poniedziałek, 20 lutego 2012

Mitologiczna moc Warszawy, czyli rozwarszawianie się

Na debacie o tożsamości Warszawy Paweł Dunin-Wąsowicz powiedział: "do Warszawy przyjeżdżają najlepsi albo tacy, którzy za najlepszych się uważają". W związku z tym przypomniało mi się cudowne słowo rozwarszawiać się (funkcjonuje chyba raczej poza Warszawą, ciekawe czemu). Świetnie opisuje to, jak mieszkańcy Warszawy są widziani z zewnątrz, bo rozwarszawiać się znaczy "rozpychać się, zajmować za dużo miejsca, być zbyt pewnym siebie".

Na zdrowy rozum Warszawa nie powinna tak się wyróżniać. W Polsce istnieją "regionalne centra wzrostu", mówiąc po ludzku, te mniejsze miasta nie są takie małe, jak to się zdarza w innych europejskich krajach.

A jednak to w Warszawie trzeba się znaleźć, żeby stać się widocznym – to znaczy, taki jest mit Warszawy. Ten mit świetnie widać w you-tube'owych filmikach Sióstr Knyś: dziewczyny mieszkają na prowincji, Klaudia tańczy, Jolka śpiewa, oczywiście we wsi, w której żyją, nikt ich nie zauważa. One chyba wcale tym się nie przejmują, za to dołują się myślą, że "w Warszawie to w ogóle nas wszyscy wyśmieją" (tu). Któregoś dnia dziewczyny jadą do Warszawy i szukają siedziby „Dzień Dobry TVN”, bo Jolka chce poznać kogoś i zrobić karierę (tu). Oczywiście wszystko przerysowane, jak to w fikcji, ale jest też ziarenko prawdy.

Do Warszawy jedzie się zaprotestować przeciwko na ulicach; do telewizji pokazać, że „mam talent”; szukać pracy i przy okazji niesprecyzowanego szczęścia. Zaryzykowałabym tezę, że Warszawa – właśnie przez to, że według tych wyobrażeń jest to miejsce mocne, jakościowo lepsze (hm, pasowałby mi tu jakiś cytacik z Eliadego) – jest postrzegana jako centrum w sensie antropologicznym, pępek świata, nasz mały polski axis mundi. A może nie, może jako anus mundi, rozsadnik rozwarszawiaczy? Co o tym myślicie? Pytam szczególnie tych, którzy patrzą (albo patrzyli kiedyś, pozdrowienia dla imigrantów) z zewnątrz albo znają cytaciki z Eliadego.

Ale, jak mawia Paulo C., sens jest w tym, żeby iść, a nie dojść. Kiedy już się tutaj jest, okazuje się, że jest to miejsce jak każde inne, żaden tam pępek. Mamtalentów jest tutaj na pęczki i zajmują się oni, tak jak w całym kraju, głównie sprzedawaniem marchwi z groszkiem w sklepach z garmażem, art directorki palą w piecach porąbanymi futrynami ze zdemontowanych okien (to znowu anegdota Dunina-Wąsowicza z tej samej debaty), a szczęścia jest z tego całego warszawskiego ruchu tyle, co kot napłakał. Nic specjalnego.

I tylko "Dzień Dobry TVN" mówi stąd radośnie na całą Polsce, że „Reni Jusis urodziła cureczkę”.



Żeby oddać sprawiedliwość wszystkim uczestnikom debaty: szczególnie super rzeczy mówiły Kaja Malanowska i Bogna Świątkowska, które spierały się trochę z Markiem Kochanem, też imponującym retorycznie. Byli też Joanna Frużyńska i Bohdan Sławiński. Wszystko poprowadził Xawery Stańczyk z "Res Publiki Nowej".

piątek, 20 stycznia 2012

Nie baw się Klout Scorem

Pracodawcy potrafią być bardzo kreatywni przy zatrudnianiu. Wymyślają różne fantazyjne dyscypliny dla aplikujących, biegi przez płotki, testy, zadania, czasem trzeba przygotować CV w Power Poincie albo poważną merytoryczną prezentację na rozmowę. Z jednej strony rozumiem, bo tych aplikujących jak psów i trzeba jakoś zmniejszyć ich liczbę, z drugiej strony czasami szkoda mi mojego czasu, ale trudno, it’s a bad time to be young and Polish.

Ostatnio jeden pracodawca poprosił o podanie Klout Score. Sprawdziłam i okazało się, że niezły babilon: Klout jest aplikacją metaspołecznościową, która ocenia jakość obecności osoby na portalach społecznościowych typu Facebook, Twitter, Google+, Last.Fm, Blogger. Można tam podpiąć swoje konta z wymienionych platform i jeszcze innych, w sumie z 13 portali społecznościowych. Aplikacja mierzy jakimś algorytmem wpływ właściciela kont na krąg jego znajomych, nie wiem, co to za algorytm, bo nie ma za dużo informacji o tym, może wcale nie mierzy jakości, tylko ilość? W każdym razie coś tam mierzy i wyrzuca z siebie cyferki od 0 do 100, co daje wrażenie naukowości wyniku.

To, co proponuje Klout, to kontynuacja bezsensownego ścigania się: kto ma więcej znajomych, lajków, kto jest najbardziej lubiany i popularny. Zdarza się to ludziom na portalach społecznościowych, choć jest to działalność raczej wstydliwa – wszyscy przecież wiemy, że to nie ilość, a jakość znajomych się liczy; że o wartości człowieka nie decyduje ilość kontentu umieszczonego na Facebooku ani poziom ukontentowania znajomych. Przeciwnie, spędzanie czasu na Facebooku bywa ucieczką od rzeczywistości. Ale w praktyce łatwo dajemy się wciągnąć w rywalizację.

Klout oferuje sumowanie popularności z różnych portali, dając wrażenie większej wiarygodności wyniku. Do tego upublicznia ten wynik, zakłada, że się na to zgadzasz, czyli zobaczą go wszyscy Twoi znajomi. Zatem jest to gra typu agonicznego: wchodzisz w ściganie się z innymi w ustalonej kategorii. Choć ta kategoria jest niepoważna, to nikt nie chce wyjść na społecznościowego lamera. Mówiąc językiem marketingowców, jest to aplikacja grywalizacyjna. (Termin grywalizacja jest okej, dlatego do niego odsyłam, fajnie opisuje to, o co chodzi, choć nie wiem, po co wymyślać nowy termin na to, co już 50 lat temu – w 1958 roku – Roger Caillois trafnie nazwał grą typu agon.)

Aha. Oczywiście Klout powstał z myślą o firmach, które będą chciały mierzyć efekty swojej obecności w Internecie. Moja czy Wasza tam obecność – pod warunkiem oczywiście, że mówię do artystów, bezrobotnych i innych obiboków, a nie poważnych płatników VAT – to naprawdę nie jest cel istnienia tego algorytmu. Jednak podobno i dla firm nie jest to narzędzie warte uwagi. Są kontrowersje z polityką prywatności i z architekturą algorytmu – o tym tutaj.

Nie ma co się jarać tym Kloutem. Wydaje się, że jest tylko zabawką, grą on-line, a liczba przez niego podawana nie powinna mieć wpływu na zatrudnienie.

środa, 21 grudnia 2011

Trupon, czyli kreatywna reklama operacji jaskry

"Czasem by świat nabrał żywszych barw, nie wystarczy zmiana perspektywy. Zafunduj sobie świeże spojrzenie z dzisiejszym grouponem, z którym w częstochowskiej klinice Euromedic zapłacisz 1999 zł zamiast 4000 zł za operację usunięcia zaćmy jednego oka ze wszczepem sztucznej asferycznej soczewki wewnątrzgałkowej."

Nieetyczne to czy tylko niesmaczne? Pewnie można uznać za nieetyczny pomysł reklamowania operacji oka hasłem "świat nabierze żywszych barw". Jednak zdaje się, że tutaj oburzenie etyczne wynika z estetycznego: reklamowanie operacji oka grą słowną związaną z widzeniem świata w jasnych/ciemnych kolorach jest odbierane jako niestosowne, niesmaczne. Są takie tematy, o których mówimy zawsze z szacunkiem i powagą - choroby oczu do nich należą - i estetyka reklamy do nich zwyczajnie nie pasuje. A że komuś obiecuje się, że jego życie nabierze sensu? To samo dzieje się w reklamach sweterków, podpasek, czekoladek...

A'propos niestosownej reklamy, taki obrazek zrobiła straszne-bobo:


Nie wiem, czy w związku z tą niestosownością tamten groupon na jaskrę był nieskutecznym ogłoszeniem reklamowym. Chciałabym napisać, że na pewno był, że ludzie się wszyscy oburzyli na takie żerowanie na nieszczęściu. Ale prawda jest taka, że pewno był skuteczny. Ci, co zobaczyli go (bo jeszcze cokolwiek widzieli), to pewnie kupili.

Ale, że tak Biblią pojadę, widzę źdźbło w oku autora oferty, a nie widzę belki w swoim. Kilka tygodni temu szukałam pracy w Grouponie, aplikowałam na stanowisko osoby piszącej teksty marketingowe. Gdybym dostała tamtą robotę, pewnie kilka dni temu to ja głowiłabym się, jak napisać optymistyczną i dowcipną ofertę operacji na jaskrę.

Zaczęło się obiecująco: korpo zainteresowało się moją CeVką i kazało zrobić kilka zadań, których istotą było właśnie wymyślanie metafor i porównań: "Dobry fryzjer jest jak...".

J. rzucił: "dobry fryzjer jest jak seks. Powinien mieć go każdy, ale prawda jest taka, że niektórzy czeszą się sami." Uśmiałam się i wymyśliłam coś mniej kontrowersyjnego, ale przy następnym zadaniu już nie wytrzymałam. "Napisz ofertę manicure'u; pamiętaj o użyciu porównań" - brzmiało zadanie. No to napisałam: "Jak udowodnił żywot ojca Pio, wygląd dłoni może zadecydować o karierze. Ucz się od świętych, nie lekceważ rąk!". Nigdy już się nie odezwali. Chlip.

Ogłoszenie o jaskrze na stronie Groupona

sobota, 15 października 2011

Oburzeni w Warszawie

Poszłam na marsz oburzonych.

Koło ul. Królewskiej obserwatorka marszu, jakaś starsza pani, zapytała: „a dokąd to idziecie? Na Pałac Zimowy? Dobrze, dobrze, precz z komoruskimi gnidami!” i przyłączyła się, choć wcale nie szliśmy pod żaden Pałac Zimowy, tylko na przystanek autobusowy. Przynajmniej tak uważała pani, która szła za mną. Do swojego dziecka powiedziała: „popatrz Olu, jak nas wszyscy odprowadzają na przystanek”.

Poszłam na ten marsz pomimo poczucia, że wszystko to jest mało profesjonalnie zorganizowane, a myśl przewodnia słabo skrystalizowana. Podoba mi się, że tym młodym ludziom, którzy zwołali zgromadzenie, chce się coś robić. No i czy naprawdę każdy musi mieć profesjonalną stronę internetową, PR, zajebiste zaplecze intelektualne? Ludziom, którzy to wszystko mają, często już nic się nie chce. Nie wierzą, że coś mogą zmienić; mają zbyt duże kwalifikacje i za dużo do stracenia; wierzą, że bardziej opłaca im się biegać jeszcze szybciej niż się buntować.

Ja sama szłam średnio oburzona. Może nie mogę zaspokoić swoich potrzeb, ale w sumie moje życie nie jest najgorsze. Wierzę, że powinnam raczej zweryfikować swoje potrzeby niż oburzać się, że nie mogę ich wszystkich zaspokoić. Poza tym wciąż uważam, że powinnam biegać szybciej.

Zrobiłam się naprawdę oburzona, kiedy po powrocie zobaczyłam relację na Gazeta.pl.
„Oburzeni” w Warszawie. „Chcemy życia w dobrobycie!” [ZOBACZ WIĘCEJ > ZDJĘCIA]. (data dostępu: 15.10.2011, godz. 23:00)
Do zajawki wybrano najgorsze, najbardziej kompromitujące hasło. Na zdjęciach nie widać transparentów ani sensu zgromadzenia. Jest za to informacja, że w manifestacji wzięło udział 100-200 osób; pod zdjęciami mowa już tylko o kilkudziesięciu osobach.

Naprawdę nie wiem, skąd oni wzięli te liczby.Może jedna osoba z aparatem wpadła tam na moment i oszacowała liczbę osób na oko. Wiem jednak, że na początku marszu – kiedy spotkaliśmy staruszkę i matkę z dzieckiem – szło tam kilkakrotnie więcej osób. Spokojnie pół tysiąca.

Jestem zaskoczona takim jednostronnym obrazem manifestacji na Gazeta.pl. Że to garstka licealistów, którzy chcą prawa do dobrobytu. Na warszawskich stronach "Gazety Wyborczej" zwykle nie zauważam przejawów dziennikarstwa przedstawiającego tylko jeden aspekt sprawy w nadziei, że nikt się nie zorientuje, że istnieje też inny. Tym razem tekst napisał Gadosmolesiński.

Update

16 października w południe tytuł na głównej stronie gazeta.pl jest już bardziej stonowany,
Oburzona młodzież maszeruje przez miasto.
Zdjęcia też lepiej skadrowano, ale w leadzie dalej mowa jest o 200 osobach.

Na wyborcza.pl w leadzie widnieje już inna informacja:
Według służb porządkowych, w sobotnim warszawskim marszu wzięło udział ponad 150 osób; według organizatorów - 800.
Spora różnica.

A tak poważnie

Jeśli chcemy walczyć o prawo do zaspokojenia potrzeb – to trzeba te potrzeby wyartykułować. „Chcemy prawa do dobrobytu” to złe hasło, bo każdy albo prawie każdy uważa, że za mało zarabia – czy jest to 1500 zł czy 2500 zł, 5 czy 10 tysięcy. Na ciągłym napędzaniu potrzeby posiadania coraz więcej i więcej opiera się nasza kultura. Warto byłoby określić, jakie są podstawowe potrzeby, które każdy powinien móc zaspokoić, a jeśli nie może tego zrobić sam, powinno mu w tym pomagać państwo. Mieszkanie? Opieka zdrowotna? Jedzenie? Potrzebne są konkrety, żeby nikt nie zarzucał, że Porozumienie 15 października to młodzi z dobrych domów, którym się w dupach poprzewracało.

Fajnie też, że na marszu pojawiły się hasła „możliwy jest inny świat”, „władza w ręce wyobraźni”. Tru, chyba. Trzeba mieć wyobraźnię, żeby wyjść poza konsumpcjonizm i poza mit, że jeśli człowiek odpowiednio bardzo się stara, to odniesie sukces. A samo oburzenie bez wyobraźni to chuja jest warte.

sobota, 8 października 2011

Jak pochować grób, czyli "Obsoletki" Bargielskiej

Taką rozmowę odbyłam w zeszłą niedzielę:

- Wiesz, oglądałam wręczenie Nike w telewizji.
- I kto dostał, Mrożek?
- Nie. Jakiś koleś dostał za książkę "Pióropusz". Lotnik się nazywa.
- Nie znam. Hm, a może Marian Pilot?

No tak. Nie znam się na literaturze najnowszej, ale akurat przypadkiem znam Justynę Bargielską, która dostała nominację.

Czytałam jej "Obsoletki" – książeczkę złożoną ze stronicowych tekścików ociekających groteską jak książki Topora – jakoś w tym samym momencie, kiedy przeprowadziłam się pod Powązki. A w "Obsoletkach" dużo jest o śmierci:
„Jestem kobietą, która urodziła dziecko bez głowy – tak się przedstawiała Beata, chociaż miała w domu starszą córkę, której nic z tych strategicznych części nie brakowało, do czasu, aż urodziła następną. Wtedy zaczęła się przedstawiać: – Jestem kobietą, która urodziła dwoje dzieci z głowami i jedno bez”.
To ulubiony cytat Wierzycielki, która pożyczyła mi Bargielską.

Albo opowiadanie, jak w drodze na rodzinny urlop mijali straszny wypadek samochodu, również wypchanego urlopowymi tobołami. Zginęła kobieta, a jej mąż pewnie
„tak stał, patrzył na zawartość toreb i myślał sobie «nie zauważyłem, żebyśmy brali ten wielki czarny worek»”.
Bargielska jakoś tak łatwo dostrzega w ludzkim ciele niepokojący potencjał stania się martwą rzeczą.

Późnym latem czytałam sobie "Obsoletki" i łaziłam na cmentarze. Zwiedziłam Stare Powązki z mieszczańskimi grobami jeszcze z XIX wieku. Leżą tam ludzie i ich żony: „Stanisław Hiszpański, szewc. Zofia z Wróblewskich, żona”. Zwiedzałam Powązki Wojskowe, gdzie wbrew "wojskowemu" w nazwie leżą Kołakowski, Nałkowska, Tuwim. Bargielska powiedziałaby pewnie, że Powązki to miły park, dużo tu fluoru w ziemi.

Jeszcze jeden fenomen. Czy zainteresowałby Bargielską? Pod Powązkami Wojskowymi są zakładziki pogrzebowe, które oferują

Chować znaczy „trzymać kogoś lub coś w ukryciu” i „składać do grobu”. A dochować? Kojarzy mi się z dochowywaniem tajemnicy. Tym bardziej, że na Powązkach Wojskowych znaleźliśmy takie pochowane groby. Przy głównej alei nagle szereg nagrobków się urywa, zamiast nich wyrasta piękna ściana tuj. A za tujami – elegancko schowane, zarośnięte mchem nagrobki, ba! ogromne pomniki, na które wchodzi się po schodach. To groby Bolesława Bieruta i Juliana Marchlewskiego.

Tak naprawdę słowo „dochować” tutaj, w żargonie branży pogrzebowej, oznacza „dopełnić grób”. Dość to makabryczne, bo w pogrzebie chodzi właśnie o to, żeby był zakończony, jako że ma ułatwić pogodzenie się z czyjąś śmiercią jako naturalną koleją rzeczy, nieuniknionym zakończeniem życia; niezakończony pogrzeb i niedokończony grób to dobry pomysł na film o zombie.

To, co interesuje Bargielską – martwe płody – jest z podobnego porządku makabry między życiem a śmiercią. Póki płody żyją, w Polsce nazywa się je dziećmi będącymi w fazie prenatalnej. Kobiety także myślą o swoich nienarodzonych jeszcze dzieciach jako o dzieciach właśnie, a nie o płodach. Gdy same usuwają ciążę – o! to są przestępczyniami, morderczyniami. Gdy jednak płód sam umiera przed narodzinami, lekarze nagle przestają o nim mówić jako o nienarodzonym dziecku, a niedonoszoną ciążę szpital zwyczajowo wyrzuca razem z pooperacyjnymi odpadami. Tymczasem należałoby albo konsekwentnie nie uznawać śmierci płodu za śmierć podmiotu (i pozwalać na aborcję), albo konsekwentnie traktować płód jak bardzo małe dziecko (i wtedy traktować niedonoszone ciąże tak, jak traktuje się zmarłych – nie przechowywać w szpitalu w jednym koszu z wyrwanymi zębami).

Słowem, Bargielska w "Obsoletkach" pokazuje relację śmierci i pamięci i to, że ciężko znieść śmierci, o których nie wolno mówić.

Z pamięcią o śmierci Bieruta czy Marchlewskiego jest w jakimś sensie podobnie jak z pamięcią o poronionych płodach – choć byli ludźmi, którzy mocno różnią się od niedonoszonych ciąż, bo nie dość, że mieli życiorys znacznie dłuższy niż życie płodowe, to jeszcze sporo namieszali nie tylko w życiu swojej matki, ale milionów ludzi. O ile zmarli przed urodzeniem zazwyczaj nie mają ani jednego pogrzebu, o tyle Bierut i Marchlewski zostali pochowani podwójnie: raz pochowano ich w celu upamiętnienia, a drugi raz pochowano groby za krzakami, żeby o nich zapomnieć.

To tyle, jeśli chodzi o domorosłą tanatologię.

Zanieście świeczkę Marchlewskiemu! A Kuklińskiemu ogarek. Albo odwrotnie.

Grób Marchlewskiego. Źródło: Wikipedia.

czwartek, 15 września 2011

"Przewodnik po warszawskich blokowiskach"

"Czas odczarować słowo «blokowisko». Blok to po prostu wolnostojący budynek wielomieszkaniowy" – tak mówi Jarosław Trybuś "Gazecie Wyborczej". A na okładce swojej książki pisze: "warto się im przyjrzeć. docenić ich różnorodność. Poznać ich historię. Dostrzec urok. Polubić". Warto. Jego książka jednak w tym nie pomaga.

Wydanie "Przewodnika..." jest tylko jedną z wielu akcji, mających na celu odczarowanie bloków. Osiedla interesują twórców i publiczność festiwalu Warszawa w budowie, na rzecz poprawy środowiska mieszkalnego działa stowarzyszenie Odblokuj.org, Co do pojedynczych akcji, performensów, happeningów – te wszystkie czarne kwadraty na ścianach bloków, napisy z zapalonych w oknach świateł nie sposób zliczyć. Już nawet urzędy chcą zmieniać podejście do blokowisk: w czerwcu 2011 r. odbywał się zorganizowany przez urząd warszawskiego Targówka cykl wydarzeń "RE:BLOK: Reaktywacja blokowiska". A to tylko jedne wakacje w jednym polskim mieście.

„Przewodnik…” nie jest wcale taki pionierski. Więc, zamiast tylko cieszyć się, że się ukazał, warto też spojrzeć na sposób ujęcia tematu. A ten zbyt często wpada w koleiny tradycyjnego przewodnika, dla którego najistotniejsze są kościoły i wszystko, co zabytkowe – ocalała na Muranowie świątynia, jeszcze XIX-wieczny drewniany domek na Bródnie, kamienica między blokami. Wolałabym, gdyby oprowadzający po blokowiskach Jarosław Trybuś większą uwagę poświęcił budowlom z wielkiej płyty. Informacje o nich są doprawdy ogólne i jest ich niewiele – i nie jest to retoryczna przesada.

W „Przewodniku…” brakuje informacji o układzie mieszkań na poszczególnych osiedlach. Czy na Chomiczówce kuchnie są ciemne czy jasne? Klatki galeriowe czy pionowe? A jakie wyposażenie było w mieszkaniach? W dodatku wśród punktów, zaznaczonych na mapie jako interesujące i opisanych w krótkim artykule, bloki to zdecydowana mniejszość. Natomiast w każdym rozdziale znajduję informacje o zabytkach i kościołach na danym osiedlu, a w co drugim o podwórkowych kapliczkach, choć ani zabytki, ani kościoły z reguły nie należą one do tego samego założenia architektonicznego co bloki.

Przykład: przewodnik po blokowiskach na Sadach Żoliborskich. Wyróżnionych na mapie miejsc, które warto zwiedzić, jest tylko dziewięć. Cztery z nich znajdują się poza założeniem Sady Żoliborskie, blisko sąsiedniego kwadratu, a właściwie trójkąta między ulicami Krasińskiego, Popiełuszki i Broniewskiego. No dobrze, dlaczego nie mielibyśmy zwiedzić najbliższej okolicy Sadów? Problem w tym, że w całym kwartale sąsiadującym z Sadami Trybuś każe nam zauważyć tylko: a) kościół, b) żeńską szkołę przyklasztorną, c) właz do kanału, którym powstańcy chodzili do śródmieścia, d) historyczną nazwę ulicy. Ja się pytam, co nazwa „Stołeczna” ma do tematu blokowisk? A kościół albo szkoła przyklasztorna?

Obok szkoły przyklasztornej są bloki. Administracyjnie do Sady, ale to już inne założenie architektoniczne. Kiedy powstały? Dlaczego zaprojektowano między nimi tyle zieleni i jak to się stało, że do tej pory żadnemu deweloperowi nie udało się wstawić między nie drugie tyle bloków? I co to za rotunda stoi między blokami? A kogo to obchodzi. Ważny jest kościół, klasztor, właz do kanału oraz przedwojenne tradycje.

To doprawdy kuriozalne, że „Przewodnik po blokowiskach” opowiada nie o blokach, a o tym, co ciekawego, a najlepiej zabytkowego stoi między blokami. Jak to się stało? Być może Jarosław Trybuś chciał opowiedzieć o blokowiskach, ale – jak to się często zdarza podczas snucia gawęd przez przewodników – opowiedziało mu się o czymś innym, o tym, o czym opowiadał już tyle razy i tyle razy słyszał, że niepodobieństwem wydaje się potraktowanie tego jako czegoś nieistotnego. Jak można – pomyślało się autorowi – spacerując po Żoliborzu nie wspomnieć, że tym włazem powstańcy z Powstania Warszawskiego wchodzili do kanału, który prowadził do Śródmieścia?

Być może rozwiązanie zagadki tkwi w tym, że książkę wydało Muzeum Powstania Warszawskiego, w którym zresztą pracuje autor. A Muzeum musi promować powstanie nawet w książce o warszawskich blokowiskach, które – przypomnijmy – mają w Warszawie bezprecedensowe rozmiary z powodu zniszczeń wojennych miasta.

A może pies jest pogrzebany w tym, że – jak czytam w stopce redakcyjnej – informacje do przewodnika zbierał cały zespół wolontariuszy? To by wyjaśniało także fakt, że w artykulikach „Przewodnika…” brakuje jednolitej, spójnej oceny modernistycznej utopii, jak gdyby autor nie miał przemyślanych filozoficznych kwestii, o których trzeba raz po raz mimochodem wspominać, gdy mówi się o blokowiskach. Jaki z tego morał? Warto pisać książki samemu. Na marginesie dodajmy: a jeśli nie pisze się ich samemu, to warto zapłacić ludziom za ich pracę.

Zakończę łagodząco: choć nie polecam bezrefleksyjnego podążania za oznaczonymi miejscówkami, mimo wszystko warto wybrać się na spacer z „Przewodnikiem…”. Bo innego przewodnika po stołecznych blokowiskach nie ma.

poniedziałek, 1 sierpnia 2011

Antykomunistyczna miejska legenda z Ostrowca


Tak wygląda Ostrowiec Świętokrzyski z lotu ptaka; zdjęcie pochodzi z blogu blog.waciobird.pl.

Te bloki, układające się w dziwacznie poskręcaną formę, przypomniały mi o miejskiej legendzie, według której widziane z góry ostrowieckie bloki tworzą napis LENIN.

Jest w niej stereotypowe myślenie: co złego, to komuniści. Bloki są niefajne? Och, mamy je przez komunistów. Tymczasem autorem idei taniego budownictwa z prefabrykatów, dostępnego finansowo dla zwykłych ludzi, był Le Corbusier. To on stworzył architektoniczną formę bloków, która bywa oceniana jako brzydka, odhumanizowana, przygnębiająca powtarzalnością form i anonimowością jednakowych mieszkań. To on wymyślił abstrakcyjność, geometrię urbanistycznego układu osiedli, która często dziś uważa się za czynnik sprawiający, że w blokach bardzo źle się mieszka.

Ponieważ Le Corbusier nie miał nic przeciwko abstrakcyjnym formom architektonicznym i urbanistycznym, to pomysł, by bloki układały się w litery, wydaje się z ducha raczej lecorbusierowski niż komunistyczny. Także „dla każdego takie samo mieszkanie” to raczej idea Le Corbusiera niż Sowietów.

Jest znaczące, że to w hasło LENIN mają układać się bloki, a nie – dajmy na to – w MARKS, STALIN czy choćby GIEREK. Marks jest kojarzony raczej z filozofią, Stalin – z dyktaturą, a Gierek to symbol PRL-owskiej codzienności (mówi się o meblach czy architekturze a’la późny Gierek). Natomiast Lenin jest symbolem idei wcielanej w czyn, komunizmu jako doktryny; pomysłu na prawdziwą demokrację, która okazała się porażką, nieżyciowym (bo niewydolnym ekonomicznie) wymysłem. Komunizm każdemu obiecywał sprawiedliwość społeczną; ten element doktryny został sprowadzony w miejskiej legendzie do prześmiewczej postaci: komuniści uważali, że wszyscy mają mieć po równo, dlatego pobudowali mrówkowce, w których wszystkie mieszkania są prawie takie same.

Lenin jest też pop-symbolem PRL-owskiego absurdu; propagandową, rytualną mantrą, wciskaną przez „komunistów” wszędzie. Więc czemu nie mieliby ułożyć bloków w LENIN-a?

O Ostrowcu mówi się, że jest czerwony. Nieprzerwanie do dzisiaj w Ostrowcu odbywają się pochody pierwszomajowe z orkiestrą dętą; w 1905 roku była tutaj Republika Ostrowiecka, zaraz po II wojnie światowej też były jakieś przyczółki lewicy. Zdaje się, że to dlatego akcja „Popiołu i diamentu” Andrzejewskiego toczy się w Ostrowcu. A jednak po tej legendzie widać, że Ostrowiec jest też bardzo negatywnie nastawiony do swojego lewicowego dziedzictwa. Blokowiska, które powstały w rozwijającym się w latach 70. Ostrowcu, są postrzegane jako ideologiczny, propagandowy bubel. Samo określenie „czerwony” ma przecież pejoratywne zabarwienie.

A przecież bloki, choć nie są cudem architektury, to mają swoje plusy: były przynajmniej tanim budownictwem mieszkalnym dla każdego.