poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Żeromski po hebrajsku

Sąd rabinacki, bejt din, jest bardzo starą żydowską instytucją. 
Bejt din był pewnego rodzaju połączeniem sądu, synagogi, domu nauki, a nawet, można powiedzieć, gabinetu psychoanalityka, gdzie mogą przyjść ludzie chorzy na duszy, żeby otworzyć serce.
Tak o bejt dinie – sądzie rabinackim – pisał Isaac Bashewis Singer, polski Żyd i noblista, syn polskiego dajana (sędziego sądu żydowskiego), w swojej książce „Urząd mojego ojca”.

Sąd między Polakami
W Ostrowcu też mieliśmy taki sąd rabinacki. Tuż przed wojną jego urzędnikiem, czyli dajanem, był Josek (Icchak Meir) Hocherman, ojciec Lei Hocherman. Zatrudniony przez gminę żydowską, zarabiał 4200 zł rocznie (dane z 1930 roku). Przeprowadzał rozwody i rytuały zaślubin, rozstrzygał spory, wydawał też opinie w sprawach koszerności.

O tym, jak sprawy swojego ojca wspomina Singer, można przekonać się czytając książkę. A tak rolę ostrowieckiego sędziego wspomina jego córka:
Ojciec prowadził rozprawy sądowe w domu. Między Żydami, ale też między Polakami. Tak, woleli sądy mojego ojca bardziej niż sądy polskie, byli bardzo zadowoleni, uważali, że mój ojciec jest sprawiedliwy. To było uznawane przez państwo - [taki sąd] według żydowskich praw.
Przyznam, że ten fragment bardzo mnie zaskoczył. Przecież stereotyp jest taki, że Żydzi nie byli przez Polaków szanowani. Spotkałam się wręcz diagnozą, że w międzywojniu Żydzi w Polsce byli bardziej nietykalni niż ciemnoskórzy w Stanach w tym samym czasie. Trudno więc wyobrazić sobie sytuację, w której Polak przychodzi do Żyda jako do autorytetu moralnego.

Może Hocherman pełnił funkcję dzisiejszego mediatora, czyli osoby, która pomaga się pogodzić bez chodzenia do sądu? Może bejt din stanowił mniej zobowiązującą alternatywę dla oficjalnego procesu w państwowym sądzie? To wszystko hipotezy, może powody były jeszcze inne.

Szkoła przyjazna dla Żydów

Ortodoksyjni Żydzi i chasydzi byli, i nie boję się tego powiedzieć, mizoginami. W urzędzie ojca Singera nie było miejsc siedzących dla kobiet, a religijny Żyd nie mógł patrzeć na kobiety. Sądzę, że wspomnienia kobiety mniej by ich obchodziły niż to, co zapamiętałby mężczyzna. Złośliwie więc cieszę się, że mogę cytować właśnie córkę dajana, Sofię Novak, urodzoną  w 1911 roku w Częstochowie jako Lea Hocherman.
Wszyscy bracia ojca byli fabrykantami. - opowiada pani Novak. - Bogatymi. Ojciec jako jedyny był talmudystą. Wysokiej klasy. Interesy mu nie szły i dlatego po I wojnie światowej wyjechał z Częstochowy do Ostrowca, gdzie miał szwagra, wielkiego ostrowieckiego rabina. Tam zrobił szkołę i został dajanem. Życie rodzinne było biedne, ale szczęśliwe. Ojciec prowadził rozprawy sądowe w swoim – dużym – pokoju.
Córka podrabina Hochermana była zdolną dziewczynką, chciała dalej się uczyć, ale w Ostrowcu nie było odpowiedniej szkoły. Było tu wprawdzie gimnazjum, ale trzeba było chodzić do szkoły w sobotę. Ojciec nie zgadzał się na naukę w szabas, dzień wypoczynku, więc córka wyjechała do Częstochowy. Po pierwsze, miała tam dalszą rodzinę, a po drugie, W Częstochowie była odpowiednia szkoła: polska, ale uwzględniająca potrzeby żydowskich rodzin, czyli przestrzeganie szabasu.

I znów mam złośliwą satysfakcję, tym razem dlatego, że ta Jew-friendly szkoła była właśnie w Częstochowie, tym bastionie katolicyzmu z „Potopu” Sienkiewicza.

Zresztą to niejedyny zaskakujący miks polsko-żydowski w jej opowieści. Oto mój ulubiony:
Ojciec był religijny – opowiada Lea-Zofia – ale nie wszystkie dzieci [poszły w jego ślady]. Jeden brat był w jesziwie w Lublinie, drugi też był religijny, ale reszta braci i sióstr nie. Bracia znali talmud, byli bardzo oczytani. Czytali po hebrajsku nawet polskie powieści – Żeromskiego, Słowackiego.
Kto by pomyślał. O tym, że Żydzi czytali polską literaturę, to wiedziałam. W ksiązce "Żydzi ostrowieccy" można przeczytać, że więcej czytały kobiety niż mężczyźni. Że czytano literaturę romantyczną, Sienkiewicza, Przybyszewskiego, Orzeszkową, Rodziewiczównę czy Mniszkównę. Że "niewielkie zainteresowanie literaturą żydowską [wśród Żydów] wynikało z jej ubogiej fabuły. Zarówno literatura w języku jidysz, jak i hebrajska unikały wątków przygodowych". Ale nie spodziewałabym się, że te polskie książki tłumaczono na hebrajski.

*

Wypowiedzi pani Sofii Novak pochodzą z wywiadu znajdującego się w  w Visual History Archive, informacje o zbiorze: http://sfi.usc.edu, wyszukiwarka: http://vhaonline.usc.edu. Novak, Sofiyah. Wywiad Sofiyah. Visual History Archive. USC Shoah Foundation.1996. Dostęp: 21 I 2014 r.

2 komentarze:

Zbigniew Chuchała pisze...

Jak zwykle ciekawa opowieść. W pierwszym momencie dziwiłem się, że Ty tyle razy się dziwisz opisując historię dajana. Ale szybko uzmysłowiłem sobie, że Ty jesteś kolejnym pokoleniem i bezpośredni przekaz rodzinny już Ciebie nie dotyczył. Losy Polaków i Żydów były ze sobą powiązane w sposób jeszcze bardziej skomplikowany niż piszesz. A Częstochowa to już zupełnie straciła swój mityczny wyraz bez Żydów.

Monika Pastuszko pisze...

Dziwię się... Dziwię się też temu, że chałka, którą jadałam od dzieciństwa, jest spuścizną żydowską. Powinno być o oczywiste, a jednka się dziwię. Zorientowałam się dopiero wczoraj, czytając wspomnienia Israela Blajberga z podróży do Iłży: "Sprzedawca na rynku uśmiecha się do nas, kupujemy tu chleb. To polska chałka, nic innego jak tradycyjna żydowska chała jedzona podczas szabatu" (całość: http://www.kirkuty.xip.pl/ilzablajberg.htm).

Zdziwiłam się też, że innym tytułem słynnego obrazu "Pomarańczarka" Aleksandra Gierymskiego - w Warszawie jest właśnie ekspozycja jego obrazów w Muzeum Narodowym i całe miasto jest obklejone plakatowymi reprodukcjami "Pomarańczarki" - no więc tym innym tytułem jest "Żydówka z pomarańczami".

Dla mnie te dwa przykłady dobrze pokazują, że polska kultura też jest przerośnięta kulturą żydowską (tak jak żydowska przerośnięta była polską) i wyobrażanie sobie ich w opozycji zubaża nam obraz tego, kim jesteśmy.