. To był kwiecień, 19 kwietnia 1946. Wtedy naprawdę się wystraszyliśmy. W Ostrowcu mieliśmy komitet, juderat. Rządził... nie pamiętam. My z kuzynem staliśmy pewnego dnia na ulicy, przy słupie elektrycznym [na słupie musiała wisieć szczekaczka – przyp. MP], milicja przejeżdżała i krzyknęła do nas: „Czemu się przysłuchujecie? Jak żydy zabijają polskie dzieci?" Wyobraź to sobie! To milicja powiedziała. I wtedy mój kuzyn zemdlał. Tam, pod tym słupem. Pobiegłem do domu po wiadro zimnej wody. Wylałem mu na twarz, otrząsnął się, wstał, i krzyknął: "Szybko, do komitetu! Musimy powiedzieć, co się stało! Przecież zaraz i tu w Ostrowcu będzie pogrom!"
Pobiegliśmy do... no, już pamiętam, Friedental się nazywał. Zajmował się ludźmi, opieką, rozdzielał pomoc charytatywną; my tego nie potrzebowaliśmy, zajmowaliśmy się handlem. Pobiegliśmy do niego i powiedziałem: „Panie Friedental, rzeczy mają się naprawdę źle! Będzie w Ostrowcu pogrom, jeśli nic nie zrobimy”. On spytał: „Co mogę zrobić?” Powiedziałem: „Zadzwonić do Warszawy. Musimy iść na pocztę.” A mieliśmy piękną pocztę w Ostrowcu. Posłuchał mnie. Poszliśmy na pocztę i zadzwoniliśmy do Warszawy, do władz bezpieczeństwa. Mieliśmy sekretarkę. Była z Warszawy, ale przeżyła w Ostrowcu. Ściągnęliśmy ją. Przyszła do nas na pocztę. Czekaliśmy na poczcie na odpowiedź. I ona brzmiała: "W ciągu trzech dni trzy ciężarówki z wojskiem przyjadą do Ostrowca, z władz  bezpieczeństwa". I tak się stało. To był poniedziałek, a w środę byli. Rosyjski dowódca i trzy ciężarówki policjantów. Wezwali Friedentala i powiedzieli: „Będziemy tutaj 2 tygodnie i przez te 2 tygodnie wszyscy mają opuścić Ostrowiec”. W każdym budynku, w którym żyli Żydzi, umieszczono 3-4 policjantów. Dali nam 2 tygodnie na opuszczenie Ostrowca. Pojechaliśmy więc do Łodzi, Łódź to duże miasto.  
Stamtąd próbowaliśmy jechać do Niemiec, bo w Polsce nie było dobrze. Polacy robili złe rzeczy. Nie planowaliśmy więc, żeby zostać w Polsce. Trochę mówiliśmy o emigracji do Izraela, ale w końcu pojechaliśmy do Niemiec. Zorientowaliśmy się, że Bricha pomaga przeprawiać się przez granice. I tak trafiliśmy do Wetzlar w Niemczech, do obozu dla przemieszczonych (DP Camp). To miasto jest słynne z tego, że tam produkowano aparaty Leica. Tam była główna fabryka.

Wtedy odezwał się do Bluma wujek ze Stanów. Powiedział mu, że przygotowują dla niego papiery. Mogą być do Urugwaju, do Londynu albo Kanady.

W dniu, kiedy w Izraelu zaczęła się wojna i zgarniali młodych do wojska, Berel dostał papiery z kanadyjskiej ambasady. Ktoś przekonał go wtedy, że nie może iść na wojnę, bo jest jednym z nielicznych, którzy przeżyli. I tak trafił w 1948 r. do Kanady.

W 1959 Berel zaczął sprzedawać meble. W latach dziewięćdziesiątych, gdy udzielał wywiadu, jego sklep nadal istniał.

Aaron Friedental, o którym mówi Blum, był szefem Komitetu Żydowskiego w Ostrowcu. To była organizacja samopomocowa, która należała do sieci ogólnopolskiej i podlegała Centralnemu Komitetowi Żydów w Polsce. Dzięki niej po wojnie Żydzi ostrowieccy ekshumowali wojenne groby żydowskie i zabitych pogrzebali na kirkucie; uruchomili też darmową kuchnię. Więcej informacji na temat tej organizacji i Friedentala można znaleźć w książkach „Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów” i w księdze pamięci Żydów ostrowieckich.

Wspomniane morderstwo popełnione przez AK po wojnie zdarzyło się w mieszkaniu Fajgi Krongold 12 marca 1945 roku. Dwóch byłych AK-owców zabiło 4 albo 5 osób i kilkoro kolejnych raniło. Powodem napaści miała być plotka, że Fajga Krongold przechowuje listę Polaków, którzy w czasie okupacji przyczynili się do śmierci Żydów. Informacje o tym morderstwie znajdują się w tym samych źródłach, co o Friedentalu.

Ale informacji o ewakuacji Żydów w tych podstawowych książkach nie spotkałam. Kiedy więc usłyszałam to wspomnienie Bluma po raz pierwszy, nie uwierzyłam. Jak to możliwe? Służby bezpieczeństwa kazały Żydom wyjechać z Ostrowca? Nie dowierzałam też w opowieści Bluma temu, że sam był w centrum tak doniosłych wydarzeń. No i popełnił błąd w dacie - pogrom kielecki to 4 lipca 1946 r., a nie kwiecień.

A jednak. Potwierdzenie jego wspomnień znalazłam w książce Aliny Całej „Ochrona bezpieczeństwa fizycznego Żydów w Polsce powojennej. Komisje specjalne przy Centralnym Komitecie Żydów w Polsce” (Żydowski Instytut Historyczny, Warszawa 2014). Po pogromie kieleckim "wobec rozprzestrzeniania się psychozy 'mordów rytualnych' zarządzono ewakuację żydowskich mieszkańców Sandomierza i Ostrowca Kieleckiego (ob. Ostrowiec Świętokrzyski)".

W tej książce znalazłam też szerszy rys tego, co się działo przed wyjazdem Żydów z Ostrowca, czyli latem 1946 roku. Rzecz w tym, że ani morderstwo w mieszkaniu Fajgi Krongold, ani pogrom kielecki nie były odosobnionymi wydarzeniami w regionie. „Na Kielecczyźnie od marca do sierpnia 1945 r. zabito 37 Żydów, a tylko w czerwcu tego roku zginęło ich 13, zazwyczaj przy próbach odzyskiwania swoich domów” - pisze Alina Cała. Podobnie jak w Ostrowcu, w Rzeszowie ocaleni zostali ewakuowani przez mundurowych i uratowani przed gromadzącym się tłumem w nastroju pogromowym, przekonanym że Żydzi zabili chrześcijańskie dzieci na macę.  Zdarzało się wyciąganie Żydów z pociągów i mordowanie albo grożenie śmiercią: „na posiedzeniu Centralnego Komitetu Żydów w Polsce 9 VII 1946 jeden z członków Prezydium opowiadał o takim właśnie incydencie, którego doświadczył w pociągu z Wrocławia do Kielc. Koło Skarżyska-Kamiennej z pociągu wyciągnięto kilku Żydów i pobito, a jego samego żołnierze wylegitymowali i przekazali Straży Kolejowej. Dowódca oddziału SOK groził mu śmiercią.” Żydzi bali się, bo widzieli, że powstające, słabe państwo jest bezsilne wobec takich napaści. Ba! Widzieli, że terenowi reprezentanci tego państwa, tacy jak ostrowieccy milicjanci czy SOK-iści pod Skarżyskiem, wcale Żydom pomagać nie chcą. I że być może będą gotowi dołączyć, jak w Kielcach, do tłumu pogromowego.

Dlaczego Żydzi ewakuowali się najpierw do Łodzi? Większe skupiska ocalałych były bezpieczniejsze, dlatego z miejscowości mniejszych, takich jak Ostrowiec, Żydzi uciekali do większych, takich jak Łódź. Wspomina o tym Cała. Niestety oznaczało to nędzę. Przecież Berel Blum, wyjeżdżając, zostawił swoje powroźnicze maszyny, którymi dotychczas zarabiał na chleb dla siebie i kuzynów.

Oznaczało też zostawienie całego swojego dotychczasowego życia. Z Ostrowcem wiązało się jego wspomnienie Alei, po której z rodzeństwem spacerował w szabasowe wieczory albo Rynku pełnego ludzi z tobołkami, przez który przeciskał się razem z braćmi w dzień likwidacji getta, gdzie zostali jego młodszy brat i siostra. Może dlatego Blum, wspominając czasy gdy mieszkał w Ostrowcu, czasem zaczyna płakać.

Ale wiecie, co mnie chyba najbardziej w tym porusza? Że ostrowieccy Żydzi tuż po II wojnie światowej uciekali przed pogromem z Ostrowca do Niemiec.

*

Dziękuję Julkowi za książkę Aliny Całej, a Zbigniewowi Chuchale - za uwagę o szczekaczkach.

Wypowiedzi Berela Bluma i zdjęcia pochodzą z pochodzą Archiwum Historii Wizualnej, właścicielem praw autorskich jest USC Shoah Foundation.
Blum, Berel Wywiad 466. Visual History Archive. USC Shoah Foundation. http://sfi.usc.edu. Dostęp: 30 IX 2014 r. Tłum. moje.

sobota, 8 listopada 2014

Dwie rozmowy o Żydach ostrowieckich

Kielecka "Wyborcza" w dzisiejszym weekendowym wydaniu zamieściła wywiad ze mną.


Wcześniej zaś w Dzienniku Opinii ukazał wywiad, który przeprowadziła ze mną Agnieszka Wiśniewska z Krytyki Politycznej.

http://www.krytykapolityczna.pl/artykuly/historia/20140827/pastuszko-zydzi-sa-wygumkowani-z-historii-ostrowca

To tyle autopromo. Następny tekst będzie normalny, przynajmniej jak na ten blog.

piątek, 7 listopada 2014

Polin. Muzeum Historii Żydów Polskich. Wątki ostrowieckie

Byłam. Zwiedziłam wystawę stałą. Skorzystałam z zaproszenia dla lokalnych organizacji pozarządowych, które działają na rzecz pamięci o Żydach.

Przede wszystkim: wystawa jest imponująca. I m p o n u j ą c a. Sądziłam, że ludzkość przestała próbować ogarnąć całą wiedzę umysłem, encyklopedią, biblioteką; że od XIX w. godzimy się na fragmentaryczność. Jednak Muzeum Historii Żydów Polskich w dziedzinie, którą się zajmuje, ma właśnie takie aspiracje. I rzeczywiście mam wrażenie, że na wystawie jest wszystko, co być powinno.

Dyrektor Dariusz Stola na spotkaniu z organizacjami pozarządowymi wspomniał, że muzeum przygotowało już kilkanaście tras po wystawie. I że na wystawie jest dziesięć tysięcy stron tekstu, umieszczonego na multimedialnych urządzeniach, ścianach, obiektach... No właśnie – muzeum jest tak ogromne, że można je zwiedzać jak miasto: oglądasz różne miejsca i budynki, ale i tak masz poczucie, że następnym razem znajdziesz coś, co cię zaskoczy. Możesz też przygotować sobie trasę tematyczną. Kobiety w kulturze żydowskiej, narodziny i śmierć sztetli, żydowski handel. Z tej ogromnej wystawy, której nie da się dobrze poznać nawet w tydzień, możesz sobie ułożyć nową, własną opowieść.

Muzeum jest skoncentrowane na wiedzy, nie na zabytku. To, co je tworzy, to nie są zabytkowe przedmioty, ustawione chronologicznie w opisanych gablotkach. Jego treścią jest przede wszystkim opowieść, snuta z medialnym rozmachem. Od średniowiecznych fresków po komputerowe gadżety: ściany-ekrany, ekrany dotykowe, gry, projektory. Multimedialność na mnie aż takiego wrażenia nie robi, ale wiem, że to świetne narzędzie edukacyjne dla tych, dla których książka jest medium zbyt nudnym.



Opowieść o Żydach polskich jest snuta za pomocą multimediów, ekranów, dźwięków. Ale też za pomocą instalacji scenograficznych, wykonanych historycznymi technikami ciesielskimi czy malarskimi.
 Mówiąc o medialnym rozmachu, mam na myśli też to, że autorzy skorzystali z setek, jeśli nie z tysięcy możliwości ekspozycyjnych, i dobrali je z dużą wrażliwością. Zdjęcia odpowiedzialnych za Holokaust są odwrócone do ściany – widzimy je tylko w lustrze na ścianie. Bo nie są warci oglądania. Zdjęcia ofiar Holocaustu są zaś eksponowane bez powiększeń, często w rozmiarze zdjęć legitymacyjnych, wglądówek. Bo Holocaust to nie jest temat do efektów wizualnych. Jeśli ludzie na zdjęciu zostałi poniżeni, to niech to malutkie zdjęcie wisi niziutko – tak, żeby odwiedzający musiał się schylić i przyglądać, żeby nie było mu tak wygodnie.

Powiedziałam, że zabytków tu mało. Rzeczywiście, to jest muzeum opowieści i scenografii. Ale autentyk też jest tu obecny, i to jak! Budynek stoi w sercu dawnej żydowskiej Warszawy i jest rekonstrukcją tego serca. Jedna z instalacji przedstawia przedwojenną ulicę Zamenhofa w skali jeden do jednego. Ta zrekonstruowana ulica biegnie dokładnie tędy, którędy biegła przed wojną... Budynek stoi też w miejscu późniejszego getta. Dokładnie tu, w tym miejscu, ginęli żydowscy powstańcy. Przy wejściu do muzuem umieszczona jest mezuza, wykonana z cegły ruin żydowskich Nalewek.

Ostrowieckie wątki

Nie byłabym sobą, gdybym na wystawie nie rozglądała się za Ostrowcem. I rzeczywiście nasze miasto pojawia się dwa czy trzy razy.

Znajdziemy Ostrowiec na imponującej mapie w galerii Paradisus Iudaeorum. Wynika z niej, że w 1765 r. Ostrowiec był jedną z 1200 gmin żydowskich w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Ale Żydzi mieszkali w Ostrowcu już 150 lat wcześniej, sprawdziłam w "Żydach ostrowieckich. Zarysie dziejów". W XVII w. istniała już synagoga i cmentarz żydowski. 


Skoro o synagodze mowa... Zrekonstruowana drewniana synagoga jest jednym z najbardziej imponujących miejsc wystawy stałej. Podobno większość synagog na wschodzie dzisiejszej Polski, na Ukrainie i Litwie była robiona z drewna. I żadna z nich nie przetrwała wojny. Twórcy wystawy  dotarli jednak do technik architektury drewnianej, a następnie zrekonstruowali jedną z dobrze udokumentowanych bożnic – z Gwoźdźca. Dlaczego to jest ważne? Bo ostrowiecka synagoga była drewniana i nie przetrwała wojny... Czy możliwe, żeby jej wnętrze było choć trochę podobne do imponującej synagogi z Gwoźdźca?
https://www.google.com/culturalinstitute/asset-viewer/muzeum-historii-%C5%BCyd%C3%B3w-polskich-polin/wAE6GrG-6nU06A
Zrekonstruowana drewniana bożnica z Gwoźdźca - do obejrzenia przez Google Street View. Ostrowiecka synagoga należała do tego samego typu budowli

Ostrowiec pojawia się także w galerii Zagłada na mapie dystryktu radomskiego Generalnej Guberni. Znajdziemy go też w przygnębiającym spisie gett na ziemiach polskich.


I ostatni wątek z naszych stron. Dyrektor programowa wystawy głównej, prof. Barbara Kirshenblatt-Gimblett, ma opatowskie korzenie. Jej ojciec, Meyer Kirshenblatt, był z Opatowa. Tu urodził się i wychował. Wyemigrował jako 18-latek, w 1934 r. - wtedy mnóstwo osób wyjechało do obu Ameryk, także z Ostrowca. Trafił do Toronto.
 

W 2007 r. ukazała się ich wspólna książka They Called Me Mayer July: Painted Memories of a Jewish Childhood before the Holocaust. Prof. Kirshenblatt-Gimblett nazywa ją efektem czterdziestoletniej rozmowy ojca i córki. Przez lata Meyer Kirschenblatt wspominał życie opatowskich Żydów; w końcu, po wielu namowach, w 1990 zaczął je malować. Książka składa się zatem z obrazów ojca i anegdotycznych wspomnień, spisanych przez córkę. Poznajecie rynek w Opatowie?

Meyer Kirshenblatt, Market day (Dzień targowy).

Podpis mówi: 

Środa była w Opatowie dniem targowym. Wszyscy czekali na ten dzień z wytęsknieniem. Większość spraw na cały tydzień była załatwiana w środę. Chłopi z bliska i daleka wypełniali miasteczko, aż trzeszczało w szwach. Miasto było przepełnione koniami i furmankami. Niektórzy chłopi przyjeżdżali bardzo wcześnie, żeby moc sobie wybrać dobre miejsce do handlu. Przywozili swoje produkty, żywność i zwierzęta.
Były trzy miejsca targowe: rynek, mały rynek naprzeciwko naszego domu; targ bydlęcy na targowisku, na obrzeżach miasta, blisko cmentarza żydowskiego. Na rynku sprzedawano drób, płody, surowce i rękodzieło. 
Źródło i więcej obrazów Meyera Kirshenblatta:
http://www.nyu.edu/classes/bkg/MK/MK_images/pages/marketday.html.

 
I to córka Żyda z Opatowa, która spisywała jego wspomnienia o dniu targowym, tworzyła tę imponującą wystawę w Muzeum Historii Żydów Polskich, która ogarnia całość tysiącletniego życia Żydów w Polsce... Ot, ciekawostka, ale jaka miła.

A wystawę odwiedźcie koniecznie. Najpierw zaś zajrzyjcie przez Google Street View, żeby wiedzieć, co Was czeka.

niedziela, 12 października 2014

Mapa likwidacji getta ostrowieckiego

To, co napisałam w ostatnim poście, przeniosłam na mapę (a przy okazji przetłumaczyłam na angielski).


Likwidacja getta w Ostrowcu Świętokrzyskim // The liquidation of the Ostrowiec ghetto

I znów mam wiele pytań: którędy przez Ostrowiec szedł marsz, ostatni marsz 11 tysięcy ostrowczan prowadzonych na śmierć? Którędy doszli z Sienkiewicza do skrzyżowania Alei z Kilińskiego (tu widział ich Stanisław Kosicki)? Gdzie wsiadali do pociągów? Tam, gdzie dużo bocznic? Tu, gdzie dzisiejsze perony? A może gdzieś przy hucie?

Ten marsz, te pociągi - to było dokładnie 72 lata temu. 12 października 1942.

Przypomnę więc, jak to wyglądało. Opisuje AK-owiec Stanisław Kosicki w książce "Wojna, wojna, wojenka":
I nadszedł dzień, gdy od rana zaczęto przeganiać Żydów na rampę kolumnami po kilkaset osób przez całe miasto, głównymi ulicami. Musieli iść w szyku trójkowym, po wojskowemu. Zwykle przody tych kolumn utrzymywały, jako tako, ten narzucony szyk, lecz w ogonie wlokły się luźne grupki, głównie starsi, chorzy, zniedołężniali, wycieńczeni głodem, wprost słabi. Jedni pomagali drugim. Coraz to ktoś upadł, pomagano mu stanąć na nogach i wlec się dalej. Nierzadko osuwał się samotny, któremu nikt nie towarzyszył. Starał się podnieść. Rzadko skutecznie. Pędzone kolumny otaczali Szaulisi z karabinami w rękach. Kto odstawał od kolumny żegnał się z życiem. Strzał skracał mękę, dawał wyzwolenie. Huk strzału, a licznie strzelano, podrywał innych, wykrzesywał z nich resztki sił. Rwali do przodu, podbiegali, krzyk i lament niósł się daleko. Za chwilę znów przystawali, tracąc siły i nadzieję. Widziałem padających na kolana. Nieruchomieli w tej pozycji w oczekiwaniu na zbawienną kulę. Wokół kolumny biegali podochoceni alkoholem Szaulisi, bili pejczami i z lubością mierzyli do maruderów. Chodnikami szli nieliczni esesmani, szupowcy, gestapowcy w uniformach i po cywilnemu. Zatrzymywali się zapalali papierosy, wymieniali uwagi. Lecz do pędzenia i zabijania się nie wtrącali.
Za kolumną pozostawały na jezdni ciemne plamy trupów, kałuże krwi i dziesiątki waliz, kufrów, paczek, zawiniątek, tobołów, wypełnionych worków. Wzdłuż domów przemykali nieliczni przechodnie, niemi i bezsilni świadkowie tego marszu na spotkanie śmierci, wprost mordu. Nie brakowało gapiów. Ja też do nich należałem. Gdy nas zawiadomiono co się dzieje, natychmiast wybiegliśmy z biura. Staliśmy przy rogu ulicy Kilińskiego. Kolumny ciągnęły Aleją Trzeciego Maja, w stronę mostu na Kamiennej i dalej wzdłuż torów, do podstawionych tam wagonów. Pędzeni Żydzi śpiewali pieśni, można domyślać się, że nabożne. Zagłuszały je lament, jęki, wrzaski oprawców. Cichło w chwilach strzałów, lecz już po chwili znowu intonowano gremialny śpiew. Widziałem też, jak po przejściu takiej kolumny, ludzie wbiegali na jezdnię i w pośpiechu podejmowali porzucone dobro. Pewnie, aby przechować?... Eskortujący, ani gestapowcy nie zwracali na to uwagi.
Tego dnia pędzono ludzi aż do zmroku. I wiem jedno: widoku tego nie pozbędę się do końca mych dni. Zadomowił się w świadomości i wielokrotnie powraca, jak dopiero co przeżyty koszmar.
(Cytat dzięki blogowi Żydowski Ostrowiec.)

Szaulisi to litewska organizacja paramilitarna. W czasie wojny kolaborowała z hitlerowcami. Szaulisi asystowali przy likwidacji gett w wielu miastach Generalnej Guberni, w tym w Ostrowcu.

Ciekawa jest też rola ostrowczan - gapiów, którzy "w pośpiechu podejmowali porzucone dobro. Pewnie, aby przechować". Sądzę, że to z powodu tego dobra porzuconego i podjętego, "pewnie, aby przechować" - nie tylko tobołków, ale też domów i warsztatów - mamy problemy z pamięcią o żydowskich ostrowczanach. Ale to temat na osobny artykuł.

piątek, 10 października 2014

Likwidacja getta ostrowieckiego - to było 72 lata temu

11-12 października 1942 roku zginęła społeczność Żydów ostrowieckich. Jedenaście tysięcy osób wysłano na śmierć do Treblinki, tysiąc albo dwa tysiące zginęło na miejscu. Część ocalała chowając się, część została, by pracować. Sztetl Ostrowiec przestał istnieć.

Tak opisuje te wydarzenia księga pamięci Żydów ostrowieckich.
W niedzielę przed zmrokiem (...) miasto zostało otoczone przez SS-manów, Schutzpolizei, żandarmerię, policję litewską i polską. Żydowscy policjanci chodzili od drzwi do drzwi, rozkazując ludziom, żeby opuścili domy. Ci, którzy mieli pracę, mieli pójść na Plac Floriana, blisko Urzędu Miasta. Tym, którzy nie pracowali, kazano zgromadzić się na Rynku.

Nagle ze wszystkich stron rozległy się strzały. Starcy i dzieci zostali zastrzeleni na miejscu, dzieci ginęły na oczach rodziców, a rodzice na oczach dzieci. Chorzy w szpitalu zostali zastrzeleni w swoich łóżkach. (…) Ci bez pracy musieli stać na Rynku, być świadkami tego, jak ich ukochani bliscy są bestialsko mordowani.

Później zostali zabrani na dziedziniec polskiej szkoły podstawowej na Sienkiewicza. Tam przebywali aż do wtorku bez kropli wody ani łyżki zupy. We wtorek, w grupach 100-, 120-osobowych zostali przetransportowani do zamkniętych wagonów do Treblinki. Eskorta, goniąc nieszczęsnych Żydów do pociągów, zastrzeliła, zamordowała wielu z nich. Gdy zostali załadowani do pociągu, ich rzeczy zostały im zabrane; w końcu ściągnięto im ze stóp nawet buty.*
Nastroje przed likwidacją

A jak likwidacja i dni ją poprzedzające wyglądały z perspektywy mieszkańca getta? Opowiada Berel Blum, syn powroźnika (czyli producenta sznurów i lin):
Wspominałem o panu Krongoldzie. Otóż Krongold miał kontrakt od Wehrmachtu. I, jak powiedziałem, on zakontraktował mojego ojca, a my podjęliśmy zlecenie. Gdy to się stało, to cała rodzina pracowała robiąc sznury. Mój ojciec, moi bracia. Wynajęliśmy też dziewczyny do pracy. Potrzeba było wielu rąk do pracy, bo produkowaliśmy liny robione ręcznie, a nie fabrycznie. Mieliśmy pozwolenie na opuszczanie getta - ci, którzy pracowali tam, gdzie robiliśmy liny. Więc ci, którzy pracowali, mogli wychodzić z getta do pracy i potem do getta wracać. Żydowscy policjanci stali przy bramach i wpuszczali, i wypuszczali. Taka sytuacja trwała przez jakiś czas. I może przez to, że wtedy życie w getcie nie wydawało nam się takie złe, to wyobrażaliśmy sobie... wydawało nam się, że może damy radę, że przeżyjemy. Nie sądziliśmy, że Niemcy coś nam jeszcze mogliby zrobić. Wehrmacht dobrze nam płacił. Dostawaliśmy tysiące marek, niemieckich marek. To trwało przez jakiś czas. Aż do decyzji, żeby zlikwidować Ostrowiec. Żeby zlikwidować Żydów ostrowieckich. Nie wierzyliśmy, że coś takiego jak to, co się stało, może się zdarzyć. Niemcy mieli takie plany, ale my o nich nie wiedzieliśmy.  
Opowiem kilka dni przed likwidacją. To był piątek. Sprawy nie miały się dobrze. (Zaczyna płakać.) Wieści naprawdę były złe. Baliśmy się. Nie było dokąd uciec, bo byliśmy otoczeni. 
Likwidacja zaczęła się w sobotę. W sobotę zobaczyliśmy, żę przyjeżdżają ciężarówki z policją, wojskiem, Litwakami, Ukraińcami. To naprawdę nie zapowiadało się dobrze.**

Rodzina Berela Bluma. W dzień likwidacji ojciec i matka ukryli się. Trzech braci zakwalifikowano do pracy w Starachowicach. Najmłodszy brat i siostra zostali wywiezieni do Treblinki lub zabici na miejscu. © USC Shoah Foundation
Berel idzie na Plac Floriana przez Rynek

Opowiada Berel Blum:
W niedzielę zapukano do naszych drzwi i powiedziano nam, że każdy może zabrać ze sobą dziesięć kilo dobytku i że wszyscy mają się zgromadzić na Rynku. 
To żydowscy policjanci pukali do drzwi i mówili, żeby się pakować. Pukali do każdego żydowskiego domu. Tak to się zaczęło. 
Jak się czuliśmy? Nie wiedzieliśmy, co robić. Nawet nie pożegnaliśmy się ze sobą.
Pamiętam, że ojciec miał pieniądze, dał każdemu dziecku kilka dolarów. Ojciec z matką postanowili się schować w piwnicy. Chwilę wcześniej weszli do kryjówki, mieli takie miejsce w piwnicy. Mówili, że młodzi powinni iść pod urząd miasta - dostaną pracę i przeżyją.  
Z trzema braćmi dotarliśmy do urzędu miasta. (Płacze.) Ale młodszy brat i siostra uwięźli na Rynku. Jak tam trafiłeś, to już nie mogłeś się wydostać. Tysiąc Litwinów zrobiło pierścień, otoczyło Rynek. A  my staliśmy przed urzędem i czekaliśmy, co się wydarzy. 
A mieliśmy wtedy w mieście dużą fabrykę, hutę. W hucie pracowało wtedy piętnaście tysięcy ludzi (!), w tym ośmiuset Żydów. No i przyszedł jakiś człowiek i zaczął wywoływać po nazwiskach. Coś jakby brygadzista. Wywołał tych ośmiuset. A my staliśmy od rana na ulicy bez jedzenia i picia. Dopiero koło czwartej po południu...
Obok mnie stali [bracia] Szlomo, Josek (?) i Habiasz (?). Ale zauważyliśmy, że Szlomo zniknął. Zaczęliśmy się zastanawiać: czy on by nam nie powiedział, gdyby znalazł drogę ucieczki? Nie powiedziałby braciom? Ale nie mogliśmy go znaleźć. Później powiem, jak się z powrotem spotkaliśmy. 
Dopiero koło czwartej po południu Niemcy przyjechali ze Starachowic. Starachowice to miejscowość jakieś trzydzieści kilometrów od Ostrowca. Wciąż dźwięczy mi w uszach, jak mówią do człowieka zarządzającego likwidacją, że będą potrzebować stu dziesięciu ludzi. A tam stało kilka tysięcy. I ten człowiek zaczął wybierać ludzi. Dwóch braci moich przyjęli, ale kiedy ja się zbliżyłem, to mnie odepchnęli. (Zaczyna płakać.) Ale coś nie dawało mi spokoju, słyszałem głos w swojej głowie: nie poddawaj się! Więc przeszedłem na drugą stronę chodnika i wepchnąłem się tyłem do grupy wybranych, było ich już około pięćdziesięciu, wsunąłem się w środek, między moich braci, i Niemcy mnie nie zauważyli. Zamiast 110 mieli zatem 111 ludzi.  
Pomaszerowaliśmy do huty i czekaliśmy na pociągi do Starachowic. Była piąta po południu. Dowiedzieliśmy się, że Niemcy tego dnia na Rynku zastrzelili ośmiuset ludzi.**
Dziś na Placu Floriana jest parking, na Rynku zaś są dwa upamiętnienia: pomnik trzydziestu Polaków, powieszonych kilkanaście dni przed likwidacją getta, i tablica na pamiątkę mszy, która odbyła się, gdy w Polsce był Jan Paweł II.

Grób zbiorowy na Kirkucie

Ci, którzy zostali na Rynku, mieli przed sobą dwie drogi: śmierć na miejscu albo wywózkę do Treblinki i śmierć. Blum mówi, że na Rynku zabito ośmiuset ludzi, ale źródła historyczne mówią o tysiącu lub dwóch tysiącach. I raczej o zabijaniu na Kirkucie, gdzie znajduje się grób zbiorowy, niż na Rynku.

Tak o likwidacji opowiada mieszkanka Kolonii Robotniczej, której babcia mieszkała w czasie wojny przy rynku, przy ul. Starokunowskiej: 
Babcia opowiadała: „Wszystkim Polakom, którzy tu mieszkali było zapowiedziane i napisane, że nie wolno przez ten czas wychodzić. Musieliśmy siedzieć w chałupie. Na kirkucie się to działo. Przyprowadzali, strzelali, dół był z wapnem. Tych trupów układali w stosy, a potem czymś ich polali i myśmy patrzyli, a to tak się, jakby szło, jakby szło. Mówiliśmy - Jak to jest?! Babcia z dziadkiem i mama tak mi mówili, że to tak po prostu schodziło. To był taki ogromny stos, to było nie do opisania. Jęki, krzyki, tam nie wszyscy byli martwi. Nam skóra cierpła. Baliśmy się w ogóle wyjść. Kogo zobaczyli, to strzelali bez ostrzeżenia. A ta kupa tak się zmniejszała, zmniejszała. Nie wiem, czym to polali. Baliśmy się nawet potem pójść i zobaczyć. Ale po dwóch dniach czy trzech, jak nam nie wolno było chodzić, to to znikło. Tak kupa ciał. Ale to było, dziecko, straszne!” ***
Po wojnie część żydowskich grobów została ekshumowana, ale nigdy nie słyszałam o pracach wokół tego największego, kryjącego tysiąc lub dwa tysiące zabitych. Dziś nie jest on w żaden sposób oznaczony. W tym miejscu jest park.

Kikut. Gdzieś tu jest grób zbiorowy. Być może rowerzysta właśnie po nim przejeżdża.

Dziedziniec podstawówki przy Sienkiewicza – ostrowiecki Umschlagplatz

Według księgi pamięci Żydzi zostali zapędzeni na dziedziniec szkoły podstawowej nr 4 przy Sienkiewicza i przetrzymywani "bez kropli wody ani łyżki zupy" do momentu wywózki, we wtorek. Według wspomnień Bera Pancera ("Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów") spędzili tam tylko jedną deszczową noc.

Nic dziwnego, że jedni mówią to, a drudzy tamto. Chyba nikt z tej grupy nie przeżył wywózki, więc kto miałby opowiedzieć, jak to naprawdę było? Nie przeprowadzono też jakichś szeroko zakrojonych badań nad tym tematem. Tak jakby nic wielkiego się nie stało. Dziś za szkołą znajduje się nowoczesne boisko.

Aleją przez most na Kamiennej do torów. Do Treblinki

Kto zna Ostrowiec, ten wie, że podstawówka czwórka jest dość oddalona od torów. Którędy Żydzi byli prowadzeni? Ze wspomnień Stanisława Kosickiego wynika, że Aleją 3 Maja.

Kosicki szczegółowo opisuje przemarsz kolumn; widać, że był naocznym świadkiem. Żydzi byli gonieni w szyku trójkowym, ale wielu było zbyt zmęczonych i wygłodzonych, by iść równo. Szli śpiewając pieśni, chyba religijne. Ci, którzy się zatrzymywali, byli zabijani. Za kolumną na Alei 3 Maja zostawały trupy, walizy i tobołki.

Jedni Polacy uciekali z tego miejsca, prześlizgując się pod budynkami, inni wybiegali na jezdnię i zbierali ten porzucony dobytek. Sam autor wspomnień razem z innymi wyszedł z biura i dołączył do gapiów.****

Przemarsz trwał przez cały dzień, od rana do zmroku. Żydów pakowano do podstawionych wagonów. Tego dnia faszyści wywieźli ich do Treblinki.

Wiele niewiadomych

Może zwróciliście uwagę na niespójności między tekstami. Dla Bluma likwidacja zaczęła się w niedzielę koło południa, ale właściwie to już w sobotę, zaś według księgi pamięci – w niedzielę. Niedziela jako dzień początku wydaje się zresztą jedynym pewnym punktem, powtarza się w wielu wspomnieniach. Niestety, same daty są różne. Ja podałam 11-12 października, bo ta wersja jest najpopularniejsza, a do tego 11 października 1942 r. to była niedziela. Tę datę podaje też książka "Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów". Ale księga pamięci Żydów ostrowieckich mówi, że likwidacja zaczęła się "pierwszego dnia miesiąca cheszwan 5703 (10 października 1942)". 

Jeszcze więcej nieścisłości jest w szczegółach. Czas, który spędzili wywożeni do Treblinki na dziedzińcu podstawówki, waha się od jednej nocy do półtorej doby. Różnie opisywany jest sposób, w jaki dotarli Żydzi do Starachowic. Także liczba pracowników huty, którą podaje Blum, raczej nie jest prawdopodobna.

Ani księga pamięci Żydów ostrowieckich, ani wspomnienia nie są w pełni wiarygodne, jeśli chodzi o daty, liczby i szczegóły faktów. Każde z nich było spisywane albo nagrywane po latach, a czas zniekształca pamięć. Sytuacji nie ratują historycy, autorzy książki "Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów". Oni też posiłkowali się bowiem wspomnieniami. I tak zostajemy z kilkoma wersjami wydarzeń.

To bardzo smutne. Likwidacja getta to największy mord w dziejach Ostrowca. Tego dnia zabito tu tysiąc albo dwa tysiące ludzi. W ciągu jednego dnia. A my nawet nie znamy pewnej daty ani miejsca pochówku. Większość z nas nie ma też świadomości, jak dramatyczne rzeczy działy się tego dnia na Rynku, Kirkucie, na Placu Floriana, na dziedzińcu podstawówki przy Sienkiewicza, na Alei. Tak, jakby nikogo to nie obchodziło. Jakbyśmy mieli ważniejsze rzeczy do pamiętania.

*

*  "Ostrowiec. A monument on the ruins of an annihilated Jewish community" (zwana też księgą pamięci Żydów ostrowieckich). Tel Awiw 1971. S. 64.
** Blum, Berel Wywiad 466. Visual History Archive. USC Shoah Foundation. http://sfi.usc.edu. Dostęp: 30 IX 2014 r. Tłumaczenie moje.
*** Kolonia Robotnicza - historia mówiona, Stowarzyszenie Kulturotwórcze Nie z Tej Bajki: http://koloniarobotnicza.wix.com/historiamowiona#!1939-1945/c1ky7.
**** Fragmenty książki Stanisława Kosickiego Wojna, wojna, wojenka można znaleźć na blogu zydowskiostrowiec.blogspot.com. O marszu do wagonów mówi czwarty akapit fragmentu.

niedziela, 28 września 2014

Paula Lebovics. Obozowe dziecko z Ostrowca

Paula Lebovics urodziła się w 1933 r. w ortodoksyjnej rodzinie w Ostrowcu jako Pesa Balter. Miała sześć lat, gdy wybuchła wojna. Prawie cała rodzina zdołała ukryć się przed selekcjami w schronie pod kurnikiem. Potem dorośli trafili do getta resztkowego, a  dziewczynkę ukrywano na strychu. Gdy rodzina trafiła do obozu koncentracyjnego w Ostrowcu, Pesa kryła się sama. W końcu i ona trafiła do obozu.

W obozie była przez półtora roku. Potem znalazła się w Auschwitz, które przeżyła w pokazowym dziecięcym bloku. Była w grupie osób wyzwalanych przez Rosjan. Jej opuchnięta z głodu twarzyczka znalazła się też na najsłynniejszych zdjęciach z wyzwolenia – chodzi o zdjęcia grupy dzieci w pasiakach, stojących za drutami.

Tak w największym skrócie można opowiedzieć trzygodzinny wywiad z Paulą Lebovics, który znajduje się w Visual History Archive. Choć jest to jeden z ponad 52 tysięcy wywiadów dostępnych w tym zbiorze, to właśnie wywiad z Paulą jest przez Archiwum podsuwany do obejrzenia nauczycielom z całego świata. Paula została też bohaterką dokumentalnego filmu „Triangles. Witnesses of the Holocaust”. Skrótem trzygodzinnego wywiadu jest ten króciutki film:

 

Ciekawie opowiada, prawda? dlatego obejrzałam dłuższą wersję wywiadu z Paulą Lebovics, a fragmenty przetłumaczyłam.

Krzywe ramię 

Urodziłam się w dużej rodzinie. Mój dziadek był dość bogaty. Wybudował dla siebie dom i na podwórku dom dla każdego z dzieci. Ja byłam najmłodszym dzieckiem z szóstki. Mój najstarszy brat miał 13 lat, kiedy się rodziłam. Na podwórku było zawsze mnóstwo życia, było zawsze żywo.
Byliśmy uważani za bogatych ze względu na dziadka. Wszyscy dla niego pracowali: moja matka dla niego pracowała, mój ojciec dla niego pracował, mój wuj dla niego pracował... Tuż przed wojną, gdy miałam pięć lat, złamałam rękę. To był piątek, na dworze była balia i przygotowania do szabatu. Kiedy mnie matka dotknęła, zaczęłam krzyczeć. Ale nikt nie wiedział, co mi jest, i zaczęliśmy szabat. W sobotę ręka spuchła, ojciec był religijny, ale zabrał mnie do szpitala... Postawili diagnozę, że mam sklerozę kości.
Po szabacie ojciec zabrał mnie do Opatowa do drugich dziadków. Babcia była malutka, a dziadek ogromny, wysoki. I oni zdecydowali, że trzeba mnie zabrać do lekarza do Warszawy. I tam się okazało, że to było tylko złamanie. Zapomniałam powiedzieć, że jeszcze podczas szabatu mój ojciec zabrał mnie do felczera, który próbował nastawić ramię i tylko pogorszył sprawę. I dopiero w Warszawie nastawili mi rękę i włożyli w gips. Ale to się ciągnęło aż do wojny.
Kiedy zdjęłam gips, okazało się, że ramię nie zrosło się dobrze. Trzeba było jechać do Warszawy raz jeszcze. Ale już zaczęła się wojna i Niemcy nie chcieli nas wpuścić do pociągu ani do samochodu. W końcu jakoś dojechaliśmy, ale musieliśmy jechać wozem z koniem. W każdym razie moja ręka nigdy nie wydobrzała i ciągle mam krzywe ramię.
 „Getto. Lubiłam je bardzo”
Po rozpoczęciu wojny jeszcze przez rok Niemcy pozwolili nam mieszkać w naszym domu. Mój dziadek wybudował dom w pięknej części miasta, na którą Niemcy mieli oko. Po roku nas ewakuowano. Getto już się utworzyło. Było otwarte. Były plakaty porozlepiane, że Żydom już nie wolno chodzić poza gettem.
Poszliśmy do getta. To było otwarte getto. Lubiłam je bardzo. Wsadzili nas do jednego wielkiego pokoju, w części miasta tuż obok wielkiego rynku. Większość średniowiecznych miast miało rynki, dookoła rynku były domy i tak też było w Ostrowcu. Rynek był duży, z okolicznych wsi przyjeżdżali chłopi i sprzedawali produkty. Ale oczywiście, jak było getto, to już nie przyjeżdżały wozy i nie sprzedawano produktów.

Więc mieszaliśmy w jednym z budynków przy rynku, w jednym pokoju. Miałam możliwość być ze wszystkimi razem. Nie za wiele się chyba działo i wszyscy byli w domu. Mnie się podobało, że wszyscy byliśmy razem i poświęcali mi uwagę. Musiałam tego potrzebować... Mogłam spać z każdym, z kim mi się podobało. Im trochę mniej, bo ciągle się moczyłam. I tak do końca wojny. Potem do mnie wróciło, bo ciągle się bałam. Byłam ciągle wystraszona.

Mój brat - Herszel, najstarszy - odkrył, że Niemcy chcą nas selekcjonować. I zrealizował plan, który miał jeszcze w naszym starym domu. Wybudował bunkier pod kurnikiem na terenie getta i umieścił tam całą rodzinę. Był żydowskim policjantem, miał dwadzieścia lat. I nas wszystkich ukrył w tym bunkrze pod kurnikiem. Przeczekaliśmy tam pierwszą selekcję.

W czasie, gdy getto było otwarte, wielokrotnie wieszano ludzi i to się działo na rynku, przed naszym domem. Zaczęło się od ważnych osobistości Ostrowca, kierownictwa, którzy nie byli Żydami. Wszyscy musieliśmy patrzeć.
W tym czasie stało się jeszcze coś istotnego. Mój brat Jonatan – drugi najstarszy - uciekł na początku wojny na Litwę - i będąc tam odkrył, że Żydzi są źle traktowani. Poszedł więc do Czerwonego Krzyża na Litwie i zapytał, jak się mamy. Przypominam sobie, jak przyszło do nas SS, zabrało nas wszystkich, sprawdziło, czy jesteśmy dobrze ubrani, zabrało nas do fotografa, gdzie nas sfotografowano. Mam zdjęcie z rodziną, wszyscy mamy opaski na ramionach, bratu i ojcu dano marynarki, żeby dobrze się prezentowali. Kiedy nas stamtąd zabrano, nie dano nam na nic czasu. To zdjęcie trafiło do brata na Litwę. Dzisiaj mamy kopie tego zdjęcia.
Zdjęcie rodziny Pesy Balter z 1940 lub 1941. Od lewej brat Joske, matka, brat Herszel, siostry Chana i Chaja, ojciec, z przodu z kwiatami siedzi Pesa. Ojciec i Chana właśnie przeszli tyfus. Zdjęcie zostało zrobione w Ostrowcu na żądanie SS-manów. W nieco lepszej jakości dostępne tutaj.
Potem wróciliśmy do bunkra i była pierwsza selekcja. Podczas pierwszej selekcji moja siostra wyszła i dała się wybrać, bo wierzyła, że jest młoda i silna i pójdzie pracować. Ale nigdy nie wróciła. Potem dowiedzieliśmy się, że ludzie wybrani wtedy trafili do Treblinki.

Pesa ukrywa się w Ostrowcu

Dzięki bratu w żydowskiej policji rodzinie udało się przeczekać selekcję i trafić do małego getta. Ale Paula ani nie mogła pracować, ani nie miał się nią kto opiekować. W małym getcie jej po prostu nie powinno być. Więc brat schował ją na strychu razem z młodszym braciszkiem innego policjanta.

Cały cas się moczyłam i brat błagał mnie, żebym tego nie robiła, bo sufit przemaka i Niemcy zobaczą. Brat też ze mnie żartował, nadał mi przezwisko Kranik.
Mój brat wiedział, że getto będzie zmniejszane raz jeszcze. Musiał znaleźć mi nową kryjówkę. Schował mnie i mojego "braciszka" w nowej kryjówce, ale nie pamiętam gdzie. Pamiętam, że to musiała być zima. Bo gdy zbiórka i wywózka się skończyła i wyszłam z kryjówki, to śnieg leżał na ziemi i pamiętam, że śnieg był cały różowy i czerwony, bo tyle krwi było na nim. Tyle morderstw było. Wszędzie, gdzie spojrzałam, śnieg był cały czerwony. To jest to, co pamiętam z tej wywózki. I już nie było mojej babci. I mojej cioci z synem, i jej męża. Dowiedziałam się - niedawno dowiedziałam się, że w tym czasie jedna z moich cioć ukrywała się w swoim starym domu razem z trójką dzieci i z mężem. I sąsiedzi - Polacy - zabili ich siekierą. Zabili ich wszystkich pięcioro. Niedawno się dowiedziałam. Wcześniej myślałam, że zginęli w obozie.
Rzeczywiście, w Ostrowcu był taki przypadek. W jednej z historycznych książek* można przeczytać, że zmasakrowane zwłoki rodziny Steinów znaleziono w 1945 r. w studni na terenie posesji Wiktorowicza. Zamordowanych pochowano na kirkucie.
W końcu znaleźliśmy się w małym getcie. Zajmowało ono pół ulicy i to było wszystko, co pozostało z 16 tysięcy Żydów ostrowieckich.
Potem Paula ukrywała się w różnych miejscach ze swoim przyszywanym braciszkiem. Ale on, nieco starszy, poszedł w końcu do pracy i Paula została sama. Nie mogła znieść samotności, wyszła więc i zaczęła się z innymi ludźmi chować w okolicach cegielni w różnych miejscach. Taki stan trwał przez jakieś dwa miesiące.
[Pewnego dnia], kiedy szukałam nowej kryjówki, znalazł mnie Ukrainiec, ukraiński żołnierz. Zatrzymał mnie i wiedziałam, że jestem ugotowana. Musiało zmierzchać. Wziął mnie do grupy kobiet, które były uformowane w grupę, żeby wracać do obozu. Zabrał mnie tam, wylegitymował się przed SS-manem, który prowadził tę grupę. W tej grupie był też żydowski przewodnik grupy i dużo ludzi - same kobiety. I kiedy on wylegitymował się i opowiadał o mnie, zobaczyła mnie moja matka i wciągnęła mnie do grupy. Gdy SS-man zaczął się za mną rozglądać, to już mnie nie znalazł. Wziął więc wielką pałkę, szedł wzdłuż linii kobiet i uderzał każdą, aż doszedł do mnie i do mojej matki. A matka miała jakąś torbę na ramieniu, może z jedzeniem. Wziął torbę, rzucił ją i uderzył matkę, bardzo mocno. Złapał moją rękę - grupa rozdzieliła się, zrobiła miejsce - a on złapał mnie i rzucił mną o ścianę. Nie wiem, jak daleko była ta ściana, ale wydawało mi się, że bardzo daleko. 
Następna rzecz, którą pamiętam... musiałam zemdleć, bo gdy się ocknęłam, nie było nikogo. Byłam sama z SS-manem. Kazał mi wstać i zobaczyłam, że dookoła stoją polskie dzieci i się śmieją. SS-man mnie pytał, gdzie ukrywają się ludzie, kazał mi pokazać. Ja powiedziałam: "nie wiem". Ale on zabrał mnie do kilku miejsc, i ja wiedziałam, że tam są ludzie albo byli. Więc próbowałam się z nim układać: "Proszę pana, a jeśli pan nie znajdzie nikogo, to będę mogła iść zobaczyć mamę i tatę po raz ostatni?" - bo wiedziałam, co chce ze mną zrobić. A polskie dzieci szły za nami i miałam wrażenie, że to wieczność, bo szliśmy przez całą okolicę, wiele budynków, miejsc do obejrzenia. On nawet zabrał mnie w jedno miejsce, gdzie wcześniej ukrywałam się z braciszkiem. Było tam kilka trupów, nie było nikogo żywego.
Nie mógł znaleźć nikogo. Więc zabrał mnie z powrotem do ściany i zaczął mnie dusić. Ale mnie nie udusił i ja powiedziałam: "obiecałeś, że mnie puścisz, jak nikogo nie znajdziesz. Obiecałeś!" i on był tak wściekły, nie do wiary, jak był wściekły. A polskie dzieciaki, było ich przynajmniej dwójka, trójka, czwórka, które stały dookoła, wołały: "ona wie, gdzie się ukrywają! wie!". (...) W końcu zabrał mnie do tej ściany i kazał się odwrócić. Wyjął rewolwer, wycelował, nie bardzo z bliska, ale z bliska. "Obróć się, twarz do ściany", a ja wołałam "ale obiecałeś, że zabierzesz mnie do mamy i taty po raz ostatni, obiecałeś!". Wtedy nadszedł drugi SS-man, nieprzytomnie pijany. Nie widziałam go, dopóki się nie obróciłam. Mówił do mojego: "Chcesz marnować kulę? Przecież i tak zdechnie". Zrozumiałam o czym mówią, bo niemiecki był podobny do jidysz, a zresztą ja już trochę osłuchałam się niemieckiego i znałam kilka słów. Niemiec był wściekły na siebie. Schował rewolwer i zawołał do pilnującego bramę obozu, żeby zabrał mnie do obozu. I tak trafiłam do Arbeitslage - obozu koncentracyjnego w Ostrowcu. To był obóz ciężkiej pracy.
 Obóz koncentracyjny w Ostrowcu oczami dziecka
Prace małej Pesy obejmowały zajmowanie się kortem tenisowym dla Hitlerjugend. Paula wspomina, że w Ostrowcu był cały kompleks dla Niemców. W każdym razie ona, jako dziecko pracujące w obozie, musiała wygładzać kort tenisowy ogromnym walcem albo sprzątać boiska do piłki nożnej. Jak wspomina, ulubionym sportem Hitlerjugend było jednak puszczanie psów na Żydów, i patrzenie, kogo pogryzą.

Paula pamięta z obozu uczucie bezsilności wobec prac, które dostawała. Walec był za ciężki, żeby ruszyć go z miejsca. Kiedy miała umyć małą szmatką ogromną scenę teatru, to sprzątała płacząc. - Było bardzo trudno przeżyć, kiedy było się dzieckiem - wi z perspektywy czasu. Ale też paradoksalnie czuła się w ostrowieckim obozie koncentracyjnym bezpieczniej niż do tej pory. W obozie byli jej mama i tata – czego więcej potrzebuje dziecko?

Na pewno nie potrzebuje tego, żeby być otoczonym śmiercią.

Po raz pierwszy zobaczyłam martwego człowieka na początku wojny i to był mój dziadek. Miał zawał, gdy pierwsza bomba spadła na Lublin. Pojechał do Lublina odwiedzić mojego brata, który był tam w jesziwie. Miał tam też bliską rodzinę. Kiedy spadła pierwsza bomba, zmarł na zawał. Pamiętam jego ciało złożone na podłodze w jego własnym domu. W tych czasach postępowało się jeszcze inaczej niż później, w czasie wojny, kiedy człowiek umierał.
Po raz drugi, kiedy widziałam umarłych, to było na rynku i ciała tańczyły na sznurach, to było już codziennością. Tak, wtedy już śmierć była codziennością.
Mówi, że przeżyła dzięki piosenkom. Wszystkie zapamiętywała i potem śpiewała je sobie w Auschwitz i innych trudnych momentach. Pamięta jedną, której nauczyła się w ostrowieckim obozie od starego człowieka, który w baraku sąsiadował z ojcem.

W ostrowieckim obozie spędziła półtora roku.

Obóz był otoczony rowami. Podejrzewam, że chodziło o bezpieczeństwo. Nie było drutów pod napięciem ani wysokiego ogrodzenia, tylko te rowy. Rowy były muliste i żyły tam żaby. Gotowali dla nas, łapali te żaby i jedliśmy żabią zupę.
Na drodze między dwoma obozami w Ostrowcu rosły... coś jak rzodkiewka, ale to było co innego. I to też jedliśmy, gotowaliśmy w zupie i jedliśmy. Ach, rzepa, to była rzepa. Wypełniała żołądek, to było dobre.
Było też zabijanie, selekcje, uciekający i zabijani ludzie, i zawsze musieliśmy patrzeć. To była część rytuału, ze wszyscy muszą wziąć udział. Chyba Niemcy chcieli nam przez to powiedzieć: patrzcie, taki los was też spotka. Spałam z matką i ciągle się moczyłam, co noc.
Co robił mój ojciec? Nie jestem pewna. W mieście była huta. Ale co robili, nie wiem. Coś dla faszystów.
Dużo śpiewałam. Ilekroć wszyscy się schodzili, był czas wolny i czuliśmy się trochę bezpieczniej, było niewielu Niemców, zostawały tylko straże, czuliśmy się trochę bardziej wolni. I ludzie mówili: "śpiewaj!" I śpiewałam.
Auschwitz i ostrowieckie wątki
A potem był sierpień 1944 r. i Paulę zabrali do Auschwitz.
W tym czasie już wiedzieliśmy o tym, co się dzieje w prysznicach. O komorach gazowych. Dorośli wiedzieli, a ja poznawałam. Patrzyłam trochę z zewnątrz, izolowałam się od tego myślami.
Zaprowadzili nas do szesnastego bloku. Tak naprawdę to było Birkenau. Nie wiem, jak nauczyłam się czytać, ale byłam w stanie odczytać oznaczenia na blokach. W tym bloku było tysiąc sześćset albo dwa tysiące kobiet. Matka uprosiła, żebyśmy spały na dolnym piętrze łóżka. Bo wiedziała, że sikam w nocy. Wstydziłam się, ale nic na to nie mogłam poradzić. Byłam wdzięczna, że kobiety nie naskarżyły na mnie, bo dziś nie byłoby mnie tutaj. 
W moim bloku też były inne kobiety z Ostrowca, ale byliśmy mniejszością, bo było mnóstwo ludzi. I znów proszono mnie, żebym śpiewała. I śpiewałam, bo myślałam: "zasikuję tych ludzi co noc... może lepiej będę śpiewała”. Chciałam się jakoś zrewanżować za zasikiwanie. I śpiewałam Kol Nidre - piosenkę, którą nauczyłam się w Ostrowcu od starego człowieka.
 Kiedyś jej śpiewanie usłyszała blokowa. Zamiast ją skarcić, wzięła do siebie i kazała pokazać, co jeszcze umie zaśpiewać. W ten sposób Paula stała się uprzywilejowana. Wkrótce trafiła do pokazowego bloku dziecięcego – właściwie jedynego miejsca w Auschwitz, które dawało dziecku szansę na przeżycie. Pauli było więc nieco lepiej.

Piece

Ale podczas tego okresu piece pracowały dzień i noc. To znaczy przez cały mój pobyt pracowały dzień i noc, ale w tym okresie w ogóle już nie były wyłączane. Nigdy ich nie wyłączano. Niebo było czerwone. Dzień i noc. Nie było różnicy, czy jest dzień, czy noc. Niebo było jak w płomieniach. To było nie do uwierzenia. Pamiętam patrzenie w górę i wyobrażanie sobie, że ciała przepływają w powietrzu, w tych czerwonych chmurach. Pamiętam, jak sobie to wyobrażałam. W tych czerwonych chmurach. Smród był taki, że nie można było się od niego uwolnić. Wgryzał się w ciało, w ubrania. nie dało się go pozbyć. Po chwili przestawało się go czuć, ale on był bardzo intensywny, prawie można było go dotknąć. Czułeś się tak, jakby ktoś wylał na ciebie klej. Tak, wtedy piece pracowały dzień i noc.

Druga dziewczynka z Ostrowca

Zbliżał się koniec wojny. Słyszeliśmy różne wybuchy. Zbliżała sie wojna. Było już trochę spokojniej. Pewnego dnia powiedziano mi, że człowiek który przyszedł, to Mengele. Chciał nas uspokoić i kazał stanąć w kółku. Wiec stanęliśmy. Nie wolno było sprzeciwić się Niemcowi. Nigdy. I on mówił do nas, że jesteśmy dobrzy. „Wiem, że wszyscy z was mają rodziny, które nie są z wami. Jeśli chcecie połączyć się z rodzinami, możemy to dla was zrobić. Musicie tylko wyjść do środka.” I ja to zrobiłam, weszłam do środka. Była też taka dziewczynka, która była ode mnie młodsza, też była z Ostrowca i zawsze się ze mną trzymała, patrzyła, co ja robię i powtarzała po mnie. I teraz ona też wyszła na środek. Ale ja, kiedy zrobiłam krok, pomyślałam nagle: „zaraz, skąd oni wiedzą, kim jest moja rodzina?”. Zapaliła mi się czerwona lampka i zrobiłam krok w tył. To były ułamki sekundy. Ale ta dziewczynka już nie zrobiła kroku w tył. Po wyzwoleniu znaleźliśmy ich ciała tuż za obozem, zastrzelone.

Wyzwolenie Auschwitz
Dziesięć dni przed wyzwoleniem niemiecki patrol zabrał ostatnich ludzi. Zresztą przez cały styczeń ludzie byli wyprowadzani z obozu. (...) I wtedy zostaliśmy sami. Nie było Niemców, nie było Rosjan, nie było prądu, nie było niczego. Byliśmy wolni. Pierwsze, co zrobiliśmy, to poszliśmy do spiżarni po chleb. Pamiętam, jak szłam z bochnem chleba i w każdej kieszeni, miałam wszędzie chleb.  Potem poszliśmy do magazynu i ubraliśmy się cieplej. Jeśli widzisz nas na tym zdjęciu ciepło ubranych, to tylko dlatego. Gdy byli Niemcy, tak nie było.
7 lutego weszli Rosjanie. Wyzwolili nas. Wiele osób ma złe wspomnienia z tego, ale ja mam dobre. Pamiętam żołnierza, który wziął mnie w ramiona. Pamiętam, jak płakałam, bo wreszcie ktoś pokazał zainteresowanie, troskę o mnie. To było niesamowite.
Chciał podzielić się jedzeniem. Miał słoninę. A ja pokazałam mu swoje chleby i powiedziałam: "nie, popatrz, ile mam chleba!" W końcu wzięłam od niego kawałek czarnego chleba, który miał. Ale nie miał go za dużo. Ci rosyjscy żołnierze nie wyglądali tak jak niemieccy: wystrojeni, z dźwięczącymi przy chodzeniu butami. Wyglądali na zmęczonych, zaniedbanych, pokonanych. Nie mieli w sobie nic z Niemców. Tak, tak właśnie pamiętam wyzwolenie obozu przez Rosjan. 
Później, nie pamiętam, może dzień później, ubrali nas w te proste uniformy, których nigdy wcześniej nie mieliśmy, te były ciepłe, i zrobili nam zdjęcia.
Zdjęcia z wyzwolenia Auschwitz. Twarz Pauli jest trzecia od lewej. „Niesamowite, jak się zorientowałam, że jestem na tym zdjęciu. Kiedyś pojechaliśmy do Izraela. Poszliśmy do Yad Vashem. I zauważyłam to zdjęcie, w ogromnym formacie na pół ściany, i zmiękły mi kolana. Nie byłam pewna, czy to ja jestem na zdjęciu. Poczekałam na brata, kiedy przyszedł, spojrzał na zdjęcie, złapał się za głowę i powiedział: "o rany, to ty". Dyrektor Yad Vashem był pod wrażeniem, bo do tej pory nikt nie rozpoznał się na tym zdjęciu. Nie wiedział, co z nami zrobić. Wziął nas do pokoju i pokazał inne zdjęcia...”
Miałam szczęście, bo podłączyłam się do jednego radzieckiego żołnierza, jechałam z nim jeepem, kiedy filmował. I te filmy, które widzicie, z filmowania Auschwitz. Te filmy, które znacie, one nie są realistyczne. Tego, jak to wyglądało, to trudno wytłumaczyć. Na pewno znacie zdjęcia więźniów za drutami - cóż, to są inscenizowane zdjęcia, zrobione wtedy, gdy zostaliśmy już wyzwoleni. Były wszędzie ciała ludzi, którzy umarli po wyzwoleniu, i zbieraliśmy te ciała w kupy, w stosy przed barakami. Mieliśmy szczęście, że była zima i ciała zamarzły i nie rozniosły się żadne choroby - co do tego zorientowałam się dopiero później, wtedy byłam dzieckiem i nie wiedziałam takich rzeczy. (…)
Później przenieśli nas z drewnianych baraków do koszar Niemców w Auschwitz. Zostaliśmy tam do czasu... po kilku dniach spotkałam kogoś z Ostrowca i powiedział mi, że widział moją matkę. Jedno z dzieci z Ostrowca. I spotkałam się z matką, bo została zabrana ostatnim transportem z Niemcami, ale Niemcy porzucili tych ludzi kilka kilometrów za Auschwitz. Nie wiem, jak długo tam zostaliśmy. Pamiętam, że później wchodziliśmy do małych wozów i jechaliśmy do Krakowa z naszym dobytkiem. Nasz dobytek składał się z dwóch ... to było więcej niż złoto i diamenty, miałyśmy dwa zwinięte koce i ja ich pilnowałam. Moja matka przypomniała sobie, że zna kogoś z Ostrowca w Krakowie i chciała pożyczyć pieniądze, żebyśmy mogły wrócić do Ostrowca. Dla nas wojna się skończyła. Zostałyśmy w społecznym ośrodku (community center) w Krakowie (…) .
Co stało się z resztą mojej rodziny? W tym czasie jeszcze nikt nie był  wyzwolony.
Tylko my byłyśmy wolne, wojna jeszcze trwała. Ale udało nam się spotkać w Krakowie ludzi z Ostrowca, którzy mieli lepsze losy niż my, i Polska była już wyzwolona, i dali nam jakieś pieniądze. Matka pożyczyła, czy jakoś. Pamiętam wizyty w domach i luksusy... A my wyszłyśmy właśnie w Auschwitz. Nie mogłam uwierzyć, że byli ludzie, którzy żyli normalnie! Ale miałyśmy pieniądze.
1945. Z powrotem w Ostrowcu
Z Krakowa pojechałyśmy w otwartym pociągu, bez dachu. to był luty albo marzec. Ciągle zima albo wczesna wojna. Wróciłyśmy do Ostrowca. Naszym dobytkiem były te dwa koce. Ale zasnęłam i straciłyśmy te koce, ktoś je ukradł. Matka na mnie bardzo nakrzyczała. 
Przyjechałyśmy do Ostrowca, poszłyśmy do domu naszego dziadka i dozorca już nie żył w suterenie. Teraz mieszkał na drugim piętrze, w głównym budynku. Poprosiłyśmy o nocleg, bo wiele osób przyjechało z nami i chcieliśmy być razem. On powiedział: „Ty Żydówa, nie zabili cię?” Nie chciał nas przenocować, ale w końcu przenocował. W naszym własnym domu. Nie pamiętam, ile osób tam mieszkało, w dwu pokojach, które dostałyśmy. Nie pamiętam, w ile osób. Jak ktoś wracał do Ostrowca, to przychodził do nas. Spaliśmy na podłogach, żeby jakoś się zmieścić. Zostaliśmy tam aż do końca wojny. kiedy wojna się skończyła, musiało być wiadome, że przeżyłyśmy, bo byłyśmy na liście Czerwonego Krzyża, i nasz brat znalazł nasze nazwiska. On był wyzwolony... nie wiem kiedy. Po wojnie? Tuż przed końcem? Był we Włoszech, planował jechać do Izraela. Pamiętam, bo napisał do nas z Mediolanu, żebyśmy na niego poczekały. Każdego dnia szłyśmy... Był jeden pokój w naszym mieście, z którego zrobiono świetlicę i tam ogłaszano rzeczy, które przychodziły, informacje. I jednego dnia znalazłyśmy listę Czerwonego Krzyża z jego nazwiskiem. I potem dostałyśmy ten list, żeby czekać w Ostrowcu, i czekałyśmy.
Ale kiedy wrócił... Polacy i Niemcy zbezcześcili cmentarz. Całe grupy wyzwolonych chciały uporządkować cmentarz, odłożyć kamienie na miejsca. Mieliśmy w Ostrowcu słynnego rabina, znanego na całą Europę. Bardzo słynnego. Ostrowiecki rabbi, tak był znany. I tam był jego grób. Stał jeszcze... Któregoś dnia, kilka nocy później, było w jednym z mieszkań spotkanie. Przyszli na nie Polacy i zabili dziesięć osób. Po prostu ich zarżnęli. Jeden z tych dziesięciorga przeżył, bo udawał martwego. Mój brat powiedział: przenieśmy się do stróżówki. W stróżówce mieszkaliśmy, aż Rosjanie doszli do władzy. I wtedy brat powiedział: uciekamy stąd. W tym czasie ludzie jakoś sobie radzili, wymieniając pieniądze. My nie mieliśmy niczego. Nawet koców, które mi ukradli. Żyliśmy z ludźmi, którym udało się zdobyć mieszkanie. Moja mama pożyczyła pieniądze od tych ludzi w Krakowie i tyle. Więc mieszkaliśmy z ludźmi w stróżówce.
Dopiero wtedy, w stróżówce, zaczęłam się uczyć pisać i czytać. Miałam dwanaście lat. Ale przez trzy miesiące nauczyłam się tyle, że mogłabym przeskoczyć trzy klasy. Byłam z siebie dumna.
Mój brat przeszmuglował mnie przez wschodnie Niemcy do zachodnich Niemiec. Ale złapano nas na granicy i skończyliśmy na 2 tygodnie w obozie. Miałam szczęście, bo nas puścili.
Paula wyjeżdża z Polski
W obozie przejściowym w Niemczech spędziła sześć lat, od grudnia 1945. Tam chodziła do szkoły. Uczyła się ponad cztery lata.

Zanim trafiła do Stanów, miała ponad 18 lat. Za ocean pojechała z matką, z którą przez lata żyła w obozie przejściowym. Dwóch braci trafiło do Izraela. Trzeci do Australii.
Trafiłam do Detroit. Mieszkałyśmy przy rodzinie. Chodziłam przez semestr do szkoły i potem poszłam do pracy. Po półtora roku zaczęłam wspierać matkę. Spotkałam Mickey'ego, w 1957 wzięliśmy ślub. Mamy dwójkę dzieci, Lindę i Danny'ego. Krótko mieszkaliśmy w Detroit. W 1968 przeprowadziliśmy się do Los Angeles.
Post scriptum
Niesamowite, prawda?

Historia Pauli jest niezwykła, bo dziecku naprawdę trudno było przeżyć Auschwitz. Ale jest też niezwykła, bo Lebovics unika abstrakcji i patosu, zastępując je obrazami i uczuciami. Nie mówi o wszechobecności śmierci, ale mówi o czerwonym śniegu i o zapachu w Auschwitz. Nie mówi o niewyobrażalnym głodzie, ale mówi o tym, jak w Ostrowcu smakowała jej obozowa zupa z rzepy albo żab. Nie mówi o ciągłym wysiłku, ale mówi o tym, jak płakała, gdy w obozie wykonywała pracę ponad siłę. Nie o strachu, ale o tym, jak przez całą wojnę moczyła się w nocy, zasikując po kolei swoje kryjówki, barakowe prycze i łóżka w Auschwitz.

Dla porządku dodam, że na wspomnienia  trzeba zawsze patrzeć nieco inaczej niż na książkę historyka. We wspomnieniach mogą nie zgadzać się liczby, daty, kolejność zdarzeń. Na pewno za to będą zgadzać się uczucia, doznania, wrażenia. Tego historyk nie znajdzie w aktach prawnych, archiwaliach i innych tradycyjnych źródłach. 
  
Zaletą wspomnień jest autentyczność i doświadczenie. Ale sama opowieść nie jest przezroczystą szybą, do które mamy dostęp do cudzych przeżyć. Opowieści są zawsze naznaczone osobowością opowiadającego. I tutaj dobrze to widać. Paula robi z Auschwitz anegdotę, historyjkę: coś, co nadaje się do opowiedzenia i do wyobrażenia. Przekłada okropności Szoa na opowieść, która składa się z zasikiwania, zupy z żab i różowego śniegu. To nie są rzeczy niewyrażalne. Warto skorzystać i przez tę prostą, dziecięcą opowieść dowiedzieć się więcej o tym, jak z Ostrowca "zniknęli" Żydzi.

*
Przypisy:
* Barbara Engelking Po zamordowaniu odaliśmy się do domu". Wydawanie i mordowanie Żydów na wsi polskiej w latach 1942-1945. W: Zarys krajobrazu. Wieś polska wobec zagłady Żydów, red Barbara Engelking, Dariusz Grabowski. Centrum Badań nad Zagładą Żydów, Warszawa 2011. S. 289. Engelking odsyła po szczegóły do Archiwum ŻIH, 301/2430, do relacji Arona Friedentala z 1947 r.

Wszystkie cytaty i zdjęcia pochodzą z wywiadu znajdującego się w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Lebovics, Paula. Wywiad 1415. Visual History Archive. USC Shoah Foundation. Internet. Dostęp: 28 IX 2014 r. Wywiad dostępny jest w całości także na You Tube, https://www.youtube.com/watch?v=oRbWU4iQ8o4.

sobota, 9 sierpnia 2014

Chcą pamiętać

Za sprawą Żydów, a właściwie miejskiego projektu ich upamiętnienia, w Ostrowcu przebudzili się mieszkańcy. Spodziewałam się tego, pisząc w poprzednim poście: „żydowski temat często budzi niespodziewane pokłady energii, nauczyłam się tego już dawno”.

30 lipca do Urzędu Miasta trafił list gratulacyjny. Podpisało się pod nim 12 organizacji działających w Ostrowcu. Za tymi organizacjami stoją lokalni eksperci w dziedzinach historii, kultury, działań społecznych i rozwoju lokalnego. W liście piszą:
„w związku z Uchwałą Nr LVII/106/2014 z dnia 30 czerwca 2014 r., podjętą przez Radę Miasta Ostrowca Świętokrzyskiego, niżej podpisane organizacje wyrażają swoje poparcie dla wzniesienia pomnika upamiętniającego Żydów z Ostrowca Świętokrzyskiego i okolicy zamordowanych przez Niemców w latach 1939-1945.
Cieszymy się, że Ostrowiec zadba o pamięć o żydowskich mieszkańcach, którzy zginęli w czasie Holocaustu. Wyrażamy szacunek dla inicjatywy budowy pomnika i gratulujemy Radzie Miasta.
Rok temu w rocznicę powstania w getcie warszawskim w stolicy zawyły syreny. Ale nie tylko Warszawę współtworzyła żydowska społeczność. Ostrowiec także. Dziś Ostrowiec dołącza do grona miast, które decydują się na upamiętnienie tej części przeszłości, a zarazem na zachowanie swojej tożsamości i historii.
Dzięki pomnikowi Ostrowiec upamiętni swoich tragicznie zmarłych mieszkańców pochodzenia żydowskiego. Pod koniec XIX wieku Żydzi stanowili ponad 80% ludności Ostrowca. Przed II wojną światową, w związku z rozbudową przemysłu, odsetek mieszkańców pochodzenia żydowskiego zmalał, ale nadal wynosił 36%. Po wojnie do Ostrowca wróciła już tylko niewielka grupa osób pochodzenia żydowskiego. Pozostali zginęli, zabici przez faszystów. Nie mamy wątpliwości, że należy im się upamiętnienie.”
Na Facebooku powstał profil Pomnik Żydów ostrowieckich. Stworzyli go mieszkańcy i mieszkanki miasta. Pierwszy wpis brzmiał tak:
Niedługo w Ostrowcu stanie pomnik Żydów ostrowieckich. Pomyśleliśmy, że to dobra okazja, żeby zacząć mówić o żydowskiej przeszłości miasta. Jesteśmy ostrowczanami i badamy tę historię od dawna. no to zaczynamy!
A dalej jest bardzo merytorycznie. Kto jeszcze nie zna, niech koniecznie pozna. Naprawdę  k-o-n-i-e-c-z-n-i-e.

Fragment Pomnika Ofiar Obozu Zagłady w Treblince autorstwa Adama Haupta, Franciszka Duszeńki i Franciszka Strynkiewicza, z 1964 roku. Fot. Wojtek Mazan. Więcej: Pomnik Żydów ostrowieckich

wtorek, 15 lipca 2014

Będzie pomnik

Najpierw w skrócie: Rada Ostrowca zdecydowała, że w mieście powstanie pomnik Żydów ostrowieckich. Dość skromny kamień z tablicą stanie w miejscu  synagogi, zniszczonej w czasie wojny. Koszt: około 20 tysięcy. Część radnych głosowała przeciw, ale uchwała została przyjęta większością głosów. Pomnik  stanie jeszcze w tym roku. Będzie wyglądał mniej więcej tak:

Kielecki wzór dla ostrowieckiego pomnika, kamień z napisem: "Pamięci 27 000 Żydów z Kieleckiego getta zamordowanych przez Niemców w latach 1939-1944 w Kielcach, Treblince i innych obozach zagłady  - społeczeństwo Kielc". Źródło zdjęcia: uchwała Rady Miasta (link - uchwała do pobrania).

Mimo nudziarskiej formy pomnika cieszę się, że w ogóle będzie. Bardzo brakuje mi w przestrzeni Ostrowca obiektów, które w jasny sposób wiązałyby się ze sztetlem Ostrowiec. Dla przyjezdnego jedynym takim miejscem jest lapidarium, czyli ogrodzona część kirkutu. Dla mieszkańców jest takich miejsc nieco więcej, żydowską przeszłość wywołuje nazwa Domu Heinego czy "Kierkutu". ("Kierkut" to nieformalna nazwa, na mapie dawny teren cmentarza nosi nazwę Wzgórze Parkowe.) Są też rodzinne opowieści, związane z domami, podwórkami... Opowieści są dobrym nośnikiem pamięci, ale potrzebują stabilnego źródła, odniesienia do wiedzy; inaczej osuwają się w miks legendy, scen z filmów i urywków wiedzy z historii. Pomnik to trwały dowód na to, że coś w danym miejscu się zdarzyło.

Dobrze, że pomnik będzie prosty, najprostszy z możliwych. Chyba wolę to niż wymowne formy, które łatwo sprowadzić do kiczu. Minusem dyskretnych form jest jednak to, że niezbyt mocno zapadają w pamięć...

Zresztą, zobaczymy, co będzie. Żydowski temat często budzi niespodziewane pokłady energii, nauczyłam się tego już dawno. Póki co, ciekawe rzeczy działy się na radzie miasta, na której uchwalono powstanie pomnika. Radny Włodzimierz Sajda stwierdził, że to Państwo Izrael powinno sfinansować ten pomnik. Prezydent Jarosław Wilczyński odparł zdecydowanie, że "nie stawiamy pomnika państwu Izrael, ale ostrowczanom narodowości żydowskiej, zamordowanym w czasie II wojny światowej".

No, dokładnie! Żydzi byli ostrowiakami, płacili podatki, służyli w wojsku. Budowali domy, które nadal stoją, sadzili drzewa, z którego cienia dzisiaj korzystamy. Dlatego bardzo się cieszę, że będzie pomnik i że gwarantuje to uchwała Rady Miasta (Uchwała Nr LVII/106/2014 Rady Miasta Ostrowca Świętokrzyskiego z dnia 30 czerwca 2014 r.w sprawie wzniesienia pomnika ku czci Żydów z Ostrowca Świętokrzyskiego i okolicy zamordowanych przez Niemców w latach 1939-1945).

sobota, 28 czerwca 2014

Stolarz Lejzor, którego dzieci wyjechały do Ameryki, i inni mieszkańcy domu przy Rynku

Pamięci Minców (Mintzów) i Kłosów (Klossów), którzy mieszkali w domu przy Rynek 53-54, oraz Sali i Rywci Milgram. 

I.  Mieszkańcy domu przy Rynku
W północno-wschodnim rogu Rynku w Ostrowcu od lat mieści się jubiler. Odkąd pamiętam, można było tutaj kupić biżuterię: srebrne i złote łańcuszki, pierścionki, krzyżyki.

Jubiler mieści się na parterze. Nad nim widać pięknie zdobioną balustradę balkonu. Pod balkonem szyld: „Firma złotniczo-jubilerska. Rok założenia 1942”.

Firma istnieje 72 lata. To dokładnie tyle lat, od ilu nie ma już żydowskiej społeczności w Ostrowcu. Likwidacja getta nastąpiła 10-11 października 1942 roku. W tym samym roku zaczął działać znany mi sklep jubilerski.

Pewnie udało się to tak szybko, bo wcześniej tuż obok również znajdował się zakład złotniczy. Jego właścicielem był Jankiel Minc (Mintz).

Złotnik Jankiel Minc (Mintz)
Jankiel Minc (Mintz) urodził się 30 października 1879 roku w Ostrowcu. Jego ojciec, Moszek, też był złotnikiem; Jankiel od ojca dostał więc życie, zawód i dom w Ostrowcu.

Jednak czasy się zmieniały. Jankiel jako dwudziestopięciolatek widział Republikę Ostrowiecką – echo rewolucji 1905 roku. Echem nowych czasów były też emigracje. Już od początku XX wieku młodzi wyjeżdżali do Ameryki, nie mając albo nie widząc dla siebie miejsca w tradycyjnym sztetlu. Powody były zresztą różne, opisuje je w osobnym rozdziale Księga pamięci Żydów ostrowieckich.


Dlaczego do Ameryki wyjechała trójka dzieci złotnika Minca (Mintza)? Może nie wiedzieli dla siebie przyszłości w chasydzkim Ostrowcu; może chcieli się przekonać, czy to prawda, że istnieją na świecie kraje bez antysemityzmu. Takie przyczyny wyjazdu wskazał w artykule o swoim ojcu Israel Blajberg (o Abramie Blajbergu wkrótce napiszę). Tak czy inaczej,  w latach 20. wyjechała trójka dzieci złotnika. Enya Minc (Mintz) i Abram Minc (Mintz) wyjechali do Argentyny, a Lejbus Minc (Mintz) do Stanów Zjednoczonych.

Ci, którzy wtedy wyjechali, ocaleli. Wszyscy Mincowie, którzy pozostali w Polsce, zostali zabici. Zginął 63-letni Jankiel, jego druga żona Chana Fajga i trzech nastoletnich synów: Nusyn, Lejzor i Josek, a także brat Jankiela, Leibl.

Po wojnie Enya wyśle do urzędu miasta pytanie o losy mieszkańców swojego rodzinnego domu. Dowie się tylko, że daty śmierci są nieznane. I że jej ojca, złotnika Jankiela Minca, trzymano przy życiu dość długo jako wykwalifikowanego pracownika.


Stolarz Lejzor Kłos

Jednym z nielicznych śladów po tamtym życiu jest rejestr mieszkańców domu przy Rynek 53-54 z magistratu z roku 1932 r. W kamienicy mieszkało ponad 30 osób. Nie tylko Mincowie z dziećmi i rodzicami, ale też Blumanowie, Rozencwajgowie (Rosencwajgowie), Cukierowie i Kłosowie (Klossowie). Właściwie zresztą Mincowie i Kłosowie byli rodziną – żona Lejzora była córką Chaima Mordki Minca (Mintza).

Rodziny wielodzietne i wielopokoleniowe – dla miłośników tradycji to sielanka, a dla indywidualistów wystarczający powód do ataku klaustrofobii. Ostrowiec z tradycyjną hierarchią, dziedziczonymi zawodami i religijnością konkurował z Ameryką, w której podobno można było decydować o własnym życiu. Może właśnie bycia self-made-manem chcieli młodzi emigranci, Klossowie i Mincowie? Bo nie tylko trójka Minców, ale też piątka Klossów opuściła Ostrowiec...


Fragment rejestru mieszkańców kamienicy przy ul. Rynek 53-54 z 1932 roku, notka o wyjeździe Jankiela Kłosa.

II. Listy z Ostrowca do La Paz w Boliwii
Lejzor i Chana Gitla Kłosowie (Klossowie) byli urodzeni w latach 60. XIX wieku. Lejzor był stolarzem. Z rejestru wynika, że Chaja Gitla, z domu Minc (Mintz), urodziła Lejzorowi siedmioro dzieci: Naftalego, Laję Chaję, Gerszona, Rywę, Itę, Jankiela i Mordechaja (Mordkę). Pięcioro z nich – wszyscy oprócz Lai Chai i Mordki – wyjechali do Ameryki mniej więcej w tym samym czasie, co dzieci Minców. 


Jankiel Kłos wyjechał do Ameryki”, a dokładniej do Argentyny, w 1924 r. Do Argentyny wyjechali też wszyscy bracia i Ryva. Zaś Ita wyjechała do Boliwii.

I to do La Paz w Boliwii wysyłane były listy, które dostałam od potomka Ity Kloss (Kłos), Marcosa Zylberberga.

Listy pochodzą z lat 1939-1941. Były pisane przez matkę emigrantki, ponad siedemdziesięcioletnią już Chanę Gitlę. Podpisywał je też Lejzor, jej mąż. W listach najczęściej pojawiają się wnuczki Chany i Lejzora: Sala i Rywcia Milgram, dzieci Lai Chai. Adresatką jest Ita – dla Chany córka, dla Sali i Rywci ciocia.

Czytając je, trzeba pamiętać, że to ostatnie dowody istnienia tej części rodziny, która zdecydowała się pozostać wierna tradycji, nie chciała porzucać stolarstwa i domu przy Rynku.

Po pierwsze, zwróćcie uwagę, że listy są po polsku. Po drugie, totalnie zaskakujący i wstrząsający jest ton tych listów: choć pochodzą z lat 1939-41, to opisują sielankę zupełnie normalnego, codziennego życia. Jeszcze w lutym 1939 roku (pierwszy list) siostrzenica pisze do cioci Ity: „a więc chodzę do szkoły, gdzie staram się dobrze uczyć, gdyż wiem że nauka doprowadza człowieka do celu”.

Mijają dwa lata, jest 1941 rok, Sali wyrabia się charakter pisma. Już mniej dziecinnymi literami opisuje sielankę rodzinną Kłosów: „przychodzimy często do babci, nawet bardzo lubię gdy przychodzę, bo kochana babcia i kochany dziadek bardzo często Was wspomina. A pozatem nic ciekawego.”

Nic ciekawego poza tem, że za półtora roku żydowska społeczność Ostrowca przestanie istnieć.

Dn. 9 II 1939 r.
Kochani wujostwo!
Najdroższa ciociu, bardzo cioci dziękuję za pamięć o mnie. Chyba ciocia jest ciekawa wiedzieć co u mnie słychać? A więc chodzę do szkoły, gdzie staram się dobrze uczyć, gdyż wiem że nauka doprowadza człowieka do celu. Gdy po nauce mam wolny czas, to spędzam najwięcej z kochaną babcią, która też do nas często przychodzi. Gdy przychodzę do dziadków, to staram się ich rozweselić. Dziadkowie też są dla mnie dobrzy, dają mi co dzień na czekoladę. Kochana ciociu i drogi wujaszku! Tak bym Was chciała zobaczyć, nie chce mi się wierzyć, że taki szmat drogi nas rozdziela, a jednak tak przecież jest w rzeczywistości. Kochani przyślijcie mi zdjęcie wasze, to będę myślała że jesteście razem z nami. My też sobie zrobimy zdjęcie i przyślemy wam. Kończę mój liścik. Całuję ciocię i wujaszka w powietrzu. Do widzenia i do zobaczenia! ale kiedy? Pozdrawiam wszystkich moich najbliższych.
Wasza kochająca Was siostrzenica.
Sala Milgram.
 

Kochani moi!
Kochana ciociu i kochany wujaszku. Dużo do was pisać nie będę gdyż muszę napisać lekcję ze szkoły. Bardzo za Wami tęsknię chciałabym Was zobaczyć i nacieszyć się z wami. Do widzenia! Bądźcież mi zdrowi. Wasza nigdy nie zapominająca
Rywcia Milgram
[Dalej tekst jest napisany w jidysz]



Ostrowiec, 21 VIII 1940 r.
Kochane dzieci!
Otrzymałam Wasz list, za który Wam bardzo dziękuję. Bardzo się ucieszyłam, że jesteście zdrowi. U nas nic nowego jesteśmy B. dzięki zdrowi wszyscy. Symcha jest w domu. Od teściów z Łodzi otrzymuje listy u nich wszystko dobrze. Co słychać u Was piszcie mi często, od Naftali nie otrzymuję żadnego listu. Może Wy otrzymujecie od Niego listy, a jak nie to może Ty napiszesz, żeby do mnie napisał. Dziękuję za dosipanie [dopisanie], że Rywa urodziła córkę i Gerszon ożenił się, bardzo się cieszę. Napisz im żeby napisali do mnie. Powiedz Fruchtgartenowi żeby napisał do rodziców, oni bardzo się martwią, przychodzą do mnie często, proszą żebym dopisała. Kończę moje pismo.
Całuję Was wszystkich ukłony dla całej rodziny. Proszę Cię jeszcze raz napisz często.
Twoja Matka, która pragnie Cię jeszcze zobaczyć
Chana Gitla Kloss.
Każdy się cieszył Twoim listem.
ojciec bardzo prosi odpowiedzić zara
[na marginesie] Leizor Klos.
[Na odwrocie, innym charakterem]
Moj Kochanych
proszę bardzo ukłon dla moich dzieci Fuchtigartenowie proszę ich bardzo żeby napisali do mnie chwała Bogu jesteśmy wszyscy zdrowy. ... Od Ruchci nie mam żadnej wiadomości.
Waszych rodziców Jakób z Necha Chana Fuchtgart.

Ostrowiec dn. 5 I 1941 r.
Najdrożsi Wujostwo!
Przedewszystkiem bardzo Wam dziękuję za pamięć o nas. Co prawda mamusię trochę rozgniewało, iż nie raczyliście do nas osobno napisać kilka słów, ale mniejsza o to, grunt, że jesteście zdrowi. Tak bym chciała zobaczyć małą dzidziusię, napewno musi być śliczną tak jak ciocia, a może podobną do kochanego wujaszka? Proszę mi napisać. A zresztą nie ja, mamusia, tatuś i mała Rywcia, bardzo prosimy by wujostwo było takie dobre i zrobiło sobie wspólnie zdjęcie z małą. Proszę nie odmawiać nam tej prośby, za co z góry bardzo Wam dziękujemy. A teraz napewno jesteście łask (skreślone) ciekawi usłyszeć od nas coś ciekawego i nowego. A więc: Ojciec był na wojnie przeszło osiem miesięcy. Dzięki Najwyższemu Bogu wrócił do domu zdrów. Radość naszą sama rozumiesz. Obecnie pracuje nadal przy stolarstwie. Napewno jesteście ciekawi usłyszeć coś od Mordki? Wujek Mordka jest zdrowy i pracuje przy stolarstwie i cieszy się zdrowiem swych dzieci. Przychodzimy często do babci, nawet bardzo lubię gdy przychodzę, bo kochana babcia i kochany dziadek bardzo często Was wspomina. A pozatem nic ciekawego. Proszę do nas częściej pisać i nie zapominać o przysłaniu nam fotografii. Kończę me pismo.
Pozdrawiam Was czule i gorąco. Osobne pozdrowienia dla małej ślicznotki. Proszę ją w moim imieniu dobrze wyściskać i wycałować. Mamusia, tatuś i mała Rywcia, gorąco Was pozdrawiają i bardzo proszą o parę słów!! Mordka z dziećmi Was pozdrawia i życzy Wam dużo szczęścia i radości.
Proszę nie zapomnieć o przyrzeczeniu fotografii. Całuję Was z daleka.
Wasza kochająca siostrzenica.
Sala Milgramówna

Jerzy Bronisław Braun, ostatni delegat rządu londyńskiego na kraj, a swoją drogą autor piosenki „Płonie ognisko i szumią knieje”, w lipcu 1945 r. napisze, że lukę po Żydach wypełnili szybko przedsiębiorczy Polacy i nie należy się spodziewać, że ustąpią miejsca. Oto tworzy się polska klasa średnia!* Kto w obliczu takiej szansy dla narodu polskiego chciałby pamiętać o żydowskim złotniku, parze staruszków, których piątka dzieci wyjechała za granicę i o małej, zdolnej dziewczynce?


*

Opowiadając tę historię, opieram się na rodzinnych wspomnieniach i wynikach poszukiwań w archiwach Marcelo Golanda, Marcosa Zylberberga, Israela Blajberga -  potomków ostrowiaczek i ostrowiaków, Enyi Minz, Ity Kłos i Abrama Blajberga, którzy ocaleli dzięki emigracji. Serdecznie im dziękuję za cierpliwe odpowiadanie na moje pytania, zaś Marcosowi Zylberbergowi za umożliwienie opublikowania listów.

Daty i imiona pochodzą z rejestru mieszkańców, zamkniętego w 1932 roku. Rejestr sygnowali Prezydent Ostrowca i Naczelnik Wydziału Administracyjnego.

* Cytat z Jerzego Bronisława Brauna, do którego się odnoszę, brzmi następująco: „[N]a wsi i w miasteczkach nie ma dziś miejsca dla Żyda. W ciągu ubiegłych sześciu lat w Polsce wytworzył się (nareszcie!) nieistniejący przedtem polski stan trzeci, przejął całkowicie prowincjonalny handel, pośrednictwo, dostawy, lokalną wytwórczość […] oraz wszelkie rękodzieło. Ci młodzi synowie chłopscy i dawny proletariat miejski wysługujący się Żydom – stanowią element zawzięty, wytrwały, chciwy, pozbawiony doszczętnie wszelkich skrupułów moralnych w handlu, górujący nad Żydami odwagą, inicjatywą i rzutkością”  - te masy z tych terenów nie ustąpią.” Za: Jan T. Gross „Strach. Antysemityzm w Polsce tuż po wojnie. Historia moralnej zapaści”. Kraków: Znak 2008. S. 63.

*
Sprostowanie z  5 lipca 2014 

Wojtek Mazan, autor blogu zydowskiostrowiec.blogspot.com, napisał: "przedwojenna kamienica nr 53  Minców i  Kłosów w rynku to nie ta, która dziś nosi ten numer. Znajdowała się ona w połowie górnej połaci" - czyli kilka domów wyżej. Co to oznacza? Że powstanie w 1942 jubilerskiego sklepu musiało być związane z opuszczeniem przez  Żydów domów przy Rynku w bardziej skomplikowany sposób, niż można sobie wyobrażać (i niż ja to sobie wyobrażałam). Na pewno będę szukała szczegółów tej historii. Jeśli uda się je odnaleźć, to dam Wam znać.