poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Mieszczańskie lamenty

"Gdy miasto się kocha, powstają o nim i dla niego książki i poematy" - pisze Elżbieta Kaczyńska. Hm. Kochanie miasta bywa naprawdę trudne, stwierdzam po przeczytaniu poematu Marcina Cecki "Warszawa to wieś". Bardzo mi się ten poemat podoba: oddaje wstręt przed imigrantami zarazem wiernie i ironicznie.
spotkałem inną koleżankę która powiedziała:

po rannych oblucjach wyszłam ja na miedzę i zsiadłam
patrzyłam jak idą wieprze po perłę

przez ulice tej wsi każdego dnia przewalają się tony
hodowli uprawnej idą ubrani w świnie/świnki krowy/krówki
borsuki/borsuczki woły/wołeczki cielęciny/cielęcinki wyżły/wyżełki
są sowy/sówki i tańczą wszyscy gęsiego

widzę agraność ich ruchów a w oczach skłonność do płodozmianu
gdy patrzę na ręcę widzę łopaty i przyklepnięcie zlecenia lub informacji
paznokcie współbiesiadników współrolników zniszczone
od drukarskiego nawozu od trójpolówki w łóżku
wygięte nogi

są specjalne szkoły i miejsca tuż za wsią gdzie tobie dają
skórę zwierzęcia i dają maskę z dziurką na oczy
byś widział marchewkę na wysokości a gdybyś jechał tutaj
wielbiąc swój bezkorzeń to przy wyborze awatara skóry
zwróć proszę uwagę na grubość i tuszę na jakość szczeciny
albo gęstość sierści
i nie zapomnij sprawdzić czy w ryju krzyk twój na pewno dobrze
rezonuje
"Warszawa to wieś" Cecki kojarzy mi się z "Poematem dla doroslych" Adama Ważyka, z wierszem, który był początkiem końca stalinizmu. Ważyk jako pierwszy ośmielił się mocno skrytykować nowo powstające socjalistyczne społeczeństwo. Ktoś ośmielił się to opublikować. I tak oto doszło do największego skandalu literackiego PRL-u. I, choć głównie o Nowej Hucie, też było o imigrantach:
Ze wsi, z miasteczek wagonami jadą
zbudować hutę, wyczarować miasto,
wykopać z ziemi nowe Eldorado,
armią pionierską, zbieraną hałastrą
tłoczą się w szopach, barakach, hotelach,
człapią i gwiżdżą w błotnistych ulicach:
wielka migracja, skudlona ambicja,
na szyi sznurek - krzyżyk z Częstochowy,
trzy piętra wyzwisk, jasieczek puchowy,
maciora wódki i ambit na dziewki,
dusza nieufna, spod miedzy wyrwana,
wpół rozbudzona i wpół obłąkana,
milcząca w słowach, śpiewająca śpiewki,
wypchnięta nagle z mroków średniowiecza
masa wędrowna, Polska nieczłowiecza
wyjąca z nudy w grudniowe wieczory...
To ciekawe, że każda społeczna degradacja miast jawi się jej współczesnym jako apokalipsa. Sam Cecko jest chlubnym wyjątkiem - narzekania "innych kolegów" i "innych koleżanek" obserwuje i relacjonuje z dystansu.

Całość poematu "Warszawa to wieś" - tutaj.

2 komentarze:

konrad_rottweiler pisze...

Byłem na "Chłodnej 25" (nie ukrywam, przez przypadek) podczas wieczoru autorskiego Marcina Cecki. Poemat też bardzo mi się podoba. Warszawa jest miastem, które nobilituje i przyciąga ("są to najlepsze w polsce atrakcje"), a jednocześnie należy do miejsc najbardziej pogardzanych przez resztę kraju ("to wiocha (...) nudna śmierdząca w cienkim cieście kebabem") i zwana jest pogardliwie "warszawką". Miasta od zawsze rozwijały się głównie dzięki napływowi ludności z zewnątrz. I proces ten nie musi zakłócać ciągłości jego egzystencji. W czasach nowożytnych dla zachęty ustanowiono nawet przywilej wolności osobistej dla uciekinierów ze wsi pańszczyźnianej - stąd popularne na wschód od Łaby powiedzenie "Stadtluft macht frei" (niem. "miejskie powietrze czyni wolnym"). Wydaje mi się, że taka apokaliptyczna wizja najazdu barbarzyńców-imigrantów rodzi się przede wszystkim tam, gdzie nastąpiło przekroczenia masy krytycznej, którą bez większej dla siebie szkody miasto jest w stanie normalnie zaabsorbować (na zasadzie, że dotychczasowi mieszkańcy stanowią wzorzec zachowań dla przybyłych, przestrzega się przyjętych wcześniej zasad, a nie tworzy dopiero nowe w buzującym kotle masy wędrownej). PS. Czekam z niecierpliwością na nowe publikacje:)

Monia pisze...

Miło mi, że czekasz. Postaram się coś z tym zrobić. :)

Kwestia miejska najpewniej pojawi się w nowym wpisie, więc teraz się na jej temat już nie rozgaduję.