poniedziałek, 23 marca 2009

Szewska pasja

Niejeden student humanista - a i mnie zaraza ta nie była ominęła - w swoim życiorysie ma okres, gdy jego wyobraźnia zdominowana jest przez widmo zbędności. Zbędności samego siebie i zbędności wiedzy, którą przyjmuje. Wówczas delikwent na pytanie "a gdzie ty znajdziesz pracę po tych studiach?" najzupełniej poważnie - choć niby ironicznie - odpowiada "przy hamburgerach". W skrytości marzy o tym, żeby robić coś na sto procent potrzebnego ludziom: budować domy albo piec chleb.

Moją idee fixe było - zostać szewcem. Uważałam to za pomysł na życie iście genialny. Przypomniało mi się to kilka dni temu, gdy mój szewc za naprawę butów wziął ode mnie prawie tyle, co lekarz za wizytę. Płacąc pomyślałam to, co kiedyś: taki szewc pewnie nieźle zarabia. Zresztą on, ten mój szewc, zniszczył mój stereotyp swojego zawodu. Kiedy wchodziłam do niego po raz pierwszy, spodziewałam się zobaczyć starca z powykręcanymi palcami, pijanego fetyszystę damskich bucików. Tymczasem szewc okazał się młodym mężczyzną, który przybijał fleki w rytm drum'n'bassów Amona Tobina.

Ja jako szewc. Mogłoby to być ciekawe: widzieliście kiedyś szewca-kobietę? Zostać szewcem to prawie jak wyjechać do Indii i zostać tygrysem. A tak naprawdę - niewiele brakowało. Wystarczyłoby zaszczepić mnie dziesięcioletniej ideę, że warto być szewcem. Wystarczyłoby, zamiast wciskać do głowy bullshity o szewcu, co bez butów chodzi i jest pijany jak szewc (i o lekarzu, który jest fajny), powiedzieć o tym, że obaj zarabiają tyle samo. Wystarczyłoby na podstawówkowych lekcjach ZPT, czyli techniki, przeprowadzić krótki kurs propedeutyczny z szewstwa, zamiast uczyć w duchu pseodorecyklingu, jak zrobić piękne coś z pudełka po pasztecie mazowieckim.

Nie, nie mam pretensji do porządku społecznego, w którym się znalazłam. Ale byłoby miło, gdybym z rzeczonych lekcji techniki wyniosła umiejętność własnoręcznej wymiany fleków. Bo ten wylansowany szewc puści mnie z torbami.

Byłoby miło. Ale wiem, że wizja praktycznych zajęć praktyczno-technicznych, zwanych ZPT, to wizja równie utopijna (a może dystopijna?) jak Wierzycielki wizja wuefu, na którym dziewczęta uczyłyby się chodzenia na obcasach.

6 komentarzy:

lewar pisze...

Bardzo ładny ten tekst.
Szwec i damenbejsy.

zuza pisze...

Merytorycznie nie mam nic do dodania, co najwyżej mogę napisać ile razy zaśmiałam się na głos: 2 :)

Wierzycielka pisze...

Wizyta u szewca przypomniała mi o tym fajowym tekście. "Mój" szewc jest z tych bliższych wyobrażeniom o artretycznych palcach (choć o zalewaniu się w pracy już nie). Daje wybór między flekami w wersji normal i droższej - pancernej, co to "będzie pani całą zimę chodziła", a na odpowiedź, że prosisz te tańsze, bo na zimę masz inne buty, proponuje małżeństwo, bo "pani jest ładna i oszczędna". Poza tym "mój" od-trzydziestu-lat-na-Pradze szewc okazał się pocztą i bankiem w jednym: przyjmuje listy (a nawet przesyłki z Ameryki) dla sąsiadów, przechowuje depozyty pieniężne i rzeczowe. Zapewnił, że mogę u niego zostawić gruby pieniądz i nic nie ma prawa mu się stać. I nie wahałabym się zostawić, gdybym... wiadomo co.

Pewnie dużo osób Ci powiedziało, że świetnie uchwyciłaś to mitologizowanie zajęć TAK NAPRAWDĘ potrzebnych.

Aha: nie wiem, czy ten mój pomysł jest taki utopijny ;) -> http://lookbook.nu/look/102290-look-at-my-shoes

Anonimowy pisze...

Witam odnośnie artykułu-moge pomóc w założeniu zakładu i przyuczyc do zawodu mail: luk.shreku@wp.pl

monika pastuszko pisze...
Ten komentarz został usunięty przez autora.
monika pastuszko pisze...

O kurczę! Sama bym skorzystała, tylko że mam dwie lewe ręce. A znasz jakichś szewców-kobiety?