piątek, 25 grudnia 2009

Krytyczna masa Sonii Rykiel dla H&M

W Warszawie dzisiaj odbyła się - jak w każdy normalny ostatni piątek miesiąca - Masa Krytyczna. Zazdroszczę, bo słyszę o tym siedząc w mieście, gdzie święta oznaczają Nudę Krytyczną.

Warszawa od miesiąca jest wytapetowana reklamami bielizny Sonii Rykiel dla H&M. Bielizna śliczna, zdjęcia i modelki też śliczne. Śliczne, przestylizowane i mocno wyfotoszopowane, co wzbudza moją nieufność. Ich krytyczne, naprawdę krytyczne zagęszczenie na outdoorowych nośnikach reklamowych (szczególnie w rejonach metra Centrum) tylko tę nieufność pogłębia.

Patrzę więc na modelki-laleczki i myślę, mając w pamięci ten obraz Przemysława Kwieka: ta bielizna musi naprawdę źle leżeć, skoro muszą ją aż tak reklamować by była noszoną.


Ot, taka refleksja z dalekiej prowincji. :-) Wszystkim czytelnikom bloga i przypadkowym odwiedzającym życzę udanych świąt, Sylwestra i 2010 roku.

piątek, 18 grudnia 2009


- o nim na blogu "Zrób to w Warszawie" ten tekst Agnieszki Kowalskiej.

Mój Boże, jaka ta Kowalska jest mądra.

czwartek, 10 grudnia 2009

Dlaczego kobietom chce się sprzątać po innych i dla nich gotować

Przeglądam blog Sylwii Chutnik i jestem pod wrażeniem stylu, umysłu i pomysłu. Że też przez rok od wydania „Kieszonkowego atlasu kobiet” nawet go nie tknęłam!

Przeglądam też ostatnio tygodnik dla gospodyń domowych „Świat & Ludzie” - za jego pośrednictwem zajrzałam do świata gospodyń domowych. „Świat & Ludzie” to klasyka gatunku: są tu artykuły o życiu gwiazd, krzyżówki z nagrodami, a także kuchenne i zdrowotne dobre rady. Na okładce znajdujemy hasło „Hanna Lis: rodzina czy ambicje?”, a w nim ukrytą sugestię, jaka decyzja dla kobiety jest właściwa – dla ułatwienia dodam, że nie jest nią to, co kryje się pod słowem "ambicje".


Gwiazdy, jako że odniosły życiowy sukces, są dla czytelniczek wzorem do naśladowania. To oczywisty mechanizm identyfikacji, działający w całym dzisiejszym kulcie gwiazd: Tede jest idolem chłopaków z blokowiska, Zidane jest (podobno) wzorem dla młodych Arabów. Na mnie potężniejsze od identyfikacji wrażenie robi jednak projekcja. Chodzi o to, że gwiazdy – głównie kobiety – w artykułach zazwyczaj są przedstawione na obraz i podobieństwo czytelniczek, czyli jako osoby, które zmagają się z problemami takimi samymi jak gospodynie domowe.

Ich życie kręci się wokół decyzji o dzieciach i małżeństwach. Chorują, przeżywają choroby bliskich, gotują. I - jak już wiemy z okładki - rezygnują z ambicji na rzecz rodziny. Z tego samego numeru, z którego możemy dowiedzieć się, jak najkorzystniej zrobić świąteczne zakupy na kredyt i jak płacić mniejsze rachunki za telefon, dowiadujemy się, że również celebrytki muszą oszczędzać, że potrafią zacisnąć pasa i zrezygnować z luksusów na rzecz ważniejszych spraw.


Ważna jest dla nich rodzina. Dla nich - czyli zarówno dla gwiazd, jak i dla czytelniczek. Rodzina wspiera je w trudnych chwilach, ale przede wszystkim one zawsze wspierają bliskich. Rodzina jest ich poszerzonym "ja" - za czyny jej członków czują się odpowiedzialne, żeby im pomóc potrafią rezygnować ze swoich zadań. Jedna aktorka z „M jak milość” zawsze może liczyć na kochaną córkę, natomiast aktorka z „Klanu” przeżywa to, że najstarszy syn opuścił rodzinny dom.


Angelina Jolie „wybaczyła ojcu złe emocje”, a Michał Żebrowski dla żony i dziecka wybiera się do szkoły. Wyczuwam w tym zawarte implicite twierdzenie gloryfikujące poświęcanie się, coś w stylu: „ci szczęśliwi ludzie poświęcają się dla rodziny; jeśli i ty się będziesz poświęcać, to też będziesz szczęśliwa”.


„Anna Maria Jopek (39) w grudniu daje koncert za koncertem. Wokalistce nie przeszkadza to w wypełnianiu obowiązków mamy”. Przekaz, który ukryty jest za tymi dwoma zdaniami, jest taki:
  • zaniedbanie obowiązków domowych i rodzinnych to grzech śmiertelny,
  • branie na siebie podwójnych obowiązków jest godne pochwały.
Dobrze być także (jak Małgorzata Pieńkowska i jak jej córka Inka z artykułu „Zawsze może liczyć na kochaną córkę”) „Zosią Samosią, która chciałaby naprawiać świat”. Nie wiem jak Was, ale mnie wkurza to gloryfikowanie brania na siebie odpowiedzialności za cały świat.

A co z zaniedbywaniem obowiązków domowych? Tak wypowiada się na ten temat Chutnik w wywiadzie dla „Wysokich Obcasów”:
[Pierwsza część "Kieszonkowego atlasu kobiet"] to historia upadku gospodyni domowej. Pisząc ten rozdział, pozostawałam pod wpływem programu 'Perfekcyjna pani domu' emitowanego przez TVN Style. Jego przesłanie to: jeśli posprzątasz dom - zmieni się twoje życie. Ta reguła rządzi też pierwszym rozdziałem mojej książki. Co się zatem dzieje, kiedy nie posprzątasz? Zostajesz menelicą, rodzisz strupy, skaczesz z okna.
Negatywnym wzorcem, kuchenną abnegatką w „Świecie & Ludziach” jest Edyta Górniak. „Od kuchni trzymała się jak najdalej. W końcu dotarło do niej, że aby synek Allanek rósł szybko i zdrowo, musi się też dobrze odżywiać”. Górniak zostaje w ten sposób zacukana świętym oburzeniem. Zostaje też postraszona, że jeśli nie będzie gotowała obiadów, to będzie miała chore dzieci. Mówiąc słowami Chutnik, będzie rodzić strupy.


Cechy, które różnią celebrytki i gwiazdy od gospodyń domowych, w „Świecie & Ludziach” są ukrywane. To służy wzmocnieniu identyfikacji i poprawieniu samopoczucia czytelniczek – miło jest w przerwie między szorowaniem wanny a obieraniem ziemniaków pomyśleć, że jest się w czymś podobną do tych kobiet sławnych i zadowolonych z życia. Przede wszystkim jednak „Świat & Ludzie” daje przepis na szczęście: nigdy nie zaniedbuj rodziny, wręcz się dla niej poświęcaj, nie bój się ciężkiej pracy, zawsze sprzątaj dom - wtedy zmieni się twoje życie. Toteż gospodynie domowe zaharowują się i na lepsze życie oczekują biernie, cierpliwie, grzecznie. Zgodnie z porzekadłem od pokoleń psującym głowy polskim dziewczynkom: „siedź w kącie, a znajdą cię”.

Błąd, że nie sięgnęłam po książkę Chutnik - zaliczona lektura "Atlasu..." pomogłaby mi teraz w czytaniu tygodnika dla gospodyń. Wiem jednak, dlaczego tak się stało. Bo kiedy ostatnio widziałam „Podręczny atlas kobiet”, stał w modnym lokalu w najlepszym marketingowo miejscu, dzieląc półkę z modnym magazynem o modzie. „Podręczny atlas kobiet” to powieść feministyczna, a ja zwykle staję okoniem wobec modnego języka. Ot, taki niemądry nawyk krytykowania każdego dominującego dyskursu. Niemądry, bo działa nawet wtedy, gdy - czego dowodem kończący się właśnie tekst - ja sama jestem owym dominującym dyskursem mocno przesiąknięta. Kajam się i polecam książkę i blog Sylwii Chutnik!

poniedziałek, 30 listopada 2009

Libera w Zachęcie

Tak oto pogadałam sobie ostatnio z J.:

Ja: Popatrz, tutaj jest Zbigniew Libera!
J.: Kto to? Ojciec tego Libery?

Faktycznie - jak się przyjrzy temu, co hajpuję - to wygląda to tak, jakby Michał Libera był ważniejszy od Zbigniewa Libery.

Oczywiście tak nie jest (niezależnie od tego, co sądzi na ten temat J.). A Zbigniew Libera jest ojcem, ale polskiej sztuki krytycznej lat dziewięćdziesiątych.

Znany jest z prac krytykujących konsumpcjonizm i ujawniających opresyjność wychowania.

Zbigniew Libera "Ciotka Kena", 1994, źródło: raster.art.pl

W historii polskiej sztuki zapisał się głównie jako ten, który swoimi pracami wprowadził do debaty publicznej dziś oczywisty temat pamięci o Zagładzie.

Zbigniew Libera "Christus ist Mein Leben" 1990, źródło: raster.art.pl


Zbigniew Libera "Lego. Obóz koncentracyjny" 1996, źródło: csw.art.pl

Przyznaję: mam słabość do outsiderów, do rozmaitych waitsów i celine'ów. Więc i w biografii Libery ujmuje mnie to, jak to się stało, że został artystą:
"Byłem kłopotliwym nastolatkiem - opowiadał pięć lat temu w "Dużym Formacie". Psychologowie poradzili mamie, że powinienem studiować jakiś kierunek artystyczny. No i chciałem uniknąć wojska. Studiowałem krótko, bo zaraz mnie zamknęli. W więzieniu odbyły się moje prawdziwe studia. Można powiedzieć, że jestem samoukiem."
Zapytany o to, jak trafił do więzienia, odpowiedział:
"Uważam, że tak czy inaczej z moim charakterem bym tam trafił."
Cóż - psychologowie i mama pewnie mieli wielką satysfakcję, gdy ich kłopotliwy nastolatek tak dobrze wykorzystał przekorę i buntowniczość, że ukształtował nimi polską sztukę krytyczną, dla której "obrażanie uczuć większości, przekreślanie aktualnych świętości i nicowanie dominujących symboli było równie ważne, a może i ważniejsze od walki o liberalne i obywatelskie cnoty, otwartość i empatię, tolerancję dla odmienności, o których pisali obrońcy sztuki krytycznej" (Adam Mazur, Przewodnik po wystawie "Schizma. Polska sztuka lat dziewięćdziesiątych").

Zbigniew Libera na wernisażu wystawy Antyciała, CSW, 1995.
Fot. Mariusz Michalski & Barbara Wójcik.
Źródło: csw.art.pl,
do obejrzenia także na wystawie "Schizma. Polska sztuka lat dziewięćdziesiątych".


A to wszystko piszę dlatego, że wystawę retrospektywną Zbigniewa Libery można oglądać od jutra do 6 lutego 2010 w Zachęcie.

Idźcie koniecznie.

poniedziałek, 23 listopada 2009

Sfermentowany pop

Wczoraj zakończył się festiwal The Song Is You. Dla mnie to kopalnia wskazówek, co można wpisać w wyszukiwarkę, żeby trafić na lewoskrętną muzykę popularną. Chcecie spróbować sami? Justin Bond, Ghédalia Tazartes, Red, Ergo Phizmiz, Momus, Tonio Marinescu, Our Lady J, Arturas Bumšteinas.

TSIY to bardzo barwna zbieranina geniuszy: była tam i "jedna z bardziej tajemniczych postaci muzyki eksperymentalnej rozwijanej poza jakimikolwiek nurtami", i blues korzenny acz Waitsem podszyty, i trans-genderowy nowojorski boheme śpiewający kabaretowe songi głosem a'la Diamanda Galas, i pół-pirat, pół-Charlie odgrywający swój ekscentryczny teatrzyk przy wtórze podkładów z i-Poda.

Tak właściwie nie powinnam pisać o barwnej zbieraninie ani nawet o barwnej kakofonii geniuszy, tylko o bezbłędnej kuratorskiej kompozycji. Zeszłorocznej, pierwszej edycji TSIY nie odebrałam w taki sposób: niektórzy artyści wydawali mi się tam nie na miejscu, ich twórczość - nie na temat. W tym roku miałam wrażenie, że dobór jest bardzo spójny. Mimo całej różnorodności, ci wszyscy kompozytorzy, turntabliści, mistycy i kabaretowi wokaliści chyba się dobrze rozumieli, bo - co za głupie słowo - kolaborowali.

Kiedy swoje połamane bluesy grali Red i Tonio Marinescu, w drzwiach stał starszy pan w kapeluszu - Ghédalia Tazartes - i z podziwem kręcił głową. Kiedy sam wyszedł na scenę, powiedział: "będę miał trudne zadanie, bo ci dwaj przede mną byli naprawdę dobrzy". Ale, choć to co robił było naprawdę odmienne od tego, co robili "ci dwaj przed nim", do ostatniego numeru zaprosił Reda.

Z Ergo Phizmizem (zapowiadanym w programie) na scenę weszli Macio Moretti i Piotr Zabrodzki. Ponieważ Phizmiz to człowiek orkiestra, dla postawnego Morettiego i dla fortepianu Zabrodzkiego ledwo starczyło miejsca. Na koniec sobotniego wieczoru improwizowali nie tylko - jak to zapowiadała ulotka - Ergo Phizmiz z Justinem Bondem. Zagrali z nimi też Red, Tonio Marinescu i Our Lady J. Wierzcie, to naprawdę dziwne zestawienie.

Albo spróbujcie sobie ten twórczy ferment wyobrazić. To Justin Bond i Our Lady J:



a to Red i Tonio Marinescu:



czwartek, 19 listopada 2009

Nostalgia osiedli z wielkiej płyty

Już tylko do najbliższej niedzieli potrwa wystawa "Warszawa w Budowie" w Muzeum Sztuki Nowoczesnej przy Pańskiej 3.

No dobra, sorry. Wszyscy o niej wiemy, nie na darmo "Wyborcza" ma nad całą imprezą patronat medialny.

Rzecz w tym, że są tam prace Cypriena Gaillarda. Dokładniej, dwa wielkie zdjęcia i jeden półgodzinny film, "Desnansky Raion", ze świetną muzyką. Na zachętę fragment filmu. Czy już wspominałam, że ze świetną muzyką? Opisałabym ją jako skryżowanie Pixies i Philipa Glassa, ale sprawdźcie sami:



Gaillarda interesują ruiny, entropia i klęska modernistycznego projektu. I - jak w nazwie Einstuerzende Neubauten - walące się nowoczesne budowle. Jak mówi Gaillard, w ciągu ostatnich 5 lat widział blisko trzydzieści wyburzeń komunalnych bloków z wielkiej płyty.


Na schyłek epoki blokowisk patrzy jak na jesień średniowiecza. Wynajduje miejsca takie jak tytułowy Desnansky Raion, wyludnione monumentalne osiedle na przedmieściach Kijowa. Gaillard porównuje Desniansky Raion ze Stonhenge, a mnie to miejsce kojarzy się z lovecraftowskimi Górami Szaleństwa: śladem żyjącej "przed eonami" przepotężnej siły, której motywy działania albo są niezrozumiałe, albo złe, mówiąc językiem Howarda P. Lovecrafta, "plugawe" i "nie do opisania".


Jeszcze słowo o muzyce do "Desnianskiego Raionu": autorem jest Koudlam. Fajną muzykę robi: trochę w tym post-rocka, trochę cold wave'u. Przedwczoraj grał koncert w warszawskim Centrum Sztuki Współczesnej (a Gaillard pokazywał filmy). Chudy, w ray-banach i kraciastej koszuli, schowany pod stolikiem wrzeszczał w mikrofon, sprawiał wrażenie nietrzeźwego, coś sobie zepsuł w dźwięku, słowem: ekspresja i entropia.

Polecam:
  • "Desniansky Raion", 30-minutowy film Gaillarda z muzyką Koudlama w Muzeum Sztuki Nowoczesnej; wstęp do MSN jest wolny;
  • wyprodukowany przez Tate Gallery film o "Desnianskym Raionie", Cyprienie Gaillardzie i Koudlamie,
  • portfolio Cypriena Gaillarda (skąd pochodzą obydwa powyższe zdjęcia),
  • Myspace Koudlama.

poniedziałek, 9 listopada 2009

Foto-analiza ruchu

"W klatce czasu" ("Time Warp") to program na Discovery HD, który równie dobrze mógłby nosić tę samą nazwę, co cały kanał. Jego atrakcyjność zasadza się bowiem na czymś, co leży gdzieś między słowami "odkrycie" i "wysoka jakość obrazu".

Prowadzący "W klatce czasu" używają szybkostrzelnej, naprawdę szybkostrzelnej kamery, żeby poddać analizie ruch. Rejestruje ona nawet 325 000 klatek na sekundę (kamera filmowa - 24 na sekundę). Dzięki niej Jeff Lieberman i Matt Kearney mogą w zwolnionym tempie pokazać telewidzom, co robi język psa pijącego wodę albo jak podczas walki po mięśniach rozchodzą się fale.

Fale? Ano właśnie. "W klatce czasu" jest fajnym serialem, bo wizualizuje to co istnieje, ale jest niewidzialne. Na oficjalnej stronie serialu nazwano to pokazaniem "cudów naszego świata w formie, jaką nasze oczy będą w stanie przyswoić". Technika fotograficzna zostaje użyta do tego, by pokazać niewidoczne prawdy - takie jak ta, że ciało ludzkie jest złożone głównie z wody i że czasem, o zgrozo, chlupocze.

Zaskakujące, jak bardzo nic się nie zmieniło w naszych sposobach dochodzenia prawdy o świecie. 132 lata temu (w Polsce trwały wtedy represje po powstaniu styczniowym) Muybridge zdołał zrobić zdjęcia migawkowe analizujące ruch konia w galopie. Eadward James Muybridge miał na swoim koncie wiele dokonań fotograficzno-naukowych, ale w historii fotografii zapisał się jako człowiek który dowiódł, że galopujący koń na krótko traci kontakt z podłożem i tym samym utarł nosa malarzom - okazało się, że ani jeden nie namalował konia w galopie poprawnie.



W 1877 roku te fototypie były prawdziwym discovery HD - odkryciem dokonanym za pomocą wysokiej rozdzielczości (czy raczej szybkostrzelnego aparatu). W czasach Muybridge'a zdjęcia, wykonywane jeszcze na szklanej płytce pokrytej substancją światłoczułą, wymagały długiego, minimum dziesięciosekundowego naświetlania. Osiągnięty przez niego czas, jedna tysięczna sekundy, robił wrażenie.

Dziś robi wrażenie 20 000 klatek na sekundę. Ale prawda jest taka, że - choć różnica ilościowa między 24 a 20 000 na sekundę jest oszałamiająca - nie przekłada się ona na zmianę jakościową. Wciąż to, co widzimy, to zamrożenie ruchu, jego plasterki. I efekty działania fotograficznego wynikającego z wiary, że - jeśli rozdzielczość będzie wystarczająco duża, a czas naświetlania wystarczająco krótki - foto-reprezentacja rzeczywistości będzie lepsza od samej rzeczywistości. Ale nie będzie - sam Jeff Lieberman mówi (tutaj), że ich kamera jest za wolna, by sfilmować rozprzestrzenianie się rysy po szklanej szybie.

Mimo tych zastrzeżeń problemy kryzysu reprezentacji wydają mi się jakieś odległe, a pytanie o to, co dzieje się między klatką 18 000 a 18 001 czepialskie. Bo naprawdę fajne są te odkrycia dokonywane dzięki HD. Zresztą co ja będę gadać - slow-motion film z chlupoczącą twarzą zobaczycie tutaj.

***
Upadate:

No dobra, nastąpiła pewna zmiana w mentalności przez to 130 lat. Muybridge fotografował swoich modeli nago:


co pozwoliło współcześnie stworzyć filmik "Muybridge Bottoms":



Natomiast Lieberman, choć też chce pokazać, co się dzieje z ciałem podczas ruchu, w odcinku z bokserami śmie poprosić właściciela chlupoczącej twarzy jedynie o lekkie obciągnięcie spodenek spod pępka na kości biodrowe. Jesteśmy bardziej purytańscy niż nasi przodkowie z drugiej połowy XIX wieku. Zaskakujące, prawda?

czwartek, 29 października 2009

Sztuka fotografii kontratakuje

To miał być post o autoportretach Marka Gardulskiego, które znalazłam na jego stronie internetowej.
Mnie one zażenowały. Żenada to uczucie podobne do wstydu, tyle że wstydzimy się za siebie, natomiast żenując się wstydzimy się za kogoś. No i właśnie ja się za Gardulskiego wstydzę, bo myślę, że on po prostu chciał sfotografować się na golasa i wywiesić to w necie, ale że mu głupio było, to dodał listek figowy w postaci wyrafinowanej formy i piktorialnej mgiełki, które są aluzją do "sztuki wysokiej".


I właśnie gdy w tym tonie pisałam o tej przestarzałej rzewnej poetyce, przeczytałam archiwalny wywiad ze Zbigniewem Liberą:

- Gdy czuję zażenowanie, myślę: "Uwaga, to może być sztuka" - mówi tam Libera, opowiadając o tym, dlaczego zdecydował się pokazać w galerii "Obrzędy intymne" - Marek Janiak z Łodzi Kaliskiej rzucił w tym czasie hasło "sztuki żenującej". Jeśli czujemy zażenowanie, to znaczy, że znajdujemy się na terenie objętym tabu. Mamy wmontowanego strażnika, który każe nam się żenować, bo nie wiemy, jak reagować.

Rzecz w tym, że Libera czy Janiak świadomie prowokują zażenowanie. Widz o tym wie, więc też samoświadomie - czyli w sposób osłabiony - się żenuje. Inaczej z Gardulskim: ten wydaje mi się naiwny, nieświadomy pretensjonalności swoich zdjęć. Żenuje mnie więc naprawdę. Aż boli.
No więc jestem zażenowana i jednocześnie wiem, że "jeśli czujemy zażenowanie, to znaczy, że znajdujemy się na terenie objętym tabu". To sprawia, że tracę swoje dobre samopoczucie. Czyżbym naprawdę uważała, że nie wolno robić takich zdjęć? Że jest to niestosowne? Niewłaściwe? Czy naprawdę uważam, że nie wypada prężyć się przed obiektywem własnego aparatu, a potem pokazywać tego ludziom jako studium idealnej formy? A myślałam o sobie takie dobre rzeczy. Że jestem otwarta. Rozumiejąca. Mam szerokie horyzonty. A tu klops.

Marek Gardulski stara się robić fotografię artystyczną - artystyczną na sposób nieco nieświeży, który polega na respektowaniu zasad kompozycji i kanonu tematów ustalonych przez tradycję malarstwa (vide akt). Na jego stronie nie pada słowo "fotografika", ale wyziera ono z każdego zdjęcia. Mimo nieaktualności założeń, Gardulskiemu udało się zrobić tę jego prawdziwą sztukę. Zmusił mnie do myślenia, popsuł dobre samopoczucie mieszczańskiego odbiorcy.

Udało się, tylko - nie odmówię sobie satysfakcji napisania tego - chyba nie od tej strony, od której się spodziewał. W obszar sztuki wszedł tylnymi drzwiami.

poniedziałek, 19 października 2009

Narodowy spektakl bez sensu

Pocztą pantoflową do mnie dotarło, że mecz kończący nasze eliminacje do mistrzostw, rozgrywka ze Słowacją w Chorzowie, został zbojkotowany w ramach oddolnego protestu kibiców przeciwko Polskiemu Związkowi Piłki Nożnej (koniecpzpn.pl) i w ogóle jako wyraz frustracji kryzysem reprezentacji Polski. I że bojkot się udał: na trybunach mieszczących 50 tysięcy zasiadły zaledwie 4 tysiące widzów.

Żeby uzupełnić wiedzę, przeszukałam prasę. We czwartek "Wyborcza" napisała: „Tylko 4 tys. widzów, sponsor wycofał reklamy”. To wszystko niby prawda, ale tytuł jest mylący. 4 tysiące siedziało na trybunach, ale co z tymi przed telewizorami? To oni są głównym odbiorcą reklam. Widzowie na stadionie stanowią tylko promil widzów meczu; są bardziej dekoracją niż widzami. Mecz futbolowy to nie tylko teatr odbywający się na stadionie, to również spektakl telewizyjny.

Umberto Eco napisał kiedyś felieton „Przejrzystość utracona”. Pokazywał w nim, jak rzeczywistość zmienia się powoli w telewizyjne studio. Jak jest podczas przygotowań na nowo konstruowana, żeby robić wrażenie naturalnej. Na jakie sposoby telewizyjna (według jego nomenklatury, neo-telewizyjna) fikcja przenika do naszej rzeczywistości. I tak, przygotowania do Royal Wedding – czy raczej do jego transmisji – obejmowały „karmienie królewskich koni przez tydzień odpowiednimi pigułkami, tak aby łajno miało kolor telegeniczny” („pośredni między beżem a żółtym, bardzo jasny, tak aby nie przyciągać za bardzo uwagi i harmonizować z delikatnymi barwami sukni kobiet”).

Również sportowe widowisko, jakim jest mecz futbolowy, musiało zaadaptować się do warunków telewizyjnej transmisji. Adaptacja objęła zmianę kolorów piłki tak, by była widziana nawet na ujęciach panoramicznych oglądanych na małym telewizorku. Skórzana piłka została zastąpiona piłką w telewizyjną czarno-białą szachownicę - tak twierdzi Eco, choć nie wiem, czy to rozsądne wierzyć semiologowi wykładającemu historię sportu. Reklamy zdobiące samych zawodników i w ogóle wszystko, co w zasięgu kamer, również są skutkiem transmitowania meczu – futbol opłaca się sponsorować, bo ma ogromną oglądalność.

Hasło „Tylko 4 tys. widzów, sponsor wycofał reklamy” sugeruje, że przyczyną likwidacji banerów Banku Zachodniego WBK była mała oglądalność - tylko 4 tys. widzów. Prawda jest taka, że nie wiemy, jaka była oglądalność. Niewątpliwie jednak puste trubuny i reklamy mają ze sobą związek - obydwie należą do dekoracji telewizyjnego spektaklu; jej zakłócenia wpływają na oglądalność. Tak sądzę.

Malowniczy rozpad sportowego spektaklu od tych pustych trybun tylko się zaczął; na wycofaniu reklam ze stadionu też się nie skończyło. Finałem było zniknięcie piłki. Tak: podczas meczu padał śnieg, a piłka była żółta. Jak twierdzi M., praktyk piłki nożnej, w takich wypadkach bierze się piłkę żarówiastopomarańczową; nie rozumie, dlaczego nie zrobiono tak w Chorzowie. Efekt był taki, że piłkę widać było wyłącznie na filmowych zbliżeniach. Polscy piłkarze biegali po nic (wcześniejsze wyniki już wykluczyły ich z mundialu), za niewidzialną piłką.


"Nietelegeniczna" piłka była zapewne przyczyną wyłączenia niejednego telewizora. Nic dziwnego: czyniła mecz Polska-Słowacja rozpadającym się, absurdalnym spektaklem. Spektaklem o tym, że sportowa reprezentacja Polski rozłazi się tak bardzo, że dekompozycji ulega nawet telewizyjna reprezentacja reprezentacji.

czwartek, 8 października 2009

A jutro i pojutrze grają...

The Tiger Lillies!

I jeszcze to miejsce - teatr na warszawskich Szmulkach, gdzie na murze ktoś napisał: "witajcie w krainie, w której obcy ginie". Idealna lokalizacja dla mrocznego kabaretowego show, dla songów śpiewanych kontratenorem przez demonicznego klauna.

Rozważcie. Koniecznie.

Najlepiej wcześniej sprawdźcie, czy ta muzyka nie wywołuje w Was myśli samobójczych. Głupio by było umierać przez Tiger Lillies.



Gdzie: Teatr Praga, ul. Otwocka 14, Warszawa.
Kiedy: 9 i 10 października 2009, 20:00.

wtorek, 6 października 2009

Ślubne fototrendy

Kolejka do BUW-u na zdjęcie w sukni ślubnej - takie coś napisałam ostatnio. Yrdle przeczytał i powiedział: no, fajnie, ale brakuje mi w tym twojej rozkminy.

Taki styl, Yrdlu. Płytko i afirmatywnie jest, ale tak być musi w gazecie do jedzenia śniadania. Gdyby ten reportaż był tekstem pisanym dla "Naszego Dziennika", należałoby narzekać na pozowanie w świątyni wiedzy i wyjaśnić, dlaczego jest to wina Tuska. A gdyby był tekstem na kulturoznawczy blog, byłby o fotografii ślubnej. Otóż...

Otóż ludziom wchodzącym w związek małżeński obyczaj nakazuje zapewnienie reportera na ślub i wesele. Nakazuje też zamówienie sobie plenerowej sesji pamiątkowej.

Oprócz plenerów miejskich, o których jest reportaż z "Gazety Stołecznej", wybiera się też scenografie sielankowe. Są więc - prócz parków - rozmaite pola, sady, lasy. Obyczaj, który każe robić sobie zdjęcia ślubne w, ekhem, krzakach lub na rżysku, to doskonały temat na zaliczeniową studencką pracę o symbolice płodności.




(zdjęcia autorstwa Beaty i Przemysława Blechmanów, http://www.blechman.art.pl/plener.html)


Plener, choć służy jako tło do zdjęć jak najbardziej pozowanych, ma przydawać zdjęciu naturalności. Niegdyś królujące atelier teraz odbierane jest jako szczyt tandety: "niewielu jest profesjonalnych fotografów, którzy umieją zrobić zdjęcia studyjne bez tego sztucznego kiczu" (z gazetowego forum dla panien młodych). Moda w fotografii ślubnej zmienia się zgodnie z powszechnym cyklem: nowy sposób wyrażania, początkowo odbierany jako realistyczny, stopniowo kostnieje, traci przezroczystość i zaczyna być odbierany jako "sztuczny". Wtedy pojawia się nowszy styl, lepiej opisujący rzeczywistość. Atelier jest wypierane przez plener, a plener...

No właśnie. Wydaje mi się, że zdjęcia plenerowe również zaczynają być powoli uważane za sztywne, niefajne, upozowane. I że nadchodzącym trendem jest stylizowanie ślubnej fotografii pamiątkowej na fashion photography: raz ciepłej i rodzinnej jak spoty Orange, innym razem chłodnej i przestylizowanej jak billboardy Hexeline.


(autorka: Anna Kalina Ciesielska, zdjęcia pochodzą z bloga i ze strony oficjalnej)


O ile rustykalne plenery ciążyły ku estetyce jelenia na rykowisku, o tyle modowe zdjęcia sięgają do stylu reklam kredytów bankowych. Trudny wybór.

środa, 23 września 2009

"Glissando" zwiastuje

Na początku ubiegłego tygodnia w Empikach pojawiło się nowe "Glissando". To piętnasty numer, choć - gdy "Glissando" powstawało 5 lat temu - przepowiadano mu los efemerydy.

Cóż. "Glissando" jest niszowe. Mimo dobrych chęci bywa hermetyczne, a nie popularyzatorskie. Artykułom w nim publikowanym zdarza się zbliżać do dyskursu akademickiego. Jako ilustrację tego ostatniego zarzutu - cytat z najnowszego numeru, z fajnego poza tym artykułu Michała Mendyka: Zdecydowanie repetytywne inklinacje zachował natomiast drugi protagonista rewolucji techno w kręgach litewskiej muzyki akademickiej. Dalej pisze on o przewrotnej retoryce surkonwencjonalizmu Pawła Szymańskiego. No, urocze.

"Glissando" jest wyraźnie autorskie i - przy całej swojej różnorodności gatunkowej - świetnie napisane. Nie ma mowy o płytkich recenzenckich gadkach w stylu "jak na Polskę to bardzo dobry album". Za to oprócz księżykopodobnych elaboratów Mendyka jest tu na przykład tekst, w którym Jan Topolski pisząc o czymś tak nudnym jak śpiew chóralny opowiada, że sonoryzm i socrealizm sporo namieszały. Albo taki, w którym Lech Filip opisuje muzykę pewnego radzieckiego free jazzowego tria: Ganelin powoli wystukuje nuty na fortepianie, Tarasow rzęzi na saksofonie, a w tle coś skrzypi. Rozumiecie, o co mi chodzi: ten styl nie jest ani jednolicie akademicki, ani zbyt indie. Ani nie obiektywizuje, ani na siłę się z czytelnikiem nie ziomali.

"Glissando" ma mnie w garści, bo opiera się na transgresywnej definicji muzyki współczesnej. "Muzyka współczesna" to zarazem i muzyka akademicka, i herezje w rodzaju japońskiego noize'u czy eksperymentalnej muzyki tanecznej, a porównywanie Tupaka Shakura i Philipa Glassa* jest tu na porządku dziennym.

Wydawcą najnowszego numeru "Glissanda" jest Fundacja 4,99. I jest to dobra, zajebiście dobra nowina. 4,99 została utworzona w zeszłym roku przez Michała Liberę, Michała Mendyka i Jana Topolskiego, dotychczas w miarę cicho siedziała, a teraz wszem i wobec - w "Glissandzie" - powiedziała, że w najbliższych planach ma:
  • wydanie serii książek "Terytoria muzyki"; jako pierwsza, jesienią 2009, wyjdzie Audio Culture. Readings in Modern Music (link prowadzi do google-bookowego podglądu);
  • festiwal litewskiego minimalu, czyli Polski Tydzień Polsko-Litewski w Wigrach;
  • koncert eksperymentalnej supergrupy M.I.M.E.O. (Fennesz, Keith Rowe i inni) na bagnach za siódmą - licząc od Warszawy - górą;
  • serię wykładów o muzyce w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie (zimą 2010);
  • wydawanie płyt w labelu Bołt (są już trzy albumy, w tym Gwinciński);
  • no i regularne wydawanie "Glissanda". Kwartalnika "Glissando".
--
* Jeśli chcecie wiedzieć o co chodzi, sprawdźcie artykuł Susan McClary - tu na stronie 290, w "Glissandzie" na stronie 2 albo w anonsowanej "Kulturze dźwięku".

środa, 16 września 2009

Rzoigebókwa

Po tak długiej przerwie przyda się rozbiegówka.

Jak wykazują badania nad ludzką percepcją, słowa potrzegamy raczej jako całość graficzną niż zbiór literek dekodowanych jedna po drugiej. Dowód: wyraz pozostaje zrozumiały nawet wówczas, gdy poprzestawiamy w nim wszystkie litery, zachowując miejsce tylko pierwszej i ostatniej.

Ten oto akademicki przykład:


(wzięty stąd)

proponowałabym jednak zastąpić tym:


Kiedy zobaczyłam to "sex stop" pomyślałam, że to pomyłka, że copywriter był pijany, zaśmiałam się serdecznie i protekcjonalnie. A przecież to chyba świadoma absurdalno-przaśna aluzja, typowa dla produktów z najniższej półki: znaleźć tam można wino Mamrot czy prezerwatywy Warrior. Śmiech z "głupiej" nazwy ma złagodzić cierpienie wywołane tym, że jest się wykluczonym z konsumpcji, że kupuje się wino za 4,90 albo herbatę za 1,9o.

Tak ja to wdizę.

poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Tacy jedni: Etam, Tego, Co.

Jest taki album - "Zabrudzony garnitur" Etama Etamskiego. Pierwszy numer roztacza melancholijnie przytłumione trip-hopy - zapowiada się, że płytę będą wypełniały piosenki do rwania zębów w stylu Matta Elliotta - ale gładka melancholia usuwa się na rzecz podkładów zachwaszczonych i zmulonych. Zmulenie jest i musi być, bo inaczej byłoby błyskotliwie - tak mówił o swoich rysunkach Wojciech Bąkowski. Tak jest również z tą płytą: to wzorowy anti-pop, nie uświadczy się tutaj efekciarstwa. Dźwięki i sensy są w koncentracie, zgęszczone do granicy nieczytelności: zasługa to samplingu, ale też - choć rapowania tu niewiele - mądrych emsis: Erora, Danego Tego, Wojciecha Bąkowskiego. Konsternująco głupia nawijka pojawia się tutaj jako dada ("Motyle"), opiewane przez raperów chuligaństwo - jako futuryzm z jego kultem miasta i agresji ("Zdemolowane witryny sklepowe").

Bardzo polubiłam ten album: trochę kojarzy mi się z C.O., bo to też jest taki eksperymentalny hip-hop. Czasem też noga sama tupie, ale zazwyczaj trzeba się postarać i uważnie słuchać.

Jeszcze słowo o Danym Tego, który udziela się na płycie Etamskiego w kawałku "Zdemolowane witryny sklepowe". Wprawdzie Dany Tego to postać legendarna i niepowtarzalna, ale - nic nie poradzę - głosem i stylem przypomina mi Afrojaxa. Dużo u niego funku, błyskotliwości, ironii.
plwam na pastuchów
sram na ich trzodę
rzucam na oślep kamieniami jadąc kradzionym samochodem (...)
ochrania mnie miasto które mnie zabija.
Smrodem.
Tekst to nie wszystko. Trzeba jeszcze usłyszeć, jak to brzmi: do posłuchania za darmo tutaj.

Dany Tego wystąpił też w wideoklipie bardziej hip-hopowym od samego hip-hopu. Muzykę zrobił wspomniany C.O, a sam klip - Hubert Czerepok.



To ostatnie nazwisko powinno nawet najbardziej nieufnych przekonać, że mamy do czynienia z inteligentnym hip-hopem.

Czyli z hip-hopem dla inteligencji. Ale to, ten podział hip hopu na głupi i mądry, to już zupełnie inna historia.

środa, 26 sierpnia 2009

W tym tygodniu nie piszemy...

...o grupie NIWEA, założonej przez Wojciecha Bąkowskiego i Dawida Szczęsnego. Póki co znana jest z wywiadu z Bąkowskim w "Notesie na 6 Tygodni" No 54 i z dwóch utworów na myspace.com/niwea. Wprawdzie NIWEA mi się podoba, jakże mogłaby się nie podobać, w końcu to projekt Wuesbe.

Bo w wywiadzie pytający i pytany widzą dużą różnicę między KOTEM a NIWEĄ:
KOT to "działanie na pograniczu audio-performance i muzyki. NIWEA to zespół muzyczny (...). Tu idzie o brzmienie".
A ja nie widzę takiej znowu wielkiej różnicy. Może dlatego, że również muzykę Grupy KOT brałam zawsze na poważnie.


Zresztą 2 numery to mało. Poczekamy, zobaczymy.

***

"W tym tygodniu nie piszemy" otwiera każdy numer "Przekroju". Lubię ten tekst, co jeszcze nie znaczy, że lubię "Przekrój".

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Co jest nie tak naszymi miastami, czyli narzekamy

Na Żoliborzu, w Parku Żeromskiego można obejrzeć outdoorową wystawę "Urbanity - 20 years later". Temat: przemiany miast Europy Środkowo-Wschodniej pod wpływem gospodarki wolnorynkowej.

We wstępniaku mowa jest o globalizacji jako nowej formie europejskiej totalności. To jednoznacznie negatywne rozpoznanie pociąga za sobą trochę zanadto krytyczną wystawę. Na domiar złego każda fotografia opatrzona jest podpisem (raczej hasłem niż tytułem), który zakotwicza znaczenie. Jak dla mnie to zbyt nachalne narzucanie interpretacji, szczególnie że mnóstwo tu ukrytych założeń i ocen. Za dużo też zwykłego narzekania: na zunifikowanie krajobrazu, na rozkład przestrzeni publicznej czy wręcz miejskiej. Czasem to jest aż zabawne, tak jak w jednym z podpisów pod zdjęciem Martina Zemana: unikalność miejsca niszczona jest przez budynki materializujące kolektywne wydawanie pieniędzy.

Wystawa zajmuje się tym, jak zmieniły się miasta pod wpływem zmian gospodarki. Zabrakło mi tutaj miejskich targowisk - jako symbolu tego, co niezunifikowane i niechciane, przejściowej formy, która przetrwała akurat te 20 lat, o których mowa w tytule. Tę lukę czuć tym bardziej, że bazar pojawia się na zdjęciu Szymona Rogińskiego:

.... i zostaje kompletnie zignorowany. Jak gdyby ktoś pomylił podpisy. Sklonowane podmiejskie dzielnice połączone pasmami autostrad rozciągają się w nieskończoność.

"Totalitarnie" zunifikowany krajobraz (na przykład te sklonowane podmiejskie dzielnice, których nie ma na powyższym zdjęciu) jest korelatem neoliberalizmu z jego tendencją do odgórnych metod kontroli. Tymczasem bazary stanowią "miejsca oporu" - to tkanka miejska prymitywna, ale stworzona oddolnie i spontanicznie. Wydawało mi się, że to powinno zainteresować ludzi robiących tak antykapitalistyczną wystawę.

Jest tu kilka ciekawych konceptów (lewacki Domena Grögla, filozoficzny Maroša Krivego), ale generalnie rozpoznania mają poziom raczej niski. No, ale w końcu poza spekulacjami są jeszcze fotografie i ich autorzy. Sprawdziłam kilku:

Illah van Oijen prowadzi dowcipny blog Document Central Europe. To z bloga:


Szymon Rogiński: dziś słynny fotograf reklamowy, kiedyś dął w digeridoo na legendarnej płycie "Amariuch" Łoskotu. Chyba wolę Łoskot od jego fotografii. A może po prostu powinnam się przekonać do tego ocierającego się o kicz reklamowego stylu? Próbka (z cyklu Poland Synthesis):


Nie podoba mi się ta wystawa: pełna jest płytkich diagnoz i negatywnych, arbitralnych ocen.

Nie podoba mi się też moje narzekanie. Cóż. Następnym razem napiszę o czymś wspaniałym. Zachwycającym. Porywającym.

Przyrzekam, nie napiszę ani słowa o Mitoraju.

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Mieszczańskie lamenty

"Gdy miasto się kocha, powstają o nim i dla niego książki i poematy" - pisze Elżbieta Kaczyńska. Hm. Kochanie miasta bywa naprawdę trudne, stwierdzam po przeczytaniu poematu Marcina Cecki "Warszawa to wieś". Bardzo mi się ten poemat podoba: oddaje wstręt przed imigrantami zarazem wiernie i ironicznie.
spotkałem inną koleżankę która powiedziała:

po rannych oblucjach wyszłam ja na miedzę i zsiadłam
patrzyłam jak idą wieprze po perłę

przez ulice tej wsi każdego dnia przewalają się tony
hodowli uprawnej idą ubrani w świnie/świnki krowy/krówki
borsuki/borsuczki woły/wołeczki cielęciny/cielęcinki wyżły/wyżełki
są sowy/sówki i tańczą wszyscy gęsiego

widzę agraność ich ruchów a w oczach skłonność do płodozmianu
gdy patrzę na ręcę widzę łopaty i przyklepnięcie zlecenia lub informacji
paznokcie współbiesiadników współrolników zniszczone
od drukarskiego nawozu od trójpolówki w łóżku
wygięte nogi

są specjalne szkoły i miejsca tuż za wsią gdzie tobie dają
skórę zwierzęcia i dają maskę z dziurką na oczy
byś widział marchewkę na wysokości a gdybyś jechał tutaj
wielbiąc swój bezkorzeń to przy wyborze awatara skóry
zwróć proszę uwagę na grubość i tuszę na jakość szczeciny
albo gęstość sierści
i nie zapomnij sprawdzić czy w ryju krzyk twój na pewno dobrze
rezonuje
"Warszawa to wieś" Cecki kojarzy mi się z "Poematem dla doroslych" Adama Ważyka, z wierszem, który był początkiem końca stalinizmu. Ważyk jako pierwszy ośmielił się mocno skrytykować nowo powstające socjalistyczne społeczeństwo. Ktoś ośmielił się to opublikować. I tak oto doszło do największego skandalu literackiego PRL-u. I, choć głównie o Nowej Hucie, też było o imigrantach:
Ze wsi, z miasteczek wagonami jadą
zbudować hutę, wyczarować miasto,
wykopać z ziemi nowe Eldorado,
armią pionierską, zbieraną hałastrą
tłoczą się w szopach, barakach, hotelach,
człapią i gwiżdżą w błotnistych ulicach:
wielka migracja, skudlona ambicja,
na szyi sznurek - krzyżyk z Częstochowy,
trzy piętra wyzwisk, jasieczek puchowy,
maciora wódki i ambit na dziewki,
dusza nieufna, spod miedzy wyrwana,
wpół rozbudzona i wpół obłąkana,
milcząca w słowach, śpiewająca śpiewki,
wypchnięta nagle z mroków średniowiecza
masa wędrowna, Polska nieczłowiecza
wyjąca z nudy w grudniowe wieczory...
To ciekawe, że każda społeczna degradacja miast jawi się jej współczesnym jako apokalipsa. Sam Cecko jest chlubnym wyjątkiem - narzekania "innych kolegów" i "innych koleżanek" obserwuje i relacjonuje z dystansu.

Całość poematu "Warszawa to wieś" - tutaj.

niedziela, 19 lipca 2009

Trudna sprawa

Folke Koebberling i Martin Kaltwasser to niemieccy artyści którzy, zaproszeni przez Centrum Sztuki Współczesnej, przez trzy miesiące pracowali w Warszawie. I tak, w parku przy Zamku Ujazdowskim Kaltwasser skonstruował platformy z desek znalezionych na śmietniku, a Koebberling zbudowała szklarnie ze starych okien. Obiekty te składają się na projekt The Eldorado Summer resort (for passive and active laziness), a obszerny wywiad z Kaltwasserem przeprowadzony przez Kubę Szredera można przeczytać w Notesie na 6 Tygodni nr 54.



(Zdjęcia - stąd i stąd).

Tematy obecne w tym projekcie - minimalizowanie ilości odpadów, recyklowanie już istniejących, rewitalizacja i kultywowanie przestrzeni publicznej, która ma odzyskać status miejsca przeznaczonego do spędzania czasu wolnego, alternatywnego wobec miejsc konsumpcji - to tematy typowe dla Koebberling i Kaltwassera.

Obiektem życzliwego zainteresowania artystów są również nieformalne struktury społeczne - takie, które umożliwiają wymianę rzeczy i usług bez pośrednictwa pieniędzy. To wszystko plus utopia komuny pojawia się w projekcie z Wysing Art Centre obok Cambridge. Tam, wraz z grupą niewykwalifikowanych (system ekspercki to wszak forma nierówności społecznej) wolontariuszy Koebberling i Kaltwasser wybudowali dwupiętrowy budynek tak, jak buduje się szałas - bez kupowania surowców, bez inżynierskich ekspertyz. W ten sposób, mówiąc językiem Marksa, przezwyciężona została alienacja pracy:

Uczestniczenie w podejmowaniu decyzji otwiera zupełnie nową przestrzeń identyfikacji. Jeśli przyłożyć to do budowania wielkich budynków, czy w ogóle całych miast, taki model zakłada zupełnie inny model obywatelstwa, przynależności do miasta i demokratycznej świadomości. (Notes, s. 62)

Przecież nie sposób wierzyć, że można wybudować z materiałów znalezionych na śmietniku całe miasta! Czuć tutaj utopijne przekonanie, że przykre elementy rzeczywistości - takie jak śmieci, pieniądze i nierówność społeczna - są do wyeliminowania. A przecież nie są. Mityczna communitas bez grzechu pierworodnego, śmietnisk i pieniędzy...? Utopie są pociągające, ale groźne. Z tego zagrożenia - czego nie ogarniam - Kaltwasser nic sobie nie robi, skoro w nazwie warszawskiego projektu umieszcza słowo "Eldorado", nazwę legendarnej krainy szczęścia, a we wprowadzeniu do książki "Futuryzm miast przemysłowych. 100 lat Wolfsburga i Nowej Huty" pisze o projekcie stworzenia nowej utopistyki oraz o potrzebie radykalnych i rewolucyjnych gestów.

Jest jeszcze coś. Kaltwasser i Koebberling z entuzjazmem podchodzą do struktur samoorganizacji mieszkańców metropolii Trzeciego Świata (patrz wywiad s. 59-62 albo projekt "Learning from..."). Mieszkańcy slumsów występują tutaj w roli dobrych dzikusów, dzięki którym Zachód może przypomnieć sobie zapomniane pierwotne sposoby organizacji bardziej zakorzenione w Dobru.

"One man's trash is another man's treasure" ("śmieć dla jednego jest skarbem dla drugiego") - tak podobno brzmi ulubione hasło Kaltwassera i Koebberling - przedstawia samoorganizację i ekstensywny recykling jako sielankę ze skarbem w tle. Jestem przekonana, że osoba utrzymująca się ze zbierania puszek ma o wiele mniej romantyczną wizję praktyk recyklingowych.

Pewnie stąd mój sceptycyzm wobec utopii recyklingowej: wszak prawie-prawie pamiętam, jak - podczas biedy u schyłku Polski Ludowej - wirtuozeria w robieniu czegoś z niczego (czy można tłumaczyć to jako DIY - Do It Yourself?) była egzystencjalną koniecznością.

niedziela, 5 lipca 2009

Pokarało mnie...

...za to, że w tytule poprzedniej notki użyłam sobie słowa „abjekt” udając, że jak ktoś nie używa go równie często jak, dajmy na to, wyrażenia „ser żółty”, to już jego problem, i niech sobie wyczyta z kontekstu albo google search, co to tak właściwie znaczy.

Teraz potrzebuję laptopa, a żeby dokonać wyboru, zmuszona jestem ogarnąć żargon komputerowców, kompletnie dla mnie niezrozumiały.

Nikt nie powinien robić takich rzeczy drugiemu człowiekowi. Przepraszam za ten "abjekt".

środa, 1 lipca 2009

Abjekt muzyczny

W Zachęcie już od dłuższego czasu wisi wystawa "Inwazja dźwięku. Muzyka i sztuki wizualne". Zanim ją obejrzałam sądziłam, że będzie się odnosić do inwazyjnego potencjału dźwięku (wzrok można odwrócić, uszu nie). Tymczasem chodzi chyba tylko o ironiczne odniesienie do przekonania, że integracja sztuk jest ich zanieczyszczeniem. Słabo.

A inwazyjność to fajny temat. Inwazja to wkroczenie czego my nie chcemy do siebie dopuścić, a to się wdziera i narusza. Smród, hałas, nieprzyjemny widok. Jako reakcja pojawia się strach i jego bardziej skomplikowana pochodna, wstręt. Sprawa wstrętu jest dobrze rozpoznana przez humanistykę, obecna w obowiązkowych kursach uniwersyteckich (abjekt, pozakategorialność, monstrualność, zmaza, brzydota i tak dalej).

Temat to nie tylko imho fajny, ale też obiektywnie mocno eksplorowany w sztuce, która pokazuje nam różne straszne i obrzydliwe rzeczy od tak dawna, żeśmy do tego chyba wszyscy przywykli.

Potworny permanentny hałas, użycie dźwięków o niebezpiecznych częstotliwościach, poszatkowane wrzaski i inne muzyczne abjekty - to ważna część festiwalu muzyki współczesnej i sound artu Musika Genera (odbywała się w ten weekend w Teatrze Dramatycznym, Muzeum Sztuki Nowoczesnej i w Powiększeniu). Musiko-generowe hałasy bywały poprzedzone uspokajającym wstępem: "proszę państwa, momentami będzie bardzo głośno, ale artysta zapewnia, że nikomu nic się nie stanie", ale generalnie sztuka tam prezentowana nie należała do takiej, która szanowałaby poczucie bezpieczeństwa odbiorcy.

Mój faworyt to Robin Fox i jego laserowo-dźwiękowy spektakl, który nikomu ze znajomych się nie podobał. Nic dziwnego, bo nie było w tym nic do podobania: siedzieliśmy w zadymionej sali Teatru Dramatycznego, otoczeni laptopowym hałasem oraz wiązkami zielonkawego (brrr!) laseru, tworzącego przestrzenne figury i błyskającego po oczach. Wyobraźcie sobie, że jesteście wewnątrz tego, co na tym filmiku:



Ten laser był zsynchronizowany z muzyką, czyli wizualizował fizyczne parametry dźwięku. Gdyby tylko o to chodziło, lasery obchodziłyby mnie równie mało co wygląd partytury - również innego wizualnego zapisu. Ale ten okropny laser świecący po oczach - wiecie, że niedawno kilkanaście osób po masowej imprezie w Rosji trafiło do szpitala z odklejonymi laserem siatkówkami? ja wiedziałam i bałam się - ten okropny laser w języku wizualności mówił o inwazyjności dźwięków. Wizualizacja tej właściwości dźwięku - to już rzecz godna zainteresowania. Choć rozumiem, że zainteresowanie może zostać poważnie nadwątlone przez myśl o tym, że ktoś do ciebie strzela.

Takie rzeczy jak te z Musiki Genery są alternatywą, umieszczoną w niszy, bardzo daleko od mainstreamu podziemnego nurtu muzyki. W sztuce więcej wolno, więc to już chyba raczej sztuka niż muzyka. Problem w tym, że sztuka dźwięku jest równie daleko od mainstreamu sztuki jak od muzyki alternatywnej.

O tym, że ludzie chwytają Marka Rothkę a nie łapią Stockhausena, rozmawiał Piotr Kowalczyk z Anną Zaradny, kuratorką Musiki Genery (zajrzyjcie do Notesu na 6 Tygodni Nr 52, tam całość). Sztuka dźwiękowa czy muzyka artystyczna - powiedziała Anna Zaradny - to jedyna dziedzina sztuki współczesnej, która jest tak zepchnięta na margines życia artystycznego. Do tego, by dźwięk dokonał postulowanej w Zachęcie inwazji na sztuki wizualne, jeszcze długa droga...

piątek, 26 czerwca 2009

Different Trains

Niedawno wśród bywalców linii Kraków - Warszawa rozeszła się wieść o zjawiskowym pociągu InterREGIO: kosztuje 38,5 zł (a studencki 25) czyli mniej niż pospieszny, jedzie zaś trzy i pół godziny, czyli tyle co Intercity.

Od Intercity odróżnia go również nimb tajemnicy: nie występuje w internetowym rozkładzie jazdy, bo to nie jest pociąg PKP, tylko jakiś obcy. Nie wiadomo z którego peronu odjeżdża, trzeba czekać i nasłuchiwać.

Nazwa Intercity dobrze wyraża ideę pociągów nie tyle międzymiastowych (co za staromodne słowo!), co międzywielkomiejskich: z założenia zatrzymują się tylko w metropoliach, są laptop-friendly*, klimatyzowane, zapewniają więc hermetyczne oddzielenie od dzikich pól oraz prowincji, przez które przejechać, niestety, trzeba. Skutecznie chronią więc przed Mielcem i Dwikozami, strasznymi miasteczkami i ich mieszkańcami. Żywią się naszymi cichymi obawami, że kultura to tylko do Żyrardowa, dalej - już tylko murzyny**.

Intercity to pociąg międzywielkomiejski, zrozumiałe więc, że swego czasu konsternację wywoływał zrealizowany pomysł Gosiewskiego, by IC i ekspresy stawały na zmodernizowanej stacji Włoszczowa. Mówię serio: było to przecież zamach na hermetyczność - główną cechę instytucji pociągu Intercity.

A przecież, tak na rozum, po prostu uzdatniono punkt przesiadkowy. Ostatnio korzystałam z takiego punktu: jechałam TLK (rodzaj IC) relacji Warszawa-Katowice (chyba), przesiadałam się w pospieszny do Krakowa w niejakim Kozłowie. W tymże Kozłowie z klimatyzowanego pociągu wysiadło kilkanaście osób o wyglądzie raczej wielkomiejskim. Wyobraźcie sobie: zmierzcha, z lekka czuć padliną, wieje, wybujałe trawy kołyszą się jak hatifnaty, ani żywej duszy. Jedna dziewczyna szepcze: "o jezu!". Część wylansowanych podróżnych zbija się w grupkę, co odważniejsi idą w kierunku budynku stacji sprawdzić, na którym peronie stanie nasz wyczekiwany pośpiech do Krakowa. Tutaj niespodzianka: w poczekalni nie ma światła.

Intercity gwarantuje brak przygód (których obecność jest częścią mitologii podróży pociągiem - przypomnijcie sobie "The Lady Vanishes" czy "Moskwę - Pietuszki"). Żadnych niespodzianek, żadnych skradzionych żarówek - na te można się natknąć, gdy lekkomyślnie opuści się IC w Kozłowie. Teraz przygoda wdziera do pociągu międzywielkomiejskiego. PKP w odpowiedzi na uruchomienie wspomnianej konkurencyjnej linii stworzyło pulę trzystu biletów po 19 zł na Intercity do Krakowa o 16:15, 17:00 i 18:00. "Przy kupowaniu biletów obowiązuje zasada: Kto pierwszy, ten lepszy." - czytam na gazeta.pl.

Sprawnościowa zabawa, w której nagrodą jest bilet za grosze, to dobry początek podróży z przygodami. Podobnie jak polowanie na latającego holendra InterRegio. Na pewno wezmę udział w którejś z tych dworcowych gier.

-----
* Słowotwór Mira, autora bloga Dworzec Śródziemny.
** Tej frazy użył Jerzy Pilch w jednym z felietonów.

niedziela, 21 czerwca 2009

Gwarant poznań...


... czyli coś pomiędzy agencją towarzyską a bankiem kontaktów.

środa, 17 czerwca 2009

Zemsta

Na You Tube występuje jako "Zemsta zdradzanej kobiety. Ku przestrodze". Ma 100 tysięcy odsłon i kopę komentarzy pozostających przy tematyce poruszanej przez film.

W rzeczywistości jest to projekt Rafała Bujnowskiego w ramach trwającego właśnie Festiwalu Sztuk Wizualnych Art Boom w Krakowie.


Faktycznie można się naciąć: konsternujący wrak stoi wprawdzie w centrum Krakowa, ale pod wódopojem zwanym Galerią Alkoholi i wśród psich kup, które ulicę tę regularnie pokrywają.

Dzięki za info, Zuza!

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Wandale!

Dobry street art jest okej. Ale fascynujące są dopiero rzeczy graficznie nieumiejętne, naiwne, o, tego typu. Wydają się cholernie szczere. Śmieszą, oburzają. Odróżnia je to od street artu, który przez swoją miejską gładką wszechobecność jest niewidzialny jak reklamy.

Dobrym posunięciem jest więc świadome sięgnięcie do tego nieładnego bez-stylu. I coś takiego robi toruńska grupa Gruba Najgorsza. Wszystkie ich street arty znajdziecie na stronie http://gnoje.com/stara/gn.html, a tutaj kilka na zachętę:



Ten projekt "Hitler to chuj" to jest coś. W miejscu, w którym wypowiadanie się jest zabronione pojawia się to, co niechciane. Niechciane, bo - choć wcale tego nie chcemy - mamy kawały o Żydach, tak jak Niemcy mieli Georga Baselitza i jego obraz "Wielką noc diabli wzięli" (przedstawiał masturbującego się Hitlerka i afera była straszliwa).

Inny pomysł na rozwalenie skonwencjonalizowanego street artu miał Splasher. Dyskutował on z szablonowością i mainstreamowością wszechobecnego nowojorskiego street artu, który niepostrzeżenie z niedozwolonego, agresywnego języka używanego przez pozbawionych głosu stał się miejską publiczną galerią sztuki. A dyskutował w takim oto stylu:


Nie interesuje mnie antykomercyjna ideologia przyświecająca Splasherowi (jeśli kogoś interesuje, odsyłam do długiego i fajnego artykułu o nim), ale podobają mi się kwestionowanie dominującej estetyki street artu i powrót do groźnych konotacji ulicznego malarstwa. No i w końcu oblanie farbą dzieła Banksiego to jest naprawdę coś!

Chociaż odrzucenie estetyki, jak zwykle, okazuje się po prostu kolejnym językiem. Po kilku miesiącach działalności Splashera ktoś zaczął oblewać farbą manifesty zostawiane przez marksistowskiego wandala, a na tym umieszczać reklamę odzieżowej marki American Apparel. Tak, tej samej, której skarpety reklamowała Sasha Grey. Zaczęto podejrzewać, że akcja Splashera od początku była kolejną pomysłową kampanią autorstwa Dova Charneya.

A co do Grubej Najgorszej, to z racji prężnego rozwoju i spodziewanej sławy poszukują osób na stanowista typu: artysta junior, artysta senior i kurator promotor. Tak, ładną parodią zapuścili się w korporacyjne rewiry, sprawdźcie sami.

niedziela, 14 czerwca 2009

Przepraszam

za spam w postaci niedokończonego tekstu, który pojawił się na pół minuty tutaj i w RSS. Skróty klawiszowe spłatały mi figla.

Tak, niedługo będzie tutaj o tekst street arcie. Eksperymentalnym, a jakże. :)

poniedziałek, 8 czerwca 2009

Mitologie

Autor bloga Mroczne kalesony (skąd zdjęcie) sprawdził, że po duńsku lurpak znaczy lurpak, czyli nic. Ale mnie bardziej podoba się to, że z obrazka wynika, że Lurpak znaczy brokuł.
Albo przynajmniej to, że masło Lurpak jest zdrowe jak brokuł. Jak się nie patrzy co się widzi, to można uwierzyć. Obrazki to narzędzie skuteczniejsze od najlepszego sloganu.

Btw, o mitologii zdrowia i choroby fajnie napisał Konrad Rottweiler. O tu.

środa, 3 czerwca 2009

Warczący faceci

Kiedyś co tydzień układałam plejlisty do audycji muzycznej. Ech, możliwość zamęczania innych swoją muzyką była zawsze kusząca. Potencjał tego wykorzystały ostatnio Kamieniołomy, lokal vis-a-vis Bristolu: podobno jest tam sala, w której po podpięciu własnej empetrójki można decydować o cudzej audiosferze.

Ostatnio zdarzyło się, że muzyka za którą kiedyś przepadałam - awangardowa jak Zappa, agresywna jak hip-hop - do mnie wróciła i na nowo zaczęła sprawiać dużo radości. W efekcie zrobiłam mikstejp z moim the best of industialu i noise'u.

Zaczyna warczący break-core'owiec Otto von Schirach z płyty "Maxipad Detention" i to nieomal jedyny w miarę współczesny kawałek. Reszta to historia najnowsza.

Jest tu Marchlevski z 1991 roku i "Tybet", kilkuczęściowy utwór z EP-ki 'Parasitism". Heh, przy takiej muzyce można się podziargać do krwi. I niech sczezną beiruty i radioheady.

Jest tu też dwukrotnie Kinsky - owiana legendą kapela z początku lat 90. Niby grali metal, ale struktura utworów była wzięta raczej z jazzu. Przynajmniej tak słyszy moje niewprawne ucho. To nie jest easy listening, ale co z tego?

Jest polskie Thing (nie mylić z jazzowym The Thing!). Kawał dobrego polskiego noise rocka z lekkimi ciągotami w stronę metalu.

Jest Shellac. Shellac to klasyka noise rocka. Ale razor guitar Steve'a Albiniego i jego warczący wokal dają kawałkowi "The Idea of North" przepustkę do industrialnej składanki.

Jest A Perfect Circle, bo Maynard udatnie krzyczy szeptem o anihilacji.

I wreszcie są tu podjeżdżający metalem All Scarsi. Polecam, polecam! Wywodzą się z tego samego środowiska, co Fugazi, ale z tradycyjnego punka robią free-jazzowy emo-core. "Prisoner of Light" - utwór spokojny, ze smyczkami na delayu, a jednak ma siłę rażenia, że ho ho.


Playlista:
1. Otto von Schirach - Tea Banging The Dead - Maxipad Detention, 2006.
2. Kinsky - Coincidentia Oppositorum - Copula Mundi, 1992.
3. Shellac - The Idea of North - At Action Park, 1994.
4. All Scars - Prisoner of Light - Lunar Magus, 2003.
5. Thing - She Was A Good Rider - Rudder, 1997.
6. Kinsky - Multipied by Hypercube - Copula Mundi, 1992.
7. Thing - S.N.H. - Rudder, 1997.
8. A Perfect Circle - Annihilation - Emotive - 2004.
9. Marchlevski - Tybet - Parasitism, 1991.

Download:
Warczący faceci


środa, 27 maja 2009

logo Huty Lenina

Przede mną pisanie o tym, jak (my, teraz) podchodzimy do PRL-u. Marek Krajewski twierdzi, że w ogóle historia jest dzisiaj skomercjalizowana - w przeszłości szukamy źródła przyjemności a nie, dajmy na to, nauk na przyszłość. Chętnie oglądamy obrazy z ostatniego półwiecza - ale są to tylko fajne obrazki z PRL-u. W najlepszym zaś razie jest to rezerwuar kodów estetycznych, które można - w duchu recyklingu - poddać pastiszowi. Wiadomo: po co wymyślać nowe, skoro wszystko już było?

Teoria jak teoria, w pewnym sensie się nadaje, w pewnym sensie zaś nie. Ale jeśli mówimy o tym pierwszym sensie, to jej fajną ilustracją jest logo Huty im. Lenina w Nowej Hucie.


Obrazek tradycyjnie lo-fi. Jestem nieuleczalnym przypadkiem.

poniedziałek, 25 maja 2009

Strach

...mnie zżera. Jutro mam opowiadać o swojej pracy dyplomowej na seminarium. Bronić własnych pomysłów, gdy padną słowa krytyki.

Boję się. Wiem, że słabo mi idzie bronienie się. Lepiej mi wychodzi przyznawanie się do błędów. Może powinnam napisać podanie do dyrekcji, by - uwzględniając specyfikę charakterologiczno-osobowościową - pozwolili mi uzyskać dyplom nie na podstawie obrony pracy magisterskiej, lecz samokrytyki tejże pracy?

poniedziałek, 18 maja 2009

Zapracowani sprzed pół wieku

Warszawa, 16 sierpnia 1948. Międzynarodowa Konferencja Młodzieży Pracującej.

Niby młodzież socjalistyczna, a jednak to zdjęcie czuć międzywojniem. I Augustem Sanderem. Bardzo je lubię.

Wzięłam je z katalogu wystawy fotografii PAP z Domu Spotkań z Historią "60 lat temu w Warszawie". A pojutrze w DSH będzie pokaz filmu Zagubione uczucia. Pojutrze = 21 V, czwartek, 18:00. Zagubione uczucia to film neorealistyczny jak Mamma Roma Pasoliniego, też o pracującej (i zapracowanej) matce której syn prowadza się z bikiniarzami i schodzi na złą drogę, tylko że rzecz się dzieje w Nowej Hucie.

poniedziałek, 11 maja 2009

Bębniarze z kraju Pyrów

Trafiłam wczoraj przypadkiem (czyt.: polazłam do Powiększenia w ciemno) na koncert. Miał grać izraelski indie rockowy HaIvrit, a tu znienacka na salę zrobił desant dwudziestoosobowy kolektyw bębniarski z dyrygentem z gwizdkiem policyjnym. Wyobraźcie sobie: dwadzieścioro grzmocących w bębny ludzi, w tym sześć kobiet z ogromnymi błyszczącymi kotłami zawieszonymi na pasach w talii. Wszyscy ubrani dresiarsko punkowo, na czarno-czerwono. Wyglądali groźnie, paramilitarnie, miejsko i plemiennie. Mieli trochę wojskową (bo kolektywną) choreografię.

No naprawdę, dyrygent z gwizdkiem policyjnym! Fuck.


Nazywają się L'ombelico del Mondo. I są z Polski. Zdziwiona jestem, dla mnie byli niesłychanie egzotyczni. No ale ja niespecjalnie wyznaję się na temacie kolektywów perkusyjnych. Z mojego skromnego riserczu aka kwerendy wynika że dużo jest takowych. I że są bardzo popularne - jedna z dokumentacji występu Black Fire Percussion, bandy Murzynów z Brooklynu, ma ponad milion odsłon na YouTubie. Sporo. Zamierzam nadrobić zaległości. Bitwy perkusyjnych koletywów to jest coś.

Btw, tytuł posta to epitafium dla innego polskiego bandu, już historycznego. Bębniarze z Kraju Mołr się zwali, grali w składzie: Asia Bronisławska (teraz znana jako Asi Mina), Wojt3k Kucharczyk (dziś znany jako The Complainer), Jacek Tokarski. Potem zmienili nazwę na Mołr Drammaz. Tworzyli label Mik.musik.!.. Label, który kilka miesięcy temu zakończył działalność. Nie miałam czasu zainteresować się tym, dlaczego label został zamknięty. Szkoda, że nie wiem. Przecież to kawał mojego życia.

niedziela, 10 maja 2009

Robert Kosieradzki

Kosieradzki to mój ulubiony fotograf Nowej Huty. A że teraz siedzę nad nowohuckimi fotami, to mi się przypomniał.

Kosieradzki to człowiek, który w latach 60. i 70 robił zdjęcia błota (= syfu) w "pierwszym socjalistycznym mieście w Polsce". Czyli na Hucie.

W latach siedemdziesiątych Polacy żywili przekonanie, że żyją dostatnio, że osiągnęli nowy status materialny. Że wreszcie żyją w kraju cywilizowanym, uprzemysłowionym, zamożnym. To przekonanie było wzmacniane przez zdjęcia symboli skoku cywilizacyjnego: maszyn, samochodów, kombajnów, bibliotek, deptaków i robotników czytających gazety:


Polska w pewnym sensie faktycznie wtedy się ucywilizowała. W innym zaś sensie peerelowski skok cywilizacyjny miał wiele niedoróbek. To właśnie pokazywał Kosieradzki:


Rzecz jasna, to nie jest tak, że Henryk Hermanowicz (autor pierwszej fotografii) był podłym łgarzem, a Kosieradzki pokazywał to, jak naprawdę rzeczy się miały. Kosieradzkiego zdjęcia podomowej codzienności nie powstałyby bez konwencjonalnych sielankowych fotografii, na których świeci słońce, a piękna kobieta i niepiękny, ale za to dobrze ubrany mężczyzna wracają z zakupów z lodówką. Kosieradzki fotografuje w opozycji do nich, polemizuje, dekonstruuje.

Z Kosieradzkim jest trochę tak jak z Markiem Hłaską. Hłasko w 1957 roku zyskał sławę swoim Ósmym dniem tygodnia, bo napisał tam o niewesołej codzienności. I zrobił to w czasach, kiedy panował wzniosło-radosny socreal. Dziś mówi się, że Hłasko pisał w sposób przerysowany, a jego dialogi były tak samo sztuczne jak te z powieści produkcyjnych. Ale ponieważ to była inna konwencja niż dokuczliwa konwencja pogadanki agitacyjnej z powieści socrealistycznej, to odczuwało się ją jako bezpośrednie odwzorowanie rzeczywistości. Jako mówienie o tym, jak rzeczy się mają naprawdę.

Kosieradzkiego uważam za fotografa dekonstrukcjonistę. Ale na szczęście nie znaczy to, że był narzekaczem. Doskonale pokazywał urodę tamtej dziwnej codzienności.