niedziela, 2 kwietnia 2017

„Mój dziadek narodowiec, mój żydowski ojciec” – wywiad z Moniką Sznajderman

Z Moniką Sznajderman rozmawiałam o jej książce „Fałszerze pieprzu. Historia rodzinna”.Wywiad ukazał się dzisiaj na portalu „Krytyki Politycznej”.

Podobno są w wywiadzie rzeczy, których nie ma w książce ani w innych wywiadach. Tym bardziej więc polecam.


środa, 1 lutego 2017

Po co odnawiać rzeźby miejskie z czasów PRL?

Artykuł Po co odnawiać rzeźby miejskie z czasów PRL? napisałam w 2015 roku. Pod koniec zeszłego roku ukazał się drukiem w książce Kultura i rozwój. Analizy, rekomendacje, studia przypadków, pod redakcją Jerzego Hausnera, Izabeli Jasińskiej, Mikołaja Lewickiego i Igora Stokfiszewskiego.

Wczoraj o wynikach tego badania - bo artykuł jest raportem z badania - opowiadałam w Ostrowcu, na inauguracyjnym spotkaniu Dyskusyjnego Klubu Sztuki. Tutaj przedstawiam je w telegraficznym skrócie.



Na ostrowieckich osiedlach stoi ponad 40 rzeźb, które do niedawna były zapomniane i niszczały. Od 2014 roku są sukcesywnie odnawiane. Udało się to dzięki temu, że stowarzyszenie Nie z Tej Bajki, kierowane przez Wojtka Mazana, zobaczyło w nich ważny zasób. Przekonało do tego spółdzielnię mieszkaniową, urząd miasta, inne instytucje, organizacje i firmy, a te zaangażowały swoje energię i środki w odnawianie.

Widzenie tych rzeźb jako zasobu ma sens: są one symbolem przeszłości wielu mieszkańców Ostrowca. Przygotowywali je artyści podczas plenerów we współpracy z zakładami produkcyjnymi, między innymi z hutą. Działo się to w latach siedemdziesiątych, gdy Ostrowiec był miastem rosnącym. Wszystkie rzeźby nawiązują więc swoją formą do hutniczej lokalności. Wiele nawiązuje do niej bardziej jednoznacznie: jest Dysk Słoneczny symbolizujący Osiedle Słoneczne, przy Starym Zakładzie stoi Hutnik.

Niszczenie rzeźb było sygnałem, że dawna tożsamość miasta nie ma dziś znaczenia. Odnawianie pozwala przypomnieć, że rzeźby takie jak Hutnik czy Dysk Słoneczny symbolizowały coś ważnego: wspólnotę. Pozwala też stworzyć przestrzeń dla wspólnoty dzisiaj, choć Ostrowiec z miasta dynamicznie rosnącego stał się miastem dynamicznie się kurczącym. Dlatego, mimo że mieszkańcy borykają się dziś z wieloma codziennymi problemami, to wielu z nich uważa, że o rzeźby trzeba dbać. Zezłomowanie rzeźb byłoby w jakimś sensie sygnałem, że można zezłomować też ich historię.

Szerzej - i bardziej precyzyjnie - opisałam te kwestie w raporcie. Niedługo cała książka Kultura i rozwój powinna być dostępna w wersji cyfrowej.

O założeniach tej książki i wnioskach z całego projektu badawczego, którego mój raport był cząstką, można przeczytać na stronie Krytyki Politycznej albo na blogu Anny Świętochowskiej, autorki bardzo pouczających rekomendacji dla polityk publicznych - jednego z artykułów w tym samym tomie.

*

Kultura i rozwój. Analizy, rekomendacje, studia przypadków. Red. J. Hausner, I. Jasińska, M. Lewicki, I. Stokfiszewski, Instytut Studiów Zaawansowanych, Fundacja Gospodarki i Administracji Publicznej. Warszawa-Kraków, 2016.

Odnawianie rzeźb - kampania Tyle sztuki: tylesztuki.blogspot.com.

niedziela, 27 listopada 2016

Rozmowa z Wojtkiem Mazanem o Szmulu Muszkiesie


Wywiad ukazał się dzisiaj na "Dzienniku Opinii".

Rozmawiamy z Wojtkiem o Szmulu Muszkiesie, a także o pamięci i o patrzeniu na historię. "Widzimy fragmenty oddzielone od siebie – historię polską osobno i żydowską osobno – tam, gdzie w rzeczywistości wszystko się łączyło" - mówi Wojtek.

Ja z kolei dorzucam do słusznego wzruszenia przemową Ruth Webber historię, którą podczas premiery poznałam chyba tylko ja, właściwie przypadkiem. Między innymi dlatego warto było zrobić ten wywiad, żeby tę historię - zawartą pod koniec - publicznie powtórzyć.

piątek, 4 listopada 2016

Przemowa Ruth Webber

(scroll down for English version)

29 października miała premierę książka Wojtka Mazana "Szmul Muszkies -- fotograf profesjonalny". Na wydarzenie przyjechała do Ostrowca rodzina Muszkiesa, wśród nich Ruth Webber. 

Jej przemowa zrobiła ogromne wrażenie na słuchaczach. A ja, zamiast uważnie słuchać, nagrywałam -- choć nie od pierwszego zdania. Na swoje wytłumaczenie mam tylko to, że znałam wcześniej tekst przemówienia. Znałam też wspomnienia Ruth Webber, nagrane wiele lat temu (link do wywiadu i więcej informacji o niej znajdziecie tutaj). No i uważałam, że to naprawdę ważny moment.




"Dziękuję za możliwość przemawiania do Was dziś i uhonorowanie mojego ojca. Chciałabym przywołać z pamięci więcej szczegółów dotyczących mojego ojca i jego pracy sprzed wojny. Jednak moje wspomnienia z nim związane to uściski, które mi dawał, gdy wracał z pracy, jego szczera troska o moje zdrowie i radość, której doświadczałam bawiąc się w jego studiu. 
Jestem tu, żeby powiedzieć o nieszczęściu, które spotkało mnie 75 lat temu. Doświadczyłam tego nieszczęścia – Holokaustu – od wewnątrz, i chcę opowiedzieć Wam, jak ten wstrząs, ta katastrofa, wyglądała od środka. Jest mi bardzo trudno mówić o moich doświadczeniach z czasu Holokaustu. To bardzo traumatyczne doświadczenia. Jestem tu, żeby opowiedzieć Wam moją historię, żebyście przekazywali ją innym, kiedy nie będę już w stanie tego zrobić. 
Przypuszczam, że większość z nas tu zgromadzonych prowadzi normalne życie, gdzie wszystko jest w miarę przewidywalne i bezpieczne. Moje życie też takie było, bezpieczne i normalne. Aż do chwili, gdy miałam cztery lata. Urodziłam się Ostrowcu, wtedy było to średniej wielkości miasto w Polsce. Mój ojciec był fotografem, a matka pomagała mu w zakładzie. Miałam starszą siostrę, która grała bardzo dobrze na pianinie i uczęszczała na lekcje muzyki w Warszawie. Troje dziadków, jedna ciotka i dwóch wujków mieszkało obok nas, a 30 innych cioć, wujków było porozrzucanych po Polsce. Byłam za młoda, żeby iść do szkoły, więc spędzałam większość czasu w domu, bawiąc się rekwizytami w studiu mojego ojca. Moje ciotki i wujkowie zwykli opowiadać mi historie i bawić się ze mną. Obchodziliśmy żydowskie święta, modliliśmy się w synagodze i jedliśmy koszerne posiłki. To było bardzo szczęśliwe, bardzo normalne życie. 
Wszystko skończyło się, gdy miałam cztery lata. Niemcy zajęli Polskę. Straciliśmy wolność, straciliśmy domy, straciliśmy siebie nawzajem. Moja wspaniała, zżyta rodzina została zniszczona. Moi pałający miłością dziadkowie, mój silny i pomysłowy ojciec, moje ukochane ciocie i kuzyni zostali zamordowani. 
Gdy wybuchła wojną moi przewidujący rodzice znaleźli miłą rodzinę, która zgodziła się ukryć moją starszą siostrę. Byłam za mała, zbyt przerażona, żeby opuścić dom, wiec zamiast ukrywać mnie u nie-żydowskiej rodziny, zostałam z matką przez większość wojny. Między 1940 a 1945, mieszkałam w dwóch gettach i pięciu obozach pracy i obozach koncentracyjnych. W tym czasie chorowałam na tyfus, zapalenie płuc, odrę, gruźlicę i jakimś cudem nie umarłam na żadną z tych chorób. 
Jest to niemal niemożliwe dla mnie, żeby opisać moje życie w ciągu tych pięciu lat w sposób zrozumiały dla Was. Brak słów żeby to wyrazić. Nie wiem, jak opisać Auschwitz. Brakuje mi słów, żeby opisać dźwięki, które tam słyszałam lub panującą tam ciszę, lub zapachy. Mogę wymienić słowo ‘głodna’, albo słowo ‘zimno’, ale one znaczyły coś innego w Auschwitz niż to, w jaki sposób rozumiemy je w obecnej sytuacji. Mogę użyć słowa ‘przerażona’ – ale to słowo nie mówi Wam, jak to jest być w ciągłym strachu, że każda minuta lub oddech mogą być ostatnie. Pozwólcie, że powiem o kilku rzeczach, które przydarzyły mi się, tak żebyście mogli wyobrazić sobie to, co jako dziecko widziałam i czułam. 
Getto było straszne, ale przynajmniej moja rodzina była tam razem. W październiku 1942, kiedy miałam 7 lat, moja rodzina doznała pierwszego wstrząsu. Pojawiła się plotka, że ostrowieckie getto ma być zlikwidowane konkretnego dnia. Mój ojciec pozyskał papiery i prawdopodobnie dał kilka łapówek, żeby wydostać mnie i mamę z getta do pobliskiego obozu pracy. Ale nie było papierów dla moich dziadków, cioci i dwóch wujków. Poszliśmy się z nimi pożegnać. Wszyscy płakali, wszystkich ogarnął nas chaos. Babcia mnie pocałowała. Obiecała, że wkrótce się ze mną zobaczy. Zdjęła szal z ramion i dała mi go, mówiąc, że może będę go potrzebować. Pocałowaliśmy się i potem wyjechaliśmy. Byłam owinięta szalem. Następnego ranka, moi dziadkowie, ciocia i wujkowie zniknęli. Około 6 miesięcy później, moja matka dowiedziała się, że zginęli w komorze gazowej w Treblince. 
Moi rodzice i ja byliśmy razem w obozie pracy w Bodzechowie. Chowałam się na strychu w ciągu dnia, kiedy moi rodzice pracowali. Potem Niemcy zabrali ojca. Zostałyśmy same we dwie. Po krótkim przeniesieniu do innego obozu, Niemcy rozkazali mojej matce i innym żydowskim kobietom wsiąść do ciężarówki, która jechała do kolejnego obozu pracy. Matka przemyciła mnie w ciężarówce. Jakaś inna matka również przemyciła ze sobą swoje dziecko. 
Kiedy ciężarówka dojechała do celu, Niemcy odkryli, że było tam dwoje dzieci. Wyciągnęli nas zza matek. Komendant miał problem: mieli przywieźć dorosłych - a tu była też dwójka dzieci. Co zrobić z dziećmi? Zrozumiałam, że Niemcy zaczęli debatować: komendant kazał kierowcy odwieźć nas na miejsce, z którego przyjechaliśmy. Kierowca odmówił. Komendant zdecydował, że nas zastrzeli. Strażnik wymierzył w nas pistolet i czekał na rozkaz. Moja matka i matka drugiego dziecka stały z resztą kobiet na boku i nie odważyły się odezwać. Trzęsłam się. Z przerażenia straciłam kontrolę nad pęcherzem i poczułam urynę cieknącą mi po nogach. Komendantowi towarzyszył doktor i to on zasugerował wstrzymanie egzekucji. Dzieci mogłyby pomóc w kuchni lub roznosić wiadomości, a poza tym nie jadły by za dużo. Komendant przystał na propozycję. Strażnik opuścił pistolet i mały chłopiec i ja zostaliśmy przyjęci do ostrowieckiego obozu z matkami. Miałam już osiem lat będąc w obozie. Rok później deportowano nas do Auschwitz. 
Matka dbała o mnie tam, w bardzo niekorzystnych okolicznościach. W Auschwitz, gdzie nikt nie miał wystarczająco jedzenia, żeby przetrwać, matka oddawała mi swój chleb. W najbardziej poniżających, okropnych i niewyobrażalnych sytuacjach, matka próbowała zajmować moje myśli przyjemnymi rzeczami. W świecie zadedykowanym masowemu mordowi mojej matce udało się nauczyć mnie ludzkich wartości i uczciwości. Moja matka była bohaterską kobietą. 
A potem zabrali mi ją. Jak wiecie, małe dzieci miały być mordowane zaraz po przyjeździe do Auschwitz. Jednak, kilkoro z nas przedostało się przez szczeliny i byliśmy rozrzuceni po różnych barakach w obozie. Niemcy zebrali nas razem i umieścili w osobnym bloku. Kiedy matka mogła, wymykała się nocą ze swojego baraku, żeby zobaczyć się ze mną. Potem pewnej nocy powiedziała mi, że jest na liście i będzie przetransportowana. Próbowałam nie pokazać, jak bardzo mnie to zmartwiło. Żeby zabrzmieć jak dorosła osoba, powiedziałam jej ‘Nawet jeśli byś tu została, nie ocalisz mnie od śmierci w komorze’. 
Następnego dnia już jej nie było. Zostałam sama. To był koniec świata. Nie dbałam już o to, czy przeżyję. Nic się nie liczyło. Absolutnie nic. Przeniesiono mnie do bloku Mengele, ale nie obchodziło mnie to wcale. 
W tym czasie mój ojciec też był w Auschwitz, w obozie obok mojego. Jakimś cudem udało mu się skontaktować się ze mną i umówił się ze mną na spotkanie. Mój ojciec wyglądał teraz jak starzec, choć miał 45 lat. Nie takiego go pamiętałam. Ponieważ ciągle chciał mnie chronić, jak tylko mógł, błagał, żebym wyjechała w jakimkolwiek transporcie z obozu – myśląc, że pozostali więźniowie zostaną zabici. Nie byłam w stanie spełnić jego życzenia i to właśnie ocaliło mi życie. Mój ojciec wyjechał w ostatnim transporcie i zginął niedługo potem. 
Kiedy w końcu rosyjska armia uwolniła mnie z Auschwitz, miałam 9,5 roku. Moja matka została uwolniona kilka miesięcy później z obozu pracy w Czechosłowacji. Wróciła do Ostrowca, gdzie odnalazła moją siostrę, Helenę, i dowiedziała się, że ja też żyję i jestem w sierocińcu w innym mieście. I tak właśnie znów byłyśmy razem we trójkę. Tylko my przeżyłyśmy z całej naszej polskiej rodziny. 
Jak możecie sobie wyobrazić, nie jest łatwo uwolnić się od traumatycznych doświadczeń Holokaustu. Ale w jakiś sposób musiałyśmy iść naprzód i stworzyć dla siebie przyszłość. Miałyśmy rodzinę w Kanadzie i matka zdecydowała, że najlepiej będzie dołączyć do nich i dać sobie szansę na odbudowanie normalnego życia. Wyszłam za Marka i przenieśliśmy się do Detroit, Michigan. Mamy trzy ukochane córeczki, które uszczęśliwiły nas piątką cudownych wnucząt. Moja matka była bardzo dumna z szóstki wnucząt i osiemnastu prawnucząt, którzy mieszkają w Stanach, Kanadzie i Izraelu. Jestem pewna, że mój ojciec byłby też równie dumny. 
Chcę podzielić się z Wami jeszcze jednym wspomnieniem. W styczniu 1945 rosyjska armia zbliżała się do Auschwitz. Niemcy wysłali już prawie wszystkich Żydów na teraz niesławne ‘marsze śmierci’, ale ja zostałam w Auschwitz razem z innymi dziećmi. To było 10 dni przed tym, jak rosyjska armia do nas dotarła, a my czuliśmy się bardzo samotni. Przytulaliśmy się do siebie w baraku, gdzie było ogrzewanie i rozmawialiśmy o tym, co się nam przydarzyło. Wszyscy z nas mieliśmy w sobie wielką nienawiść wobec ludzi, którzy przysporzyli nam tak wiele bólu i agonii. Rozmawialiśmy o tym, jakie to okropne rzeczy zrobimy im pewnego dnia. Ale potem zdałam sobie sprawę z tego, że jeśli zrobilibyśmy im te rzeczy, byłabym taka jak oni. I pomyślałam sobie – ‘Odmawiam bycia taką jak oni’. 
To był punkt zwrotny dla mnie. Wtedy to stwierdziłam, że pomimo całego bestialstwa, którego doświadczyłam, pomimo kominów, komór gazowych, egzekucji i tortur, które mnie otaczały – byłam żyjącą i kierującą się zasadami ludzką istotą. Miałam 9 lat i wiedziałam o tym. 
Nie było to oczywiste, czy kiedykolwiek będę w stanie prowadzić normalne życie. Kiedy miałam 4 lata, straciłam swój świat, a 9 kiedy wyszłam z Auschwitz. Nigdy nie chodziłam do szkoły. Skradziono mi dzieciństwo i widziałam rzeczy, których nikt – dorosły czy dziecko –nie powinno nigdy widzieć. Ale jestem tu dziś, żoną, matką, babcią – pod wieloma względami jak większość amerykańskich żon, matek, babć. To nie lada wyczyn i zawdzięczam to temu momentowi w Auschwitz, mojej matce i ojcu i ukochanemu mężowi, Markowi, który kochając, wskazał mi bezbłędnie drogę powrotną do świata i mojej przyszłości."
tłum. Mikołaj Chałupczak

***


The launch of the book "Szmul Muszkies--professional photographer" took place on October 29. The Muschkies' family came to Poland to attend the event, RuthWebber among them.

Her speech left listeners speechless--whereas I, instead of listening deeply, was filming it (although I failed to film the very beginning of the speech). The only excuse is that I had known the text of the speech before. I had seen also the interview with Ruth Webber that had been recorded many years before (a link to the interview can be found in this article). And, after all, I believed it was very important moment, when Ruth Webber spoke to Ostrowiec residents.

THE TEXT OF RUTH WEBBER'S SPEECH, which she gave during the launching of the book. 
"Thank you for the opportunity to speak to you today. I am here to speak of the calamity that befell me only a few decades ago. I experienced that calamity – the Holocaust – from the inside, and I want to tell you what that upheaval, that catastrophe looked like, from the inside. 
It is very difficult for me to talk about my Holocaust experiences. These are very traumatic memories. I am here to speak to you because I need you to continue to tell my story after I am unable to tell it myself. 
I assume that most of us here today are leading basically normal lives, where life is predictable and reasonably safe. My life was also predictable, safe and normal...until I was four years old. 
I was born in Ostrowiec, a medium-size city in Poland. My father was a photographer, and my mother assisted him in the studio. I had an older sister who played the piano very well and attended a music conservatory in Warsaw. Three grandparents, one aunt and two uncles lived beside us, and 30 other aunts, uncles and cousins were scattered around Poland. I was too young to go to school, so I spent my days at home, playing with the props in my father’s studio. My aunts and uncles used to tell me stories, and they played games with me. We observed the Jewish holidays, prayed in a Jewish synagogue and ate kosher food. It was a very happy, very normal life. 
That all ended when I was four. The Germans took over Poland, and normal life for the Jews abruptly stopped. We lost our freedom, we lost our home, we lost each other. My wonderful, close-knit family was destroyed: My doting grandparents, my strong and resourceful father, my beloved aunts, uncles and cousins were all murdered.
My parents found a gentile family that agreed to hide my older sister, and she disappeared into their world. I was too young and too scared to leave home, so instead of hiding with a non-Jewish family, I stayed with my mother through most of the war. 
Between 1940 and 1945, I lived in 2 ghettos and 5 slave labor and concentration camps. While in those camps, I had typhus, pneumonia, measles and tuberculosis, and of course, the Germans offered us no medical treatment. Somehow, I didn’t die from those diseases.
It is almost impossible for me to describe my life during those 5 years in a way that would make sense to you. There aren’t even words for it. I don’t know how to describe Auschwitz. I don’t have words for the sounds there, or the silence there, or the smells. I can say the word “hungry” or the word “cold,” but those words means something different in Auschwitz than they do in the United States. I can use the word “terrified” – but that word doesn’t tell you what it is like to be continually afraid that every single minute and every single breath will be your last minute, your last breath. 
Allow me to tell you a few of the things that happened to me, to give you some sense of what I, as a child, saw and felt. 
The ghetto was terrible, but at least my family was together. In October 1942, when I was seven, my family was struck its first blow: There was a rumor that the Ostrowiec ghetto was going to be liquidated on a particular day. My father obtained papers and probably paid some strategic bribes to enable himself, my mother and me to smuggle ourselves out of the ghetto, to a nearby work camp. But there were no papers for my grandparents, aunt or two uncles. We went to say goodbye to them. 
Everyone was crying, everything was in chaos. My grandmother kissed me. She promised she would see me again soon. She took her shawl from her shoulders and gave it to me, telling me that I might need it. More kisses – and then we left. I was wrapped in the shawl. The next morning, my grandparents, aunt and two uncles disappeared. About 6 months later, my mother learned that they had disappeared into the gas chambers at Treblinka. 
My parents and I were together in Bodzechów work camp. I hid in an attic during the day while my parents worked. Then the Germans took my father away. Now just the two of us were left together. After a brief transfer to another camp, the Germans ordered my mother and other Jewish women workers onto a truck bound for yet another labor camp. My mother smuggled me into the truck with her. Somewhere another mother had smuggled her child along as well. 
When the truck reached its destination, we disembarked – and that was when the Germans discovered there were two children. 
They pulled us out from behind our mothers. The Kommandant had a problem: they were supposed to get a shipment of adult workers – and here were two young children. What should they do with the kids? I understood enough German to grasp the debate: The Kommandant demanded that the driver take us back where we came from. The driver refused. 
The Kommandant decided to shoot us. A guard pointed his gun at us, awaiting orders. My mother and the other child’s mother were standing with the rest of the women, to the side, and they didn’t dare to speak a word. I was trembling. In my terror, I lost control of my bladder, and I felt my urine running down my legs. 
A doctor had accompanied the Kommandant, and he suggested that the Kommandant hold off on shooting us. Perhaps the children could help out in the kitchen, deliver messages... and after all, we wouldn’t eat much. The Kommandant considered the suggestion and decided to try out his proposal. The guard put down his gun, and the other little boy and I were admitted into Ostrowiec camp with our mothers. I turned 8 in that camp. A year later, we were deported to Auschwitz. 
My mother cared for me there, in impossible circumstances. In Auschwitz, where no one had enough food to survive, my mother gave me her bread. In the most degrading, ghastly situation imaginable, my mother tried to give me something pleasant to think about. In a universe dedicated to mass murder on an industrial scale, my mother managed to instill human values and decency in me. My mother was a heroic woman. 
And then they took her away from me. As all of you know, young children were supposed to be murdered upon arrival in Auschwitz. However, a few of us had fallen through the cracks, and we were scattered in various barracks around the camp. The Germans collected us and placed us in a separate barrack. Whenever Mother could, she would sneak out of her barrack at night to see me. Then, one night, she told me that she was on a list to be transferred out of Auschwitz. I tried not to show how devastated I was. In an effort to sound grown up, I told my mother, “Even if you stayed here, you still wouldn’t be able to save me from going up in smoke.” 
The next day, she was gone. I was alone. It was the end of my world. I no longer cared whether I survived. Nothing mattered. Absolutely nothing. I was transferred to Mengele’s block, and I did not care. 
When the Russian army finally liberated me in Auschwitz, I was only 91⁄2 years old. My mother was liberated several months later from a different slave labor camp in Czechoslovakia. She returned to Ostrowiec, where she found my sister, Helen, and she learned that I was alive, in an orphanage in another city. And that is how the three of us were reunited. We were the only ones of our entire Polish family who survived.
As you can imagine, it is not easy to recover from a traumatic experience like the Holocaust. But somehow we had to forge ahead and invent a future for ourselves. We had some relatives in Canada, and my mother decided that joining them was our best chance of rebuilding normal lives. I married Mark and moved to Detroit. Together we have 3 loving daughters, who have blessed us with 5 wonderful grandchildren. My mother was very proud of her 6 grandchildren and 18 great grandchildren who live in the United States, Canada and Israel. 
I want to share one last memory with you. In January 1945, the Russian army was advancing toward Auschwitz. The Germans had expelled almost all of the Jews onto the now infamous “death marches,” but I had been left behind in Auschwitz along with some other Jewish children. It was 10 days before the Russian Army reached us, and we children felt very much alone. Huddled together in the only barrack with heat, we talked about what had happened to us. All of us had such terrible, terrible hatred toward the people who had caused us so much pain and agony. We talked about the horrible things we would do to them some day. 
And then, and then I realized, when I was just 9 years old and still huddled in a barrack in Auschwitz, that if I did those things, I would be like them. And I thought to myself – “I refuse to be like them.” 
That was a turning point for me. It was the moment when I affirmed that despite all of the inhumanity I had witnessed, despite the chimneys, gas chambers, shootings and tortures that had surrounded me – I was a living and principled human being. I was only 9, and I knew that. 
It was not obvious that I would ever be able to lead a normal life. I was four when I lost my world, nine when I emerged from Auschwitz. I had never attended school. My childhood was stolen from me, and I had seen many things that no one – not any adult or child – should ever see. But here I am today, a wife, mother and grandmother – in many respects like most other American wives, mothers and grandmothers. This is no small achievement, and I owe it to that moment in Auschwitz and to my mother and my beloved husband, Mark, who lovingly, gently and unerringly guided me back into the world, and on into my future."
*

O książce: http://www.nieztejbajki.art.pl/szmul-muszkies-fotograf-profesjonalny-premiera-ksiazki-wernisaz/

Maciek Biedka, Karolina Kargulewicz-Mrozińska -- dziękuję za pomoc z wideo!

czwartek, 13 października 2016

Pierwszy dzień po likwidacji getta

11-12 października 1942 roku sztetl Ostrowiec przestał istnieć. W tych dniach hitlerowcy przeprowadzili likwidację getta: jedenaście tysięcy ludzi wysłali na śmierć do Treblinki, tysiąc albo dwa tysiące zginęło na miejscu. Część ocalała chowając się, niewielka część została, by pracować. Dokładnie 74 lat temu Ostrowiec przeżywał swój pierwszy dzień bez Żydów.

Od paru lat co roku przypominam o likwidacji getta ostrowieckiego. Ale też z każdym rokiem inaczej do tego tematu podchodzę.

Dwa lata temu zła byłam jak osa – oj, i to jak! – że nikt nie pamięta. Opisałam zdarzenia z likwidacji getta. Zrobiłam też mapę tamtych wydarzeń. Chciałam uświadomić wszystkim, co się działo w miejscu, gdzie chodzą na lody, gdzie chodzą grać w piłkę.

Teraz jednak ważę każde słowo. „Nikt nie pamięta”? A kto to nikt? Wiele osób pamięta. Powstał pomnik, Leo Spellman jest honorowym obywatelem Ostrowca. Pojawiają się projekty i działania edukacyjne. Za kilkanaście dni do Ostrowca przyjedzie Ruth Muschkies Webber, ostrowczanka ocalała z Holocaustu. Weźmie udział w premierze książki o Szmulu Muszkiesie. (No właśnie, rezerwujcie czas: 29 października  w Pracowni Otwartej Kontrola Jakości, 16:00). To nie są „wszyscy”, ale na pewno nie „nikt”.

„Nikt nie pamięta”. A co to znaczy „nie pamiętać”? Ja nie mogę pamiętać, nie było mnie tam. Pamiętać mogą starsi ode mnie. I pewnie pamiętają. Tyle, że może o tym nie gadają. A dlaczego? Trzeba byłoby ich spytać.

Z drugiej strony zastanawiam się, kim dokładnie jest ten „nikt”, który miałby nie pamiętać. Kilka lat temu byłam skłonna oskarżać ostrowczan. To jasne: kto inny miałby pamiętać o innych ostrowczanach? Dzisiaj ostrowczanom dałam spokój. Już też nie wyobrażam sobie, że oto przypomnę wszystkim, co tu się zdarzyło. Oskarżam za to polską kulturę, a właściwie ten jej komponent, który każe odmieniać przez przypadki słowo Naród i nawykowo identyfikować, co jest esencją polskości, a co już domieszką obcości.

CBOS mówi: prześniliśmy Zagładę

Od lat CBOS prowadzi badania świadomości historycznej Polaków. Jedno z pytań dotyczy najważniejszego wydarzenia z dziejów Polski w XX i XXI wieku. Na pierwszych trzech miejscach jest odzyskanie niepodległości (52%), wybór Karola Wojtyły na papieża (43%) i przystąpienie Polski do UE (33%). Ojczyzna, Bóg, Fundusze Europejskie.

Na liście wydarzeń do wyboru jest też Zagłada. Można wybrać więcej niż jedną odpowiedź, ale i tak „wymordowanie przez hitlerowców ludności żydowskiej w Polsce” jest piąte od końca. Oznacza to, ze ogół Polaków uważa Zagładę za jedno z najbłahszych dużych wydarzeń w najnowszych dziejach Polski. Za najważniejsze uważa je tylko 2% badanych. I tylko 1% z interesujących się historią.

Wśród tych jeszcze mniej ważnych zdarzeń jest reforma rolna 1945 roku, czyli uwłaszczenie chłopów. Ilekroć to czytam, tylekroć wyobrażam sobie Andrzeja Ledera, uśmiechającego się do swojej trafnej tezy z „Prześnionej rewolucji”. Bo przecież to książka właśnie o tym, dlaczego, choć Zagłada i uwłaszczenie chłopów dotyczyły przodków prawie każdego z nas, to jednak tak mało miejsca poświęcamy tym wydarzeniom w zbiorowej pamięci. Polacy doceniają triumfy polskości i polsko-katolickości: niepodległość i papieża Polaka, nie widzą zaś znaczenia eksterminacji lub drastycznej zmiany położenia całych grup, z którymi nie są skłonni się identyfikować, czyli Żydów i chłopów. Nawet jeśli te zmiany zmieniły także warunki życia ich przodków.

CBOS "Świadomość historyczna Polaków"

Muzeum Emigracji, w którym Żydzi na czas II wojny światowej znikają

Parę miesięcy temu byłam w Muzeum Emigracji w Gdyni. Wspaniałe, nowoczesne muzeum w świetnym miejscu. Tyle że na wystawie, w sekcji poświęconej II wojnie światowej pominięto wielkie migracje towarzyszące Zagładzie.

Nie mieściło mi się to w głowie. Migracje do gett, z gett do obozów, z obozów do innych obozów, marsze śmierci, „wywózki na Wschód” oznaczające wywózki do Treblinki, plany wywózki mas ludzi na Madagaskar - to wszystko nie jest wystarczająco ważne, by poświęcić chociaż jedną planszę? A przecież do polskich gett i obozów przywożono też Żydów z innych krajów. W getcie ostrowieckim byli na przykład wiedeńczycy. 12 października 1942 roku razem z ostrowczanami zostali wsadzeni na rampach do pociągów i wywiezieni do Treblinki. Część ludzi została, potem trafiła do obozu pod Ostrowcem, a jeszcze później do Auschwitz. Indywidualne ścieżki tułaczki i ukrywania się były jeszcze bardziej skomplikowane.

Tymczasem autorzy ekspozycji uznali wywózki Polaków na Wschód za główne przemieszczenia związane z wojennym czasem. Opis wywózek jest w konwencji martyrologicznej, nie ma jednak informacji, że akurat dla Żydów były one błogosławieństwem: większość polskich ocalałych przetrwała Zagładę wcale nie w ukryciu na ziemiach polskich, a właśnie w Rosji radzieckiej.

Nie ma też mowy o tym, że ocalali powracający po wojnie do swoich sztetli nie spotkali się dobrym przyjęciem, a powojenne pogromy i mordy zmusiły ich do emigracji.

Jak to możliwe? Jak można było pominąć los żydowski, i to w muzeum, w którym narracja zaczyna się od tego, że w Rzeczpospolitej Obojga Narodów "żyli obok siebie Polacy, Litwini, Rusini (późniejsi Białorusini), Żydzi, Prusacy, Inflantczycy, Ormianie, Tatarzy, Karaimi, Wołosi i Romowie (Cyganie). Szacuje się, że ludność etnicznie polska stanowiła blisko połowę całej populacji"?

Odpowiedzią jest to, jak opisano powojenne emigracje Żydów: "Emigracja do Ojczyzny". Już rozumiecie, prawda? Polska nie była prawdziwą ojczyzną Żydów. Byli tu przez chwilkę, ot, goście w naszym gościnnym kraju. Dzisiaj mają swoje muzeum w Warszawie. Więc muzeum w Gdyni może poświęcić się badaniu losów polskich. I tak odtwarzamy sobie getto: podział na naród polski i naród żydowski. Muzealne getto ławkowe.

Muzeum Emigracji w Gdyni

22 lipca: urodziny Pałacu Kultury czy likwidacja getta

Na ścianie mam kalendarz na 2016 rok z „Gazety Stołecznej” – poświęcony historii Warszawy – i drugi, „Społeczna Warszawa”, o działaniach organizacji społecznych. Tematem na sierpień w obu kalendarzach było Powstanie Warszawskie. Oczywiste. Kiedy jednak zobaczyłam jednomyślność co do tego, co w Warszawie najważniejsze w sierpniu, sprawdziłam kartki lipcowe. Przypominam, że 22 lipca rozpoczęła się likwidacja getta warszawskiego. W kalendarzu "Stołecznej" są cztery lipcowe tematy: otwarcie Pałacu Kultury, uruchomienie wodociągu w 1886 roku, telefonów w 1882, otwarcie Trasy Łazienkowskiej i Stadionu Dziesięciolecia. W „Społecznej Warszawie” temat lipcowy jest współczesny. Wywózka na śmierć setek tysięcy ludzi nie zakwalifikowała się, choć przecież w Warszawie mówi się o historii getta nieporównywalnie więcej niż w Ostrowcu.

*

Każda z tych sytuacji z osobna może być przypadkiem. Wszystkie razem tworzą wzór, według którego niedole i śmierć Żydów była czymś innym niż niedole i śmierć Polaków. Tymczasem rozmawiamy o śmierci ludzi, polskich obywateli, którym czasem też bliżej było do czytania Norwida niż Talmudu. 

Nie ma więc co skupiać się na niepamięci w Ostrowcu. To, że likwidacja getta nie jest szczególnie ważnym wydarzeniem, jest chyba takie samo w całej Polsce. W nowoczesnym muzeum i w stolicy.

Nie wiem, czy kiedykolwiek przyjmiemy tę perspektywę, w której Zagłada jest jednym z najważniejszych zdarzeń, które miały miejsce na ziemiach polskich - nie tylko w XX wieku, ale kiedykolwiek. Może to już musi tak być, że istnienie Polski będziemy uważać za najważniejsze na świecie.

W tym roku więc nie złościłam się na niepamięć o likwidacji getta. Kto miał pamiętać, ten pamiętał. Ważne jest nie tylko przypominanie faktów o Zagładzie ostrowczan, ale też wyobrażenie sobie tego, co się działo dzień po likwidacji getta. Jak nasi przodkowie czuli się w Ostrowcu z wymarłym z dnia na dzień śródmieściem? Co myśleli sobie o wywózkach? Czy dzisiejsza niepamięć jest pochodną tamtej reakcji sprzed 74 lat?

wtorek, 2 lutego 2016

"Celem zabezpieczenia swego życia ob. Szpilman zmuszony jest chwilowo Ostrowiec opuścić". O honorowym obywatelstwie dla Leo Spellmana

1 lutego 2016 r. honorowym obywatelem Ostrowca pośmiertnie został Leo Spellman, pianista i kompozytor pochodzący z Ostrowca. To ósmy honorowy obywatel Ostrowca. Rada Miasta zagłosowała jednogłośnie za przyznaniem Spellmanowi tego tytułu. Na uroczystości była rodzina Spellmana, ekipa filmowa pracująca nad filmem o życiu muzyka, tłumaczka pracująca nad tłumaczeniem jego dzienników z lat 1943-45 (z polskiego na angielski). Byli też krewni Henryka Wrońskiego - ostrowiaka, który uratował Leona Szpilmana.

Leo Spellman urodził się w 1913 roku w Ostrowcu jako Leon Szpilman. Tu nauczył się grać na pianinie, tu po raz pierwszy grał publicznie, tu chodził do szkoły, pracował i ożenił się. Opuścił Ostrowiec tuż po wojnie. Później przebywał w DP Campie w Bawarii, skąd w 1948 wyjechał do Kanady.

To kolejne (po pomniku upamiętniającym ofiary Holocaustu w Ostrowcu) upamiętnienie żydowskiej historii Ostrowca w ciągu kilku miesięcy. Znajomość dziejów naszego regionu czy lokalnej społeczności niesie wiele korzyści. Przede wszystkim jest to wspaniałe narzędzie budowania dialogu, tożsamości i poczucia przynależności mieszkańców do danej miejscowości - mówił na uroczystości prezydent Ostrowca Jarosław Górczyński.

Wygląda na to, że Prezydent Miasta jest daleki od lęku przed żydowskim tematem. Najwyraźniej przyjmuje fakt, że Ostrowiec w dużym stopniu współtworzyli Żydzi i uważa, że tej części dziedzictwa warto się przyglądać. Dobrze to słyszeć.

Jeszcze lepiej jest słyszeć słowa Spellmana (w trailerze filmu "Rapsodia. Wyzwolenie Leona Szpilmana"): Miałem polskich przyjaciół, którzy mi pomagali. Szczególnie jeden - Henryk Wroński. To on uratował mi życie. Ukrywał mnie przez osiemnaście miesięcy. Mówi o Henryku Wrońskim, 21-letnim studencie, który ukrywał go wraz z żoną Manią i jej bratem.

Jestem dumna, że na Denkowskiej – ulicy dziś opustoszałej niemal zupełnie – w bardzo złych czasach mieszkał Henryk Wroński, Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Jest jednak też mroczniejsza część historii Szpilmana.

„Jak również inni obywatele ostrowieccy nie szczędzą gróźb ob. Szpilmanowi”. Dlaczego Szpilman wyjechał z Ostrowca?


W 1945 roku ostrowiecki oddział Centralnego Komitetu Żydów Polskich poprosił oddziały w Łodzi i Warszawie o udzielenie pomocy Szpilmanowi. Oto powody:
Obywatel Szpilman wraz z żoną został ranny podczas napadu bandytów na Żydów ostrowieckich w dniu 19-go marca r.b. [1] Przebywał kilka tygodni w szpitalu. Po wyjściu ze szpitala na ulicy rozpoznał sprawców napadu, zaalarmował natychmiast milicję i ujął napastników. Brał udział w przeprowadzeniu śledztwa i zawdzięczając jego energii i dochodzeniom bandytów spotka zasłużona kara.
W toku śledztwa okazało się, iż jeden z aresztowanych nie brał bezpośredniego udziału w napadzie i został zwolniony. Jest to jednak brat jednego z bandytów. Później spotkał on ob. Szpilmana na ulicy i wygrażał mu się, jak również inni obywatele ostrowieccy nie szczędzą gróźb ob. Szpilmanowi. Przeto celem zabezpieczenia swego życia ob. Szpilman zmuszony jest chwilowo Ostrowiec opuścić.” [2]
Centralny Komitet Żydów Polskich to ogólnopolska samopomocowa organizacja, które wspierała ocalałych Żydów w codziennym życiu. W Żydowskim Instytucie Historycznym (ŻIH) znajdują się archiwa oddziału ostrowieckiego. To z nich pochodzi cytowany list polecający

Napaść, o której mowa, to atak na dom Fajgli Krongold w marcu 1945 roku. Pisze Regina Renz:
"W mieście krążyły pogłoski, iż posiada ona listę Polaków, którzy w okresie okupacji w różny sposób przyczynili się do śmierci ostrowieckich Żydów. Dwóch młodych ludzi, byłych żołnierzy AK, weszło do mieszkania Felicji Kwiatkowskiej vel F. Krongold z zamiarem zabrania tej listy. Wewnątrz zastali jednak kilkanaście osób i w powstałym zamieszaniu otworzyli ogień zabijając cztery osoby i raniąc kilka innych." [3]
Zdaniem Rubina Katza, autora autobiograficznej książki Gone to Pitchipoi, żadna lista nigdy nie istniała. Żądanie jej było tylko pretekstem, żeby obrabować uciekinierów, ale zaplanowana kradzież zamieniła się w jatkę [4]. 

Dlaczego niektórzy ostrowiacy grozili Szpilmanowi? Mordercami Żydów byli AK-owcy, ludzie stąd. To dzięki aktywnemu udziałowi Szpilmana w śledztwie miała spotkać ich zasłużona kara. Tymczasem Żydzi... Cóż, zostali stąd wywiezieni w 1942 roku. Ostrowiacy widzieli masowe mordy Żydów w Ostrowcu albo słyszeli o nich. Pod koniec wojny wiadomo już było, co działo się w Treblince i Auschwitz. Niezależnie od sympatii czy antypatii życie bez Żydów zostało urządzone. Domy żydowskie i warsztaty prace zostały przekazane Polakom. Tu nie było już dla Żydów miejsca. W Holokauście zginęło 85-90% Żydów polskich. Powrót zdziesiątkowanych ocalałych był czymś zaskakującym. W płaszczyźnie fantazmatycznej był powrotem żywych trupów.

Powojenna przemoc wobec Żydów była zjawiskiem niepokojąco rozpowszechnionym. Pisałam kiedyś o sprawie dzieci Cytrynbauma z Denkowa i o ulotkach "Śmierć pozostałym Żydom". To też działo się wiosną 1945 roku - w tym samym czasie, co napaść na mieszkanie Fajgli Krongold. Według danych Ministerstwa Administracji Publicznej między IX 1944 a IX 1946 roku w Polsce „incydenty” antyżydowskie wydarzyły się w 102 miejscowościach. Jacek Leociak twierdzi: to nie był pokój, to była pełzająca wojna domowa. Tu już nie było dla nich miejsca [5].

Rzeczywiste zagrożenie życia sprawiło, że Żydzi zaczęli wyjeżdżać najpierw z mniejszych miejscowości do większych skupisk żydowskich (takich jak Łódź), a potem i z Polski. To z powodu zagrożenia życia po napadzie na dom Fajgli Krongold Ostrowiec opuścił Leon Szpilman. Widać to jasno w cytowanym piśmie urzędowym.

Chciałabym podkreślić tę kwestię. Leon Szpilman nie wyjechał z Ostrowca dlatego, że życie oferowało mu ciekawsze możliwości w miastach przyjemniejszych niż nasze. Wyjechał, bo czuł się zagrożony. Był tutaj w rzeczywistym niebezpieczeństwie.

Dziś Ostrowiec nadał mu honorowe obywatelstwo. Czy uhonorowanie jednego z kiedyś niechcianych powracających jest kolejnym krokiem w kierunku przypomnienia, że również Żydzi byli obywatelami Ostrowca? Jeśli tak – chylę czoła przed prezydentem Jarosławem Górczyńskim i Radą Miasta za przyznanie tytułu honorowego obywatela miasta Leonowi Szpilmanowi.

1 lutego 2016 r., Ostrowiec Św. Nadzwyczajna sesja rady miasta, podczas której nadano Leo Spellmanowi tytuł honorowego obywatela Ostrowca.
Przyjęta jednogłośnie uchwała Rady Miasta w sprawie nadania tytułu Honorowego Obywatela Miasta Ostrowca Świętokrzyskiego.


Przemawia prezydent Ostrowca Jarosław Górczyński, tłumaczy Hania Fedorowicz, tłumaczka pamiętników Szpilmana z lat 1943-45.
Tablica pamiątkowa na budynku dawnego ZDK przy Alei 3 Maja 6.


Post scriptum. „Uprzejmie proszę o przydzielenie mi mieszkania w moim własnym domu”

W archiwum ŻIH, w tym samym zespole archiwalnym, znalazłam jeszcze dwa pisma związane ze Szpilmanem.

12 kwietnia 1945 r., po powrocie ze szpitala, Szpilman napisał do Wydziału Kwaterunkowego Urzędu Miasta:
„uprzejmie proszę o przydzielenie mi mieszkania w moim własnym domu przy Aleji 3-go Maja nr.1. Wymienione mieszkanie zajmowałem także w 1939 toku, a obecnie znajdzie tam pomieszczenie 5 osób: Goldman Szlama, Flajszer Berek, Kudłowicz Hersz, Szpilman Mania i Szpilman Leon.
W czasie mego przebywania w szpitalu wprowadził do wyżej wymienionego mieszkania nieprawnie obywatel C(...), który zajmuje je czasowo.
Wobec tego, iż dom, gdzie chwilowo zamieszkuję został zajęty dla Milicji Obywatelskiej i wszyscy lokatorzy otrzymali polecenie opróżnienia zajmowanych lokali, upraszam o przydzielenie prawnie przysługującego mi lokalu, a to w myśl dekretu z dnia 2-go maja r.b. Dz.Ust.Nr.9 poz 45.”
W drugim z pism (data nie do odszyfrowania) ostrowiecki oddział Centralnego Komitetu Żydów Polskich informuje Zarząd Miejski, Wydział Opieki Społecznej, że hospitalizowane ofiary napadu: Szpilman Leon, Szpilman Mania, Zylberberg Hersz „majątku żadnego nie posiadają”.


Zobacz też:
Artykuł o Leo Spellmanie na stronie Miejskiego Centrum Kultury
Relacja z sesji Rady Miasta na stronie Urzędu Miasta 


Przypisy:
[1] Pismo urzędowe jako datę napadu na Szpilmana i żonę podaje 19 marca, zaś inne źródła, np. książka Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów, wskazują dzień 12 marca jako datę napadu na mieszkanie Fajgli Krongold. Z pewnością mowa o jednym i tym samym napadzie; nie jestem jednak jasne, która data jest właściwa.
[2] Archiwum ŻIH. Inwentarz: Komitet Żydowski w Ostrowcu Świętokrzyskim, sygnatura: 359. Pismo o znakach 18/AF/ES z 9 m(aja?) 1945 r.
[3] Regina Renz Żydzi w okresie okupacji i w pierwszych latach po wyzwoleniu. W: Waldemar R. Brociek, Adam Penkalla, Regina Renz Żydzi ostrowieccy. Zarys dziejów. Ostrowiec: Muzeum Historyczno-Archeologiczne 1996. S. 117.
[4] Rubin Katz Gone to Pitchipoi. A Boy's Desperate Fight For Survival In Wartime. Brighton, MA: Academic Studies Press 2012. S. 261.
[5] Koncepcję niechcianego powrotu Żydów-upiorów jako źródła przemocy antyżydowskiej tuż po wojnie i dane liczbowe czerpię od Jacka Leociaka, z wykładu „Tu już nie ma dla was miejsca”. Formy zapisu doświadczenia żydowskiego w powojennej Polsce, wygłoszonego 21 października 2015 r. w warszawskiej Zachęcie.

wtorek, 26 stycznia 2016

Dziewczynki z Ostrowca, które przeżyły Auschwitz

Na znanych zdjęciach z Auschwitz są trzy dziewczynki z Ostrowca. Ruth Webber, Miriam Ziegler i Paula Lebovics stoją obok siebie. Wszystkie w chwili wybuchu wojny miały po kilka lat.



Miriam Ziegler – druga z lewej. Mieszkała w Radomiu, ale w Ostrowcu miała dziadków. Tutaj ukrywała się przez część wojny.

Paula Lebovitz – trzecia z lewej. Przed wojną mieszkała gdzieś w okolicach Kuźni albo Czerwińskiego. Czytaj więcej

Ruth Webber – czwarta z lewej (stoi za Paulą Lebovitz). Mieszkała w domu przy Iłżeckiej 12. Jej ojciec Szmul Muszkies był fotografem. Czytaj więcej

Niemcy zlikwidowali obóz pracy w Ostrowcu dopiero w lecie 1944, a więźniów przewieźli do Auschwitz. Wielu zdołało przeżyć, w tym te dziewczynki.

Dwie z nich, Miriam Ziegler i Paula Lebovitz, rok temu przyjechały do Auschwitz na obchody 70-lecia wyzwolenia obozu. Trzecia, Ruth Webber, nie chciała wracać.

Wszystkie nagrały wspomnienia. Z tych wspomnień można się wiele dowiedzieć również o Ostrowcu.

Fragment wywiadu z Miriam Ziegler i jej życiorys
Wywiad z Paulą Lebovics
Wywiad z Ruth Webber

27 stycznia 2015. Paula Lebovics, Miriam Ziegler, Gabor Hirsch i and Eva Kor ze zdjęciem ze stycznia 1945 roku. Ian Gavan / Getty Images.