Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reklama wielkopłaszczyznowa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą reklama wielkopłaszczyznowa. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 11 kwietnia 2013

Jubilat zły

Dom handlowy Jubilat powstał w latach 60. albo 70. w Ostrowcu Św. przy ówczesnej Alei 1 Maja. Fasadę miał wyłożoną tłuczoną porcelaną. Kiedy świeciło słońce, pobłyskiwała, a kiedy podeszło się bliżej, to w skorupach można było dopatrzeć się wzorków na brzegach talerzy, znaleźć uszko od filiżanki.

Ten ekologiczny materiał powinien być witany z sympatią teraz, kiedy nawet foliówka z Biedronki ma nadruk "Przydam się jeszcze!". A jednak nie jest. W ogóle Jubilat powoli znika, jeszcze kilka lat takiej eksploatacji, a zupełnie spaskudnieje. I zastanawiam się, dlaczego.

Jubilat -- widokówka z PRL vs 2013 r.
Może to jest tak, że reklamowe zasyfienie bierze się z myślenia w kategoriach zysku. "Jest budynek, stoi, więc dlaczego na nim nie zarabiać?". Oczywiście jednocześnie trzeba myśleć o estetyce jako czymś bezwartościowym, nawet dla marketingu miasta.

Albo może jest tak, że w Ostrowcu jest jakiś problem z przyznaniem się, że w Polsce Ludowej bywało fajnie. Ostrowiec był robotniczym miastem, które pod koniec lat 60. i w latach 70. naprawdę bardzo urosło. Dużo się wtedy budowało, więc wiele jest budynków i osiedli z tego okresu co Jubilat. Jednak ta przeszłość popada w niepamięć, nie staje się istotnym składnikiem tożsamości miasta. Przekłada się to też na pojedynczy budynek: ludzie raczej nie lubią Jubilata. Odnowione są za to kościół czy rynek z przedwojennymi kamieniczkami.

A może nie jest to kwestia kapitalizmu ani antykomunizmu, tylko halucynacji negatywnych? Niewidzenie syfu przytrafia się nie tylko właścicielowi starego domu towarowego w Ostrowcu, ale też zarządcom prestiżowych budynków w Warszawie (zdjęcia). Ot, taka banalność brzydoty, która bierze się z -- podobnie jak banalność zła -- bezmyślności.

niedziela, 23 grudnia 2012

Siła krytyki?

Kończy się grudzień, a na Dworcu Centralnym w Warszawie nie wisi żadna reklama. W zeszłym roku przed świętami na jego fasadzie zawisła wielkoformatowa płachta (sweterki H&M za 79 albo inne 119 zł) i spotkała się z krytyką. Optymistycznie zakładam, że te dwa fakty mają ze sobą jakiś związek.

Kiedy w grudniu 2011 na Centralnym zawisły sweterki, decyzję krytykowała „Gazeta Stołeczna”, na Chłodnej 25 odbyła się debata z przedstawicielem PKP i miejskimi społecznikami. Oburzenie wzięło się wtedy chyba stąd, że dworzec był świeżo odnowiony – może od miesiąca albo dwu, już nie pamiętam – i chyba po raz pierwszy od lat wyglądał naprawdę ładnie. Może ludzie nie zdążyli się nacieszyć jego widokiem i dlatego wyjątkowo wyraźnie dotarło do nich, że przez wielkoformatowe reklamy coś tracą?

Zresztą wtedy, przed Euro 2012, reklamy w Warszawie pojawiały się w wielu miejscach, które do tej pory były wolne od komercji. Przez pół roku na moście średnicowym wisiały reklamy Carlsberga i Coca Coli. Musiał oglądać je każdy, kto gapił się za okno przejeżdżając przez Wisłę – a ludzie robią to dość często. Nad Warszawę zaczął wznosić się balon z napisem Orange. Wiosną 2012 r. na Placu Defilad, w strefie kibica, zaczął powstawać McDonald's. Na Centralnym – odnowionym właśnie na Euro – w grudniu zawisły sweterki H&M, a w czerwcu płachta witająca turystów. Wreszcie przy palmie stanęła ogromna dmuchana piłka. 
Każde z tych wydarzeń wywoływało krytykę: „Gazeta Stołeczna” publikowała artykuły, po sieci krążyły krytyczne grafiki, niektóre podpisane przez znanych artystów. Także sprawa Centralnego była oprotestowana – „Stołeczna”, grafiki, memy, dyskusje. Byłam wtedy na debacie na Chłodnej 25. To było smutne. Wszyscy, włącznie z przedstawicielem PKP, zgodzili się, że z tymi reklamami w przestrzeni publicznej to skandal i trzeba z nimi coś zrobić. Odebrałam to jako sytuację jak z powiedzenia: „trzeba działać! Powiedzieli Indianie rozkładając się wygodnie”. Że krytyka – krytyczne artykuły, debaty – nie ma na nic wpływu.

Reakcją na reklamy na Centralnym była debata
A jednak płachty na Centralnym już nie ma. Nie sprawdziły się też czarne wieszczby, że reklamowi deweloperzy, skoro raz przekroczyli granicę, będą starali się ten obszar objąć w stałe posiadanie. Że płachty na moście już zostaną, podobnie Centralny też nadal będzie obwieszony reklamami, że tymczasowy McDonald zostanie na Placu Defilad, tak jak zostało os. Przyjaźń na Jelonkach (to tymczasowe domki, które miały służyć tylko budowniczym pałacu Kultury, a stoją do dzisiaj). Właściwie ze wszystkich wspomnianych reklam pozostał tylko balon Orange.

Czyli jednak krytyka ma wpływ? Może nawet coś więcej. Boltanski i Chiapello w "Nowym duchu kapitalizmu", który właśnie czytam, piszą, że krytyka kapitalizmu jest jego integralnym elementem. Nie istnieje rynek w stanie czystym; zawsze jest on włączony w społeczeństwo, a ono jakoś na niego oddziałuje. Głosy społeczeństwa są – w pewnym stopniu muszą być –  uwzględniane przez kapitalizm. Oczywiście to kapitalizm dyktuje warunki, ale społeczeństwo może je negocjować. Np. piętnować płachty na reprezentacyjnych budynkach albo czynić bezprawnym zatrudnianie na śmieciowych umowach.

Podobnie pisze Karl Polanyi w „Wielkiej transformacji”. Opisuje, jak państwo w XVIII czy XIX wieku próbowało opóźnić szybkie przemiany gospodarcze, które uderzały w ludzi. Oczywiście nie zatrzymało rozwoju kapitalizmu, ale nieco go złagodziło przez spowolnienie. Polanyi twierdzi, że właśnie o coś takiego chodzi.

Boltanski, Chiapello i Polanyi pokazują, że cos takiego jak czysta logika rynkowa nie istnieje. Dla Boltanskiego społeczne reakcje są integralnym elementem gospodarki: kapitalizmowi zawsze towarzyszy krytyka i on zawsze ją uwzględnia. Inaczej Polanyi. Ten jest w stanie wyobrazić sobie czysty rynek, czyli sytuację, w której społeczeństwo nie ma żadnych narzędzi oddziaływania na rynek i jest mu całkowicie poddane. Jednak, jego zdaniem, byłaby to katastrofa, bo rynek jest ślepą, destrukcyjną siłą. która fizycznie wyniszczyłaby społeczeństwa. W obu optykach jedno jest wspólne: przekonanie, że rynek jest zależny od społeczeństwa bardziej, niż zwykle sądzimy.

Potrzebujemy estetyki, bezpieczeństwa czy ochrony przed spamem?

Reklama na Centralnym zniknęła – to optymistyczne. Zarządcy dworca przyjęli krytykę i wzięli ją pod uwagę. Ale martwi mnie jedno: argumentacja estetyczna, która tutaj okazała się skuteczna, ma krótkie nogi. Hm… Mówicie, że reklama na reprezentacyjnym dworcu jest brzydka? No cóż, niektóre kobiety noszą – o zgrozo – brzydkie buty z powodu biedy, dlaczego inni nie mieliby wieszać brzydkich reklam z powodu pieniędzy? Mówiąc bez ironii: argument estetyczny jest słaby, bo estetyka nie jest towarem pierwszej potrzeby. Choć chaos reklamowy przy wylotówkach miast jest paskudny, trudno powiedzieć komuś, kto przymiera głodem, żeby nie zgadzał się na postawienie billboardu na swojej działce, bo to brzydkie. Amoralne – amoralne jak kapitalizm – byłoby traktowanie estetyki jako wartości nadrzędnej względem życia ludzi. Dlatego PKP rok temu bronił się argumentem, że pieniądze z reklamy w Warszawie są bardzo potrzebne wszystkim polskim dworcom.

Lepszym argumentem jest na pewno mówienie, że reklamy są niebezpieczne. Płachty umieszczane przy drogach odciągają uwagę kierowców. Nie zauważy taki jeden z drugim znaku drogowego i nieszczęście gotowe. Taką argumentację przyjmuje warszawskie stowarzyszenie Miasto Moje a w Nim, które walczy z reklamą wielkoformatową. Można też spojrzeć szerzej: nadmiar reklam to brak higieny informacyjnej. Reklamy przekrzykują się ze znakami drogowymi, billboardy z reklamami, reklamy wielkoformatowe z billboardami, reklamy dymane i inne trójwymiarowe z wielkoformatowym, a my przestajemy to wszystko widzieć.

No właśnie: ja uważam, że nadmiar reklam jest zły, bo zaśmieca ludziom głowy. Nie, że zaśmieca miasto i jest brzydkie, tylko że zaśmieca głowy i są głupie. Jeśli chodzi o mnie, to nienawidzę reklam za to, że przykuwają moją uwagę na milisekundy, wystarczające tylko na pomyślenie myślątka w rodzaju "ładny sweterek”, „o, ale ten sweterek cienki", "taki krój, nie, źle bym wyglądała" albo myślątka metabanerowe typu "phi, beznadziejna kampania". Póki co, mam nadzieję, że spotka mnie ślepota banerowa, jak na plakacie Tymka Borowskiego na wystawie "Miasto na sprzedaż" w Muzeum Sztuki Nowoczesnej.

Bo dopóki nie oślepnę na billboardy, to będę przebodźcowana i wiecznie rozproszona tymi reklamami… Tylko czy argument o zaśmieconej głowie jest ważny dla kogoś poza mną? Czy on nie jest jeszcze bardziej elitarystyczny niż argument o zaśmieconej przestrzeni publicznej? Po prostu: czy dla każdego wartością jest to, że nic nie przeszkadza mu w myśleniu? 

niedziela, 28 grudnia 2008

Ostrowiec Świętokrzyski

Oto co stoi na ostrowieckim rynku:


Uśmiałam się serdecznie, a potem zaczęłam szukać w internecie opinii tutejszych ludzi. Wniosek z badań: zbiorowo udają, że jest to fontanna i że z niczym innym im się to nie kojarzy.

Widziałam też, że lubią to fotografować zarówno w stylu malowniczo-widokówkowym, jak i w konwencji zdjęcia rodzinnego. Ale niespecjalnie temu się dziwię, a tym bardziej nie będę oceniać. Ten rynek to jedyne ładne miejsce w mieście. Kilka lat temu zmieniono mu design z peerelowskiego na marmurowy niby-wielkomiejski luksus. A tęsknota za tym luksusem jest tu chyba duża, bo nawet siedziska ławek zrobiono z marmuru. Latem nagrzewają się niemiłosiernie, a zimą mrożą grożąc wilkiem, więc są w zasadzie bezużyteczne. Słowem, koszmar architektury w ukrytym wymiarze. Ale nie to się liczy, lecz to, żeby były światła i marmury, żeby było z przepychem i miejskim szykiem. Taki właśnie styl ma migocząca gigantyczna ozdoba świąteczna.

Przy okazji szukania, co tutejsi myślą o świetlistym kutasokształcie, przekopałam cały internetowy album "Ostrowiec dzisiaj" i znalazłam sporo zdjęć, na których Ostrowiec ma być malowniczy i wielkomiejski, szczególnie nocą. I w ogóle ma udawać, że jest miastem marmurowych ławek. Za to postindustrialno-surrealistyczny poetycki kicz, do którego ja mam słabość, nie cieszy się tutaj estymą. Chociaż czasem coś się znajdzie, na przykład takie zdjęcie autorstwa jacka-balona:


A mnie to się wydaje, że Ostrowiec taki po prostu jest: jak nie poprzemysłowy, to dziwaczny. I że cały składa się albo z zaułków, albo z ruder.

No dobra. Skoro już wiem, że nie każdy tak to widzi, mogę spokojnie poddać się swoim ciągotom do low-life'u.

Zacznijmy od szczytu poezji, czyli tak zwanego Samolotu. Fotkę, oddającą klimat o który mi chodzi, znalazłam w rzeczonym albumie. Zrobił ją kost i zatytułował ją 'Maszina' nocą:


Obiekt ten nazywany jest po prostu Samolotem. Stoi pośród bloków, na osiedlu, umieszczony dość wysoko na wysięgniku. Nie ma tu tabliczki informującej, żeby to był pomnik, na przykład, ku chwale polskich lotników. Wywiad wśród tutejszych potwierdza: Samolot jest odbierany jako dekoracja, a nie obiekt artystyczny. Mimo to konotacje są przecież jasne. Bombowiec w środku miasta jest groźny, dziwaczny, niepokojący, taki jak wojna. Ale to wszystko jest odbierane nieświadomie. Przynajmniej ja przez lata myślałam, że to ozdoba, może trochę dziwna, ale to tak zawsze jest z użytecznymi rzeczami, które otrzymują drugie życie w roli dekoracji. Dopiero jak teraz patrzę na ten wspornik - ekspresjonistyczny, jak gdyby grożący zawaleniem, i na pewno wyglądający tak nieprzypadkowo, to widzę, że to jakiś artysta ukartował taki nieświadomy odbiór wojennego pomnika. Spryciarz.

Drugą rzeczą jest coś, co jest kwintesencją ostrowieckiego postindustrialu, postsocrealu i surrealu. Chodzi o wielgachnego pasiastego grzyba:


Jeśli o mnie chodzi, to nie miałabym nic przeciwko temu, żeby ta wieża była podświetlona zamiast mieszczańskiego kościoła na górce (widać go w tle na pierwszym zdjęciu). Wieża jest tajemnicza, groźna, charakterystyczna. Coś takiego przystałoby jako symbol hutniczemu miastu. Ale tutejsi za nią nie przepadają. Na forum nazywają ją ostrowieckim straszydłem i mają na nią pomysły następujące:
zburzyć, bo brzydka,
namalować na niej herb miasta, żeby była ładna,
przerobić ją na ściankę wspinaczkową.

Tyle - rojenia zblazowanych forumowiczów. Również jej właściciel kombinował w tym kierunku, przy czym ofkorsa miał większe możliwości działania. I wykombinował. Jego pomysł polega na "zagospodarowaniu powierzchni wieży ciśnień". Powierzchni, znaczy powierzchni reklamowej. Trzy banery reklamowe będą miały po osiem i pół na siedem metrów i, jeśli ktoś odpowiedział na ogłoszenie ze zleceniem, z którego to wszystko wiem, to zawisną w Sylwestra.

A fu. Tego typu low-life'u, polegającego na zasłanianiu ruder reklamami, już nie lubię. Za cholerę nie jest malowniczy.

Nie to, co taka na przykład prowadząca donikąd kolumnada, która niczego nie podpiera...




* * *

Post scriptum z 1 I 2009:
banery na wieży ciśnień podobnież się nie pojawiły. I niech tak zostanie jak najdłużej.