sobota, 26 kwietnia 2014

Hinda, Chanina i Polacy

Chanina Malachi urodził się jako Chanina Szerman w 1918 r. Miał sześcioro rodzeństwa, a rodzice – Szmuel i Fajga Szermanowie – mieli sklep z tkaninami. Nie wiodło im się źle. Jako 14-latek Chanina poznał w organizacji młodzieżowej rówieśniczkę Hindę, również córkę właścicieli sklepu bławatnego. Jak można przeczytać w czasopiśmie "Zagłada Żydów. Studia i materiały" nr 3/2007, „ślub odbył się w getcie 14 lutego 1941 roku, a wesele zorganizowali w następny piątek w sali rady gminy. W sobotę wieczorem wszyscy przyjaciele z organizacji młodzieżowej, rodzina i znajomi tańczyli horę i śpiewali syjonistyczne pieśni”.

Hinda i Chanina Malachi, ostrowiacy, autorzy pamiętnika pisanego podczas ukrywania się. © USC Shoah Foundation

Sytuacja w getcie pogarszała się jednak i Hinda, która miała „dobry wygląd” i do tego dobrze mówiła po polsku, dała się namówić mężowi na ucieczkę. Po raz pierwszy z żydowskiej dzielnicy w Ostrowcu wyszła 9 października 1942 roku, w przeddzień „akcji likwidacyjnej”, czyli wywózki ok. 11 tys. ostrowieckich Żydów do Treblinki i zabicia ok. tysiąca ludzi na miejscu.

W ciągu kolejnych dni do wagonów trafiła duża część jej rodziny, ale mąż – 24-letni, młody mężczyzna – ocalał jako zdolny do pracy w hucie

Hinda wracała wielokrotnie do Ostrowca, do swojego Chaniny, którego w pamiętnikach nazywa Heńkiem. Chanina wyglądał bardziej "semicko", ale i aryjski wygląd Hindy nie sprawiał, że była bezpieczna. Żydów zdradzały bowiem nie tylko rysy, ale też wystraszone oczy, ruchy za szybkie albo spowolnione i setki innych rzeczy. Przed kim zdradzały? No właśnie... z wojennego pamiętnika Hindy wynika, że to nie Niemcy, tylko Polacy rozpoznawali i ujawniali Żydów.
Gdyby nie oni, dużo by się [Żydów] mogło uratować, oni byli przeszkodą na każdym kroku. Jeżeli nie wskazali Niemcom, to zabierali sami wszystko, a Żyd stał bez możności dalszego ratowania się, bo bez pieniędzy nikt go nie chciał przez próg puścić.
Po pierwsze, Niemcy nie potrafili dobrze rozpoznawać Żydów. Polakom szło to o wiele lepiej. Przecież żyli wśród nich przez lata, znali nie tylko konkretne osoby, ale też sposób zachowania, zwyczaje, stroje, wiedzieli też o wiele lepiej, jakie przyjmują strategie przetrwania. Po drugie, wielu Polaków – skala zjawiska jest trudna do oszacowania, ale nie była to kwestia marginalna – w pogarszającym się położeniu Żydów widziało szansę na poprawienie własnego losu. Raz, można było zarobić na pomocy Żydom albo na jej udawaniu. Dwa, można było wykorzystać rzeczy pozostawiane po zabitych albo wywożonych. Po trzecie, byli też tacy, którzy wydanie Żydów uważali za swój obowiązek i robili to bezinteresownie, tak jak prostytutka ze wspomnień Janiny Sobczak-Rusteckiej. To właśnie takie postawy i ich powszechność doprowadziły Hindę do przekonania, że Polacy skazują Żydów na powolną śmierć.

Moralna zapaść
Było to w piątek, wśród gotowania i pieczenia zostałam oderwana nagle i już o 4-ej p.p. dzięki staraniom Frani wyjechałam z panią Bram jako Halina Stawiarska do Ćmielowa, skąd wieczornym pociągiem miałyśmy dalej jechać do Skarżyska, a stamtąd na Czerniecką Górę. Nigdy nie zapomnę mego wyjścia z mieszkania rodziców. Primo, że chciałam się z nimi pożegnać (jedynie Heniek mnie w czoło pocałował), by nie mieć śladu łez na twarzy, ale czułam wychodząc, że każdy płacze i myśli w tej chwili to samo, co ja: czy się jeszcze w życiu zobaczymy? Niestety - z Franią, Kubusiem, Blimcią i Dorką już się więcej nigdy nie zobaczę. Z przyczyn mnie nieznanych p. Bram zdecydowała wyjechać następnego dnia rano, a na noc mnie ulokowała za protekcją jej znajomej dentystki u jednych państwa na ul. Sandomierskiej, przedstawiając mnie jako warszawiankę, uciekinierkę przed łapankami. Drugiego dnia rano przyszła po mnie pani dentystka, ośwadczając, że p. Br[am] wyjechała do Ostrowca na zwiady, bo chce Franię z Kubusiem też tu zabrać, byśmy już razem wyjechali na Czarniecką Górę.
Ten sobotni ranek spędziłam u pewnej szmuklerki, która mnie zakluczyła i poszła na wieś. Leżałam cały dzień w łóżku, nic nie jedząc i myślałam o moim smutnym losie, próbując siebie usprawiedliwić, że wyjechałam się ratować sama, ale miałam wtedy szaloną chęć wrócić. Wieczorem przyszła po mnie p. Br[am], przywożąc mi z Ostrowca od mamy kilka jabłek. Jak się później okazało, mama jej dała również majtki wełniane, komplet elastyczny, ręcznik kąpielowy itp. rzeczy, które by mi się bardzo przydały, bo wyjechałam na letniaka, a zaczynało się robić chłodno. Bramowa mi o tym wszystkim nie wspomniała, skarżyła się, że mama nie miała do niej zaufania, bo mąż chciał dać kilka kuponów materiału, a ona nie dała. I tym razem nie wyjechałam z Ćmielowa, ulokowała mnie znowu u jednej kobiety z synkiem, której mąż był w Niemczech na robotach, na ul. Zamkowej 11. Wtedy już straciłam całe zaufanie do mojej przewodniczki, do której przemawiałam jak do matki, a ona tylko chciała wiedzieć, ile mam pieniędzy przy sobie.
To, co robi Bramowa, to kradzież. Tym gorsza ta kradzież, że okradana nie może się bronić: ma ograniczoną możliwość poruszania się i jest skazana na Bramową jako łączniczkę z rodziną i przewodniczkę podczas ucieczki. Bramowa za swoje usługi dostaje pieniądze, ale chce wiedzieć, ile Hinda ma jeszcze przy sobie, żeby móc określić, ile jeszcze od Hindy może dostać. Być może dlatego córka właścicieli sklepu bławatnego nie może przez dobrych kilka dni wydostać się z Ćmielowa – pani Bram wymyśla kolejne dobre powody, by ją zatrzymać pod swoją opieką. Hinda i pani Bram mają zatem różne cele: dla Hindy jest nią ucieczka przed śmiercią, dla Bramowej –  zysk.

Jeszcze w Ćmielowie do Hindy docierają informacje o likwidacji getta w Ostrowcu, a potem obserwuje ona wysiedlenie Żydów z miasteczka:
Nazajutrz w piątek było wysiedlenie w Ćmielowie, ja nie miałam gdzie być [...] i stałam cały czas niedaleko wagonów, do których wpędzano nieszczęśliwych. Zaraz po tym poszłam na miasto, spotykając na ulicach kilka trupów i widziałam, jak Polacy umizgują się do żandarmów, by im coś dali z domów żydowskich, a na chodnikach i szosach moc podartych modlitewników.
Po Żydach w miasteczku zostaje dobytek – niewiele rzeczy mogli ze sobą zabrać. To, co pozostaje, Polacy traktują jak niczyje. Tak jakby Żydzi byli nikim, a zabieranie ich rzeczy nie było kradzieżą. Ale Żydzi nie są nikim.

Od początku wojny Niemcy sukcesywnie wprowadzają prawo, które utrudnia, a potem odbiera Żydom środki produkcji, czyli możliwość zarabiania na życie. Pieniędzy jest zatem coraz mniej i musi ich wystarczyć do końca wojny, a zarazem trzeba je wydać nie tylko na chleb. Ubrania, sprzęt domowy i wszystko inne, co może przedstawiać sobą wartość, staje się nagle czymś, za co można kupić pomoc Polaków.
Gdy się nareszcie skomunikowałam z panią Bram, radziła mi wyjechać na razie do Krakowa (...). Musiałam się na to zgodzić, bo nie mialam gdzie być, a ona wzięła garnitur Heńka za to, by mnie ulokować. (...) Dała mi adres znajomej z Konina, p. Celiny Barańskiej, i bardzo czule się pożegnaliśmy, rownież z jej mężem, który już nosił garnitur Heńka.[...]
[W Ćmielowie] moja dawna gospodyni z ul. Zamkowej nie chciała mnie przenocować, opowiedziała mi tylko, że miała powodzenie, bo gdy prowadzili Żydów do wagonów, ona poprosiła ukraińca o chustkę jednej żydówki i ten sciągnął tamtej chustkę dla niej. Złamana, wyczerpana i bez żadnych projektów na przyszłość udałam się znowu na stację, by wyjechać do Skarżyska - może tam będę mogła przespać u jakiegoś kolejarza, bo już byłam strasznie zmęczona i pragnęłam tylko łóżka. Bilet dostałam na pociąg nocny, który odchodził dopiero o 4-ej nad ranem. Usiadłam na ławce i zaczęłam drzemać, ale przysiadł się do mnie jakiś młodzieniec, czarny jak cygan, poznałam że to nie Polak. Był to Węgier. Mówiliśmy o różnych rzeczach, a gdy zaczął źle mówić o Żydach, nie mogłam wytrzymać, tem bardziej że mnie już na niczym nie zależało i zaczęłam ich bronić. Oczywiście się domyślił, kim jestem, bo kto teraz broni Żydów, przeciwnie, każdy Polak ma satysfakcję i wszędzie o tym rozpowiada. Przyznałam się, że jestem żydówką, na co on zareagował gwałtownym powstaniem z miejsca, pokazując mi jakiś papier, jakoby on był w "Gestapo" niemieckim. Później kazał, bym z nim wyszła na peron i tam zażądał, bym mu się oddała, to mnie zostawi przy życiu, bo jego obowiązkiem jest mnie dostarczyć do "Gestapo". Odpowiedziałam mu, że mi obojętne jest życie i się nigdy nikomu nie oddam. Jakoś się zlitował, wprowadził z powrotem do poczekalni, bo drżałam z zimna i tam mu wszystko o sobie opowiedziałam. Radził mi nie zważać na męża i rodziny, bo jeżeli nawet zostali w pierwszej akcji, to też zostaną w końcu wykończeni, alle wyjechać do Krakowa, zgłosić się do Arbeitsamtu, jako ochotniczka do Niemiec. Zwrócił  mi też uwagę na wymowę litery "ł". Potem poczęstował cukierkami i pożegnał, bo jego pociąg przyjechał. Ja natomiast, nie zważając na jego lekcję, pojechałam do Skarżyska, by odpocząć, dowiedzieć się co w Ostr[owcu] słychać i dalej nie myślałam.

Pamiętnik Hindy Malachi pokazuje moralną zapaść. To, jak ludzie mniej prześladowani rzucają się na swoich bardziej prześladowanych sąsiadów. Działają według nazistowskiego podziału na ludzi i nie-ludzi. Wtórują Niemcom w odzieraniu Żydów ze wszystkiego, co może się przydać. Gdy ukrywający się sąsiad już nic nie ma, to sprawdzą szantażem, czy na pewno już nie da się nijak skorzystać z tej sprzyjającej okoliczności, którą jest bliskość osoby pozbawianej praw człowieka.

Ta moralna zapaść nie wzięła się znikąd. Jej źródłem jest antysemityzm, przekonanie o własnej względem Żydów wyższości. Jeśli bowiem uwierzy się, że Żydzi są źli, gorsi od nas, mniej ludzcy, to w wojennych okolicznościach łatwo zacząć wymuszać ich podległość: seks, oddawanie rzeczy czy słone opłacanie samego faktu, że mają szanse przeżyć jeszcze jeden dzień.

Epilog

Hinda i Chanina Malachi napisali swoje pamiętniki w języku polskim. Powstawały w Warszawie, dokąd Hinda uciekła po kilku tygodniach błąkania się opisanego w cytatach powyżej. Ona, a potem jej mąż piszą w zeszycie w kratkę, później ukryją zeszyt w Pruszkowie w chlewiku.

Po wojennych przeżyciach, a raczej po wojennym przeżyciu cudem wojny Szermanowie wyjechali z Polski i zmienili nazwisko na Malachi. Kiedy w latach 90. opowiadali o swoim życiu i doświadczeniu Zagłady wolontariuszom Fundacji Instytutu Shoah, oboje mówili po hebrajsku. Jakby nie chcieli, żeby ich opowieści trafiły do nie-Żydów, od których nigdy nie spotkało ich nic dobrego.

Przypisy

Cytaty pochodzą z Dziennika Hindy i Chaniny Malachi, wstęp Jan Grabowski, Lea Balint; oprac. Barbara Engelking. „Zagłada Żydów. Studia i materiały” nr 3/ 2007.

Zdjęcie pochodzi z wywiadu znajdującego się w  w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Mal´akhi, Hanina. Wywiad 9652. Visual History Archive. USC Shoah Foundation1996. Dostęp: 26 IV 2014 r.

O szmalcowaniu, czyli szantażowaniu Żydów w czasie okupacji hitlerowskiej, wymuszaniu okupów pod groźbą wydania Gestapo, można przeczytać np. w książce Jana Grabowskiego „Ja tego Żyda znam!" Szantażowanie Żydów w Warszawie, 1939-1943.

Historię Malachich omówił również Jan Grabowski w artykule Ratowanie Żydów za pieniądze – przemysł pomocy ("Zagłada Żydów. Studia i materiały" nr 4/2008). Anglojęzyczna wersja tego artykułu znajduje się w publikacji Inferno of choices. Poles and the Holocaust, dostępnej za darmo - link otwiera się w .pdf, a akapity o Malachich znajdują się na stronach 346-347.

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Żeromski po hebrajsku

Sąd rabinacki, bejt din, jest bardzo starą żydowską instytucją. 
Bejt din był pewnego rodzaju połączeniem sądu, synagogi, domu nauki, a nawet, można powiedzieć, gabinetu psychoanalityka, gdzie mogą przyjść ludzie chorzy na duszy, żeby otworzyć serce.
Tak o bejt dinie – sądzie rabinackim – pisał Isaac Bashewis Singer, noblista, syn polskiego dajana (sędziego sądu żydowskiego), w swojej książce „Urząd mojego ojca”.

Sąd między Polakami
W Ostrowcu też mieliśmy taki sąd rabinacki. Tuż przed wojną jego urzędnikiem, czyli dajanem, był Josek (Icchak Meir) Hocherman, ojciec Lei Hocherman. Zatrudniony przez gminę żydowską, w 1930 roku zarabiał 4200 zł rocznie. Przeprowadzał rozwody i rytuały zaślubin, rozstrzygał spory, wydawał też opinie w sprawach koszerności.

O tym, jak sprawy swojego ojca wspomina Singer, można przekonać się czytając książkę. A tak rolę ostrowieckiego sędziego wspomina jego córka:
Ojciec prowadził rozprawy sądowe w domu. Między Żydami, ale też między Polakami. Tak, woleli sądy mojego ojca bardziej niż sądy polskie, byli bardzo zadowoleni, uważali, że mój ojciec jest sprawiedliwy. To było uznawane przez państwo - [taki sąd] według żydowskich praw.
Ten fragment mnie zaskoczył. Przecież stereotyp jest taki, że Żydzi nie byli przez Polaków szanowani. Spotkałam się wręcz z diagnozą, że w międzywojniu Żydzi w Polsce byli bardziej nietykalni niż ciemnoskórzy w Stanach w tym samym czasie. Trudno więc wyobrazić sobie sytuację, w której Polak przychodzi do Żyda jako do autorytetu moralnego.

Może Hocherman pełnił funkcję dzisiejszego mediatora, czyli osoby, która pomaga się pogodzić bez chodzenia do sądu? Może bejt din stanowił mniej zobowiązującą alternatywę dla oficjalnego procesu w państwowym sądzie? Nie wiem. To wszystko hipotezy. Może powody były jeszcze inne.

Szkoła przyjazna dla Żydów

Ortodoksyjni Żydzi i chasydzi byli mizoginami. W urzędzie ojca Singera nie było miejsc siedzących dla kobiet, a religijny Żyd nie mógł patrzeć na kobiety. Sądzę, że wspomnienia kobiety mniej by ich obchodziły niż to, co zapamiętałby mężczyzna. Cieszę się więc, że mogę cytować właśnie córkę dajana, Sofię Novak, urodzoną  w 1911 roku w Częstochowie jako Lea Hocherman.
Wszyscy bracia ojca byli fabrykantami. - opowiada pani Novak. - Bogatymi. Ojciec jako jedyny był talmudystą. Wysokiej klasy. Interesy mu nie szły i dlatego po I wojnie światowej wyjechał z Częstochowy do Ostrowca, gdzie miał szwagra, wielkiego ostrowieckiego rabina. Tam zrobił szkołę i został dajanem. Życie rodzinne było biedne, ale szczęśliwe. Ojciec prowadził rozprawy sądowe w swoim – dużym – pokoju.
Córka podrabina Hochermana była zdolną dziewczynką, chciała dalej się uczyć, ale w Ostrowcu nie było odpowiedniej szkoły. Było tu wprawdzie gimnazjum, ale trzeba było chodzić do szkoły w sobotę. Ojciec nie zgadzał się na naukę w szabas, dzień wypoczynku, więc córka wyjechała do Częstochowy. Po pierwsze, miała tam dalszą rodzinę, a po drugie, W Częstochowie była szkoła polska, ale uwzględniająca potrzeby żydowskich rodzin, czyli przestrzeganie szabasu.

I znów mam złośliwą satysfakcję, tym razem dlatego, że ta Jew-friendly szkoła była właśnie w Częstochowie, tym bastionie katolicyzmu z „Potopu” Sienkiewicza.

Zresztą to niejedyny zaskakujący miks polsko-żydowski w jej opowieści. Oto mój ulubiony:
Ojciec był religijny – opowiada Lea-Zofia – ale nie wszystkie dzieci [poszły w jego ślady]. Jeden brat był w jesziwie w Lublinie, drugi też był religijny, ale reszta braci i sióstr nie. Bracia znali talmud, byli bardzo oczytani. Czytali po hebrajsku nawet polskie powieści – Żeromskiego, Słowackiego.
Kto by pomyślał! Wprawdzie w ksiązce "Żydzi ostrowieccy" można przeczytać, że więcej czytały kobiety niż mężczyźni. Że czytano literaturę romantyczną, Sienkiewicza, Przybyszewskiego, Orzeszkową, Rodziewiczównę czy Mniszkównę. Że "niewielkie zainteresowanie literaturą żydowską [wśród Żydów] wynikało z jej ubogiej fabuły. Zarówno literatura w języku jidysz, jak i hebrajska unikały wątków przygodowych". Ale nie spodziewałabym się, że te polskie książki tłumaczono na hebrajski.

*

Wypowiedzi pani Sofii Novak pochodzą z wywiadu znajdującego się w  w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Novak, Sofiyah. Wywiad Sofiyah. Visual History Archive. USC Shoah Foundation.1996. Dostęp: 21 I 2014 r.

niedziela, 6 kwietnia 2014

Fajga z synkiem w kościele

Janina Sobczak-Rustecka urodziła się w 1913 roku w Ostrowcu jako Fajga Weintraub, zdrobniale mówiła o sobie Fela. Z rodzicami mieszkała przy ul Czystej w domu Szpigla (gdzie dokładnie on stał, wie ktoś?). Byli bardzo biedni, więc mała Fajga zarabiała na rodzinę ucząc inne dzieci ze szkoły powszechnej. Potem wyszła za mąż za Mosze Żabnera i zamieszkała przy ul. Młyńskiej.

Fajga-Fela w mieszkaniu przy ul. Młyńskiej. © USC Shoah Foundation
Fela pracowała w związku zawodowym transportowców i nie prowadziła koszernej kuchni. Mosze, choć był synem szojcheta, czyli rytualnego rzezaka odpowiadającego za ubój rytualny, sam był lewicujący. Zginął w czasie wojny.

Fela-Fajga-Janina wojnę przeżyła. W 1996 roku opowiedziała o wojnie, a także tym, co było przed i po. Nagranie znajduje się w archiwum Instytutu Fundacji Spielberga.
Nie wiedziałam rodziców, ani swoich, ani nikogo z rodziny ani rodziców męża. Ja wyszłam z domu, mając 220 zł, bo tyle uzyskałam. To był dzień przed... wieczór przed zabraniem męża do getta. 220 złotych. I poszłam z Kostuchą do jego siostry Okólskiej. W tymże samym mieście [Ostrowcu], tylko w drugim końcu miasta. I tam byłam przed długi czas, jakieś dwa-trzy tygodnie. Nie wiem, raczej dwa tygodnie. 
I któregoś dnia przyleciała synowa Kostuchy zawiadomić mnie, że gestapo jedzie do Okólskich, żeby aresztować młodszą córkę Okólskich za to, że w kawiarni pobrała parę groszy więcej za kawę od Niemca. Zanim oni samochodami dojechali do tego miejsca, to ja zdołałam z dzieckiem uciec z domu. Nieubrana, tak jak [stałam], złapałam [dziecko] za rękę i wyszłam.  
To jest jesień. I nie mam już kontaktu z nikim. 
Zabrali córkę [Okólskich], wyszedł potem ten syn i powiedział: - Tutaj pani wrócić już nie może. 
Sama wiedziałam, że już nie mogę, bo mnie i sąsiedzi widzieli... Przyniósł mi płaszcz, przyniósł mi tam co miałam i... Jeszcze widno było, więc boję się po mieści - jestem w Ostrowcu - poruszać.  
Syn mówi: mama, chodźmy do kościoła. 
Lubił chodzić do kościoła. Miałam sprzątaczkę, która prowadzała go do kościoła. O czym ja nie wiedziałam. Ale: - Chodźmy do kościoła. - Zbawienie - poszłam do kościoła.  
I przesiedzieliśmy tam ze dwie... aż się ściemniło, i wyszłam. 
Jechała furmanka. Kobieta prowadziła furmankę. Zatrzymałam i zapytałam, dokąd jedzie. 
Podała mi nazwę miejscowości, której nigdy w życiu nie znałam.  
- Ach, świetnie! - powiedziałam. - Bo ja też tam chciałam pojechać. Może mnie pani zabierze?
- Chętnie.  
Zabrała mnie z dzieckiem. Jedziemy. Mówię: - Może mogłabym u pani przenocować? - Bardzo chętnie - odpowiedziała - ale niestety dzisiaj nie mogę, bo mój mąż jest żandarmem i dzisiaj wykańcza Żydów w Ostrowcu.  
Podziękowałam. 
- Ale ja panią zawiozę do mojej siostry.  
I zawiozła do swojej siostry. Ja już tam weszłam jako jej znajoma. Poczęstowano nas kolacją, zrobiono miejsce do spania. Powiedziałam, że jestem z Warszawy i że będę robiła zakupy tutaj. Rano córka ich poszła ze mną do jakiejś gospodyni, tam kupiłam serek, kawałek masła. Podziękowałam za to śniadanie czy kolację, zapłaciłam, nie chcieli pieniędzy, parę groszy. I wyszłam do tego miasteczka, nie wiedząc nawet, w jakim jestem miasteczku, do herbaciarni jakiejś, żeby dziecku kupić szklankę herbaty. I wtedy, kiedy piliśmy herbatę, odezwała się kobieta - prostytutka ostrowiecka - którą widziałam i ona mnie znała: 
- Co tu pani robi? Dlaczego bez opaski? Przecież Żydów wysłali, zabrali do getta, co tu pani robi?  
Przerażona, szybko złapałam dziecko za rękę, parę groszy zostawiłam na stole za herbatę i wyszłam.
Są Okólscy, którzy pomagają. Są sąsiedzi, przed którymi należy się ukrywać, pewnie mogą donieść Niemcom o Żydówce. Jest mały żydowski chłopiec, którego polska służąca nauczyła chodzić do katolickiego kościoła. Jest też życzliwa kobieta z wozem drabiniastym i jej mąż, żandarm, czyli granatowy policjant, który pomaga Niemcom zabijać Żydów. Ludzie na wsi, którzy bezinteresownie przenocują, dadzą posiłek i nie zechcą pieniędzy. Kobieta, która równie bezinteresownie zadenuncjuje uciekającą.

Bardzo dużo Polaków. Jedni życzliwi, inni wrodzy wobec sąsiadki. Ta historia może poprzeć zarówno przekonanie o tym, jak Polacy Żydom uciekać pomagali (o czym mówiliśmy przez lata), jak i o tym, jak Polacy Niemcom Żydów zabijać pomagali (o czym mówimy od kilku lat). Podkopuje jednak pewność co do tego, że Żydzi byli oddzielni, niezwiązani z Polakami, żyli gdzieśtam sobie, Niemcy przyszli i ich zabili, co my, Polacy, mieliśmy tu do gadania... Nie. Polacy i Żydzi, chrześcijanie i Żydzi żyli obok siebie. Znali się i mogli wpływać na swoje losy.

Swoją drogą, wyrażenie "Polacy i Żydzi" jest niedokładne i niedobre. Wielu Żydów czuło się Polakami, byli tacy, którzy lepiej znali powieści Żeromskiego niż hebrajski. Z kolei "chrześcijanie i Żydzi" zakłada podział według religii, co też źle opisuje holocaust. Dla hitlerowców nie liczyła się religia, tylko pochodzenie. Niewierzący członek socjalistycznego Bundu stawał się mieszkańcem getta, a potem ginął na równi z chasydem. Zresztą dla wielu Żydów – i chrześcijan – w tym czasie coraz mniej ważne były religijne rytuały.

Fela Weintraub po wojnie została w Polsce. Ale widać wystraszyła się, że na swojej drodze spotka jeszcze niejedną bezinteresownie nieżyczliwą prostytutkę, bo pozostała przy polsko brzmiącym nazwisku Sobczak, nie wróciła do przedwojennego nazwiska.

W 1944 ukrywała się – razem z AK-owcami – w bazylice na warszawskiej Szmulowiźnie. Jeszcze gdy spadały bomby, zaczęła pracować (najpierw za sam wikt) w związku zawodowym w Warszawie. Tam poznała Jana Rusteckiego, z którym spędziła resztę życia. Pracowała przy odbudowie Warszawy, a później m.in. w centrali związków zawodowych.

Ostrowiaczka Janina-Fajga przy odbudowie Warszawy. Na zdjęciu na samej górze, stoi bokiem. © USC Shoah Foundation
Po wojnie skończyła studia, obroniła doktorat, a potem uzyskała tytuł docenta; była ekonomistką, zajmowała się m.in. kosztami społeczno-gospodarczymi wypadków przy pracy i świadczeniami socjalnymi. Zmarła w kwietniu 1998 roku, miała 85 lat.

Cytat i obrazy pochodzą z wywiadu znajdującego się w  w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Sobczak-Rustecka, Janina. Wywiad 7812. Visual History Archive. USC Shoah Foundation.1996. Dostęp: 20 XII 2013 r.