piątek, 9 listopada 2012

Beware online filter bubbles

czyli uważacie na internetowe buble

Korzystanie z internetu jako źródła wiedzy nie jest dobrym pomysłem i to nie dlatego, że – jak uważa moja mama – internetowa anonimowość robi z ludzi oszustów, więc nie należy stamtąd czerpać nawet przepisu na marynatę do grzybków. Problem leży w internetowej personalizacji i premiowaniu tego, co popularne.

Tak przynajmniej twierdzi Eli Pariser, badający personalizację Internetu, w wykładzie z serii TED. – Pewnego dnia z mojego Facebooka zniknęli znajomi o poglądach politycznych iinnych niż moje – mówi Pariser. Powód jest taki, że Pariser nigdy nie klikał „Lubię to” przy ich politycznych wpisach, więc ze spersonalizowanej strony głównej (feedu) Eliego usunął ich edgerank.

Edgerank to algorytm Facebooka, który decyduje o kolejności pojawiania się newsów w feedzie. Bierze on pod uwagę użyteczność wpisów dla danego użytkownika, a miernikiem użyteczności jest to, czy właściciel kiedyś (i jak często) komentował wpis danej osoby czy strony lub kliknął Lubię to przy wpisie. Co Pariser widzi groźnego w facebookowym edgeranku? Ano to, że tworzy informacyjną bańkę, a w niej miły mikroklimat tego, co znane.

Podobnie jest z Google’em. Jego algorytm stosuje zasadę „miliony much nie mogą się mylić” – premiuje to, co jest bardziej popularne, czyli częściej linkowane. Pariser opowiada jeszcze o mniej znanej kwestii personalizacji katalogu Google. Rzecz w tym, że Google profiluje wyniki wyszukiwania na podstawie ciasteczek (historii wyszukiwań z danego komputera) i informacji o komputerze, z którego się wyszukuje. W 2 min 42 s. widać, co się stanie, gdy się poprosi znajomych o wpisanie tego samego hasła w wyszukiwarkę na ich komputerze…
 

Algorytmy, które przesiewają informacje dla ludzi w internecie, są w dodatku przesiąknięte reklamami. W Google’u działają pozycjonowanie i promowanie stron, a na Facebooku opłacanie postów. Nie działają za to za dobrze sposoby na wyłączenie reklam; konia z rzędem temu, kto wie, jak wyłączyć opłacane posty na facebooku. Paradoksalnym efektem personalizacji – zarówno w Google’u, jak i na Facebooku – jest brak władzy nad informacjami, które otrzymujemy i irytująca przezroczystość reklam.

Jeśli chodzi o reklamę, między Facebookiem od Google’em jest jednak ogromna róznica. Google kontroluje marketingowe zapędy firm i ogranicza reklamy do AdWordsów, a więc przestrzeni wyraźnie wydzielonej ramą. Tymczasem Facebook stawia na zacieranie granicy między reklamą a niereklamą, rodzaj reklamy podprogowej. Nagle na szczycie ważnych wydarzeń pojawia mi się info, że jakaś moja koleżanka polubiła 14 dni temu stronę jakiejś firmy. Ludzie nie są tacy głupi i mam wrażenie, że dążenie do maksymalizacji zysku będzie zgubą dla Zuckerberga. Że skończy jak chciwcy z moralizatorskich bajek.

Promocja postów dla szeregowych userów na Facebooku. Zapłać 4,19 zł!

Internet nie jest cudownym źródłem wiedzy w zasięgu ręki – twierdzi Pariser. Jest źródłem informacyjnego fast foodu. Na Facebooku dostajesz newsy odzwierciedlające Twój gust, ale niekoniecznie ważne. W Google’u strony hierarchizowane według popularności i wybrane pod ciebie. Do tego mieszają się nowe formy reklamy – na Facebooku promowane fanpejdże, w Google’u pozycjonowane strony.

Co z tego wynika? Ano smutna rzecz: wciąż jeszcze trzeba myśleć.

Brak komentarzy: