niedziela, 10 stycznia 2010

Wielka Orkiestra przypadkowej pomocy od święta

Ufff. No to teraz trzeba będzie tylko przetrwać Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy i już za mną jest ten cały ciężki okres świąteczny.

Nie zrozumcie mnie źle: w pewnym sensie lubię święta. Na przykład lubię życzeniami przypominać o sobie ludziom, których na dobrą sprawę już nie znam. Lubię, gdy oni też to robią. Czuję się wtedy tak, jak mała centrala public relations. Lubię też – wstyd się przyznać – fajerwerki w Sylwestra. Ale wielu innych rzeczy nie lubię. Doprawdy lepiej bym się czuła, gdybym celebrować święta i Sylwestra mogła, a nie musiała. Oczywiście, te świąteczne rytuały można przeczekać, można też zorganizować sobie coś alternatywnego. Można spędzić święta inaczej niż na leczeniu niestrawności, a Nowy Rok inaczej niż na leczeniu kaca. Można pojechać na narty, można... ech, spójrzmy prawdzie w oczy: można, ale jest to los mniejszości, a ten jest ciężkim losem. Ale nie ma co narzekać: udało się. Teraz trzeba przetrwać WOŚP.

W WOŚP nie lubię tego, że jest ogólnonarodowym zrywem. Kiedy zbliżają się do mnie dzieciaki z puszką, przypominają mi się rekolekcje szkolne, na których wszyscy musieli złapać się za ręce i śpiewać nastrojowe piosenki o kończącym się dniu. Robiliśmy to dla świętego spokoju, bez przekonania, z pośpiechem, bo w pokojach czekały już ciekawsze rzeczy do roboty. Z WOŚP jest trochę podobnie jak ze śpiewaniem pobożnych piosenek – obydwie mają wytworzyć klimat radości, błogości, samozadowolenia, obydwie są powierzchowne. Ciekawa jestem, ilu ludzi nie wie, na co daje kasę. Podejrzewam, że WOŚP dla większości przechodniów jest dobroczynnością na cel pierwszy z brzegu. Dlatego hipokryzją jest uważanie się za dobrego człowieka po wrzuceniu monety do puszki podstawionej pod nos. Jeszcze gorszą hipokryzją jest poczucie się częścią wielkiej całości, uwznioślenie się w narodowym zrywie WOŚP.

WOŚP kojarzy mi się też z nieco totalitarnym nakazem złapania się za ręce i wczuwania się w piosenki, z próbą narzucenia emocji i sądów. Z przykrością stwierdzam, że wrzucam kasę do puszki WOŚP, bo ktoś mi ją podstawia pod nos, jak Cyganka w tramwaju. Nie wrzucam dlatego, że jestem dobra ani dlatego, że my wszyscy oznaczeni serduszkiem jesteśmy dobrzy.

Z drugiej strony, to wszystko, na co się wkurzam, jest strukturalną cechą świąt. Marek Krajewski w "POPamiętanym" pisze:
"Czym jest święto? Jest specyficzną pauzą w codzienności, czasem, w trakcie którego wszystko dzieje się inaczej niż w dni powszednie. Na jego czas porzucamy swoje zawodowe obowiązki, zaniedbujemy dietetyczną i finansową dyscyplinę, jesteśmy refleksyjni i skłonni wybaczyć to, czego na co dzień wybaczyć nie sposób. Choć święto, w zależności od jego charakteru i przyczyny, rozciąga się pomiędzy biegunami melancholijnej zadumy i dionizyjskiej zabawy, to zawsze jest spotkaniem wspólnoty i to ona jest w rzeczywistości w jego trakcie celebrowana.
(...) tendencją, o której warto na zakończenie wspomnieć, jest ignorowanie odświętności i wspólnotowego charakteru świąt i traktowanie ich w kategorii zesłanego przez tradycjonalizm bonusa dodatkowych dni urlopu."
Może ja po prostu nie potrafię świętować? Cieszyć się z zaniedbywania dyscypliny, celebrować wspólnoty, docenić chęć pomocy, nawet gdy jest pomocą tylko od święta?

2 komentarze:

Gonzo pisze...

czaje o co chodzi. nie lubię też. mnie jednak drażni najbardziej ta promocja filantropii. 'wrzuć w styczniu, i czuj się dobroczyńcą do końca roku'. a ludzie wrzucają, bo ich do tego zmuszają szantażem emocjonalnym i dobroczynną indoktrynacją, i jest im z tym bezrefleksyjnie lepiej. bezrefleksyjnie i bezmyślnie. i czują się lepsi, bo sami, z własnej woli, ochoczo wspierają dzieci z chorobami czegoś. dzień WOŚP tradycyjnie zawsze spędzam w domu.

Monia pisze...

"Wrzuć w styczniu i czuj się dobroczyńcą do końca roku" wyjaśnia zagadkową dla mnie praktykę - obnoszenie serduszka na kurtce, czapie albo torebce całymi miesiącami. :)